Wrażenia z Ameryki/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Wrażenia z Ameryki
Data wydania 1931
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PIĘKNO W AMERYCE.

Już trzy tygodnie minęło jak wspaniały nasz parowiec, największy pasażerski statek świata, minął olbrzymią figurę Wolności, trzymającą płonącą pochodnię nad zatoką New Yorku. Wdali w porannych mgłach rysowała się i błyskała tysiącznemi skrami okien gromada potwornych „drapaczy nieba“. Te potężne budowle, wyłaniające się tajemniczo z opalowych tumanów jutrzenki, lub rozpływające się niejasno w księżycowej poświacie nocy, czynią najsilniejsze, już pewnego rodzaju artystyczne wrażenie. Zdaje się, że dopiero w nich Amerykanie znaleźli zaczątek architektonicznego wyrazu swej duszy, gdyż pozatem miasta amerykańskie są brzydkie i nie mają stylu. Szeregi ich pudełkowatych domów, wśród których znajdują się pojedyńcze nawet bardzo ładne, nie tworzą jednak wcale miejskiego krajobrazu, czynią raczej wrażenie jakieś bezładnej zbieraniny kanciastych kształtów i krzyczących kolorów, jakiś ogromny podwórzec rozległej fabrycznej osady, dymiącej setkami niebosiężnych kominów. Nie zacierają tego wrażenia przygodnej, wznoszonej pośpiesznie, tymczasowej, nie trwałej, fabrycznej przybudówki, ani wykwintne i drogie marmury niektórych pałacyków, ani ciosowe ściany tu i ówdzie wznoszących się kościołów oraz gmachów publicznych, ani śliczna zieleń skwerów i bulwarów, ani wielowodne rzeki, ujęte w piękne granitowe obrzeża, ani mocarne, równe morzom jeziora...
Miasta amerykańskie są brzydkie a ich położenie, często bardzo malownicze, nie jest wyzyskane. Dopiero „drapacze nieba“ a szczególnie ich skupiska przemawiają do wyobraźni europejskiego widza swą odrębną, niesamowitą urodą.
Widok nowojorskich „Sky­‑Scrapers“ z morza znany jest powszechnie z ilustracyj i był już wielokroć pomyślnie zużytkowany jako motyw malarski. Przyznać należy, że potężne artystyczne wrażenie robi taki wiszar budowli, często spiętrzony w śródmieściu, lub wyciągnięty długą linją na wybrzeżach oceanu, na krawędzi wielkiej rzeki, albo większego jeszcze jeziora. Smugi zieleni parków i szeroka na kilkaset metrów wstęga bulwaru, oddzielająca jakby szmaragdową nicią lustro ogromnego jeziora Michigan od wysokiego łańcucha szarych skał, ludzką ręką wzniesionych, wewnątrz wygodnie zamieszkałych, sprawiają naprawdę niezrównany, prometejski prawie efekt. Jednocześnie na bryłach tych budynków powstają zupełnie nowe kombinacje światła, cieni i barw, załamujących się czy też odbitych od wielkich płaszczyzn regularnie pociętych smugami kamienia i zwierciadłami szyb.
Nawet pojedyńcze drapacze nieba, wyklinione na skrzyżowaniu ulic — nawet ich kubistyczne wieżyce, strzelające jak starożytne świątynie Egiptu ponad nizinami miejskich dachów — przykuwają spojrzenie swem odrębnem, nacechowanem pewną grozą pięknem. Wobec tych tworów zbiorowej potęgi pojedyńczy człowiek czuje się równie marnym i słabym, jak wobec łańcuchów gór, fal oceanu, lub ryczących wód wodospadów.
Zrozumiałem patrząc na nie, że tu tkwi ziarno swoistego, amerykańskiego stylu i szukałem go w innych dziełach sztuki.
Przebłyski jej są rozsypane w literaturze amerykańskiej; znajdujemy ją choćby w słynnej powieści „Moby Dick“ Mellville’a a nawet już w fantastycznych obrazach Edgara Poego. Lecz w literaturze nie są one jeszcze wyzwolone z wpływów europejskich i niewiadomo czy będą w stanie kiedykolwiek się wyzwolić w tym stopniu, co w architekturze.
W malarstwie i rzeźbie panuje całkowicie naśladownictwo szkół i prądów europejskich. Z rzeźbiarzy, którzy najbliżej stoją architektury i najsilniej odczuwają jej wpływ — jedynie genjalne rzeźby Szukalskiego noszą piętno amerykańskiej tęsknoty do rozmachu i nieskończoności. Rzecz dziwna, iż rzeźby te zrodziły się w polskiej duszy i że widziałem je w Polsce.
Muzykę amerykańską opływa jeszcze mgławica „Jazz-bandu“. Ameryka dotychczas nie stworzyła własnej melodji, tak charakterystycznej dla szkół francuskich, włoskich, niemieckich, rosyjskich lub polskich. Tam z kilku akordów odrazu poznajemy, w jakich te dźwięki narodziły się duszach. Ameryka takiej melodji jeszcze nie ma, — odnajdziemy ją dopiero w przyszłości.
Wyznaję, iż bardzo mię zajmowało amerykańskie poszukiwanie własnej syntezy w dziedzinie sztuki i przekonałem się, że dążenie to istnieje w silnym stopniu. Zastanawiałem się nad możliwemi tej syntezy cechami i zestawiałem ją nieraz w swej wyobraźni ze sztuką Europy oraz Wschodu. Czułem jej odrębność krystalizującą się powoli w głębinach zbiorowego amerykańskiego życia. Wszechwładny pozornie „business“ jest według mnie powierzchownem jeno łuszczeniem się amerykańskiego, życiowego oceanu. Nieraz zadawałem sobie pytanie do czego tęskni i co wielbi w swoich najtajniejszych głębinach ta dziwna, jeszcze zagadkowa dla samej siebie, dusza potężnego narodu, który wszakże z niezmiernie różnorodnej mieszaniny ludów stwarza zwolna, lecz nieubłaganie odrębny, jednolity amerykański stop.
Wpatrując się w śmiałe łuki ich mostów, w urwiska ich budowli, wsłuchując się w okrzyki uwielbienia tłumów dla wszystkiego co niezwykłe, wyzywające, śmiałe, — przypatrując się życiu miljarderów, których osobiste wydatki są malutką zaledwie drobinką posiadanych bogactw, siliłem się odgadnąć, jakie namiętności poruszają i spajają podświadomie w jedną całość miljony tych różnorodnych interesów i pragnień; bo spójnia taka już istnieje, bo amerykanie szybko przeistaczają się z państwa w naród...
Spostrzegłem przedewszystkiem, że tłumy amerykańskie entuzjazmuje i porusza nie walka człowieka z człowiekiem, nie współzawodnictwo narodu z narodem, tem mniej klasy z klasą, co było istotą historji europejskiej. Z nich to przecie sztuka europejska czerpała tematy, drgające po dziś dzień bólem i rozkoszą.
Ameryka zna wszystkie te rzeczy i wzrusza się niemi niemniej od europejczyków, lecz wzruszenia te są jak gdyby wzruszeniami niższego rzędu.
Społeczność amerykańska sprawia na mnie wrażenie dalekowidza, którego teleskopiczny do pewnego stopnia wzrok, przyuczony do nieprzejrzanych przestworzy, nie dostrzega dość wyraźnie zjawisk powszedniego dnia, ich dźwięku, ich barwy. Wzrok tej dziwnej społeczności jak gdyby sięga w jakąś dal prawie mistyczną, szuka chciwie samej istoty wszechświata. Stąd ta mnogość sekt religijnych i ich żywotność.
Zdziwią się pewnie sami Amerykanie, ci pozornie ultra trzeźwi i wyrachowani ludzie, gdy im powiem, iż często robili na mnie wrażenie największych w świecie marzycieli. Tylko na Dalekim Wschodzie spotykałem podobną napozór obojętność dla cierpienia i walk osobistych, połączoną z dziwną tkliwością dla ofiar tych walk, ale traktującą je jako coś nieuniknionego, jak śmierć, choroba, kataklizmy przyrody... Amerykanie pomagają nieszczęśliwym, ale się nimi nie interesują... Dopiero walka z kosmosem, z materją — wzrusza ich i przejmuje do głębi.
Przelot przez Ocean, pokonanie mrozów i zamieci polarnych, zwyciężenie przestrzeni i czasu, wydarcie nieznanemu dotychczas światu nowych dźwięków, barw, świateł, nowych substancyj na użytek ludzkiej świadomości i ludzkiego panowania, oto rzeczy, które roznamiętniają tłumy Ameryki. Owacje dla Lindbergha, uroczystości Edisona, cześć dla Curie-Skłodowskiej, zainteresowanie telewizją, samolotem rakietowym — dają powody do manifestacyj, zaćmiewających siłą i rozmiarami wszelkie podobne przejawy gdzie indziej.
Noszą oni religijny niemal charakter, stają się eleuzyjskiem świętowaniem zdobycia nowej tajemnicy, czemś w rodzaju greckich procesyj na cześć Boskiego Piękna.
Stanowczo na dnie duszy Amerykanów, którzy obecnie posiadają najpiękniejsze drogi, najszybsze koleje, gdzie aeroplan stanie się niedługo tak powszechnym, jak dziś jest samochód, — w tym kraju wielkich wygód, w państwie usianem gęsto miastami i farmami, w ojczyźnie radja i telewizji tai się niezatracone po dziś dzień wspomnienie o walkach, jakie prowadzili ich przodkowie — pielgrzymi z dziewiczemi lasami, z bezludnemi pustyniami, z łańcuchami niebotycznych gór, z orkanami, z powodziami, z piorunami... w rozmiarach nieznanych gdzie indziej.
Tęsknota do tych walk tytanicznych i pamięć o nich śpią w najgłębszem podłożu duszy amerykańskiej, są jej legendą i marzeniem.
Zrozumiałem to, patrząc na przepiękne budowle tak „businessowej“ pozornie spółki, jak Towarzystwo Elektryczne „Niagara Power Company“.
Doprawdy, że te blanki, baszty, zębate mury, dźwignięte wysoko ku niebu z kamiennych bloków, te ich budynki, przyczepione na samym skraju przepaści, gdzie na dnie ryczy jeden z największych wodospadów świata, te nowoczesne fortyfikacje przemysłu — wywołały w pamięci warowne zamki drapieżnych rycerzy, czających się na drogach i przesmykach średniowiecza, aby brać łup z kupców lub przechodniów...
Ta jest jednak różnica, że te amerykańskie warownie biorą teraz łupy z kosmosu na rzecz ludzkości...
To też dziwne wzruszenie ogarnia wędrowca, gdy w ciemną, pogodną noc widzi tęczowe światła, rzucone na spieniony ekran lecącej w otchłań Niagary przez potężne reflektory, czerpiące swój blask z tegoż wodospadu...
Barwny obraz gwiaździstego sztandaru Stanów Zjednoczonych, utkany na mgłach odwiecznych wodospadu, napełnia na skutek tych rozważań dumą już nietylko Amerykanina, ale wogóle człowieka, — i to jest podstawowy motyw przeszłej sztuki amerykańskiej i jej prometeizmu...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.