Przejdź do zawartości

Wujaszek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Junosza-Szaniawski
Tytuł Wujaszek
Podtytuł Humoreska
Pochodzenie Gazeta Warszawska, 1924, nr 233
Redaktor Zygmunt Wasilewski
Wydawca Mieczysław Niklewicz
Data wyd. 1924
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyńskiego i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WUJASZEK
(humoreska.)

Pociąg osobowy wlókł się z oddalonych kresów ku Warszawie dziwnie sennie i leniwie...
Kilka godzin temu przemknął tędy jak szalony, rwąc naprzód bez opamiętania, kurjer... przeleciał jak wicher, aż szyny jęczały, aż ziemia się uginała...
A ten sierota wlókł się jak żółw, bez najmniejszej ochoty do i pośpiechu.
Widocznie nic go nie ciągnęło ku naszej stolicy, bo przy ladajakim mostku zwalniał biegu, to znów ni z tego ni z owego przystawał w czystem polu i przyglądał się sennemi ślepiami okien wagonów zżętym już łanom żytnim, a podumawszy chwilę, stęknął znów i wlókł się dalej.
Słońce chyliło się już ku zachodowi i zakrwawionem okiem zerkało na tego żelaznego robaka, co po relsowych nitkach tak niechętnie pełzał naprzód.
W wagonach pierwszej i drugiej klasy znużeni, a jeszcze więcej znudzeni, pasażerowie drzemali, tylko w klasie trzeciej panował pewien ruch i ożywienie.
W jednym z przedziałów toczył się gwałtowny spór oto, czy zboże latoś pójdzie w górę, a skóry spadną, czy też będzie odwrotnie.
Jakiś pesymistycznie usposobiony drobny dzierżawca przysięgał się i zaklinał, że wszystko pójdzie w górę z całą pewnością, a tylko człowiek biedny stoczy się na sam dół i tam go też stoczą robaki, bo tak być musi i żeby nawet djabeł na djabła lazł, to już lepiej nie będzie, bo widocznie koniec świata nadchodzi.
— A co najgorsza rzecz — mówi — że nie możesz utrafić. Żyto poszło w górę, człowiek się cieszy, wieziesz więc do miasteczka kilka korczyków, bo wydatków więcej niż włosów, na głowie, a tu, panie, jak zapisał, cena zleciała na łeb i albo oddaj ziarno za bezcen, albo zabieraj je z powrotem do śpichrza. To znów, panie drogi, sąsiad mówi, że obuwie potaniało. Człowiek, choć nie minister, lubi mieć całe buty na nogach, jedzie więc do miasta, chce kupić, a tu coś się sprzysięgło, bo buty tak skaczą do góry, jakby je co wesołego spotkało. Tak... tak... utrafić trudno i w tem, panie, cały sekret.
— Święta racja — dorzucił przysadzisty rzeźnik. — A jeszcze gorsze, panie, te podatki. W naszym fachu towaru nie brak, ale ten, co świniaka uchowa, tak się z nim droży, jak z dzieckiem rodzonem. Kupiłem w zeszłym tygodniu niezgorszego robaka, bo ważył przeszło dziewięć pudów, ale jakiem go po zaszlachtowaniu rozprzedał i spłacił podatki dochodowe, majątkowe, a gminne, a miejskie, tom jeszcze dołożyć musiał czystego grosza ładne kilka złotych. A wszyscy, panie, na tego rzeźnika, jak na burą sukę i kary na to niema...
— Oj źle, źle — zakonkludował dzierżawca, zapalając papierosa, który pochodził widocznie z własnego ogródka, wydawał bowiem ze siebie przeróżne aromaty, prócz tytuniowego.
Tuż obok urlopowany zawodowy wojak z ogromnym zapałem opowiadał sąsiadom, jak to było w okopach, kiedy nacierali bolszewicy, jak wiara nasza parła ochoczo do boju, wróg zmykał aż się kurzyło.
— Tośmy, panie tego dnia jedli obiad dopiero pod sam wieczór i to onegdajszy był, odgrzewany.
Naprzeciw siedziało dwóch żydków, a hałaśliwy ich szwargot wypełniał luki pomiędzy gawędą małorolnych i opowiadaniami wiarusa o przeżyciach wojennych.
Starszy żyd, z dużą już nieco szpakowatą brodą, powtarzał coś z ogromnem ożywieniem, a młodszy mu przytakiwał i chwilami aż pokładał się ze śmiechu, bo widocznie temat ich gawędy musiał być niezwykle dowcipny.
Starszy brał co chwila młodszego pod brodę, gładził go pieszczotliwie po głowie i widoczna była w ich stosunku serdeczna zażyłość.
Wreszcie młodzieniec dobył z zawiniątka zapasów żywnościowych, a starszy towarzysz znalazł natychmiast flaszkę z wódką, i zaczęli się raczyć skwapliwie.
Słońce tymczasem zniżało się co raz bardziej ku zachodowi, niebawem skryło się zupełnie, oświetlając resztą blasków szarzyznę sierpniowego wieczoru.
Przez otwarte okna wagonów zakradł się milczkiem jesienny chłodek i starał się orzeźwić znużonych podróżnych.
Gawęda, tak niedawno, ożywiona jeszcze, zaczynała się jakoś rwać, małorolni ziewali co chwila, aż wreszcie wszyscy zdradzili chęć do drzemki.
Po całym wagonie układały się obłoki dymu, który fabrykował pesymistycznie usposobiony dzierżawca, paląc papierosy jeden za drugim...
Zaczynało się robić co raz ciszej, coraz senniej... gawędy ucichły.
Najpierw zasnął młody żydek, a niebawem mocne chrapanie jego piersi stało się hasłem do ogólnej drzemki, zaczęto więc poprawiać się wygodniej na ławkach lub tworzyć z tobołków improwizowane poduszki.
Nagle starszy żyd zabrał głos:
— Czekajcie, moi państwo, to się ubawicie i uśmiejecie jak w teatrze.
Wszyscy spojrzeli ciekawie.
— To jest mój siostrzeniec — prawił w dalszym ciągu żyd. — To bardzo porządny chłopiec, z dobrej rodziny, on jedzie do Warszawy do swojej narzeczonej i dlatego taki wesoły. Ale on jest jeszcze bardzo młody i trochę głupi, więc ja go tutaj nastraszę.
Podróżni przyglądali się uważnie żydkowi, który musiał mieć jakieś wesołe sny, bo uśmiechał się ciągle, ale chrapał bez przerwy.
— Czekajcie państwo, ja go nastraszę. Zabiorę mu pięćset dolarów, które ma w kieszeni i schowam się w drugim wagonie. Jak on się obudzi, podniesie gwałt, będzie narzekał, to się uśmiejecie!...
To mówiąc, delikatnym ruchem wyciągnął śpiącemu z kieszeni portfel, pokazał obecnym dolary, przeliczył je, a potem wyniósł się z wagonu, rzucając towarzystwu pełne uprzejmości „dobranoc“.
— Dobranoc! odpowiedzieli podróżni.
I wszyscy uśmiechnęli się życzliwie, patrząc jeden na drugiego, pogadali jeszcze nieco o facecji i wrażeniach, jakie przeżywać będzie żydek, ale dłuższa gawęda już się jakoś nie dała nawiązać, więc wszystko powoli ucichło, a wkrótce w całym wagonie rozległo się zbiorowe chrapanie, które mieszało się z turkotem zdezelowanych kół wagonu.
Tylko pesymista — dzierżawca nie mógł zasnąć, bo widocznie trapiła go zmora spadku cen, który jest tak trudny do utrafienia i tyle kłopotów mu sprawia w życiu.
Chcąc ulżyć sobie, palił papierosy bez przerwy, jakby się zobowiązał dokładnie uwędzić wszystkich pasażerów na rano.
Prócz niego czuwała jeszcze jakaś resztka świecy w latarce wagonowej i mdłym blaskiem starała się uprzyjemnić drogę podróżnym trzeciej klasy, ale widocznie jej również zabrakło zapału, bo niebawem zaczęła gwałtownie topnieć, rozlała się resztka parafiny po dnie latarki, zamigotała na chwilę jaśniej i zgasła.
To zapewne dobiło dzierżawcę, bo i on niebawem przyjął czynny udział w chóralnym chrapaniu.
Nad ranem zbudził wszystkich straszny, pełen bezgranicznej rozpaczy, krzyk żydka:
— Gewałt! Gewałt! Moje pieniądze!
Podróżni, jeszcze nawpół senni, przypomnieli sobie kawał i wybuchnęli śmiechem.
— Co jest? Co to za śmiechy? To złodziejstwo, rozbój! Zawołam policję, każę rewidować! Konduktor! Panie konduktor!
— Nie krzycz, głupi! — rzekł wojak — bo pieniądze zabrał ci wujaszek w naszych oczach. On chciał cię tylko nastraszyć.
— Czyj wujaszek? Jaki wujaszek?
— Przecież nie mój!
— A czyj?
— No twój, ten stary siwy żyd, z którym tak wesoło gadaliście.
— Gewałt! Rozbój! To nie żaden wujaszek.
— Tylko co? — zawołali wszyscy, unosząc się z ławek.
— Ja go pierwszy raz widziałem na moje oczy. Ja go dziś dopiero poznałem w wagonie. Niech jego szlag trafi! Moje pieniądze! Gewałt! Moje pieniądze!!
Zrozpaczony żydek lamentował bez końca.
A pociąg wlókł się sennie, leniwie, widocznie nie spieszyło mu się zupełnie...

Władysław Janosza Szaniawski.
(Aramis).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Junosza-Szaniawski.