Przejdź do zawartości

Wszyscy jednakowi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wszyscy jednakowi
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WSZYSCY JEDNAKOWI.



 Mam do przedłożenia pewien projekt, o którym wiem, że jest nieziszczalny. Ale jako projekt — już jest czemś. Więc należy go nie zatracić. Siły, które się z nim sprawią dławiąco, są tak potężne, iż do walki z niemi stanąć nie kusić się nikomu. Są to bowiem pasyjki i namiętności te przepotężne i rozpadłe szeroko, jak owe zażywne Wenecje, otulone w purpurę i płomienne szaty na plafonach Palazzo Ducale. Tak samo nad całym tłumem i korowodem wątpliwych piękności, a niewątpliwych szpetot ludzkiej zbiorowej duszy tronuje naprzykład Pycha. Bajecznie rozsiadła się Veronezowsko, a posłuszna dusza człowieka hołd jej niesie, hołd jakiegoś Doży Grimaniego — zamiatającego pył złocistą szatą swej Dostojności. Wobec takiego Heroda należy usuwać się z drogi. Tem bardziej, że projekt mój dotyczy zmarłych. A wiadomo. Zmarli o tyle mają rację bytu, o ile służą za pretekst dla wyładowania i nasycenia pewnej dozy Psychy ludzkiej. Nie mówię o tych, za którymi naprawdę płaczą serca ciche i oddane. Choć, zastanowiwszy się, ten płacz jest raczej ronieniem łez nad samym sobą, nad tem, że już obecność zmarłego nam nie przyniesie radości. Bo żal nam wspólnego z nim życia naszego, a nie jego właściwie. Dlaczegoż bowiem żałować tych, co odeszli? Nie wiemy o nich nic, a przynajmniej bardzo mało. Fatalna konieczność Sokratesa nadeszła. I stało się. Jak i co, to już ich rzecz. Zazdrośnie chowają swoją tajemnicę. Przypuszczam jednak, że są uczynniejsi, że znać nam dają o sobie. Tylko rozporządzamy materjałem zbyt grubym, mało subtelnym i nie wyczuwamy ich. Zwierzęta wiedzą więcej, czują subtelniej. To się nazywa wzgardliwie — instynkt. Daj nam Boże taki instynkt. Zdobylibyśmy rzeczywiście światy, gdyby oczy nasze widziały więcej, niż naukowo zakreślone pole widzenia. Ale to do rzeczy nie należy. Mnie chodzi o tę słodką i śliczną właściwość ludzkiej natury, która nawet w chwili zgonu najbliższych — znajduje dość siły, aby zagarnąć wszystko i z trumny uczynić sobie pretekst do rozsypywania piasku w oczy gapiów.
 Chodzi mi o Pychę — o pychę pogrzebową. Pychę, siedzącą u wezgłowia trumny.

............................................

 Jest przepyszna anegdotka, zdaje mi się, należąca do Tołstoja. Otóż chłop rosyjski, taki rdzenny chłop rosyjski, który całą zimę na piecu leży i złazi tylko po to, aby w bani znów na piec legnąć, „filozofuje“. Po swojemu. To jest zdrowo, jasno, z podkładem dobrodusznego błazeństwa. Ten chłop tołstojowski filozofuje o równości wszystkich tak zwanych „stanów“.
 — Popatrz! — mówi do swego przyjaciela — popatrz, ojcze, co to jest życie. Ot... widzisz — generały ze szlifami, archimandryty w złocie, sam car batiuszka w brylantach, kupcy z pieniądzmi na brzuchach — i biedniogi co z głodu puchną, i urzędniki co biedą przymierają, i my chłopi gałganiarze-nędzarze, i żebraki, protokanalje, biedaczyska pijanice, bo wódka matuszka koi i kołysze. Ot... cały tłum... Jedni po drugich depcą, rozgniatają im wnętrzności, byle dojść do bogactwa. I drą się, bracie — i za łby wodzą i dmą się. Te wielkie aż kopią biedaka, jak im na drodze przyległ. Tak to wszystko, bracie, na świecie. A przecież!
 Tu chłop wzdycha, pociera kark — czuć, że powie swoje kapitalne słowo.
 I mówi je:
 — A popatrz oto na nich w bani[1] jak się całkiem rozdzieją. Wszyscy jednakowi.

............................................

 Śmierć jest właściwie taką banią. Rozdziewają się wszyscy w chwili zgonu. Ach! Pomijam ten barbarzyński, ohydny zwyczaj, wciskający świeżego trupa we frak, w lakierki, w stanik sukni pretensjonalnej, ohydnej. Bezczeszcząc majestat, narzuca się stado pyszałków i targa trupem, ubierając go paradnie, balowo, na ostatnią wystawę. Należy się śpieszyć, póki jeszcze ciało ciepłe, póki nie zastygło. Później „frak“ wcisnąć się nie da, bo i tak ciało wzdęte — już na plecach rozciąć trzeba było sukno. Mniejsza. Nie widać. A przecież dopiero nieboszczyk wstanie na Sąd ostateczny — więc tam będzie więcej takich. Tylko teraz należy, aby ten front był presentable i aby wstydu nie przyniósł. Całą siłą z tej martwej spokojności wydzierają go i stroją elegancko, czyniąc zeń dzieło jakiegoś monachijskiego Otrey’a — pana, który skamieniał nagle w powrocie z jakiejś nocnej birbantki we fraku, białym krawacie i klasycznych białych rękawiczkach! Całun? Całun Chrystusa, całun Łazarza — białe proste płótno, które ma spowinąć spokojnie resztkę człowieka? Nie. — To niemożliwe. To byłoby mało dekoracyjne. Wprawdzie, naprzykład we Francji, właśnie chowają w takich całunach swych zmarłych — ale u nas jeszcze dzięki Bogu prostota jednaka wobec śmierci nie weszła w użycie. Daje się nawet zmarłym do grobu kosztowności. I czyni się wystawę, wystawę dziwną — niepojętą. Ma to być kult i dowód miłości dla zmarłego, a jest to straszna poniewierka godności bezbronnego. Każdy wejść może i pogawronić się na jego tragiczność bolesną. Kumoszki z szeptem obchodzą trumnę. Kwiaty więdną brutalnie. Świece kapią i rozwiewają dławiące dymy.
 Na szeregi tych lichtarzy zdobyto się nieraz kosztem więcej niż ciężkim. Należało! Tak, jak należy i ten karawan z pewną ilością koni i bandą huzarów czy Węgrów, czy Hiszpanów — czy jakich innych pajaców, odzianych w kiry i otaczających z minami znudzonemi trumnę. Im więcej koni, im więcej Węgrów, im wyższy karawan — tem większa parada i dowód zamożności rodziny. Chwieją się kity na łbach końskich, swąd idzie śladem pochodni, monument karawanu przewyższa wszystko — a w trumnie błyszczącej i ciężkiej jak dziesięć kas ogniotrwałych, biedny, nikły trup drętwieje w jednakowy, ogólnie przyjęty sposób.
 Rozkłada się — gnije.
 Czy we fraku, lub będąc dziewicą na biało, czy w narodowym pasie na brzuchu, czy w innych pięknościach — dość, że gnije zupełnie jednako, jak taki w szpitalnej koszuli, owinięty w prześcieradło, bez nekrologów, czarnych huzarów, piętrowych katafalków...
 Bo — „popatrz na nich w bani — wszyscy jednakowi“.

............................................

 Więc — czy nie możnaby przynajmniej po śmierci zrównać ludzi, tak jak ich równa majestat częściowego zniszczenia. Jednaka „klasa“ karawanów, jednaki rodzaj trumien dla wszystkich. Widziałam kiedyś pogrzeb zakonnicy. Trumienka była prosta z czterech desek. Krzyż z gałązek sosnowych na wieku obejmował miłośnie trumnę tę w swe ramiona. Karawanik był ten „najpodlejszy“ i ani jednego Hiszpana z latarnią. A przecież to był pogrzeb pełen dostojeństwa, ciszy i harmonji. Trup odchodził spokojnie na swe legowisko — nie czyniąc ze siebie przedmiotu podziwu i zazdrości. Nie był tym, który już poza linją wzbudza złe pasje w innych istotach. Wznosił się do godności człowieka — poprostu człowieka, przestając być jaśnie oświeconym czy wielmożnym czy jakim P. T. Jeżeli szło za trumną serce ściśnięte żalem, był to żal prosty, bez arabesków pysznych i kastowych. To słowo „pogrzeb pierwszej, drugiej lub trzeciej klasy“ — powinno zniknąć na zawsze z powierzchni. Jeśli ludzie, walcząc dziobem i pazurami, powyżerali się na pewne szczeble i stamtąd dmą się, złocąc swoje stanowisko — pięknie! Wolna wola. Lecz trupa ciągnąć jeszcze gwałtownie na te szczeble — klasyfikować jego parady, jest czynem wstrętnym i niemoralnym. W tych dniach czytałam w jednem z pism ogłoszenie o śmierci jakiegoś kogoś. Otóż — ponieważ obecnie jest moda przy nazwisku zmarłego podawać „właściciel realności albo dóbr“ (!!!), wymienia się obecnie nazwiska wsi, folwarków, a nawet, jak w fakcie przeze mnie wspomnianym, właściciel kolonji gdzieś tam w jakimś majątku.
 Właściciel?...
 Jakaż to własność? czem włada ten zmarły? Ten kawałek ziemi, na której leży, i to nie podlega jego władzy. W każdej chwili wyrzucić go zeń mogą. Dlaczego więc tę szpetotę słowa przyczepiać do martwej piękności zmarłego? — Zmarł — nazwisko i data.
 Czy to nie wystarcza? Jeśli zostały po nim czyny, dzieło jego życia — ono samo się odezwie i powie — jestem. Bez opamiętania wielkie, rozprzestrzenione klepsydry, pyszne a śmieszne zawiadomienia w dziennikach, zajmujące całe stronice, kontrastują dziko z istotą rzeczy — a co gorsza wywołują w sercach biedniejszych żal, że oni nie mogą „uczcić“ swego zmarłego całą płachtą papieru, anonsem tak wielkim jak fabryka tutek i legjonem czarnych Węgrów w wykrzywionych butach.

............................................

 Doprawdy wielki czas byłby, ażeby pozwolić choć zmarłemu stanąć jedynie w glorji swych własnych dzieł. Bezustanna komedja i pawienie się pewną ilością brzękadeł, które dozwalają wyklasyfikować się na najdonioślejszą klasę społeczną — wobec chwili śmierci zniknąć zupełnie powinna. Mój ukochany poeta, Jules Laforgues, w swych „complaintes“ o umarłych mówi:
 Les morts — ça voyage. Umarli — podróżują. W przestrzeni. Tak, drwiąc z Wilburów Wrightów. Podróżują i widzą. Pojęli prawdę. Jakże cierpieć muszą, asystując tej pajacowskiej paradzie, dokoła tego, co nimi jeszcze jest, jeszcze czas jakiś będzie. Za karawanem o zrudziałych piórach, w przestrzeni planuje renta zmarłego i te szmaty kirowe, te konie dychawiczne, ci parobcy przebrani pajacowato, jakież to marne i nędzne dla niego, Wyzwolonego, choćby kosztowało tysiące i było najwyższej klasy. Chęć teatralnych parad winna zaniknąć wobec Wielkości faktu. Stało się coś tak olbrzymiego, tak tajemniczego, że drętwa nas ogarnia. Czujemy się mali, ciemni i głupi. Mówimy Śmierć, Umarł — Trup. Ale to są słowa. Bo my w tej chwili stoimy wobec uchylonych wrót świątecznych — do których wionął fluid życiowy jednego z nas. Nie wolno nam spojrzeć w tę uchyloną jasność, bo ołtarze te tajemnicze strzeżone są przez niewidzialne potęgi, pobłażliwie uśmiechnięte wobec rozpaczliwych usiłowań i wniosków, jakie Nauka wyczynia.
 Czy nie należałoby więc przejąć się rzeczywistą wagą i potężną siłą takiej chwili! Czy nie należałoby dozwolić wreszcie zostać człowiekowi tylko człowiekiem, zrównanym dostojnością śmierci z jemu podobnymi. — Pochodnie, niesione przez wynajętych parobków, niech zastąpią jego myśli, jego dzieła, jego czyny, nawet te ubożuchne, drobne, wedle miary szlachetne. Na każdy taki czyn, takie dzieło znajdzie się miejsce dokoła trumny. Równie dostojnie szeleścić będą skrzydła genjalnych arcytworów jak mrówcza, natężona praca, delikatnie błyszcząca koło ciała nędzarza.

............................................

 Tylko najgorzej będzie z korowodem pogrzebnym tych właśnie, którzy musieliby za cały ornament mieć Dzieła swego życia, a nie byłoby tych Dzieł wcale. — Ubogo prezentowałaby się taka trumna i doprawdy byłby to wtedy rzeczywiście pogrzeb ostatniej klasy.
 To byłoby fatalne. Tem więcej, że obecnie ta właśnie kategorja zmarłych dostarcza przeważnie klijentów wspaniałym pogrzebom w sześć zdychających koni, dwanaście Hiszpanów, tyleż cuchnących latarni, pana z laską, słowem całej lirze — pierwszej klasy!








  1. ↑ Łaźnia parowa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.