Wspólny pokój/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Wspólny pokój
Wydawca Wydawnictwo Współczesne
Data wydania 1932
Drukarz Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

— Nie...
— W Krakowie jest łagodniejsza cenzura.
— Tak, ale ludzie o innych nastrojach.
— Bo tutaj trzeba poczekać, zamknęli ostatni numer, trzeba będzie z miesiąc cicho siedzieć, a potem wyda się coś nowego.
— Oj, kiepsko jest, bo kiepsko.
Była szósta rano. Zamglony świt martwo jaśniał w mieszkaniu. Lucjan dosypiał noc lekką, ranną drzemką. Zdaleka jakby słyszał szeptem prowadzoną rozmowę, jednak, przy melancholijnie wypowiedzianych słowach: Oj, kiepsko jest, bo kiepsko, — odwrócił się w stronę pokoju, odchylił głowę i spojrzał tam. „Mieciek“ leżał na kanapie, z rękami podłożonemi pod głowę. Obok, na krześle, siedział różowy blondynek w krótkim kożuszku, z czapką na kolanach. Miał może z dziewiętnaście lat, a jego piękna, chłopięca twarz jeszcze bardziej podkreślała bryłowatą gębę „Miećka“. Lucjana opuściło pragnienie snu, uzyskał wygodną pozycję, aby przyglądać się i przysłuchiwać tym dwóm.
„Mieciek“ usiadł, przeciągnął się i spojrzał na zegar. Wykrztusił, ziewając: ho... już... po... szóstej. Złożył ręce na skrzyżowanych pod kołdrą kolanach i kiwając się, powiedział wolno:
— Łazarewiczówna siedzi już drugi miesiąc.
— Tak, już będzie.
— A we Lwowie jakoś dawno nie było wsypek, jak tam? Dobrze zbierają się, czy też wcale nie?
— Tam są nieważni. Łódź to tak.
Pauza.
— Toś całą noc jechał?
— Calutką, oka nie zmrużyłem, już tak, aby ci jak najprędzej oddać to i mieć spokój.
— To dobrze. Ale lepiej schowaj to pod dziadka, ciągnął kilka arkuszy papieru z pod poduszki i patrzał na maszynowe pismo. — A jechałeś spokojnie, szpicla jakiego nie zauważyłeś?
— Skąd, sam byłem w przedziale. Nic nie było.
— To dobrze. Ale lepiej schowaj to pod dziadka, wsuń tam, bo ja jestem nieubrany, zimno jak cholera.
Blondynek spojrzał na portret Piłsudskiego, wziął papiery do ręki, chciał się podnieść, ale w tej chwili skoczył mu na kolana kotek z podniesionym do góry ogonkiem, łasząc się i mrucząc. Chłopak wsadził papiery do kieszeni kożuszka i począł gładzić kotka. „Mieciek“ siedział i kiwał się. Obaj nic nie mówili, widać wypowiedzieli już sobie co było najważniejszego. Od strony kuchni doszło ich pukanie we drzwi. „Mieciek“ powiedział do blondyna:
— Idźno i otwórz, to pewnie ci z......i literaci wracają pijani. Otwórz, poco matka ma się wściekać?
Blondynek zsadził kotka na podłogę i poszedł w stronę drzwi. Lucjan spojrzał w przeciwną stronę alkowy, ale zobaczył w mroku Dziadzię i Zygmunta, śpiących na swojem łóżku. Właśnie ziewnął szeroko, kiedy w kuchni usłyszał nerwowy, męski głos:
— Stać... stać... stać... Łapy, łapy w górę!!... Obmacaj go tam... ja pójdę dalej.
W tej chwili Lucjan ujrzał uważnie posuwającego się mężczyznę z rewolwerem w ręku. Stanął przy łóżku, przybliżył swą wygoloną twarz z błyszczącemu oczami do twarzy Lucjana i powiedział swym nerwowym, ochrypłym głosem:
— Śpisz pan?
— Przecież widzi pan, że nie śpię. Kto pan jest?
— Chyba widzisz pan, że nie bandyta, a policja. Proszę leżeć na łóżku i nie ruszać się. Eee! Stukonis, siedzieć tam w miejscu!
Mężczyzna szybko podbiegł do starającego się wciągnąć spodnie „Miećka“.
— No, no... spokojnie... spokojnie.. jeszcze się pan ubierzesz... sam każę. — Oleś, chodźno tu z tamtym, ja jeszcze zajrzę do tego pokoiku. — Ach, przepraszam, tam kobiety, ja tak przez drzwi; może panie się ubiorą, bo będę musiał coś nie coś przejrzeć. — O, to jeszcze tam dwóch śpi, gniazdko, niema co.
Mężczyzna wsadził rewolwer do szerokiej kieszeni palta i powiedział wesoło:
— No, blondasku, a żeśmy cię przyskrzynili. Już od samego Lwowa mamy cię na oczku. Ładny pan jesteś, łatwo pana poznać. No, Oleś, co tam przy mim znalazłeś? Broń miał?
Chudy, niezmiernie drobny, rudy człowieczek odpowiedział sepleniąc:
— Nie, nie, bloni nie miał... nie miał bloni... ale... ale bibułki tlochę... w kiesonce futelka... doblej... waltościowej bibułki. Mas tu... więcej nic... więcej nic nie miał.
„Mieciek“ rzucił na blondyna piorunujące spojrzenie, potem kopnął leżącego u stóp kotka.
Mężczyzna wziął papiery z rąk drugiego agenta i zawołał:
— Nie kop zwierzaka, bolszewiku jeden. Takbyś pan tylko wszystko dręczył. Ej, Stukonis, mamy teraz w biurze dokumenciki... aa... palce lizać. Posiedzisz pan aż miło. Dawnośmy na to czekali. Zrobi się małą rewizyjkę i pójdziemy do biura.
Lucjan zaczął kasłać. Zygmunt stanął na progu pokoju w bieliźnie, okryty pledem. Miał wściekłą minę.
— Czego panowie sobie życzą?
— Hola, co za mina. Proszę, oto nasze ordery. A teraz kładź się pan zpowrotem.
— To do mnie należy, czy mam się kłaść, czy nie. Rób pan, co do pana należy.
— Kładź się pan... kładź się pan, bo skuję jak bandytę. Grzecznie pan nie rozumie?
Zygmunt wrócił do łóżka. Z drugiego pokoju wyszła przerażona Stukonisowa, a za nią wyjrzała Teodozja. Felicja wyszła do pracy przed nadejściem agentów.
Mężczyzna zawołał:
— Oho, panie już gotowe. Skoczę tam na chwilę.
Wszedł do pokoju kobiet, powierzchownie przejrzał szufladki, poczem wrócił i tak samo niedbale przeszukał biurko i etażerkę, następnie zwrócił się do leżących w łóżku:
— Ubierać się, panowie, pójdziemy razem. Raz... dwa, trzy!
Zygmunt zaprotestował:
— Niema sensu, żeby pan nas ciągnął, z samego rana. W ciągu dnia przyjdziemy sami, gdzie trzeba.
— Proszę pana, jesteś pan przecież człowiek inteligentny, co panu będę tłumaczył? No trudno, trzeba iść, ubierać się, panowie! Eee, panie tłusty, co pan tak śpisz twardo?
Zadziwiające, że studenci przez cały czas spali, mimo hałasów i okrzyków energicznego agenta. Może udawali, w każdym bądź razie Józef patrzał błędnie dokoła, a Bednarczyk krzyknął z przerażenia. Edward odrazu zaczął się ubierać, zastrzegając się:
— Jestem asystentem, studentem medycyny przy uniwersytecie, o godzinie dziesiątej muszę być na sekcji, żeby panowie wypuścili mnie przed tym czasem.
— A pan dlaczego się nie ubiera? — agent do pokasłującego Lucjana.
— Ja, proszę pana, nie mogę wstawać, jestem chory, dwa dni temu miałem krwotok płucny.
Dziadzia i Zygmunt zaświadczyli, że tak jest istotnie. Wobec tego agent przybliżył się do Lucjana i zapytał:
— Co pana łączy z tym domem?
— Nic, mieszkam tu, jestem sublokatorem.
— Aha, no, jak pan wyzdrowieje, wezwie się pana. — No, wszyscy gotowi? Idziemy, proszę! Wrazie próby ucieczki, użyję broni. Śpieszcie się, śpieszcie, panowie.
Biedny Dziadzia, miał minę prowadzonego na szubienicę. Zygmunt i reszta zachowywali się spokojnie, tylko Edward wykrzyknął przechodząc obok Lucjana:
— Widzi pan, oto skutki mieszkania pod jednym dachem ze smarkaczem o zbrodniczych instynktach. Człek musi się włóczyć po biurach policyjnych. Proszę być dobrej myśli, panie Lucjanie, już my pana wykurujemy, dowidzenia.
Wyszli mężczyźni. Zostały tylko dwie kobiety. Stukonisowa płakała, szykując się do wyjścia do pracy, Teodozja zrzędziła:
— Zawsze mówiłam, że taki koniec będzie. Tym tam nic nie zrobią, ale że „Mieciek“ będzie gnił w więzieniu, to głowę daję. Lucek, co wolisz, herbatę z mlekiem, czy kawę?
— Wolę herbatę, jeśliś taka łaskawa.
— Uhmm, jeszcze kpij sobie tutaj, ty umarlaku.
Lucjan nic nie odpowiedział. Ta dziewczyna zawsze opacznie rozumiała jego grzeczność. Położył rękę na swej gołej piersi; ciało było gorące i Lucjan wiedział, że ma gorączkę. Nie mógł się jednak zdobyć na termometr, żeby ją zmierzyć. W gardle, ale gdzieś głęboko, charczała z oddechem bezustannie zbierająca się flegma, bulgotała niby gorąca lawa w kraterze wulkanu. Pod łóżkiem stała niebieska flasza z korkiem; Lucjan wychylił się, odetchnął gwałtownie i wypluł do flaszy sporą ilość czegoś różowego, z mocno czerwonemi żyłkami. Potem leżał nawznak, z głową nisko opuszczaną, z kołdrą okrywającą go do pasa i rozchełstaną na piersiach koszulą. Cała historja z aresztowaniem przejęła go nieco i czuł teraz ostry puls w skroniach oraz duszność. Palce jego bawiły się strzępkami, wyłażącemi z kołdry. To dobrze — myślał — że mnie nie wzięli z sobą. Mógłbym to ciężko przypłacić, — ha, jeszcze jednym krwotokiem bodaj. Przytem nie znoszę wszelkich biur policyjnych, komisarjatów, ach, okropne są te brunatne meble, te stępione obowiązkiem twarze urzędników, — okropność. A te pytania: a dlaczego? A kiedy? Czy widział? O której? Skąd wie?... Te łapanie za słowa... tak dzięki Bogu, ominęło mnie to. Jaki dziwny ranek jest dzisiaj, prawda, niema tych krzyków, śpiewów, kłótni o pierszeństwo do miednicy, poszukiwań szczotek... tego zwykłego rannego gwaru. Ach, Boże, dopiero teraz mam złudzenie samotności, o ileż lepiej działoby mi się, gdybym miał swój pokój, ciszę, powietrze, a tak... cierpi się w tym mrocznym, dusznym kącie. I pogodnie jest.
W kuchni rozległo się głośniejsze łkanie, trzasnęły drzwi i płacz jeszcze krótko zabrzmiał na schodach, potem umilkł. — To Stukonisowa wyszła do pracy. Teodozja krzyknęła przez ścianę: Zaraz, zaraz, studzę herbatę. Lucjan wyjrzał na pokój; był nieład, łóżka nieposłane. Za zamkniętemi oknami mżył deszczyk, widać było szary skrawek nieba. Na dole ktoś trzepał mimo deszczu, dywan czy odzież; słychać było głuchy trzask trzciny. Weszła Teodozja, wyniosła i dumna jak zawsze, postawiła na krześle szklankę z mlecznym płynem, talerzyk z chlebem i wędliną, trochę masła tam było. Powiedziała:
— Masz...
— Bądź tak dobra i otwórz trochę okna, jest strasznie duszno.
— Tylko okryj się wyżej kołdrą, bo się przeziębisz.
Wypił śniadanie, bez apetytu, nie czując smaku tego co jadł. Przewietrzyło się, dziewczyna zamknęła okna i usiadła na krześle. Popatrzył na jej zdrową twarz, na piersi ścieśnione sukienką, założyła nogę na nogę i uda jej uwydatniły się. Uśmiechała się do niego, poprosił:
— Usiądź tu koło mnie, na łóżku...
Usiadła i oparła się plecami o jego wzniesione kolana. Powiedziała:
— To dobrze, że chorujesz, bo już nie włóczysz się nigdzie, latawcze i chociaż można cię zobaczyć raz na dwa dni. Nigdy nie usiedzisz na miejscu.
Oboje myśleli o jednem, czuli niepokój i podniecenie. Wreszcie Lucjan zaczął:
— Widzisz, nie można już tak, jak dawniej... szkoda.
— Dlaczego nie można, przecież wszyscy wyszli, Stukonisowa też.
— Mógłbym cię zarazić suchotami, albo co...
Ale już błądził ręką koło jej piersi. Odpowiedziała:
— Jakbyś miał zarazić, to i tak blisko siedzę, mogłabym już. Tylko dziecka mi znowuż nie zrób.
Wsunęła się pod jego kołdrę. Odkrył jej piersi i począł ją gryźć niemal do krwi. Nigdy jeszcze nie czuł tak wściekłego pożądania. Dygocąc, obsunął się na nią. Mgła przysłoniła mu oczy i był bliski omdlenia z rozkoszy. Wreszcie spoczął, oddychając i rzężąc okropnie. Zakasłał się, wszystko wirowało przed oczami i czuł ogromne wyczerpanie. Ona wstała i wyszła do kuchni. Lucjan wreszcie przyszedł do siebie, fakt jednak tak dużego zmęczenia, przeraził go wielce. Ach, widać istotnie jest źle ze mną. Leżąc tak, starł z czoła zimne kropelki potu. Westchnął i jakby mu coś tam w piersiach zaskrzypiało.
Teodozja wróciła z zadowoloną i tajemniczą miną. Wytłumaczyła Lucjanowi, że mogą się nie obawiać, jej znajoma nauczyła ją, jak zapobiegać ciąży. Potem usiadła na łóżku, położyła głowę na jego piersi i tak trwali razem w milczeniu. Ciszę przerywało bulgotanie wody w rurach od wodociągu i uderzenia trzepaczki na dole. Po kwadransie milczenia Teodozja wstała, mówiąc: trzeba trochę posprzątać, bo bałagan jak w stajni. I wzięła się ochoczo do słania łóżek.
Była dziewiąta. Z sąsiedniego mieszkania dochodziło skwierczenie tłuszczu na patelni. Obok łóżka Lucjana stanął kotek i miauknął kilka razy. Lucjan wyciągnął rękę i poruszając palcami, zawołał:
— Kici... kici... chodź tu... zdrajco, hop!
Kotek wskoczył i wtulił łepek pod pachę Lucjana. Miał zimne łapki. Wyciągnięty, burczał jak tajemnicza maszynka. Z zainteresowaniem patrzał na guziczek od koszuli, wreszcie począł go gryźć ostremi ząbkami, mrucząc nerwowo. Wkońcu dał spokój, obrócił się na grzbiet i leżał tak z niedbale złożonemi łapkami.
Lucjan głaskał go i mówił pieszczotliwie:
...nie wzięli cię ze sobą... nie siedzisz w ciupie, mały łotrze. Przez ciebie znaleźli papiery u tego chłopca... co, zabawiłeś go... odwróciłeś jego uwagę... nie drap... tylko nie drap... bo uduszę...
Teodozja zawołała energicznie:
— Zliźno, to ci trochę to wyrko przetrząsę, tylko prędko, poleż tymczasem na tamtem łóżku.
Stanął bosemi stopami na podłodze. Oh, czuł istotnie wielkie osłabienie. Dowlókł się na drugie łóżko, z kotem na rękach. Teodozja zrzędziła:
— Tyle pieniędzy przepija, żeby to nie mógł sobie sprawić siennika, albo kołdry porządnej, tylko śpi pod takim wywłokiem. To łóżeczko też mizerne, pewnie trzaśnie lada moment. Oj, źle to, źle, jak kto ma we łbie siano. No, możesz się kłaść, tylko poduszki podłuż sobie wyżej pod głowę.
Położył się. Rzeczywiście było teraz wygodniej leżeć. Ale poduszkę położył nisko, mówiąc:
— Musze mieć głowę w dole, żeby łatwiej było oddychać.
— A nie zgniećże tego kota. Potrzeba ci co, bo ja wychodzę na miasto?
— Wychodzisz? Nie, nic mi nie trzeba. Nalej mi trochę herbaty. Kiedy wrócisz?
— Az wieczór. Niewiadomo, czy tych aresztantów wypuszczą dzisiaj. Ale po czwartej przyjdzie Stukonisowa, to ci zrobi jaki obiad. No, idę, tylko nie wyłaź z łóżka, bo się zaziębisz.
— Dobrze, dowidzenia, Todziu, jesteś poczciwa dziewczyna.
Mruknęła jeszcze coś i wyszła. W całem mieszkaniu było cicho, a w alkowie panował półmrok. Lucjana porwał kaszel, znowu porwał za flaszę, wypluł flegmę i leżąc na plecach, zamknął oczy i pogrążył się w rozmyślaniach. Pod kołdrą drzemał kotek, rozkoszując się ciepłem i burcząc z zadowolenia. Ledwie dosłyszalny szmerek za oknami, świadczył o drobnym deszczu. Zegar pracował uporczywie.
...Nigdy, nigdy, proszę pana. Nie chcę ryczałtem, proszę mi dać po piętnaście procent od każdego egzemplarza sprzedanego. Jestem tak biedny, że mogę zaryzykować na procent, a suma jaką mi pan ofiaruje nic mi nie pomoże. Jestem młody, nieznany, to prawda, ale, a nuż książka pójdzie. A więc zgoda, piętnaście procent od każdej sprzedanej książki. Dowidzenia panu, panie redaktorze.
...Młodzieńcze, pańska książka jest na wyczerpaniu, w ciągu miesiąca poszło dwa tysiące egzemplarzy, jak na nasze stosunki i na młodego pisarza, to bardzo dużo. Ileż pan zarobił, zaraz, egzemplarz kosztuje sześć złotych, piętnaście procent, no, tysiąc osiemset złotych. A teraz będzie drugie wydanie, przytem recenzje ma pan świetne, napisze pan coś nowego, jest pan zdrów, młody... życie wskazuje panu drogę do swych wysokich celów, słowem, doskonale.
— Ach, panie Lucjanie, tyle się ostatnio słyszy o panu, sławny jest pan strasznie. Podobno pańska powieść rozeszła się w osiemdziesięciu tysiącach egzemplarzy, trzy wydania, tłumaczona jest na obce języki, pisze pan podobno jakiś dramat, ma to być tęga, psychologiczna historja, tak, tak, mówią coś pisma o tem, istotnie, w tak młodym wieku, osiąga pan wyżyny niebywałe, aby się pan tylko nie przejął zbytnio powodzeniem, by nie stać się zarozumiałym... tak, tak, winszuję panu z całej duszy...
— Nie, nie mam narazie zamiaru ruszać się z kraju, tyle tu jest do zrobienia. Chodzi więc panu o wywiad, służę panu.
— ...Tak, przyszedłem właśnie w sprawie wywiadu. Pański dramat po olbrzymim sukcesie w kraju, od roku jest już grany w Paryżu z niesłabnącem powodzeniem, a więc do rzeczy: — co pan myśli o sztukach scenicznych polskich autorów?
...Są po większej części doskonałe. Wyspiański.. Fredro... Bałucki, że już nie wspomnę o Słowackim... i tylu, tylu innych, są to rzeczy olbrzymiej wartości. Jesteśmy jednak w tem nieszczęśliwem położeniu, że sztuki nasze nie odpowiadają gustom europejskim, nietylko zresztą sztuki teatralne, ale i książki, wogóle cała nasza literatura jest... rzekłbym.... szowinistyczna, niedostępna umysłom cudzoziemców. Przytem nie mamy szczęścia, jesteśmy krajem niepopularnym, język nasz jest trudny do tłumaczenia, nieco nudny nawet, nie staramy się pisać stylem mocnym i jasnym, za dużo jest frazeologji...
...Czem więc tłumaczy się powodzenie pańskiej sztuki zagranicą?
...Myślę, — wie pan — iż rzecz ta jest poprostu i zwięźle napisana, przytem porusza zagadnienia tyczące nas w sposób ogólno ludzki, to jest interesujący wszystkich ludzi bez różnicy narodowości. My piszemy za bardzo po domowemu, a literatura to nie ploteczki dla kucharek. Przytem nie umiemy znaleźć owego subtelnego połączenia spraw swoich z międzynarodowem pojęciem literatury. Widzi pan, Rosjanie umieją to robić.
...Co słyszę, więc pan neguje wartość naszej literatury?
— Broń Boże, jest ona wartościowa dla nas, ale nie popularyzuje kraju zagranicą.
...Takie więc jest zdanie pana. Czy długo pracował pan nad swoim dramatem?
...Pół roku...
...Po ile godzin dziennie?
...Ach, różnie... czasem godzinę, a czasem dziesięć.
...Jakiego pisarza, z prozaików, ceni pan najbardziej u nas?
...Bolesława Prusa.
...Jakie jest pana ulubione zajęcie?
...Czytanie dobrych książek.
...Prócz tego?
...Pisanie dobrych książek.
...Pańskie zapatrywania polityczne?
...Żadne... zdrowy rozsądek i zrozumienie potrzeb kraju.
...Sądzi pan, że polityka nasza jest zła?
...Tak.
...Toby było już wszystko. Dziękuję najmocniej... sługa uniżony.
Ktoś silnie pukał do drzwi. Lucjan ocknął się i wyskakując z łóżka, o mało nie przygniótł kotka. Otworzył. Na progu stał Wermel.
— Ach, drogi Lucjanie, przerwałem ci chyba sen, bo dość długo pukałem. Jeszcze się przeziębisz.
— Głupstwo, zamyśliłem się o jakichś bzdurach; przepraszam, żem tak długo nie otwierał. Siadaj.
Lucjan się położył, a Wermel usiadł na krześle. Począł mówić szybko:
— Słyszałem, że jesteś chory, krwotok miałeś, czy coś takiego. Nie złożyłem ci jednak wizyty z powodu stanu swego zdrowia. Naglony potrzebą, chciałem cię prosić, abyś mi podarował parę skarpetek i pozwolił umyć nogi. Od dwóch tygodni nie zdejmowałem butów, jest straszna bieda. Z kuzynem klapa, pokłóciliśmy się i wyrzucił mnie na łeb. Nie chcę nikomu z dalszych znajomych mówić o tem, sypiam więc na dworcu lub na skrzyniach w znajomej drukarni. Ale będzie dobrze, idę właśnie do pewnej redakcji celem podjęcia honorarjum za tłumaczenie pewnej noweli angielskiej, pragnę jednak mieć dobre samopoczucie i chciałbym odświeżyć to, na czem tam pójdę, to jest nogi.
— Bardzo cię proszę, otwórz dolną szufladę szafy, wybierz sobie jakieś skarpetki, a jak z bielizną? Widzisz, ja mam trochę tego jeszcze z dawnych, dobrych czasów.
— Mój kochany, jeśli masz jakąś wolną koszulę, to również mi się przyda jak skarpetki.
— Tylko czy będzie dobra dla ciebie?
— Noszę trzydziesty ósmy numer kołnierzyka.
— No, ja dziewiąty, weź może i kalesony.
— Porządny z ciebie chłop, Lucjanie. Więc w tej szufladzie?
Wermel wyjął bieliznę, pokazał Lucjanowi, co wziął, poczem myjąc i przebierając się w kuchni, rozmawiał z Lucjanem przez otwarte drzwi..
— Mam świetny pomysł na poemat, wszystko już w głowie, całe strofy, lubię jednak pisać z pełnym żołądkiem i przy wygodnym stole. Narazie więc muszę zrezygnować z twórczości. Nowelę przetłumaczyłem w parku Skaryszewskim, możesz sobie wyobrazić kongenjalność tej roboty. Powiedz mi teraz, co z tobą jest właściwie?
— Czort wie, jakieś komplikacje z płucami, czuję się bardzo podle.
— Nie chcę być optymistą i pocieszycielem, ale czuję, że dojdziesz do zdrowia. Hej, Lucjanie, będziemy jeszcze pisali, brali nagrody i honorarja. Biedzie sprzykrzy się wreszcie nękanie nas, weźmie się do innych. Zdrowie jednak jest najważniejsze, musisz starać się odzyskać je.
— Niewielkie mam szanse, czuję to. Zresztą doszedłem do takich wyżyn zobojętnienia, że nie chcę myśleć, jak się to wszystko skończy.
Wermel stanął przed łóżkiem. Miał włosy zmoczone i przylizane do góry, a twarz jego była radosna i mina pewna siebie.
— Lucku, innym razem odwiedzę cię na dłużej i z mniej materjalnemi zamiarami. Teraz śpieszę się, bo mi jeszcze zamkną kasę. Żegnam cię, przyjdź do zdrowia jak najprędzej. Do zobaczenia.
Wykręcił się na pięcie i wyszedł. Lucjan myślał o nim chwilę z serdecznością. Potem wyrzucał sobie marzenia przed przyjściem Wermela. Nędzarzu, leniwcze, co ci do łba przychodzi? Książki, dramaty, wywiady. Co komu przyjdzie kiedy z twego zdania, kto się o nie zapyta? Zdycham w tym kącie i śmiem jeszcze marzyć o wielkości, istotnie osobliwa megalomanja. O, nic już nie zrobię, ciekaw jestem, czy wspomni kto o mnie, jak skonam. Coby jednak było ze mną, gdybym żył, gdybym nawet coś osiągnął? Ot, pytanie. Dobrze jest sobie tak pomarzyć, leżę, myślę, co mnie to kosztuje, nic innego nie mam do roboty. Był wywiad, doskonale, zobaczymy czem się to skończy, przemyślę wszystkie możliwości, jakieby mnie mogły spotkać w życiu przyszłem, przy najpomyślniejszych warunkach, i coby mi to wkońcu dało?
Znowuż splunął. Wypił trochę zimnej, słodkiej herbaty, podciągnął sobie kołdrę pod szyję i przymrużył oczy. Kot skoczył na łóżko i zwinął się w kłębek.
...Scena, to niewdzięczna rzecz. Nie można się tam wypowiedzieć, wszystko jest skoncentrowane, nerwowe, daje wrażenia chwilowe, za mocne i bezpośrednie. Dam spokój z dramatami; wezmę się za powieść mocną, psychologiczną rzecz o jaskrawie realistycznym podkładzie. Jakieś konflikciki, trochę tragedji. Mam sławę, duże nazwisko i pieniądze. Trza mi się teraz stać nadczłowiekiem, takim książkowym Napoleonem. Zabieram się więc do pracy, ha, zobaczymy, co będzie za rok.
...Czy wiesz, kim pan jesteś, panie Lucjanie? Być akademikiem w dwudziestym szóstym roku życia... ohoho, toć to wielka sztuka, mój panie! A przytem jesteś moim kochankiem, wszyscy o tem wiedzą. I to musisz mieć na względzie, bowiem nie jestem stworzona dla byle kogo. Życie i los ugięły karku przed tobą, mój chłopcze.
...Trudno, by natura dała piękniejszą oprawę rozumowi. Kiedy cię nie widzę, Leonjo, wydaje mi się, żem śnił, iż cię kiedykolwiek posiadałem, a kiedy jesteś obok mnie, duszę się z braku odwagi, by się zbliżyć do ciebie. Kiedy rozmawiam z tobą, czuję ból w głowie od natężenia umysłu, który stara się pojąć zawiłą genjalność twych myśli. Tak początkowo do ciebie mówiłem, takie uczucia mną owładnęły. Ale teraz minęło. Jesteś — moja droga — taką samą kobiecinką jak i wszystkie inne, para twych piersi jest równie rozkoszna jak piersi telefonistki lub panny sklepowej, oddajesz się normalnie, leżąc nawznak z rozłożonemi nogami, za wyjątkiem tych chwil, kiedy rozpusta czyni cię bardziej interesującą. Jesteś inteligentna, to prawda, ale — mój Boże, — tyle ludzi jest inteligentnych, a nawet kobiet, toż to — panie święty — psi obowiązek człowieka być inteligentnym. Tak, moja urocza Leonjo, znudziłaś mi się. Dawniej, bywało, siedziałaś przy pianinku, a ja patrząc na twoje bioderka, że tak rzekę, o małom ze skóry nie wyskoczył. Teraz! Siedźże po całych dniach przy czarnem pudle muzycznem, nago, jadaj nawet obiady na klawjaturze, ani nie spojrzę na ciebie. Więc żegnaj, Leonjo, i znajdź sobie bardziej stałego kochanka. Ja... ach, ja, — ja mam ciężkie obowiązki znakomitego człowieka... wyjadę może gdzieś...
...Zmęczony pewnie jesteś, przyjacielu? Wczorajszy bankiet na twoją cześć przeciągnął się do późna w nocy... mów za wiele było. Czy pamiętasz, jakżeś to kiedyś darował mi skarpetki i koszulę i gacie... a teraz, teraz jestem sławny dzięki tobie, kąpię się w poświacie twego imienia. Wydawcy drukują moje wiersze, wiedząc, że jestem z tobą w przyjaźni. Tak, siedziałem sobie we fraku, słuchając peanów na twoją cześć...
...Ach, Wermel, choć ty jeden nie pochlebiaj mi..
Raptem załomotało u drzwi wejściowych. Weszli studenci. Dziadzia i Zygmunt. Byli bardzo rozbawieni i komentowali żywo swoją przymusową eskapadę. W mieszkaniu powstał gwar, jak na jakiemś publicznem zebraniu. Zygmunt usiadł obok Lucjana.
— Ładna historja, niema co. Brat mój posądzony jest o udział w zamachu bombowym. No i siedzi razem z tym swoim koleżką. Nas wypuścili, jak widzisz, sprawdzili tylko nasze alibi. Edwarda mało nie przytrzymali, Bóg wie, czego on tam nie wygadywał: że jest człowiekiem nauki, że nie po to trawi czas dla dobra społeczeństwa, aby być ciąganym po policji. Ten gadaniem wzbudził tylko podejrzenie, i może zawdzięczać tylko dobremu humorowi przesłuchującego nas urzędnika, że go nie zamknął. Sądzę, że Mietek jest niewinny, posiedzi jednak, bo znaleźli tam przy nich jakieś kompromitujące papiery.
Do łóżka zbliżył się Edward, podniecony, z rozwichrzoną czupryną.
— Co, kompromitujące papiery, powiadasz? Portret Lenina, dużą pocztówkę, przedstawiającą Lenina na trybunie znaleźli, przy tym zwierzaku. Pojmuje pan, panie Lucjanie, takie rzeczy ten łotrzyk nosił przy sobie. — Lenina, niby podobiznę kochanki. Jakżeż potworny jest fanatyzm tych ludzi, trawionych przez morderczą ideę. Ha! I ja, asystent profesora Hopli, przyszły koiciel cierpień ludzkości, — ja musiałem się tłumaczyć, dlaczego ob-cu-ję, dlaczego mieszkam razem z tym zbrodniarzem. Uważa pan, zamach bombowy na wysokiego urzędnika sztabu generalnego, w tym wieku tak on zaczyna, a co będzie za lat dziesięć? Ach, racja, wiem co będzie za lat dziesięć, on przecież nie dożyje, powieszą go. Panie Lucjanie, pan, którego natura obdarzyła talentem pisarskim, powinien ostrzem swego pióra zadać cios w serce tej przeklętej idei.
— Dlaczego, to bardzo ciekawi ludzie, robią jakiś ruch, pokazują nowe rzeczy. A co do mojego pióra, to zostaw je pan w spokoju, niech ono sobie tam w spokoju rdzewieje.
Edward przybrał pobłażliwą minę.
— Czy pan sobie mierzy temperaturę?
— Nie, ale czuję, że mam gorączkę.
— To widać. Czy pan oddawał plwocinę do analizy?
— Nie, nie warto.
— Owszem, warto, dowiemy się, czy pan prątkuje. Pan może być niebezpieczny dla otoczenia. Jak widzę, pan spluwa dużo.
— Ach, daj pan spokój! Nic nie będę badał ani mierzył. Chcę mieć spokój i kwita, zresztą, nie mam na to wszystko pieniędzy.
— Wobec tego pozostawiam pana w spokoju i życzę jak najszybszego wyzdrowienia.
Zygmunt ujął dłoń Lucjana:
— Słuchaj, ty się nie kłopocz o utrzymanie, czy o to, że tu leżysz, ja już mówiłem z matką. Wprawdzie to narwana kobieta, ale bardzo dobra. Wyzdrowiejesz, uzyskasz równowagę ducha... zwrócisz, co się będzie należało. Co zaś do tych prątków, to pluń na gadaninę Edwarda, my się tam żadnych prątków nie obawiamy.
— Dziękuję ci za dobre słowa. Jak tylko dojdę do siebie, zwrócę wam co do grosza.
— Niema o czem gadać.
Dziadzia zdążył już włożyć nocne pantofle i pyjamę. Popatrzał krytycznie na Lucjana.
— Cóż tak patrzysz? Jakże cię tam przyjęli w biurze śledczem? Ty masz taką anarchistyczną postać że za samą bródkę i długie włosy mogli cię wpakować do więzienia.
— Gorzej bywało, gorzej bywało... w Szanghaju siedziałem pół roku za przemytnictwo, nie... nie nastraszysz mnie paką.
— To ci się bardzo chwali. Powiedz mi, mój kochany, co to będzie dalej?
— Nic nie będzie. Ty umrzesz, ja się powieszę, Zygmunt zostanie ministrem, i dalej pójdzie wszystko swoim trybem. Źle jest, jeszcze nigdy nie było tak źle. Żadna myśl, żaden pomysł nie przychodzi do głowy. Mój umysł jest zupełnie odrętwiały. Ale to przejdzie, miewałem już w życiu okresy podobnej abnegacji, potem było znowuż dobrze.
I Dziadzia smętnie pyka ze swojej fajeczki.
Stukonisowa wróciła ze swego zajęcia. Zdławionym od przejęcia głosem, zapytała Zygmunta:
— Czego oni chcą od „Miećka“?
— Ano, chcą, żeby posiedział trochę za swoje sprawki.
— Mój Boże, zawsze mówiłam, że się wkońcu doigra. Co on im zrobił?
— Nic nie zrobił, zajmuje się szczeniak antypaństwowemi sprawami i teraz siedzi. Myśli mama, że będą tak przez palce na to patrzyli. Tam batami wypędzą mu ze łba tę ukochaną ideę.
— Ale to wstyd na całą kamienicę. Już mnie stróżka zaczepiała. Człowiek całe życie pracował, żeby toto wychować, a teraz takie dranisko po więzieniach się włóczy a nie ma nawet dwudziestu lat. Już jak komu nie idzie, to nie idzie. Ojciec też, ciągle do jakiejś partji należał, włóczyli go po cyrkułach i żyło się w ciągłym strachu. Teraz ten. Ach, żeby już skonać raz i nie patrzyć na to wszystko. — I gderając swym jękliwym głosem, Stukonisowa zabrała się do gotowania obiadu.
Edward wpadł do pokoju i purpurowy ze złości, wyrwał pióro z rąk Józefa.
— Mówiłem panu do jasnej cholery, żeby mi pan nie brał pióra, nie masz pan poczucia cudzej własności!
— Stul pan gębę, bydlaku jeden, bo mógłbyś pan z kozami żyć, a nie z ludźmi. Ugryzłem tego pióra kawałek, czy co, u k...y mamy?
— Pan Edward to tylko swoje widzi, a jak stale używa mój proszek do zębów, to o tem nie pamięta — wtrącił Bednarczyk.
— Właśnie akurat pański proszek potrzebny mi do szczęścia. Wsadź sobie go pan w d..ę, ten swój proszek.
— No, i o cóż chodzi? Bednarczyk wsadzi proszek, pan pióro, i wszystko będzie w porządku, — powiedział Zygmunt. Tylko ciekawym, komu będzie wygodniej.
— Mógłbyś się pan nie wtrącać do spraw studenckich. Pisz pan lepiej te swoje wierszydła. Oh, cóż za bydło.
— Panie Edwardzie, bo będzie źle. Zamilcz pan.
Edward nic nie odpowiedział i poszedł z odzyskanem piórem do drugiego pokoju. Bednarczyk przepisywał coś z kodeksu Napoleona, drapiąc się ustawicznie piórem w głowę. Józef bezradnie opuścił ręce i wyjęczał:
— Tyle pisarzy i niema czem pisać. Edward nie ma morfiny i dlatego taki wściekły. Trzeba będzie sobie coś upitrasić.
Bednarczyk podniósł głowę:
— Schodzi pan na dół?
— Acha... kupię coś na obiad.
— Kup pan boczku i chleba, a ja dam jajka i zrobimy sobie obiad.
— Ile jajek?
— No, po cztery, osiem.
— Zaraz, czy mi się opłaci? — No, dobrze, cztery jajka.
Józef leniwie wciągnął palto i wyszedł. Bednarczyk przestał pisać i podszedł do Lucjana.
— Powinien pan dużo tłuszczów jeść.
— Tak, powinienem.
— Myśli pan, że ja nie mam suchot? Hee... ja się tak męczę, jak idę po schodach, albo w nocy to mi tak nieraz duszno. Mnie wojsko trochę podleczyło, ale teraz znowuż.
— Męczy się pan z powodu tuszy, a co do duszności, to tutaj każdemu jest duszno, a zwłaszcza w nocy.
— Akurat jak ja jestem tłusty, nalany jestem i tyle. Mam bardzo delikatną budowę. Wrażliwy taki jestem.
Zygmunt oderwał wzrok od książki.
— Okropnie... ty byku. On jest wrażliwy, ale na kawał boczku. Delikatny... bizun, psiakrew.
— Co ty tam wiesz. Sameś zdrów jak koń, to myślisz, że i wszyscy. Żeby ci tak zaszumiało w głowie albo zakłuło w piersiach, tobyś wiedział dopiero co to znaczy wrażliwość. Mój ojciec umarł na nerwy.
— Zdenerwował się, że mu jałówka zdechła, — wykrzyknął przez ścianę Edward.
— Siedź tam cicho, Edward, bo baty dostaniesz — wykrzyknął Zygmunt.
Józef wrócił z dołu i zażądał jajek. Wtedy Bednarczyk przerwał rozmowę z Lucjanem, wyciągnął kluczyk z kieszeni i otworzył mały, drewniany kuferek, w którym mieściły się wiktuały. Odliczył jajka i wręczył je Józefowi, mówiąc:
— A nie zbij pan z jednego.
— Wszystkie będą rozbite... hehe... frajer z pana, brak panu orjentacji.
Bednarczyk wziął się znowuż do pisania. Tymczasem w kuchni wybuchła wielka kłótnia, między Józefem a Stukonisową.
— ...Cały dzień mnie niema w domu, to teraz musisz mi pan włazić w garnki!
— Kiedy miałem zjeść obiad, jak mnie z samego rana ściągnęli z łóżka przez pani synalka.
— Synalkiem pan sobie gęby za bardzo nie wycieraj. I tak pana jeszcze kiedy zamkną.
— Zamkną, czy nie zamkną. Ale teraz niech pani odstawi ten garnek na chwilę, tylko jajka usmażę, no, chwilkę będzie trwało.
— Cholera nadała i z lokatorami. Smaż pan, tylko prędko.
Po kilkunastu minutach student wniósł patelnię z jajecznicą. On i Bednarczyk usiedli przy stole, poczem zaczęli jeść.
— Lepiejby było rozdzielić to na talerzach, bo wyłapujesz mi pan co większe kawałki boczku.
— Ja panu... większe kawałki. Dzięki mnie jesz pan ten obiad. Ja dałem jajka.
— Samżeś mi pan to zaproponował.
— Z litości.
— A jedz pan sam, niech pana cholera ściśnie z pańskiemi jajkami. Myśli pan, że nie obejdę się bez obiadu. Udław się pan.
Dziadzia zaczął rechotać ze swego kąta. Zygmunt wstał z kanapy i powiedział, pobłażliwie kiwając głową:
— Mój Boże, co tu się dzieje w tym nieszczęsnym domu. Stare chłopy, chcecie coś zdziałać w życiu i jak dzieci kłócicie się o byle głupstwo. Jak Boga kocham, ja już warjacji dostaję. Przecież gdybym to komu powiedział, toby nie uwierzył. Przecież wy kiedy pozabijacie się o jakieś pióra, czy jajko.
— A w d...e mam to wszystko, już mi się jeść odechciało.
— Właśnie, i tak żeś pan zdrów... ja potrzebuję tłuszczów, jestem chory na płuca.
Bednarczyk zajadał z apetytem, a Józef zabrał się do jakichś wykresów. Zrobiło się ciemno. Zapalono światło. Stukonisowa przygotowała obiad, podała go Lucjanowi, który się właśnie obudził, poczem zawołała na Dziadzię i Zygmunta, by przyszli jeść. Podczas obiadu Stukonisowa ciągle mówiła o „Miećku“, a Dziadzia ją pocieszał jak umiał. Mimo swej niewypłacalności Dziadzia był lubiany przez gospodynię i przestał zwracać uwagę na jej obelgi wymawiane w czasie złości. Zjedzono obiad. Zygmunt zaproponował grę w preferansa. Usiadł do stołu on i trzej studenci. Przed rozdaniem kart, ułożono się po groszu za dziesięć punktów. Dziadzia uwiązał szpulkę na sznurku i wlokąc ją po podłodze, bawił kotka. Stukonisowa, jak zwykle po południu, szyła na maszynie i śpiewała nabożne pieśni. Lucjan usiadł na łóżku i przeglądał rękopis swej powieści. Widział w niej teraz masę błędów konstrukcyjnych, wielką ilość przydługich i nudnych djalogów oraz podły styl. Zniechęcony położył plik papieru na krześle, zwiesił głowę i pogrążył się w medytacji. Ale po chwili ocknęły go dzikie okrzyki.
— Podglądnąłeś pan renons, do stu piorunów! W ten sposób chcesz pan grać!!
— Powiedziałem pas, a potem zajrzałem do renonsu, jakżeś pan głuchy, to pana huknę w ucho, a odrazu słuch powróci.
— No, już cicho, cicho, gram proste piki.
— Nie możesz grać prostych, boś licytował do trzech.
— Dobrze, niech będzie siedem pik.
— Wist.
— I ja wist.
— No, masz, on musi też wistować. Łaszczysz się pan na tę jedną lewę, a tak byśmy go położyli.
— Naturalnie, króla obrobił.
— Moja rzecz.
Uciszyło się. Lucjan poddał się nastrojowi wieczoru. Przyszło mu na myśl szereg wspomnień. Kiedy miał lat szesnaście i pracował w sklepie kolonjalnym, utrzymywał stosunek z pewną szwaczką, drobną, piętnastoletnią blondynką. Miała na imię Klara. Spotykali się co wieczór po wyjściu z pracy i szli na spacer na mały skwer nad Wisłą. Tam, siedząc na ławce w cieniu drzew, całowali się do późna w nocy. W mroku błyszczały ogniki papierosów i rozlegały się rzewne melodje gitar i ustnych harmonijek. Wisłą przejeżdżały rzęsiście oświetlone statki z orkiestrą na pokładzie. Były to piękne wieczory, jaśmin pachniał...
— Dobrze, już dobrze. Dziewięć w treflach.
— Jakże — u wielkiej cholery — chcesz pan grać z dwunastoma kartami w ręku. Renons odrzuć pan! Panie Edwardzie, pan jest nieprzytomny.
— Pas.
— Kto na ręku?
— Rozłoż się pan, wszystko jedno. Oo, co ja tu widzę, niema karo... zaraz, co on zrzucił... acha, ma marjaż w pikach, wyjdziemy w piczka, buch go trefelkiem, o, już po marjażu, teraz w karko, ciach go trefelkiem, a teraz, znowuż w piczka, bęc go trefel-kiem... hoho... trzy małe trefelki wzięły; bez dwóch przy dziewięciu. Tak, tak, panie Edwardzie, i to przy kogutku, podwójnie... a, świetnie!
I oto stała się rzecz dziwna. Edward wstał od stołu trupio blady, zachwiał się i runął jak długi na podłogę. Kiedy go ocucono, szeptał nerwowo:
— Ja tak nie mogę, panowie, ja doprawdy nie mogę... to tak mnie zdenerwowało, mieć pewnych dziewięć i... takie przebitki... jestem sercowy... och.., zaraz przyjdę do siebie.
O ile Dziadzia wsadził głowę pod poduszkę i tam konał ze śmiechu, o tyle Zygmunt czynił to samo na oczach wszystkich, z tą tylko różnicą, że śmiech jego przy akompanjamencie ryku studentów, wstrząsał całym pokojem. Edward siedział na krześle i łapał powietrze jak ryba wyrzucona na piasek. Jego zemdlenie było naturalne i teraz zwolna przychodził do siebie. Stukonisowa wyjrzała ze swego pokoju z kawałkiem płótna w ręku i w okularach na nosie.
— Wielki Boże, co mogą karty zrobić z człowieka. Spalę te drańskie karty i raz będzie koniec. Słyszał to kto coś podobnego, żeby aż mglec z kart. Jak żyję tyle lat na tym świecie, jeszcze nic podobnego nie widziałam.
— Ohjojoj... niechże mama wraca do swojej roboty. Przecież to można skonać ze śmiechu. Lucek, widziałeś coś podobnego, facet zemdlał, że mu dwie lewe zabrakło.
Edward mamrotał, przewracając oczami.
— Ach, panowie... to przecież może się zdarzyć... wzruszenie, nadmierne wzruszenie. Proszę się nie śmiać... jestem tak osłabiony... taka niespodzianka.
Zaprzestano nieszczęsnej gry w preferansa. Edward położył się do łóżka niezmiernie zgnębiony. Zygmunt przeglądał program roku uniwersyteckiego. Miał zamiar zapisać się na filozofję. Dziadzia rozbierał się opieszale, mrucząc jakąś piosenkę. Przyszła Teodozja razem z panną Felicją i zaczęły hałaśliwie, jedna przez drugą, opowiadać, co widziały w kinie:
— Cowboy zakochał się w jednej arabce. No, dobrze. To te arabowie złapali tego cowboy‘a i przywiązali go do konia i tak puścili. I ten cowboy się odwiązał.
— Nie, nie tak było, — przerwała Teodozja. — Arabka w cowboy‘u się zakochała, a oni chcieli ją wydać za szeika i dlatego go, tego cowboy‘a przywiązali do konia. A to nie on się odwiązał, tylko go ci bandyci odwiązali, żeby wziąść okup, bo to był bogacz ten cowboy...
— ...ale ona taka głupia, ta arabka... tak się zakochać.
— ...Daj pani spokój, przystojny mężczyzna.
— Jaki tytuł tego obrazu, panno Todziu? — zapytał sennym głosem Bednarczyk.
— Zaraz... Błę... nie pamiętam. Jaki był tytuł, panno Felu?
— A bo ja wiem, jaki tytuł. Śliczny obraz.
Wkońcu wszyscy uciszyli się. Dziadzia czytał nowele Zoszczenki i chichotał co chwila, Lucjan odpluł swą zwykłą, wieczorną porcję i otumaniony gorączką, przewracał się z boku na bok.
...Ach, Boże... spotkał kiedyś tę Klarę, to jest widział ją zdaleka na Nowym Świecie. Jej kusy ubiór składał się ze stu jaskrawych kolorów... kołysała się w biodrach, wywijała torebką i chodziła w tę i zpowrotem, w tę i zpowrotem...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.