Wyścig dystansowy/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza,
Kazimierz Laskowski
Tytuł Wyścig dystansowy
Podtytuł Obraz sceniczny w 3 aktach
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1895
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


AKT I.
Scena przedstawia pokój skromnie umeblowany, przez środkowe drzwi widać w drugim pokoju stół nakryty.


SCENA I.
Sabina (stoi przy stole i przyrządza sałatę, trzymając salaterkę w ręku).

— Lada chwila przyjadą... ach, jak mi serce bije!... Taka ważna chwila w życiu mego najdroższego Pucia! Biedny chłopiec! losy jego ważą się w tym momencie... a może już są zważone... I bez wątpienia... już... Przyjęty... czy odrzucony, szczęśliwy, czy też otrzymał cios w samo serce? Nie, Andzia nie byłaby tak okrutną... Ach! temu lat (ogląda się, czy kto nie słucha), ach! tak, będzie temu lat dwadzieścia, ja zadałam taki cios Edwardowi... Powiedziałam: nie, nie i nie... gdy odszedł, chciałam biedz za nim i wołać: tak! tak! — ale on już odjechał i nie wrócił... oh! to było okropne!... Biedny chłopak! naprzód chciał się zastrzelić, potem otruć, a wreszcie ożenił się z wdową po dzierżawcy z Bartkowa i ogromnie utył... zapewne z desperacyi (za sceną słychać krzyki: „a pójdziesz, nie rusz, oddaj zaraz!“). Co się stało?!

SCENA II.
Sabina, Ewa, Katarzyna (wchodzi Ewa).
Sabina.

Siostruniu! co się stało, co to za hałasy?

Katarzyna (wbiega ze stołowego pokoju).

Ano, proszę pani, nic, tylko...

Ewa.

Tylko co? — mówże zaraz, niemrawo!

Sabina.

Powiedz-że raz, kochaneczko, nie trzymaj nas, jak na węglach.

Katarzyna.

A proszę pani, zawsze te psiska zatracone! Coraz który wlezie do kuchni, ani się opędzić.

Sabina.

I co? i co?

Katarzyna.

A no nic... Kucharz miał wsadzać pieczeń na rożen i jeno się tylko obrócił, a tu niewiadomo skąd Zagraj wpadł, pieczeń porwał i w nogi! Kucharz za nim i nie wiele myśląc, chwycił konewkę, rzucił na Zagraja... Konewkę rozbił, a psu bajki.

Ewa.

A to łajdak!

Katarzyna.

Juści, że łajdak.

Sabina.

Co się dziwić? pies jak pies, on edukacyi nie ma, na pensyę nie chodził.

Ewa.

Zapewne, może go siostrunia jeszcze za to pogłaszcze. (Do Katarzyny). I cóż się z tą pieczenią ostatecznie stało — zjadł pies, czy nie?

Katarzyna.

Niewiadomo. Kucharz się za nim do tej pory ugania, ale pies nie głupi. Co mu kto zrobi? Złapał, to złapał, a choć go Onufry...

Sabina.

Byle mu tylko nie zaszkodziło.

Katarzyna.

I... proszę pani, co mu ma zaszkodzić... Chłopisko zdrów jak krzemień.

Sabina.

Ależ ja o Zagraju mówię — toż rozchorować się może.

Ewa.

Dajże, siostro, pokój z temi czułościami — dla psa. Co do mnie, kazałabym go zastrzelić bez apelacyi.

Sabina.

Ach, nie mów tak... to okropne!

Ewa.

Zapewne... Ty płakać będziesz z obawy o Zagraja, a tymczasem cały obiad perdu! Przyjedzie Karol z Atanazym i cóż im dasz? Może sałaty!

Sabina.

Doskonała będzie... jak cię kocham, siostruniu; właśnie przyrządzam.

Ewa.

Eh! moja kochana... Sałata dobra dla kanarków, ale nie dla mężczyzn, mających dobry apetyt — im trzeba mięsa.

Sabina.

Tak, ale skoro zjedzone.

Ewa.

To należy postarać się o jakie inne... Siostra bo lubi tylko wzdychać i czytać czułe romanse... To na nic. Katarzyno!

Katarzyna.

Słucham pani.

Ewa.

Biegaj co żywo do pachciarza, powiedz mu, co się stało, i niech się postara o mięso. Jeżeli ma, niech przyniesie; jeżeli nie ma, niech bierze, skąd chce. Od tego jest pachciarz, żeby miał wszystko, co potrzeba. Biegnij natychmiast, na jednej nodze, i powiedz temu gamoniowi Onufremu, żeby tu przyszedł. Tylko uważasz: natychmiast, na jednej nodze!

Katarzyna.

Słucham... słucham (wybiega).

SCENA III.
Sabina — Ewa.
Sabina.

A we mnie, duszko, kochanie, ciągle serce bije, bardzo, mocno bije, tak bije, że opowiedzieć nie mogę.

Ewa.

Masz też co opowiadać! Wiadomo, że w każdem żyjącem stworzeniu serce bije — dlaczegóż nie miałoby bić w tobie?

Sabina.

Siostruniu — duszko... nie rozumiesz... Bije z obawy o los mojego siostrzeńca... a ja myślę, że i ty jesteś niespokojna... przecie on obchodzi cię także cokolwieczek.

Ewa.

Spodziewam się, ale to jeszcze nie racya, żebym miała dostawać nadzwyczajnego bicia serca.

Sabina.

Więc nie chcesz, żeby się Pucio ożenił?

Ewa.

Ależ przeciwnie, pragnę tego. Karol jest dobry chłopiec, ale trochę lekkomyślny, trzeba więc, żeby się ożenił i żeby go młoda i energiczna żona od razu wzięła za uszy; to jeszcze będzie z niego człowiek.

Sabina.

Ach, zaraz za uszy!!

Ewa.

No, więc, jeżeli wolisz, niech go weźmie za czuprynę, zapędzi do pracy; niech mu nie pozwoli długo sypiać, jeździć na zabawy, pożyczać pieniędzy. Niech mu każe wstawać do dnia, cały dzień przepędzić na polu — stać przy robotnikach, pilnować, żeby wszystko było w porządku. Oto, czego ja chcę...

Sabina.

Siostruniu — duszko — takież to masz wyobrażenie o słodkich pętach miłości... wszakże sama jesteś...

Ewa.

Może zakochana? Nie, moja siostro, w naszych latach możnaby już nie myśleć o takich głupstwach.

Sabina.

Przepraszam, siostruniu — duszko. Jeżeli wola, mów o sobie. Ja ci przecież plenipotencyi nie dawałam...

Ewa.

Jakto! Więc ty...

Sabina.

A, rozumie się, siostruniu, że „więc;“ i gdybym znalazła człowieka, któryby mnie zrozumiał, to...

Ewa.

No, no, nie wiedziałam — ale ponieważ, jak sądzę, takiego człowieka jeszcze nie upatrzyłaś, więc mówmy o Karolu, czyli o Puciu, jak go pieszczotliwie nazywasz. Bardzo pragnę, żeby się ożenił, żeby go żona wzięła w kluby i żeby posagiem swym podniosła dość smutny stan finansowy Kozich-dołków. To dla nas samych kwestya bardzo ważna.

Sabina.

Dla nas... oczywiście, siostruniu — duszko — przecież my tak naszego Pucia kochamy.

Ewa.

A niezależnie od tego, mamy na Kozich-dołkach sumę, stanowiącą cały nasz majątek. Jeżeli się Karol nie ożeni w krótkim czasie i posagu nie weźmie — to może być źle.

Sabina.

W jakim sensie to, siostruniu — duszko, rozumiesz?

Ewa.

W takim, że jak Karol długów nie zapłaci... to za jakiś czas Kozie-dołki wystawione zostaną na sprzedaż, nasza suma spadnie, a my pójdziemy na grzyby.

Sabina.

Suma spadnie? my na grzyby pójdziemy... Nie — to przecież niemożliwe!

SCENA IV.
Sabina, Ewa, Onufry, potem Katarzyna.
Onufry (wchodzi zasapany).

Duchu w sobie nie czuję!... Goniłem gałgana, według głupiej mojej kompetencyi. On przez płot i ja przez płot. Już go prawie mam... On przez rów i ja przez rów... Rzuciłem kamieniem... Zaskowyczał... upuścił w piasek... Ja do niego, on znowu mięso w zęby... żeby zmarniał! Uciekł, proszę pani, przepadło, i już nie mam innego sposobu, tylko, na przykład...

Ewa.

Co?

Onufry.

A no, jak go zobaczę — to mu nogę przetrącę... przysiągłem, że to zrobię.

Sabina.

Ani mi się waż, mój Onufry... jak można!

Onufry.

Pani powiada, żebym się nie ważył, a z czego zrobię obiad teraz? Pana tylko patrzeć, a i pan Atanazy ma przyjechać... Trzeba coś zrobić, i właśnie przyszedłem według dyspozycyi.

Ewa.

Może koguta, albo kaczkę.

Onufry.

Podług mojej głupiej kompetencyi, jest w owczarni baran trochę mdły. Owczarz mówił, że już niema dla niego innego lekarstwa, tylko, żeby go niby zarżnąć... Jak pani każe?...

Sabina.

Po co? na co? Onufryby tylko zabijał — słuchać o tem nie mogę.

Ewa.

Może pachciarz ma mięso. Właśnie posłałam Katarzynę. Zdaje się, że już wraca.

Katarzyna (wchodzi).

Proszę pani, Uszer powiedział, że nie ma ani odrobiny, ale obiecał, że na wieczór się postara. Podobno na kolonii u Niemca krowa nogę złamała, i już się do niej żydy zlatują, to i mięso będzie. I gazety, proszę pani, pachciarz oddał. Oto są... (Kładzie na stole paczkę gazet).

Onufry.

Już inaczej, podług mojej głupiej kompetencyi, nie może być, tylko ten baran. Oglądałem go — chudy, bo chudy... ale skoro niema nic inszego, musi być i taki.

Ewa.

Niech więc tak będzie. Nie mamy wyboru.

Sabina (patrząc na Onufrego, n. s.).

Tygrys krwiożerczy! (Za sceną słychać trzaskanie z bicza).

Ewa.

Masz tobie! już jadą! Onufry! Katarzyno! żwawo pośpieszajcie. Co ja zrobię?!

(Onufry i Katarzyna wychodzą).
Sabina.

Ach, siostruniu — duszko, jak we mnie serce bije, jak bije!!

SCENA V.
Ewa — Sabina — Atanazy.
Atanazy.

Witam kochane panie, witam... Moje uszanowanie od czasu do czasu.

Sabina.

I cóż? i cóż? Jakiż rezultat? gdzie Pucio?

Atanazy.

Wysiadł przed stajnią.

Sabina.

Widzisz, siostruniu — duszko, jaki to pracowity chłopiec, a ty o czuprynie mówiłaś.

Ewa.

Panie Atanazy, jakże tam? na czem stanęło?

Atanazy.

Ha... zaraz to się wyjaśni, ale jeżeli mam prawdę powiedzieć, od czasu do czasu głodny jestem.

Sabina.

Obiad trochę dziś spóźniony, ale tymczasem podamy jaką przekąskę. Siostruniu — duszko, przynieś-no starkę — a ja przyszykuję chleb, masło, konfitury.

Atanazy.

Także romans!

Sabina.

Ach, istotnie romans. Kochany Pucio! Jak on ją kocha, jak szalenie ją kocha!

Atanazy.

Ja mówię, że konfitury to romans... Wołałbym coś podobniejszego dojedzenia od czasu do czasu.

Sabina (n. s.).

Konfitury to u niego romans!... Szkaradny dziad!

Atanazy.

Co pani mówi?

Sabina.

Mówię, że pan dobrodziej prześlicznie dziś wygląda, jak różyczka, doprawdy.

Atanazy.

A no, wyglądało się niegdyś od czasu do czasu. Tak było, lecz się zmyło, był obraz, ale oblazł. Szczerze mówiąc, panno Sabino dobrodziejko, to my z panią jesteśmy prawie jednolatki.

Sabina (n. s.).

Impertynent! (Głośno). Niechże nam pan powie, co się stało w Rudce; jesteśmy tak ciekawe.

Atanazy.

Zaraz... powoli... po porządku, i do tego przyjdziemy. Ja bo lubię, od czasu do czasu, systematycznie.

Ewa.

Proszę do stołu... Tymczasem, zanim będzie obiad... czem chata bogata... Kieliszek starki, panie Atanazy.

Atanazy (siada przy stole, nalewa kieliszek, wychyla i zabiera się do jedzenia. Ewa i Sabina siadają obok).

Oho! oho! proszę... co za starka... to jest delicya... od czasu do czasu...

Ewa.

Bardzo nas cieszy, że panu smakuje.

Atanazy.

Niema się czego cieszyć, bo ja od czasu do czasu wyznaję zasadę: że „gdy piwo na kadzi, wypić nie zawadzi;“ jestem też zdania, że „co na placu, to nieprzyjaciel;“ a od małego dziecka trzymałem się mądrej maksymy, że „co masz wypić jutro, wypij dziś, aby ci przed jutrem nie wypił kto inny.“ (Nalewa kieliszek i wychyla).

Sabina (n. s.).

Dziad impertynent i nałogowy!

Atanazy.

Co pani dobrodziejka powiada?

Sabina.

Mówię, że się pan zna.

Atanazy.

Od czasu do czasu, a na starkach szczególniej... Ze stu wódek wybiorę starkę, ze stada kuropatw trafię w starkę, a co do innych starek... mam też swoje przekonania... niewzruszone.

Ewa.

I jakże w Rudce, panie Atanazy? cóżeście zwojowali ostatecznie?

Atanazy.

A to niech już paniom Karol opowiada.

Sabina.

Więc odmówili?

Atanazy.

Dlaczego mieli odmówić!?

Sabina.

Ach, chwalić Boga!... zatem Pucio przyjęty! Więc będzie wesele... Ach! jakam szczęśliwa! Niewymownie szczęśliwa! I to wszystko dzięki panu! Doprawdy, uściskałabym pana za to.

Atanazy.

Jeżeli inaczej być nie może, to od czasu do czasu i owszem; ale za coby mnie ten honor miał spotkać, wyrozumieć nie mogę. Nie mam pojęcia...

Ewa.

Za doskonałe przeprowadzenie sprawy Karola w Rudce, — za to, że, dzięki panu, został przyjęty.

Atanazy.

Pierwsze słyszę.

Sabina.

Przecież sam pan powiedziałeś przed chwilą, że go nie odrzucono.

Atanazy.

To prawda.

Ewa.

A więc przyjęto!

Atanazy.

Doskonała starka! (Nalewa kieliszek i wychyla). Że nie odrzucono, to prawda, ale żeby przyjęto, to znowuż nieprawda.

Sabina.

Wie pan, że niegodziwie jest dręczyć niepewnością dwie ciotki, dwie kobiety, szczerze kochające swego siostrzeńca. Rozumie pan chyba...

Atanazy.

Od czasu do czasu rozumiem, i mówię ogólnie, że go ani przyjęto, ani nie przyjęto. Panna powiedziała ni tak, ni owak. Od czasu do czasu, lepsza taka odpowiedź, aniżeli formalna odprawa. Nadzieja nie stracona. Zresztą on sam idzie, to opowie dokładnie, jak było...


SCENA VI.
Ewa, Sabina, Atanazy, Karol.
Ewa.

Karolu!

Sabina.

Puciu najdroższy! nieszczęśliwe dziecko!... Mów, na Boga, mów...

Atanazy.

Wpierw się od czasu do czasu wódki napij. W ręce twoje! (Nalewa i podaje). A teraz mów, bo panie są bardzo niespokojne... Opowiadaj po porządku, ze szczegółami, a nie haftuj, koteczku, bo to nie o polowaniu rzecz, tylko o pannie.

Karol.

A to było tak... Jedziemy ze stryjem... droga niegodziwa; ale żem zapowiedział Jackowi, żeby po kawalersku jechał, więc jechał... Konie w pianie, ale to nic. Ten lejcowy, co go nie dawno kupiłem, pyszny! Chodzi znakomicie.

Ewa.

Ale panna?

Karol.

W tej chwili, cioteczko, zaraz. Jedziemy, przyjeżdżamy do Rudki. Jacek się popisał — strzelił z bicza, jak z dubeltówki, i osadził ślicznie. Panna stała w oknie...

Sabina.

To dobry znak.

Atanazy.

Od czasu do czasu bywa i nie dobry.

Karol.

Wchodzimy i zaraz do rzeczy. Ja do panny, stryjaszek do ojca. Wyznałem moje uczucia. Jest to trochę subiekcyonalne, ale ponieważ inaczej nie można... więc wyznałem. Od słowa do słowa, wyklarowało się wszystko... panna wystąpiła z perorą.

Sabina.

O, po takiej emancypantce wszystkiego można się spodziewać!

Atanazy.

To jednak było, od czasu do czasu, że tak powiem, nie głupie — prawda, Karolu?

Karol.

Zapewne. Powiada: „Ja przeciw panu nic nie mam, owszem, jesteś dla mnie sympatyczny, ale nie zostanę pańską żoną, teraz przynajmniej. Trzeba na to zasłużyć.“

Sabina.

Zasłużyć... patrzcie, jak się droży. Taki śliczny chłopiec i jeszcze musi się zasługiwać.

Ewa.

Nie przerywaj, Sabinko.

Karol.

Tak, ciociu, prawiła kazanie jak z książki... „Pan — mówi — jesteś młody człowiek, przed panem świat otwarty. Dotychczas marnowałeś czas i nie robiłeś nic. Ja za pana wyjść nie mogę; trzeba, żebyś się czemś odznaczył, żebyś zrobił coś dla ludzi, żeby o panu mówiono: „Oto jest człowiek dzielny.“ Wówczas oddam panu moją rękę bez wahania.“

Sabina.

Szkaradna emancypantka! Jakichże odznaczeń ona żąda?

Karol.

Nie wiem; ale że jest śliczna, to śliczna... prawda, stryjku?

Atanazy.

Prawda... Żółta jak oliwa, ma obrączkę i, na moje oko, liczy sobie najmniej 40 lat.

Sabina.

Andzia! Nie ma nawet dwudziestu — sama ją na rękach nosiłam. Skąd znowuż czterdzieści!

Atanazy.

Ja, pani dobrodziejko, mówię o starce... od czasu do czasu...

Karol.

Śliczna panna... a wymowna — o, wymowna! Gdy wspomniałem o mojej czwórce, która dla ochłodzenia defilowała po dziedzińcu, panna zaczęła dopytywać o konie fornalskie i bydło...

Sabina.

Widzicie — taka bogata, a przecież chciwa. Dawniej panny nie patrzały na krowy. Wstydziłabym się zapytać kawalera, ile ma koni fornalskich. Kocha — to dosyć.

Ewa.

Taki czas — panny są praktyczne. A jakże ojciec przyjął propozycyę?

Atanazy.

Od czasu do czasu dobrze — tak samo, jak córka... Niech się odznaczy. Ja go znam — to twardy człowiek; będzie się tego trzymał, jak pijany płotu... i prędzej Karolek zobaczy, od czasu do czasu, swoje ucho, aniżeli Andzia zostanie jego żoną. Trzeba się odznaczyć — niema rady.

Karol.

Ma stryjaszek słuszność. Trzeba się odznaczyć... bez tego ani ani...

Sabina.

Ja od razu miałam złe przeczucie. Śnił mi się doktor i aptekarz, a to oznacza zmowę.

Ewa.

Sabinko, dajże pokój, kto w sny wierzy!

Atanazy.

Ja wierzę od czasu do czasu. Dziś, na przykład, widziałem we śnie Cyganów — i co panie powiecie?.. — głodny jestem. Z łaski kochanych pań przekąsiłem cokolwiek, ale przekąsić to nie znaczy jeść.

Ewa.

Za kwadrans najdalej podadzą obiad.

Atanazy.

To ślicznie, pani dobrodziejko. Aha! są gazety (bierze gazety ze stołu). Dobrze jest wiedzieć, co się dzieje w święcie. Obaczymy. (Siada i zaczyna czytać).

Karol (chodząc po pokoju w zamyśleniu, d. s.).

Czem ja się odznaczę?... czem ja się odznaczę?

Sabina (również chodząc, n. s.).

Czem się ten biedny Pucio odznaczy?

Ewa (j. w.).

Czemby się ten chłopiec mógł odznaczyć?

Atanazy (czyta).

Berlin krótki... Wiedeń długi... Kto ich tam zrozumie!... Z handlu zbożowego: pszenica spokojnie, groch wyczekująco, jęczmień ospale... Kiedyż, u dyabła, skończy się ta ospałość, spokojność i wyczekiwanie?

(Sabina i Karol, chodzący po scenie, wpadają na siebie).
Sabina.

Ach!

Karol.

Cioteczko najdroższa, przepraszam za moją nieuwagę, ale panna klina mi w głowę zabiła, tak, że myśli zebrać nie mogę.

Sabina.

Ja to rozumiem, drogie dziecko. Ach, do czego prowadzi ta dzika emancypacya!... Odznaczeń żąda... Czy nie dość, że ją kocha?...

Ewa.

Nie trzeba narzekać, lecz działać. Karolek musi się odznaczyć, musi się ożenić z Andzią — bo, pominąwszy stronę uczuciową, małżeństwo jest kwestyą bytu. Kozie-dołki muszą być oczyszczone, Karolek ożeniony, a nasza suma utrzymana. Panie Atanazy!

Atanazy.

Jestem od czasu do czasu. Co pani rozkaże?

Ewa.

Jesteś pan rodzonym stryjem Karola i mam nadzieję, że go nie opuścisz w kłopocie...

Atanazy.

A, nie. Na cóż miałbym go opuszczać?

Ewa.

Musimy więc odbyć radę familijną.

Atanazy.

Jakto? tak stante pede, zaraz?

Ewa.

Naturalnie.

Sabina.

O, tak — zaraz — natychmiast. Tu idzie o szczęście dwóch serc młodych, dwóch dusz, dążących do harmonijnego...

Atanazy.

Moje panie, mam od czasu do czasu lat blizko 50, widziałem w mojem życiu różne rady familijne, ale takiej, któraby się odbywała przed obiadem, nie widziałem jeszcze nigdy! To jest, od czasu do czasu, nieformalność — i niech kto chce wertuje kodeks francuski, nie znajdzie artykułu, któryby wymagał, żeby członkowie rady familijnej obradowali na głodno. Trzeba szanować tradycyę i uprawniony przez zwyczaj porządek; a porządek jest taki: § 1. Zjazd i śniadanie. § 2. Sprawdzenie kompletu członków — obiad i cygara. § 3. Właściwa rada familijna. § 4. Preferans albo wint, jak kto woli. § 5. Kolacya. Tak zawsze bywało i tak powinno być teraz, bo inaczej to będzie, od czasu do czasu, nieformalność.

Ewa.

Obiad będzie niezadługo, a tymczasem radźmy.

Atanazy.

Cóż robić! Z kobietami od czasu do czasu trudno wojować. Mamy radzić, to radźmy. Siadajcie panie; rada nie może się odbywać inaczej. Karolu, siadaj, bardzo proszę. (Wszyscy siadają). Żeby nie było długiego bałamuctwa, posiedzenie otwieram, a siebie wybieram na przewodniczącego, od czasu do czasu, jednomyślnie, a to dlatego: 1-mo, że dam się na takie stanowiska nie powołuje; 2-o, że Karol w sprawie własnej przewodniczyć nie może. Posiedzenie otwarte: mamy radzić, czem się Karolek ma odznaczyć, a panny Ewy nawiasowo zapytuję, jaka będzie zupa?

Sabina (n. s.).

Żarłoczny dziad i opój bezwstydny!

Ewa.

Zupa z powideł na zimno, z lodem.

Atanazy (zrywając się z krzesła).

Jak żyję, nie widziałem takiej rady familijnej... niechby chociaż barszcz od czasu do czasu.

Sabina.

Zrobimy dla pana co innego.

Atanazy.

Przepraszam, jeżeli obraziłem, — ale jesteśmy poniekąd w gronie familijnem, więc nieco otwartości nie zawadzi. Ja sobie powtarzam nieraz, że kto taką potrawę wymyślił, powinien był, od czasu do czasu, z piekła nie wyjrzeć... Ale zaczynamy. Panna Sabina ma głos.

Sabina.

Cóż mi z tego, kiedy nie mogę wpaść na pomysł. Niechby napisał jakie dzieło.

Ewa.

O tem niema co mówić — jest zbyt młody.

Atanazy.

Chciałaś pani powiedzieć, że za głupi. Nic to nie przeszkadza — może z powodzeniem udawać dekadenta i pisać wiersze od siedmiu boleści. Nie zrozumieją go — tem lepiej, bo i on sam siebie nie zrozumie; ale choćby napisał, to nie wiem, czy panna uzna to za odznaczenie.

Sabina.

Jakżeż można?!

Karol.

Z góry wypraszam się od wszystkiego, co ma związek z atramentem. Nie mam do tego najmniejszego powołania.

Sabina.

Szczery chłopaczek, złota duszka! A możebyś ty, Puciu, wynalazł nową figurę kontredansa lub mazura...

Karol.

To prędzej, jak ciocię kocham... to prędzej... Tańczyć, nie chwaląc się, umiem, a pomysły miewam... Pamięta ciocia... na weselu u państwa Romanowstwa kto tak znakomicie tańce prowadził?

Sabina.

Oczywiście, ty, duszko.

Ewa.

Dajcie pokój — to zła myśl. Panna sensatka jest, tańcami do niej nie trafi. Prędzej możeby Karolek wynalazł coś nowego w dziedzinie agronomii.

Karol.

Kochana ciociu, na tej drodze doszedłem już do szczytu... doprawdy; skoro potrafiłem z Plajtermana wydobyć przeszłego roku 300 rubli, to już do wyższych rezultatów nie dojdę... chociaż Andzię kocham szalenie.

Atanazy.

O wynalazkach nie mówmy, bo chłopak widocznie nie ma do nich szczęścia. Ameryki już nie odkryje, gdyż mu ją z przed nosa porwał Kolumb; prochu nie wynajdzie, gdyż zrobił to Szwarc i, jak mówią od czasu do czasu — Chińczycy; nie wymyśli fonografu, dzięki intrygom Edisona; nie sprowadzi nawet Eusapii, bo już była sprowadzana i straciła urok nowości.

Ewa.

Więc cóż nareszcie ten chłopak ma zrobić?

Sabina.

Tak — co to biedne dziecko ma zrobić?

Atanazy (w roztargnieniu przeglądając gazetę).

Niech pomyśli... może przecie co znajdzie.

Karol.

Cioteczki myślą, że ja nie mam chęci do pracy... Mam, a zwłaszcza, aby się przypodobać Andzi, pracowałbym jak parobek, choćby tu, w Kozich-dołkach... ale taka praca nie odznaczy mnie, a Andzia żąda odznaczenia. Dajmy na to, że zajmę się wszystkiem, że odprawię ekonoma... — czyż ona dowie się o tem? czy uzna, że to dobrze z mej strony? Rezultatu zaraz być nie może, a tymczasem trafi się kto inny, zabierze ją... i wszystko, wszystko przepadnie z kretesem, bezpowrotnie, a mnie nie pozostanie nic innego, jak wziąć dubeltówkę i... co tam! raz kozie śmierć!... To także będzie odznaczenie...

Sabina.

Puciu drogi... Puciu! nie mów tak, bo serce mi pęknie!

Atanazy (gwałtownie zrywając się).

Eureka! Jesteś odznaczony. Zwycięstwo, honor, ogromna nagroda i od czasu do czasu panna.

Wszyscy.

Co? co? Jakim sposobem?

SCENA VII.
Ciż i Katarzyna.
Katarzyna (wchodząc).

Obiad gotów... czy podać?

Sabina.

W takiej chwili?!...

Ewa.

Możeby się wstrzymać wobec?...

Atanazy.

Niech go licho porwie! Mamy coś ważniejszego do roboty.

Ewa.

Nie, jeszcze nie podawaj.

Katarzyna (n. s.).

Kto ich zrozumie! Dopiero gwałtują, że niema obiadu, to się znowu nagle odmienia. Niech ich z taką fantazyą! (Odchodzi).

Atanazy (trzymając gazetę).

Proszę tylko od czasu do czasu posłuchać: „Wyścig dystansowy — wiorst dwieście, nagroda pierwsza 2,000 rubli, druga 1,500, trzecia 1,000. Dopuszczone konie wszelkiego pochodzenia i wieku.“ A co?!

Sabina.

Myślałam, że naprawdę coś nadzwyczajnego.

Ewa.

Ja nie rozumiem.

Atanazy.

Ależ to od czasu do czasu jasne jak słońce. Wyścig dystansowy! Nic panie nie rozumiecie?

Ewa.

Nic a nic!

Atanazy.

Cha! cha! to paradne! Karol jedzie, Karol bierze pierwszą nagrodę, Karol się odznacza... no i bierze pannę... a co!

Karol (rzuca się na szyję Atanazego).

Stryjaszku, jesteś wielki! Oto naprawdę myśl genialna! Jadę, biorę nagrodę, odznaczam się. Dlaczego nie?... Ale na czem?

Atanazy.

Oczywiście na koniu.

Ewa.

Tak... na koniu. Zaczynam rozumieć.

Sabina.

Racya, racya — to świetny pomysł. Pucio jest lekki, zręczny, śmiały, jeździ doskonale i niezawodnie nagroda go nie minie. Rzeczywiście, miałam przeczucie jakieś; śniło mi się onegdaj, że tłukłam pieprz, a to oznacza przyjemną i radosną nowinę. Oh! teraz oddycham swobodniej, nadzieja wstępuje w moje biedne serce. Puciu, ty musisz być szczęśliwy.

Karol.

Będę, ciociu. Ale najgorzej z koniem.

Atanazy.

A ten lejcowy twój, co?

Karol.

Chody ma, ale przyciężki, proszę stryja, i — zdaje mi się — wapnem był pasiony... nie wytrzyma takiego rekordu.

Atanazy.

Hm! Poszlij-no po swego pachciarza.

(Karol idzie ku drzwiom, wychodzi na chwilę i wraca).
Atanazy.

Mój kochany, rady moje w tym razie mogą być bardzo pożyteczne — jestem albowiem doświadczony sportsman; i jeżeli inaczej sobie nie poradzimy, dam ci mego „Wielkiego Szlema.“ Znasz go przecie — pyszny egzemplarz, chociaż tylko ⅟16 krwi. Powiem ci jego rodowód z pamięci. Uważasz: po „Bezatu“ od „Konwersyi,“ a „Bezatu“ znakomitość po „Parcelacyi“ i „Mnożniku,“ „Konwersya“ idzie od „Debory;“ po prostu kupiona była od Dwojry — między nami powiedziawszy, — ale taka koligacya uchodzi, szczególnie w arystokratycznych sferach.

SCENA VIII.
Ciż — Uszer.
Uszer (wsuwa się dyskretnie i staje przy drzwiach).

Pan wołał — przychodzę. Co pan każe?

Atanazy.

Słuchaj-no, Uszer, jesteś sprytny żydek.

Uszer.

Oj, oj!

Atanazy.

Trzeba się żwawo zawinąć i kupić konia.

Uszer.

Konia? Choćby dziesięć koni — też może być.

Atanazy.

Nie tak łatwo, jak myślisz; nam potrzebny jest zaraz, ale to zaraz, i to nie taki koń, jak ci się zdaje, ale angielski, pół angielski.

Sabina.

Koniecznie angielski... bo jak się odznaczyć, to tylko na angielskim.

Uszer.

Za co nie? — ja takiego konia już mam. Ha! ha! co za kuń! jaki kuń!... żeby nasze wrogi takiego konia nie widzieli!

Atanazy.

I angielski?

Uszer.

Przysięgać na to nie mogę, ale pewno angielski, bo wygląda... ach, jak ten kuń wygląda!

Atanazy.

No jakże?

Uszer.

On wygląda niekoniecznie jak angielski, ale jak holenderski bik! — takie paskudne ślepie ma, takie nieprzyjemne spojrzenie. Ładne kawałek bydlę: krótkie nogi, kark gruby, a tłusty, jak ja, z wielkiem przeproszeniem... ja muszę przy tem pomyśleniu trochę splunąć!

Karol.

A jakież jest jego pochodzenie?

Uszer.

Z Warszawy.

Atanazy.

Z jakiej stajni?

Uszer.

Skąd ja mam wiedzieć, z jakiej? Ze stajni... kuń zawsze jest ze stajni, a ten holenderski Anglik to naprawdę jest z browaru. On woził piwo po Warszawie. Aj! żebym ja miał dziesięć procent tych antałków, co on woził. Ha! ha! On się tam wypasł — on jadł same słodziny, a może i bawarskie piwo pił. Wielki paradyer... wielki cugant! Jego można nie drogo kupić, bo ma teraz fontynellę na prawej łopatce. Śliczny kuń!

Karol.

Stryju, z nim niema co mówić! On się nie zna!

Uszer.

Ja się nie znam? Uszer się nie zna — a kto będzie się znał? Na jaki użytek pan potrzebuje konia?

Karol.

Na wyścig dystansowy.

Sabina.

Tak... Pucio weźmie nagrodę 2,000 rubli i medal złoty.

Uszer.

Dwa tysiące i medal! Ja sambym pojechał, żebym tylko zdrowie miał. Teraz już wiem — pan potrzebuje na taki interes wielki kuń, chudy kuń, żeby nie dźwigał dużo mięsa. Owszem, ja i takiego znajdę. Już mam — nie jest bardzo młody, ale ma wielki fajer. Jak idzie, to w nim cała muzyka gra; ma maleńki feler na jedno oko, ale to nic nie szkodzi... nie będzie czytał gazet, tylko ma lecieć po nagrodę. Nu, jakże, proszę pana, czy mam kupić tego cuganta?

Atanazy.

Nie, nie. Idź-no i kaź tu przynieść wagę.

Uszer.

Bezmian?

Atanazy (wskazując na Karola).

Pana zważymy. Niech przyniosą wagę dziesiętną.

Uszer (n. s.).

Na co jego ważyć?! Na majątek on mało waży, a na mięso wcale nie jest towar. (Wychodzi).

SCENA IX.
Ciż — później Uszer, Sałacki, dwaj parobcy.
Atanazy.

Od czasu do czasu zapalam się do tej myśli — jedziemy, pobijemy, bierzemy nagrodę i pannę. Na żyda niema co liczyć. Bierz „Wielkiego Szlema,“ trenuj go i zdobywaj nagrodę...

Karol (rzuca się w jego objęcia).

Stryjaszku! czem ja ci to odwdzięczę?!

Atanazy.

Wygraj!

Sabina.

Panie, jesteś w całem znaczeniu tego wyrazu szlachetny.

Atanazy.

Od czasu do czasu, pani dobrodziejko. A teraz ważmy się i trenujmy.

Sabina.

Trenujmy się.

Ewa.

Sabinko... co też ty wygadujesz?

Sabina.

Dla Pucia gotowa jestem do wszystkich poświęceń.

(Wnoszą wagę. Sałacki i Uszer regulują gewichty).
Sałacki.

Już Uszer szachruje! To nie można — musi być akuratnie...

Uszer.

No, no, wielki interes!.. Człowiek się może omylić, a waga nie jest zegar, żeby pokazywał akuratnie co do minuty.

Ewa.

Uszer z przyzwyczajenia trochę kręci.

Uszer.

Wielmożna pani też z przyzwyczajenia żartuje.

Atanazy.

No, Karolu, marsz na wagę! (Karol wchodzi). Śliczna waga — akurat 140 funtów.

Uszer.

I łutów dziewięć, może dziesięć.

Atanazy.

Zapisz sobie, a później waga co dwa dni... Panno Sabino dobrodziejko, prosimy na wagę.

Sabina.

Po co?

Atanazy.

Dla naszej ciekawości. Za dwieście dwadzieścia funtów ręczę.

Sabina (n. s.).

Impertynent! (Wybiega).

Ewa.

A teraz z dobrym humorem i nadzieją w sercu chodźmy na obiad.

Atanazy.

Wielki czas.

Karol.

Wynieście wagę.

Uszer.

Proszę pana, czy mam sprowadzić tego holenderskiego cuganta?

Karol.

Nie potrzeba. Na obiad, na obiad! Stryjaszku, pewny jestem wygranej. Górą nasza!

Wszyscy.

Dobra nasza! i górą nasza!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Klemens Szaniawski, Kazimierz Laskowski.