Spoziera na mnie w męce;
Podnosi obie ręce: Z nich zwisa kajdan skręt!
I mówi głosem łzawym:
„Mym zbawcą bądź łaskawym, Uwolnij mnie z tych pęt!“
Żal chwitachwyta mnie głęboki —
Kieruję do niej kroki, By pęta zdjąć z jej rąk...
Lecz wnet odbiegam: żmija
Potworna, patrz! owija Kajdany mocne wkrąg.
Na całe krzyczę gardło,
Lecz wszystko, jakby zmarło, Śpi wciąż kamiennym snem.
„Zdrętwiałe prężcie kości!
By wolność dać wolności, Do boju hej ze złem!“
I biegnę tu samotnie,
Powtarzam krzyk stokrotnie — Lecz trwa bez końca noc:
Daremnie pierś się trudzi,
Słodkiego snu tych ludzi Nie przerwie żadna moc.
Więc widząc jej katusze,
Sam jeden pomóc muszę, Choćbym miał zginąć tu!
I rzucam się na żmiję! —
Wtym: „głupcze!“ śmiech skądś bije — I budzę się ze snu...