Wspólny pokój/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Wspólny pokój
Wydawca Wydawnictwo Współczesne
Data wydania 1932
Drukarz Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.

Świt sączy się przez sine szyby i miękko spływa na różową twarz studenta. — Blade światło zaostrza jeszcze ordynarne rysy twarzy „Miećka“, zmęczonego nocną wycieczką. Przed kilkoma minutami usnął. Pod głowę podłożył rękę o palcach zbrudzonych czarną farbą. W alkowie jest ciemno. Lucjan i Zygmunt śpią ciężkim, alkoholicznym snem. W drugim pokoju trzy kobiety leżą obficie nakryte, z głowami wtulonemi w poduszki. Rudowłosa i piegowata na twarzy, tłusta panna, we śnie przewraca się gwałtownie nawznak, odkrywa kołdrę, poczem śpi dalej uśmiechnięta krwistemi ustami.
Cisza. Na dole zamiatają podwórko.
Lucjan odwraca głowę. W nozdrza wkręca mu się odór jego własnego, pachnącego wódką oddechu. Język szorstko ociera się o podniebienie. W głowie uczuwał obolałość mózgu. Szum w uszach. Ręce spocone i opuchłe. — Pić.
Wstaje z łóżka. Rozgrzane stopy dotykają zimnej podłogi, nogi drżą. Idzie do kuchni — ciemno zupełnie. Przekręca kontakt. Wody. Gdzież jest szklanka u pioruna. Na stole stoi gliniany garnuszek. Lucjan go chwyta. Na dnie kilka wymęczonych bezskutecznemi próbami wydostania się na wierzch — karaluchów. Wystarczy drzwi uchylić od pokoju kobiet, by wyjąć z szafki szklankę. Przy okazji widzi rudowłosą wspaniale rozłożoną, z kolanami do góry, z koszulą podciągniętą aż pod szyję. Śpi uśmiechnięta, oddycha rowno i nad górną wargą ma kropelki potu. Na wzgórkach piersi mieści się kilka ciemnych punkcików, a koralowe wgłębienie między białemi kolumnami ud, pośrodku złotej plamy włosów, — przenika Lucjana falą ciepła. Łóżko stoi o krok od drzwi, wystarczy się pochylić, by dotknąć bioder dziewczyny: są krągłe i jędrne. Lucjan drży z podniecenia. Koszula uniosła się pośrodku ciała, niby mały namiocik. Pod oknem trzeszczy łóżko Stukonisowej. Lucjan cofa się i widzi jeszcze, leniwie opadającą dłoń dziewczyny na jedwabistą wypukłość łona.
Cichutko zamknął drzwi za sobą. Począł wlewać wodę w wyschnięte gardło. Wypił trzy szklanki. Zgasił światło i wlazł do łóżka. Leżąc na brzuchu, rozpamiętywał drobiazgowo obraz, jaki przed chwilą musiał opuścić. Wyprężony, wtulał się w twardy materac. Ktoś z pokoju wydał odgłos, podobny do krótkiego brzmienia trąbki, zaraz potem rozległo się pianie koguta i ucichło, tylko Zygmunt chrapał głośno. Lucjan czuł pod sobą aksamitną miękkość ciała dziewczyny, wtulił się w lekko ściśniętą rękę. Na schodach miauczały koty podobnie do łkania niemowląt. Lucjan poruszał się pod kołdrą. Niezdrowo i intensywnie pracowała wyobraźnia. Ujrzał pod powiekami pejzaż jakiś przepiękny, po żyłach jego przebiegł nurt rozkoszny i, Lucjan usnął słodko znużony. Na wieży kościelnej biła sygnaturka. Zrobiło się jasno i z pokoju kobiet dochodziły głosy świeże i wypoczęte. Student wysunął nogę z pod pledu i rozważał czy warto już umyć obie. Miał minę poważną i ręka jego poruszała się pod pledem. „Mieciek“ spał, wypuszczając gwałtownie powietrze ustami. Na dole budziło się miasto i rósł gwar. Student zapalił papierosa. Z lękiem w swych pięknych oczach patrzał na tom geodezji, leżący na krześle, przy łóżku. Raptem na podwórku podniósł się wrzask potworny. Lucjan drgnął, i otworzył oczy. Poznał głos stróżki. — Ty małpo djabelna! Ty szychto! bede na ciebie całe życie harować? Zamietasz, czy nie? Inny głos kobiecy: ach, ty szlajo! kto wczoraj zamietał? — nie ja? — Wont flondro mi z bramy, bo cie mietłom zatłuke! — Ty mie mietłom! mietłom!? — jebu twoju mać! — A czem, moze welunem? — masz, a masz — ścierwo djabelne!
Rozległy się suche uderzenia, trzask drzewa i okrzyki. Ktoś z okna drugiego piętra wymyślał głośno. Do pokoju wbiegła rozczochrana Stukonisowa w ponsowym szlafroku, i wyjrzała przez okno: Żeby już raz zaraza jaka te stare żmije poskręcała — z samego rana tak budzić ludzi, tfy, tłumoki stare. Spojrzała na „Miećka“. Ten bizun znów wrócił nad ranem. O, jakie ma ręce zafarbowane. — Zakują cię, ty ciężka cholero, zakują w kajdany. Panie Józik, niech mi pan nie wyjada szmalcu, mam swoje dzieci!
Student nic nie odpowiedział. Jak tylko Stukonisowa wyszła — wyskoczył z łóżka, kucnął, wyprostował się, kucnął i wyciągnął ręce przed siebie. Położył się na podłodze i począł wierzgać nogami w powietrzu. Uprawiał tak z pięć minut tę dziwaczną gimnastykę potem przez chwilę patrzał na nogi, mruknął coś, naciągnął skarpetki, włożył buty. Wciągnął spodnie i poszedł do kuchni. Mył się tam, parskał i stękał.
Lucjan czuł się fatalnie. Było mu gorąco i przed oczami wirowały kolorowe płaty. Sądził, że ma gorączkę, lecz ciało miał chłodne. Żałował wczorajszego pijaństwa i ubolewał nad swą głupotą. Nie powinienem pić, wódka mi strasznie szkodzi. Znów cały dzień będę chodził struty — poleżę sobie do południa.
Z kuchni wyskoczył jak koń ze stajni — student. Był zadowolony, że się już umył. Wycierał się żwawo, patrząc w lustro. Gwizdał jakiegoś marsza i tupał nogą. Stukonisowa krzyknęła: panowie nie wchodzić do kuchni, bo się myję. W drugim pokoju śpiewała rudowłosa. Student pił herbatę. Parzył sobie usta i wykrzykiwał co chwila. Ciągle patrzał na okładkę geodezji. Zygmunt zwlókł się z łóżka i pobiegł do ustępu. Wracając, powiedział do Lucjana: Jak się czujesz, bydlaku, bo ja ohydnie. — Dochodzić trud a dojść jest cud, jak mówi genjalny Cyprjan. G...o dojdziemy do czegoś, jak się będziemy tak zalewali. Idę spać — w d...e mam cały świat.
Stukonisowa wyszła do pracy. Rudowłosa usiadła przy oknie. Ceruje skarpetki i nuci „Tango Milonga“. W kuchni słychać zawodzące syczenie czajnika. Student siedzi nad książką. Jego nieruchoma sylweta odcina się od mlecznego tła okna. Cisza.
Lucjan usypia nerwowo i na krótko.
Czas mija powoli. Ktoś z dachu gwiżdże na gołębie. Na ulicach rozpoczął się ranny gwar. Jest mgliste i chłodno, z nozdrzy koni buchają kłęby pary. Na wąskiem podwórku krzyczą; kobiety chodzą z koszykami, ważą w ręku ptactwo — targują się. Ospale dźwięczą dzwonki przepełnionych tramwajów. Wszędzie mgła... mgła.
Godzina pół do dziewiątej. Z okien widać posępne wieże kościoła.
„Mieciek“ ziewa, skamląc jak pies. Spogląda na zegar. Wstaje. Ciężko bije o podłogę bosemi stopami. Chwilę stoi przed lustrem, wywala język i w brudnych kalesonach idzie do drugiego pokoju. Szczypie rudowłosą w pośladek i koszykiem do nici dostaje uderzenie w plecy. Śmieje się grubym głosem i wyjmuje z szafki koszyk z pieczywem. Je stojąc. Odrywa od bochenka pajdy chleba i pokrywa je kawałkami wędliny. Robi to łapczywie, patrząc załzawionemi od snu oczami na rudowłosą. Nalewa sobie herbaty i popija z rozkoszą.
— Panno Todziu?
— Co?
— A g...o! — hehehe!!
— Idjota! — mógłbyś pan sobie giry umyć nareszcie.
— Cicho, gidyjo głupia. — „Mieciek“ wypił herbatę. Naciąga spodnie i idzie w stronę szafy. Chwilę patrzy na Lucjana, który nie śpi i myśli ciągle jeszcze o nagiej dziewczynie. Wzrok ich spotyka się i „Mieciek“ drwiąco odwraca głowę. Wyciąga z szafy jakiś gałgan i wraca do kuchni. śpiewa głośno: o internacjonale tra... lala... la.
Lucjan zwilża językiem spieczone wargi. Wypitą z samego rana, zimną wodę czuje jeszcze w żołądku. Spać nie może i w nasiąkniętym oparami alkoholu — mózgu kołują bezładnie, pozbawione logiki — myśli.
W kuchni pluska się „Mieciek“. W chwili, kiedy może odetchnąć, syczy: zburzymy stary, nędzny świat. Rudowłosa zamyka drzwi z trzaskiem. Student wstaje z krzesła i podchodzi do Lucjana.
— Słyszysz pan tego s.....syna?
— No, cóż — słyszę.
— Panie, ja za kilka dni mam egzamin, a taki łobuz śpiewa mi międzynarodówkę, — to bydlę przeklęte...
Student zmienia ton głosu i mówi w stronę „Miećka“:
— Może pan przestanie śpiewać, bo ja się muszę uczyć.
— A ucz się pan, — i tak z pana nic nie będzie. Dzisiaj matki niema — nie nastraszysz mnie pan.
Student zdławionym głosem: ale ja się muszę uczyć.
„Mieciek“ czuje swą przewagę. Zbliża się pochylony — do studenta i mówi:
— Coś pan był wczoraj taki energiczny? — że matka była? — Jak dam w tramwaj, to konduktor wyskoczy w czerwonym płaszczyku i powi: płacz. Skuję panu kiedy pycho, to panu się odechce na proletarjat wyszczekiwać. No, wont, gawno sobacze — do nauki. Wkuwaj się, wyrzutku społeczny. Nuże, bo kopniaka na drogę. Śpiewać mi tu zabroni!
Student potulnie wrócił na swoje miejsce przy książce. „Mieciek“ triumfalnie spojrzał na Lucjana i poszedł do drugiego pokoju. Po chwili słychać było wycie dziewczyny: oj... ijojoj — paszła byku, weź tę łapę, bo strzelę w pysk. — No, chamie!
„Mieciek“ wybiegł czerwony na twarzy, uczesał się przed lustrem, porwał czapkę, nałożył palto i wyszedł.
Naprzeciw studenta, na kanapie, usiadła rudowłosa i zaczęła się skarżyć: Takie bydlę, rękę mi będzie pod sukienkę wsadzał. Przyjedzie brat, to mu po mordzie nakładzie ile wlezie. Poszczypał mnie tak po nogach, że pewnie mam sińce — muszę zobaczyć. Dawnobym się wyprowadziła, tylko że jestem winna Stukonisowej. — Skończę akuszerję i zacznę zarabiać, to zaraz się wyprowadzę. Idę — nie przeszkadzam panu.
Rudowłosa wyszła obejrzeć swe siniaki. Kiedy siedziała na kanapie, Lucjan obserwował jej twarz: była pełna, lekko piegowata, o małym, zadartym nosku, szerokich, czerwonych ustach i oczach wesołych — piwnych. Ciężkie sploty rudych włosów opadały na jej kark. Dziewczyna była wysoka, cienka w pasie i o szerokich biodrach. Miała w swej postaci dumę i wyniosłość.
Kiedy wyszła, Lucjan odezwał się do studenta:
— Piękna dziewczyna — Karjatyda.
— Jaka tam Karjatyda, — Teodozja zwyczajna. Bałuje się ciągle z tym Mitaskiem, a potem narzeka. Udaje dziewicę, a w zeszłym roku miała dziecko, tylko że akuszerka, to sobie zepsuła. Jestem pewien, — panie, już naszego wzroku nic nie ujdzie. Tylko spojrzę na kobietę i z miejsca wiem, jaka jest.
— A co, ona nie może się poskarżyć do matki tego „Miećka“?
— Co się ma skarżyć, kiedy ona lubi takie macanie. Tego Mitaska to jabym dzisiaj usadził, bo już nie raz i nie dwa dałem mu po mordzie. Tylko — wie pan — ja mam egzamina i nie mogę się denerwować, to szkodzi myślom.
— Aha, rozumiem.
Lucjan wstał. W dalszym ciągu czuł się źle. Przechodził zwyczajny kacenjamer. Umył nogi, nałożył świeże skarpetki i począł się ubierać. Wodą z kranu umył twarz i zmoczył głowę. Uczuł się raźniejszym. Nie miał apetytu na śniadanie. Włóczył się z kąta w kąt: przeglądał książki, dotykał figurek na komodzie, wreszcie stanął w oknie. Działanie zimnego natrysku minęło i znowuż czuł się jak zaczadziały. Wiedział że coś mu pomoże, tylko nie mógł sobie uświadomić co. Widział przed kościołem uszeregowanych żołnierzy i grupkę oficerów. Na uboczu stali czarno ubrani cywile. Wyniesiono trumnę na karawan. Ludziom dymiła z ust para. Tęgi wojskowy z buławą w ręku, stanął przed orkiestrą, dał znak i w gęstem powietrzu rozpłynęły się dźwięki żałobne marsza Szopenowskiego.
Och... Boże... Boże... jakież to wszystko jest bezbrzeżnie nudne. Co to jest? — ja się nie powinienem nudzić.
Na podwórku, żyd sprzedający grzebienie jadł bezmyślnie pomarańczę — jak chleb. Lucjan pomyślał: litowałem się wczoraj nad nim, a teraz taki żre pomarańczę. Czy ja sobie mogę pozwolić na to, nie. Tak, ale tamten nie chleje wódki. Muszę zejść na dół i kupić sobie pomarańczę, to mi dobrze zrobi.
Wyszedł i po chwili wrócił z owocem w ręku. Pomarańcza była wyschnięta i włóknista, o słodko-mdłym smaku. Nawet sobie pomarańczy kupić nie potrafię, tfu, świństwo. Spojrzał z nienawiścią prawie na małego żydka. Zażera się. Poszedł do kuchni, wyrzucił skórkę i miąższ. Zachciało mu się popatrzeć na Teodozję. Pod pretekstem szklanki, wszedł do pokoju. Teodozja siedziała pod oknem i cerowała coś różowego. Podszedł, ukłonił się i wyciągnął rękę. Podała mu swoją niezręcznie i sztywno. Proszę pani, szklanki — zdaje się, tu? — O, tam, na dole, w szafce. Co, pan niedawno się sprowadził? — Niech pan zostawi, naleję panu kawy. Wstała i dumnym krokiem wyszła do kuchni. Po chwili przyniosła szklankę z brunatną kawą. Nie chciało mu się pić tej lury, ale chlipał, ze względu na dziewczynę. Podczas gdy ona mówiła, on podświadomie uczuwał jakąś przynależność jej do siebie. Dlatego może, że widział ją rano nagą, — znał ją.
— Co pan tak na mnie gały wybałuszył?
— Tak sobie — patrzę.
— Bo jeszcze pan oko złamie — haha... ha.
W pokoju zabrzmiał bas Zygmunta. Lucjan wstał i przeprosił ją. Roześmiała się głupawo. — Nie rozumiała jego grzeczności, nie była do tego przyzwyczajona, myślała, że kpi sobie z niej.
— No, pijaku — wyspałeś się? — Jak się czujesz?
— Bardzo źle — odpowiedział Lucjan. Boli mnie głowa i w gębie czuję niesmak. Na zdrowie mi nie poszło to wczorajsze zalanie się.
— A ja świetnie. Zwymiotowałem i tak jakbym nie pił. A ty, czekajno. Możeś ty się nie wypróżnił — podstawowa rzecz pijaka. Zrób to zaraz, o połowę ci zelżeje.
— O, doskonale, — właśnie nie wiedziałem, czego mi brakuje. Już idę.
Zygmunt jest w doskonałym humorze. Zbyt jest głodny, by pamiętać, że wartoby się umyć przed śniadaniem. Je z zapałem i dowcipkuje z Teodozją. Umie z nią mówić.
— Panno Todziu, jakich pani woli, brunetów czy blondynów?
— Żadnych. — Najwyżej blondynów.
— No, a jak brunet nałoży perukę blond i w łóżku ją zdejmie. Poczuje pani różnicę?
— Idź pan — świnia skończona. Jeszcze nigdy z żadnym chłopem w łóżku nie byłam. Nie jestem żadna dziwka. Aleś pan mądry, panie Zygmuncie. — Niby poeta, a jak co powie...
— Panno Todziu, w łóżku nie, ale tak na kanapce, co?
Zygmunt poszedł napełnić szklankę. — Skończyłeś już, Lucjanie? — No, lepiej, prawda? — Mówiłem. Ja się znam na tych sprawach. Proletarjusz spotyka się z filozofją na każdym kroku. Co, chyba pójdziemy do „Małej“? — Trochę za wcześnie.
Lucjan zapalił papierosa i położył się. Teraz mógł myśleć przynajmniej.
Zygmunt siedział na kanapie z podwiniętemi nogami i czytał Norwida. Wielbił i pojmował tego poetę. Lucjan zazdrościł mu tego. Nie rozumiał Norwida tak, jakby tego pragnął. Ilekroć obcował z tomem Norwida, zawsze wiało na niego z tej książki jakąś mocą genjalną, którą Lucjan odczuwał lecz nie pojmował. Zawsze będę pisał płytką prozę; będę fotografował życie. Nic nowego nie stworzę.
Usiadł obok Zygmunta: Mój drogi, co to za kobiety, które mieszkają w tamtym pokoju?
— Ano, Teodozja nadobna, to ją znasz — siedzi tam i majtki ceruje. Na „akusierke“ się kieruje. — A druga, to Felicja Stodulska, kocha się w panu Józefie, o, widzisz jak się pan Józef zarumienił...
— Na plecach.
...o, widzisz jaki dowcipny. Słodka Felicja pracuje w sklepie z wędlinami i codziennie o szóstej rano wychodzi z domu. Przez nią masz wędlinę na śniadanie co rano, jakoś tam się z matką liczy. Nie widziałeś jej? — tył ma jak kocioł.
Lucjan przypomniał sobie, że to pewnie ta, która przedwczoraj wieczorem tak czule zwróciła się do „Miećka“.
— Tak, widziałem ją.
— No, widzisz, wykwintna, co? — Wogóle towarzystwo masz tutaj pierwszorzędne.
O pół do pierwszej wyszli z domu. Lucjan zeszedł na dole do stróżek, by odebrać metrykę. Mieszkały w maleńkiej ciupce, jak dwie myszy w norce. Krzątały się niepomne rannej awantury. Jedna tarła kartofle, druga smażyła placki. W izdebce swąd był nieznośny z oleju. Lucjan prędko odebrał metrykę i wyszedł. Na parterze frontowych schodów, siedział jakiś młody człowiek bez stóp i starannie obwijał sobie bandażami kikuty. Lucjan znał go z widzenia. Pięknie uczesany siedział zwykle na placu Józefa Piłsudskiego, pod murem, — i żebrał. Żeby wzbudzić większą litość, obwiązywał sobie drewniane kończyny bandażami.
Szli w milczeniu jakie cechuje ludzi znających się dobrze. Mijali ich przechodnie o twarzach smutnych lub roześmianych. Powietrze pachniało mgłą i na twarze ludzi padała sina bladość z nieba. Ci dwaj szli z pośpiechem i obojętnością, z jaką urzędnicy idą do biura. We mgle wrzało życie miejskie: śmieszne. — Nerwowe i zarazem bezradne.
— Dziwne prowadzimy życie — Zygmuncie! Wszyscy klepiemy biedę w większym lub mniejszym stopniu, a jednocześnie sprawiamy wrażenie kapitalistów. Wstajemy późno; w południe chodzimy do kawiarni, potem wraca się do domu i znów wieczorem do kawiarni. Skąd się na to bierze? — kiedy byłem w Zakopanem, przysyłano mi pewną sumę miesięcznie — teraz to już — niestety — skończyło się. Wystarczało mi to na utrzymanie, pozatem ciągle chodziłem bez grosza. Teraz — prawda jestem tutaj zaledwie kilka dni, ale pamiętam, jak wróciłem w zeszłym roku: żyłem wtedy przez kilka miesięcy groszami. Moje kilkanaście złotych też za parę dni rozwieje się i sam nie wiem jak dalej będzie.
— Kobiety i poeci lubią wstawać późno i nic nie robić. Mój drogi Lucjanie, masz takie kacenjamerowe refleksje. Zaraz ci wytłumaczę, jak jest z nami. Posłuchaj: do żadnej uczciwej pracy nie jesteś zdolny, pozostało tylko pisanie, które ci grosza nie daje. Cóż więc! Cała twoja inteligencja, wszystkie wysiłki dążą już od samego rana — codziennie — ku zdobyciu kilku złotych. Pożyczysz je a raczej wyłudzisz: dziś od inżyniera B. — jutro od doktora F, — lecz niechaj cię to nie martwi. Te głupie snoby nie dają ci tych pieniędzy za darmo; dajesz im w zamian swoje intelektualne towarzystwo. Coś tak, jak kurewka, tylko w innym sensie. Oczywiście za kilka lat wypłyniesz albo ci się noga powinie. Jedno z dwojga. W gruncie rzeczy Wermel — genjalne chłopię, które pożycza pięć złotych od Fajnsztajna, daje mu wzamian okazję do zadowolenia z samego siebie: że niby pomógł młodemu poecie. Taki Fajnsztajn nie posiada nic więcej prócz tych pieniędzy. Jakież to proste. Takie bydlę tanim kosztem pomyślało o sobie, że jest filantropem i dobrodziejem. „Za takie małe pieniądze, taka przyjemność“. Tak żyje się z dnia na dzień. Musimy tę swoją sztukę okupywać biedą, bo nasze talenty dopiero się kształtują. Jeśli któryś z nas dojdzie do jakichś wyżyn, to społeczeństwo będzie na nim zarabiało lata całe, tak jak zarabiało na Żeromskim, Reymoncie lub Szopenie. Tymczasem społeczeństwo gwiżdże na nas i możemy sobie zdychać z głodu spokojnie. Pomoże ci właśnie tylko taki Fajnsztajn lub inna jednostka z forsą. Powróćmy jeszcze do tamtych wielkich. Co im ojczyzna dała za życia? Żeromski żył w nędzy do ostatniej prawie chwili. Tfy, zresztą tysiące przykładów. Taki Fundusz Kultury Narodowej lub inna podobna instytucja będzie dziesiątkami lat buliła forsę jakiemuś idjocie, który zapisuje sobie, jak to Mickiewicz był dobrym poetą i komentuje jego genjusz. Mickiewicz ma w d...e takiego faceta, i napewno gdzieś tam w innym świecie martwi się, że tu na ziemi kilku jego młodych kolegów nie mają często co do gęby włożyć. Pożyczaj, niech się państwo za ciebie wstydzi. Tu twoja ambicja nie wchodzi w grę, używaj jej w kierunku twórczym. Trudno nam jest zarabiać na życie, bo nie możemy dwóch srok za ogony trzymać. Albo urzędnik albo pisarz. Trzeba robić jedno, aby było dobre. Tak, widzisz, wczorajsze pijaństwo tak mi umysł odświeżyło. Dobrze to sobie tak od czasu do czasu mebelki we łbie poprzewracać. Rano się budzisz, wszystko inaczej: jakbyś śmiecie wymiótł z pokoju.
— Jakoś... tak, zawile rozumujesz z tym pożyczaniem. Nagadałeś, naplotłeś i sam nie wiem, co ci na to odpowiedzieć. Pomówimy jeszcze kiedyś o tem, dziś nie mam głowy. Byron miał świetnie, lub Goethe — forsy jak lodu.
— A tak, owszem... zdolni chłopcy. Czekaj, i my wyliziemy na górkę. Pożyczaj... pożyczaj, to ci żadnej ujmy nie przyniesie. Jesteś własnością społeczeństwa, nie masz nic swojego, honoru też. Tak, tak, Lucusiu.
— Idjota jesteś... gadasz takie bzdury, że trudno słuchać.
— No przestańmy o tem mówić. Właźże między żydy i genjusze.
A jednak ma w sobie urok ten gwarny lokal. Weszli, rozejrzeli się, ukłonili parę razy i usiedli. Piją kawę, gawędzą i czują zadowolenie.
Cóż to za postać ukazuje się w drzwiach. Wysoki, bardzo chudy mężczyzna z bródką, o twarzy Chrystusa. Zygmunt wrzeszczy na całą salę:
— Dziadzia kochany!! — jak się masz! skądżeś się wziął tutaj?
Dziadzia podchodzi do nich z krótką fajeczką w ustach. Uśmiech ożywia jego chudą, zczerniałą twarz. Całują się. Lucjan jest zdziwiony.
— Cóż to, już cię mamy tutaj znowu, ty draniu. Jakiś miesiąc temu miałem od ciebie list z Casablanca. Siadaj. No, jesteśmy razem.
Dziadzia, a właściwie Stanisław Krabczyński jest jak zawsze pogodny i tajemniczy. Siada i zamawia swoją „całą z dwoma cukrami“, — jak pół roku temu. Pali tę samą starą, obtłuczoną fajkę. Jest polakiem, lecz dopiero od kilku lat mieszka w ojczyźnie. Przyjechał z Korei, gdzie spędził dwadzieścia parę lat swego życia. Znał wszystkich i wszyscy go znali. Pamiętano go jeszcze z przed czterech lat, kiedy to chodził z długiemi włosami, w białej pelerynie, z krótką bródką i recytował wiersze po japońsku. Zrobił sobie szybko nazwisko tomem doskonałych, morskich nowel. Za dwie z nich wziął duże nagrody. Potem przestał pisać, porzucił białą pelerynę i skrócił włosy. Pozostała tylko ta starannie utrzymana bródka. Smutek rodzinnego kraju ostudził jego wschodnią fantazję. Wśród najbliższych przyjaciół nazywano go „Dziadzia“. Miał w sobie wiele z rosjanina: szczerość i rozlewność duszy. Teraz „Dziadzia“ żył w dogasających promieniach swej sławy i popularności z przed kilku lat. Jeszcze czasem przetłumaczył jakąś nowelę z rosyjskiego, czasem napisał jakiś artykuł o morzu, ale pozatem twórczość jego zanikła zupełnie, pozostał tylko miłym i mądrym człowiekiem. Nikt nie wiedział skąd „Dziadzia“ czerpie na swe utrzymanie. Wogóle był tajemniczy i kochał się w humbugu. Odgrażał się przy kieliszku, że jeszcze napisze powieść, że jeszcze zabłyśnie, — ale mimo że kochano go bardzo — nie wierzono mu. Jednak ostatnio Krabczyński zrobił to, czego nie spodziewano się zupełnie, a o czem on marzył od lat. Wyruszył on w morską podróż. Przez pół roku żył w ukochanej atmosferze. I najbliżsi ucieszyli się. Oto „Dziadzia“ otrząśnie się z miejskiego lenistwa, upije się kilka razy gdzieś w Cardifie lub Oranie, — i wrażeniami podsyci tlejący płomyk twórczy. Jest więc zpowrotem. Ten sam kapelusz ma na głowie: pomięty i sztywny od brudu i starości. Siedzą teraz we trzech i z radości mówić nie mogą tylko patrzą na siebie z zachwytem.
Dziadzia wreszcie.
— No, miły. I dostałem od ciebie list z fotografją. Ja właściwie wyjechałem w parę dni po tobie. Jak twoje zdrowie? Dobrze wyglądasz. Kiedy wróciłeś?
— Dwa dni temu. Mieszkam u Zygmunta. Doprawdy, że smutek spowodowany moim przyjazdem tutaj ułagodził twój powrót. Tyle przyjemnych dni spędziliśmy razem. Wczoraj urżnęliśmy się z Zygmuntem i wspominaliśmy ciebie, myśleliśmy że cię już więcej nie zobaczymy. Ty już na stałe?
— Wiesz, nie. — Zdaje się że kilka tygodni tylko. A co z tobą Zygmuncie?
— Ano, nic. Stara nuda i globalne tęsknoty. Schudłeś, — spaliło cię morskie słońce. Och, dobrze żeście przyjechali — ty i Lucek. Było już źle z moim samopoczuciem... O, patrz, jak Olafowa wytrzeszczyła oczy.
Olafowa naprawdę jest zdumiona. Śmieje się radośnie.
— Wiecie, że to za dużo szczęścia dla mnie. Przedwczoraj pan Lucjan, dzisiaj pan, panie Stanisławie. Czyście się zmówili ma moje słabe serce. Teraz tylko słucham... słucham.
„Dziadzia“ wypija łyk kawy, pociąga parę razy z fajeczki i mówi:
— A więc przez te pół roku przeżyłem więcej, aniżeli przez ostatnie lata pobytu tutaj. Wierzcie mi, tam jest lepiej i inaczej. Woda i niebo, życie na statku, jest milsze od siedzenia w „Małej“. — Oran, Cardif, Casablanca, Neapol. W każdym z tych portów wypoczynek po lenistwie okrętowem. Zdrowe pijaństwa. Inni ludzie, nowe twarze. Moc wrażeń. Obce języki. O, jakże wypocząłem. Chce mi się znowuż mówić japońskie wiersze.
— Dziadzia, jak tam te arabki — zdatne do czego?
— Panie Zygmuncie, zdaje się że możemy coś ciekawszego usłyszeć?
Dziadzia ciągnie dalej:
— I to, i to. — A wiecie, że w Casablanca piłem żytniówkę Baczewskiego. — Tak, upiłem się z radości że coś ojczystego.
Ty tak potrafisz i bez tego „ojczystego“.
— Na okręcie mieliśmy stale masę wina. Vermouth piło się z beczki przez rurkę gumową... czekajcie, pokażę wam fotografie.
„Dziadzia“ wyjmuje z kieszeni plik zdjęć amatorskich. Pochyleni nad stolikiem — oglądają. Nawet kelner patrzy ponad ramionami.
Przysiadają się jeszcze dwaj poeci: Brocki i Paczyński. Teraz wszyscy krzyczą, nawołują by drudzy szybciej oglądali zdjęcia. „Dziadzia“ jest zarzucony pytaniami, — musi objaśniać. Gdzie? Co? Jak? Kiedy? — Znikła sztuczność i znudzenie z twarzy młodych ludzi.
Między stolikami przeciskają się tęgie, piersiaste kobiety, niby gdaczące kokosze. O tej porze stanowią większość publiczności. Mówią wiele, pokazują się wzajemnie i obmawiają. Mężczyźni patrzą tępo przed siebie i wypalają masę papierosów. Inni przeglądają pisma, inni sprzeczają się zawzięcie. Gwar, śmiechy czasem, i dużo dymu. Starsi malarze lub literaci patrzą na młodych z obojętnością i pobłażliwie. Młodzi pogardliwie i ironicznie drwią ze „starych koni“. Obandażowany redaktor opozycyjnego pisma siedzi w kącie i smutno popija kawę. Drobny powieściopisarz z szatańską miną szepce coś do ucha swego wydawcy. Dziennikarze pod lustrem grają w orła i reszkę. Kilku akwizytorów pokazuje sobie weksle. Grupa aktorów filmowych — opowiadają sobie kawały. Ktoś z kimś pisze wywiad na bibułce. Tęgi jegomość przelicza pieniądze. Brodaty mecenas sztuki wyłudza obraz od młodego, rumianego na twarzy malarza. Adwokaci przekrzykują się wzajemnie. Biegają spoceni i opryskliwi kelnerzy. Do Lucjana czy Zygmunta podchodzi ciągle ktoś i pyta: — Nie widziałeś Reichmana?
— Czy nie było tutaj Rulona?
— Czy nie widziałeś tutaj takiego rudego, grubego dziennikarza. Przychodzi często, no wiesz chyba?
— Heni nie było tutaj?
Wszyscy się kręcą: wchodzą, wychodzą, zapominają płacić za kawę, — kelnerzy klną. Chłopcy w zielonych liberjach noszą pisma, papierosy i rozstawiają krzesła.
Zwolna mija entuzjazm z powodu przyjazdu „Dziadzi“. Oswojono się z widokiem jego bródki i fajeczki. Jeszcze ktoś w przejściu wykrzyknie, zapyta, pozdrowi. Paczyński, młodzieniec o śniadej, chorowitej twarzy i błyszczących oczach patrzy ponuro na swych towarzyszy. Brocki, mimo że nie ma zwyczaju obmawiać swych bliźnich, opowiada cichym, równym głosem o nadużyciach panny Szpicer. Wszyscy znają pannę Szpicer. Nosi wiecznie brudne pończochy i za paznokciami ma czarno.
— Powiadam wam, że w przeciągu trzech tygodni naciągnęła kilku urzędników w biurze na jakie trzysta złotych. Wyleli ją na pysk naturalnie. W Przeglądzie Katolickim miała taką świetną recenzję ze swoich wierszy, że niby takie świętobliwe. Możecie śmiało jej się nie kłaniać.
Zygmunt zwraca się ze śmiechem do Paczyńskiego:
— Klimek, to ty przez jakiś czas u niej sypiałeś?
— Opowiadasz głupstwa. Sypiałem. Raz coś przez całą noc tłumaczyliśmy jakąś nowelę z angielskiego. Zaraz sypiałem, — tam jest akurat gdzie spać.
Nad Zygmuntem pochyla się brodaty, ze zmierzwioną czupryną i brudnym kołnierzykiem — Wolica. Pyta szeptem: czy nie masz wolnej złotówki?
— Zgadłeś. Nie mam. — idź do jasnej cholery.
Wolica odchodzi cichutko i potulnie. Wie dobrze, że kiedy zarabiał po sześćset złotych miesięcznie, nie poczęstował żadnego z kolegów papierosem.
Zygmunt patrzy złośliwie na „Dziadzię“ i mówi nagle:
— A tu mi — panie święty — mówił ktoś, że cię widział w Milanówku.
Wybucha głośny śmiech. „Dziadzia“ gwiżdże ironicznie,
Zygmunt zmienia temat i zwraca się do Klimka.
— Coś ty, podobno poszedł na chrzciny dziecka Gołomba i wyrzygałeś się w kołyskę. Gołomb jest na ciebie oburzony. Obrzygać komuś świeże dziecko, toż to — proszę państwa — granda.
Znowuż ktoś nachyla się nad Zygmuntem:
— Nie widziałeś gdzie Karpia?
— Owszem, widziałem. Powiedział że ma cię w d...e. Kiedyż do pioruna, przestaniecie mnie zanudzać.
Paczyński jest podrażniony z powodu owej historji z Gołombem. Lubi pić i wiecznie cierpi na kacenjamer. Teraz bawi się nerwowo guzikiem od palta. Brocki poważnie pali papierosa i śmieje się jakby z rozwagą. Jest bardzo lubiany, lecz tak — na poważnie. Tomem swoich wierszy wyraził wybitną indywidualność i odrębność talentu. Brocki ma dwadzieścia siedem lat, jest żonaty, a więc życie jego jest unormowane. Prowadzi pismo młodych poetów i robi to dobrze. Jest to mądry, miły człowiek, chociaż może trochę za flegmatyczny. Teraz słucha z uwagą opowiadania „Dziadzi“ mówiącego z zapałem. Znalazł słuchacza, który nie kpi z niego.
Olaf ze swą wieczną teczką, przeciera binokle chustką i nasadziwszy je na nos, dopiero teraz widzi całe towarzystwo. Normalne okrzyki na widok Lucjana i „Dziadzi“. Znowuż wzajemne przerywanie sobie rozmowy, ożywione twarze i przeskakiwanie z tematu na temat.
Wermel kuleje. Powiada że mu paznokieć wrósł w ciało. Przykra to sprawa i zwykła — jeśli się latami nie obcina paznokci. Wermel siada i daje do zrozumienia że napiłby się kawy, — ale białej. Lucjan pojmuje i kiwa głową, potem słucha jak Wermel głębokim głosem skanduje swoje przekłady z Browninga. Musi to być piękne, bo Lucjan nie zauważa nawet panny Leopard.
Panna Leopard. — Iluż to poetów miało zamiar truć się dla jej boskiej urody. Kończyło się zawsze płukaniem żołądka z powodu nadużycia alkoholu, zapuszczeniem brody lub ogoleniem głowy. Miało to swą dobrą stronę. Kilka, pięknych często — wierszy zostało napisanych bez myśli o honorarjum. Ale Lucjan nie umiał pisać wierszy. Zaś panna Leopard wcale tego od niego nie żądała, tak, jak nie żądała wogóle nic — może dlatego że go zupełnie nie znała i wogóle nie zwracała uwagi na jego rzewne spojrzenia.
Bo panna Leopard funkcjonowała na terenie uznanych już wielkości. Oto usiadła właśnie obok znanego komedjopisarza i już swą piękną twarzyczką ściągnęła ku sobie zachwycone spojrzenia mężczyzn.
Lucjan zapragnął lepiej usłyszeć zdanie o muzyce, spojrzał więc w twarz Wermela i poza jego zapierzonem ramieniem ujrzał wspaniałe oczy panny Leopard utkwione w spokojnie pykającej sobie fajeczkę — twarzy „Dziadzi“. Nie słyszy już słów Wermela i wogóle czuje szum w głowie. Po półrocznym poście dla stęsknionych oczu, znowuż widzi swą Beatryczę. Dlaczego, kiedy myśli o kobiecie, zawsze widzi figurkę panny Leopard. Tak już od roku. Przecież ona nawet nie wie o moim istnieniu. Jestem smarkacz i kretyn. O, tak. W gruncie rzeczy jestem jeszcze głupi, nędzny smarkacz. Poco ja o niej myślę. W tej chwili Lucjan słyszy tubalny głos Zygmunta:
— Te, bo ślepia zwichniesz.
Lucjan opuszcza wzrok. Jest mu wstyd, że przechodzi tę chorobę co wszyscy jego koledzy — chorobę miłości do panny Leopard.
Zygmunt mówi poufnym tonem do „Dziadzi“:
— Przez cały czas patrzy na ciebie. Już nie ujdziesz jej, teraz na pewno cię przyłapie. Ciekawym, czem też wypali ci oczy. A może cię za-strze-li.
„Dziadzia“ jest istotnie zmieszany. Przysunął się bliżej stolika i jest bardzo zajęty czyszczeniem swej fajki. Paczyński mówi ponuro:
— Ta syrena czuje w tobie zapach morza,
— Psiakość, ależ ta fajka zapchana. — Wermel zauważa:
— Panna Leopard jest jak stan pogody, zawsze się o niej mówi, kiedy brak innego tematu.
— Tak, zupełnie słusznie — mówi Brocki. Gdybym mógł to uczynić, gdybym był w stanie, kazałbym ją spalić publicznie na stosie, — na korzyść mych kolegów. Jest za piękna.
Olaf opowiada ostatnie zdarzenia polityczne, słuchany nieuważnie. Lucjan co chwila zerka w stronę panny Leopard, otoczonej już gronem mężczyzn. Klimek Paczyński, patrzący na wszystkich krytycznym wzrokiem, zaczyna nagle mówić podniesionym głosem:
— O, jacyż wy wszyscy jesteście nudni — banda matołów. Siedzicie w tem siedlisku snobów, chlejecie tę kawę, która wam na pewno nie smakuje, i udajecie dojrzałych, mądrych ludzi. Olafowie, oczywiście was nie mam na myśli i nawet Brockiego pomijam. Klimek jest silnie zdenerwowany i mówi szybko: Zygmuncie, czegoś się tak rozwalił na krześle. Ta zblazowana mina nie pasuje grubym rysom twej ordynarnej twarzy. — Udajesz znudzonego swą własną mądrością. Czy wiesz, że ten twój tomik wierszy, to w gruncie rzeczy kupa bzdur, że jesteś jeszcze niczem, że musisz się nauczyć nietylko trzeźwego rozumowania, ale również siedzenia przy stole. Tylko głupiec może być tak pewny siebie, bo głupcem jesteś, skoro nie zdajesz sobie sprawy, co wszyscy myślą o tobie!! A ty, Krabczyński, no, cóż. Wróciłeś z podróży, siedzisz teraz tutaj, ćmisz tę swoją fajeczkę i sądzisz że jesteśmy tutaj poto aby cię wielbić. Nie! — minął okres, kiedy to uważaliśmy cię za „dobrze zapowiadającego się“. — Jesteś już stary, trzydziestoletni chłop, — tak! starym jest pisarz, który do trzydziestego roku życia napisał kilka poprawnych nowel. Wykolejasz się coraz bardziej, nie staraj nam się imponować. Drażnicie mnie wszyscy, wy — dwudziestokilkuletni staruszkowie. Wermel, zgnijesz w nędzy przez swoje potworne lenistwo — słyszysz!? — Jeszcze trzy lata temu siedziałeś po nocach nad językami i filologją. Potem napisałeś gładki wiersz, kilku durniów cię pochwaliło i już ci się wydaje żeś wszystkie rozumy pozjadał. Mówię wam, że sprawiacie ponure wrażenie, kiedy się na was patrzy. O tobie Lucjanie nic nie mówię, boś jest ten „dobrze zapowiadający się“ młody chłopak. Tylko nie zapowiadaj się tak długo jak Krabczyński. Kochaj się lepiej w pannie Leopard, niżby ci się zdawać mogło żeś większy od tego autora dwudziestukilku mądrych książek, który obok niej siedzi. Tfu, co za ohydne, megalomańskie mordy. Proszę mi wybaczyć, pani Marjo, ale nie mogę już na nich patrzeć. Żegnam.
Był bardzo wzburzony. Pożegnał się tylko z Olafową i odszedł. „Dziadzia“ wycedził z fajeczką w ustach:
— Atak neurastenji.
— Gdzie tam neurastenja, facet bawi się w rózgę społeczną. Znalazł się Skarga, psiakrew — idjota, trzeba było mu po pysku dać.
— Ależ, panie Zygmuncie, dlaczego zaraz tak ostro, podenerwowany był.
Olaf począł bronić Klimka. — Moi drodzy, swoją drogą dużo słuszności było w tym — smarkaczowskim może nieco — wybuchu. Wasza nonszalancja jest rzeczywiście czasem przykra. Zachowujecie się tak, jakbyście osiągnęli już swą klasę. Stańcie się lepiej dobrymi pisarzami, niźli materjałem na genjuszów, jakim teraz być chcecie.
Występ Klimka zepsuł humory. Dziadzia wstał i począł się żegnać. Lucjan i Zygmunt też wychodzą. Do widzenia, do jutra, pani Marjo. „Dziadzia“ przy drzwiach przeprosił na chwilę Lucjana i coś tam poczęli szeptać z Zygmuntem. Lucjan stał wpatrzony w posadzkę, kiedy niezwykle kształtne łydki nóg kobiecych mignęły mu przed oczyma. Uniósł głowę. Panna Leopard wyszła na ulicę i zatrzymała się przed wejściem, naciągając rękawiczki. Tamci dwaj ukończyli już swą poufną rozmowę. Wychodzili właśnie i Lucjan zauważył jak „Dziadzia“ szybko zasłonił sobie twarz kołnierzem palta. Powiedział jednym tchem: weźcie mnie pod rękę... na miłość boską, weźcie mnie pod rękę, ja nie chcę z nią mówić. Obok stała panna Leopard i Lucjan próżno próbował spotkać się z jej wzrokiem, skierowany był, i to ostro, właśnie w stronę „Dziadzi“. Jej oczy wyrażały jednocześnie wzgardę i tkliwość. Lucjan i Zygmunt trzymali „Dziadzię“ pośrodku za łokcie — jak rannego. Szli szybko w stronę domu. Zygmunt obejrzał się i powiedział: Idzie za nami. Rzeczywiście, piękna dama szła za nimi krok w krok. Przyspieszyli. Na jezdni zahuczał autobus. Raptem „Dziadzia“ wyrwał się, krzyknął: do zobaczenia wieczorem — i wskoczył do autobusu. Zdaleka kiwał dłonią. Zygmunt przystanął, zaśmiewając się. Lucjan widział jak panna Leopard wsiadła do taksówki i pojechała wślad za autobusem.
— Co to ma znaczyć cała ta komedja, nie wiesz — Zygmuncie?
— Oj, hahaha, to jest rzeczywiście heca pierwszej klasy. Nie, nie pytaj mnie o to, — cóż za komiczna historja!
I Lucjan nie pytał. Nie rozmawiali przez całą drogę. Postawili kołnierze palt, by uchronić szyje od płatków śniegu. Lucjana dręczyła gorzka zazdrość. — Dlaczego ona za nim tak gnała? Co ich łączy? I tak oto szedł z przykro-głupiemi myślami. Zastanowił się czy wstąpić po drodze na obiad, ale zaraz uczuł że nie będzie mógł jeść. Wstąpili do narożnej knajpy i wypili po szklance piwa. Wyszli.. Śnieg padał bezgłośnie i było szaro i ciepło. W milczeniu weszli na górę i jęli otrzepywać śnieg w kuchni. Drzwi od pokoju kobiet były otwarte i Zygmunt zwrócił uwagę Lucjana na brzeżki różowych majtek wyglądającej przez okno Teodozji. W kuchni, na sznurku, wisiały świeżo prane pończochy. Pachniało mydłem, kawą i czadem z pod blachy. Lucjan czuł pustkę i zmęczenie. Zajrzał do pokoju. Student spał nad swą książką. „Mieciek“ pisał przy biurku. Za oknami grano na harmonji smutną melodję i męski, przepity głos śpiewał piosenkę o rosyjskim żołnierzu co stracił rękę na japońskiej wojnie. Zygmunt usiadł w kącie kanapy. Czytał książkę i zajadał chleb z wędliną. Lucjan już leżał. Myśli. Tak, cała rzecz w tem, że nerwy moje są pozbawione otoczków z tłuszczu, bowiem otoczki te rozpuszczam systematycznie alkoholem. Głupia sprawa. Nerwy pozbawione otoczków, są nagie i wobec tego co chwila następują krótkie spięcia. Bardzo proste, Lucjan dość plastycznie począł wyobrażać swoje nerwy, splątane i suche jak włókno orzecha kokosowego. Lecz dość o tem. Teraz Lucjan zmrużył oczy i myślał, z jakąż rozkoszą spojrzałby na coś zielonego, na duży płat zieloności, obszar łąk, lub coś w tym rodzaju. Kilka leniwie pasących się krów pasowałoby do takiego pejzażu, — no i lasek jakiś, pas żyta i w dole rzeczka lub strumyk. W lewym szczycie płuc uczuwał niepokojący ból. Obrócił się więc na prawy bok i czas pewien marząc jeszcze — usnął.
Obudził się wieczorem. W drugim pokoju turkotała maszyna do szycia. Godzina ósma. W mieszkaniu była tylko Stukonisowa. Z zatroskaną twarzą, pochylona nad ściegiem, naciskała pedał maszyny. Lucjan przyniósł sobie na biurko szklankę herbaty, wyjął z walizki kilka arkuszy papieru, i paląc papierosa, z ołówkiem w ręku — wolno popijał herbatę.
Zaczął pisać. Zupełnie zatopiony w swej czynności, nie słyszał turkotu maszyny i płaczliwego, pobożnego zawodzenia Stukonisowej. Tam — za oknami — przenikały powietrze trąbki taksówek i metaliczne uderzenia podków końskich o bruk.
O dziesiątej przyszedł student i odrazu utopił twarz swoją w lustrze. Wydął nozdrza i usta rozchylił namiętnie. Trwał tak chwilę. Potem przez lustro przemknęło ze dwadzieścia różnych min, kolejno wyrażających ból, rozpacz, radość, rozpasanie, smętek i dumę. Wreszcie student odstawił lustro, pobiegł do kuchni, przez chwilę słychać było dźwięk szkła, potem chlipanie, mlaskanie ustami — znaczy, że jadł. Wrócił do pokoju. Rozebrał się z gorączkowym pośpiechem, i sycząc rozkosznie, wlazł pod koc. Student usnął z miejsca, tak jakgdyby ze dwa dni oka nie zmrużył. Później Lucjan usłyszał głos Teodozji. Stukonisowa ukończyła swe szycie. Chichotliwe głosy kobiet. Zygmunt wrócił i odrazu rozpoczął tak głośną kłótnię z matką, że Lucjan przerwał pracę. Nie wiadomo o co im właściwie tam poszło, dość że przez kilka minut za ścianą działo się piekło. Raptem, jakby ktoś przekręcił kontakt od elektrycznej maszyny, wszystko ucichło, i słychać tylko było pojednawcze szeptanie Zygmunta. Lucjan palił bezmyślnie. Patrzał na studenta, który spał tak słodko, że Lucjana przeszedł dreszcz wstrętu. Wszedł Zygmunt. Stanął z rękoma w kieszeniach spodni przed Lucjanem i zapytał:
— Napiłbyś się wódki?
— Nie.
— Zerżnąłbyś jaką dziewczynę?
— Co za ordynarne świństwa, — daj spokój!
— I to nie, i to nie. Wobec tego poczytamy Villona. Czytałem dzisiaj liryków francuskich w przekładzie Staffa. Otóż muszę ci powiedzieć, że Słonimski tak strasznie ściągał z Gautiera, zwłaszcza w tym swoim tomiku pod tytułem „Parada“, w „Czarnej wiośnie“, że mnie cholera bierze na bezczelność tego faceta.
— Co ty powiesz! — No, może nie ściągał, mógł być wtedy podświadomie pod wpływem. Daj spokój, za bardzo utalentowany gość, żeby ściągał.
— No, zobaczysz, pokażę ci. Mniejsza z tem. Wiesz, że Dziadzia się tutaj sprowadza. Powinien już być.
— Tak? — No, teraz to będzie bałagan.
Zaczynali się właśnie rozbierać, kiedy jakiś łomot rozległ się w kuchni. Gwar i zmieszane głosy. Wygięty jak tyka pod wpływem wiatru, z maleńką walizeczką w ręku i z nizkim, bełkocącym coś — mężczyzną u boku, stanął na progu, między alkową a pokojem — Dziadzia.
— Żewu pri — zwrócił się do swego towarzysza. Żewu pri, mon ami... gran plezir... mon... — towariszczi. Mili moi... drodzy... kochani... jedyni: Zygmunt i ty Lucjanie... oto największy mój przyjacie... życie — uważacie — mi uratował. Sztorm. Maszty leżą na pokładzie.. ja mam strz... strz... strzaskaną czaszkę... a on mi... ją tego... uważacie... tego... i życie ratuje... przyjaciel. Hm... pod Cardifem... fordewind... fokmaszt... ster w drzdrzazgi... a ja tego... no?... czaszka!
Mały mężczyzna z nadmiernie wysokiem czołem stał oparty o ścianę i mrucząc coś wpatrywał się załzawionemi oczkami w twarz Lucjana. Prawą ręką manipulował przy spodniach, sprawiając tem przestrach na wysuniętej z pod kołdry twarzy rozbudzonego studenta. Z za drzwi wychyliły się — jedna za drugą — głowy zaciekawionych kobiet. Lucjan i Zygmunt siedzieli na kanapie i milcząco przypatrywali się tej scenie. Dziadzia w dalszym ciągu:
...No i otóż to właśnie, nieprawdaż?... Idę z rzeczami aby tu zamieszkać z wami... moi drodzy, kochani, jedyni... a tu patrzę mój przyjaciel... francuz... ani dudu po polsku... kapitan marynarki francuzkiej... nespa?... ekute... że wu... lublu! Mesje... hm... tak... no?!
Zarówno Lucjan jak i Zygmunt nie rozumieli po francusku. Słuchali tylko bredni Dziadzi, patrząc niespokojnie na francuza, którego zamierzenia prawej ręki już się prawie realizowały. Dziadzia, kiwając się przed lustrem, czesał swoją bródkę. Francuz odwrócił się tyłem do wszystkich i począł się odlewać na piec. Zygmunt się zerwał i podbiegł do niego, ale ten przybrał tak bojową pozycję, że Zygmunt chcąc uniknąć losu pieca, zmuszony był przeczekać czynność gościa. Dziadzia chichotał zjadliwie w kącie pokoju. Francuz zapiął się i patrząc czule w oczy Zygmunta, uśmiechał się niemowlęco.
— Co pan zrobił, w szalecie pan jesteś, czy co — u pioruna!
— Pardą... pardą... że ne kąprą pa ę... polone... ee... pszoł won!
Zygmunt stał nieporadnie. Do pokoju wszedł „Mieciek“ i ponurem spojrzeniem obrzucił obecnych. Zobaczył francuza i powiedział:
— A co tutaj ten szpicel robi?
— Jaki szpicel — zapytał Zygmunt — co, tyś się też zalał — błaźnie?
— Jakto, jaki szpicel. Przecież to agent polityczny. Sam mnie... s.....syn jeden — prał gumą w defenzywie. Pamiętam tę mordę jaszczurczą.
— Zgłupiałeś! — Przecież to jakiś kapitan, francuz, przyjaciel Krabczyńskiego.
— Taki francuz jak ty mądry. Co to za kałuża na podłodze?
— To on właśnie zrobił — powiedział student.
— Co? — Ach że ty pętaku! „Mieciek“ schwycił rzekomego francuza za kołnierz, i prowadząc go w stronę kuchni, mówił: ty cholero jedna, dziś paskudzisz w mojem mieszkaniu, a jutro przyjdziesz robić rewizję. Ty gnido, nuże, ot tak, za mordę wyrzucę, na zbity łeb po schodach. Wont, bydlę!
Słychać było błagalny głos, łomot walącego się ciała, krzyk i trzask drzwi. „Mieciek“ wrócił i zaczął wymyślać Dziadzi: Skądżeś się pan tu wziął z tym łachudrą. Do nagłej śmierci, co oni robią z domu! Matka to tylko mnie wymyślać potrafi, a tu takie draństwa znosi. Do Zygmunta: kogo ty tu sprowadzasz do tego domu, co, sam tu jesteś? Już ja tych twoich literatów przepędzę!
— Zamknij pysk, szczeniaku jeden. Głupi gówniarzu, będziesz mi tu gości obrażał. A ty, Dziadzia, skąd wziąłeś tego bydlaka?
...Pomyłka... fatalna omyłka... Zdemaskowany, Och. Wmówił we mnie... że francuz... czaszka... sztorm... tak to nie ten... to inny. O, żadnych wyjaśnień... tragedja o... zarysie metafizycznym... cios w serce... straszne... straszne... wyrzuciliście człowieka... którego tak mało znam... jeszcze się obrazi. Ohyda! — Brr... Idę spać.
Dziadzia poszedł w stronę łóżka i zwalił się na nie. Zygmunt, z medytacją w oczach, wycierał podłogę szmatą na końcu szczotki. Potem rozebrał się i ułożył obok Dziadzi. „Mieciek“ czytał na swej kanapie. Lucjan też już był pod kołdrą. Rozmyślał jak wszystko, co od kilku dni przeżywa jest nienormalne i wstrętne, w dodatku pomieszane z odrobiną jakiegoś niezdrowego humoru. Co będzie dalej? Najniespodzianiej w świecie znalazł się w warunkach, których przedtem nie znał. A może przeprowadzić się do ciotki? Było mu duszno i czuł ból w lewym szczycie.
Zgaszono światło. Dziadzia chrapliwie oddychał. Minęło z pół godziny i Lucjan już zasypiał, kiedy nagle wpobliżu rozległ się śmiech tak nieprawdopodobnie przeraźliwy, że Lucjan z biciem serca poderwał się z pościeli. To Zygmunt śmiał się jak szalony, ohydnym jakimś, obłąkańczym chichotem. Lucjan położył się zpowrotem. Przez kilka minut Zygmunt dławił się swym śmiechem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.