Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1894
Drukarz J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


WOJNA i POKÓJ.
ROMANS HISTORYCZNY
Lwa Hr. Tołstoja.
Wojna i pokój ornament.png
GRÓDEK.
Nakładem i drukiem J. Czaińskiego
1894.



Tom I
CZĘŚĆ PIERWSZA.


I.
Przed pokojem w Tylży.

— I cóż książę? Wszak przepowiadałam to, nieprawdaż? Genua i Lucca przeszły w posiadanie rodziny Bonapartego. Teraz więc oświadczam stanowczo, że przestanę uważać księcia za mego przyjaciela, za mego najwierniejszego niewolnika, jak utrzymujesz, jeżeli będziesz dłużej upierał się i nie uznawał potrzeby wypowiedzenia wojny, i jeżeli ośmielisz się bronić jeszcze i przeczyć okropnościom i okrucieństwom popełnianym przez tego Antychrysta... bo jestem najmocniej przekonaną, że to jest Antychryst w swojej własnej osobie. No... tymczasem witam cię, kochany książę; widzę żem ci strachu napędziła... usiądź tu, koło mnie i pogawędźmy...
Temi słowami przemawiała po francusku w roku 1805 w lipcu, Anna Pawłówna Scherer, dama dworu carowej Marji Fedorówny, która należała nawet do kółka najściślejszego, do najserdeczniejszych jej carskiej mości. Przyjmowała zaś księcia Bazylego, osobistość poważną, sztywną, bawiącą się w męża stanu, który przybył pierwszy tym razem, z pomiędzy gości zaproszonych do niej na wieczór.
Panna Scherer kaszlała i była mocno zachrypniętą od kilku dni. Utrzymywała, że dostała grypy. Był to wówczas wyraz zupełnie nowy, wymyślony na starą jak świat chorobę, a używany tylko w towarzystwie dystyngowanem.
Lokaj w liberji pąsowej, używanej na dworze, roznosił wcześnie z rana po całem mieście bileciki jednakowo napisane:
„Jeżeli książe... hrabio... i tym podobnie... nie masz przed sobą nic przyjemniejszego, a nie przestraszy cię zaś zbytnio myśl, że spędzisz wieczór cały z biedną, chorą istotą, byłabym uradowaną, gdybym cię ujrzała dziś u siebie między siódmą a ósmą godziną“.
Rzecz naturalna, że bileciki były zredagowane w języku francuzkim.
— Wielki Boże! Jakie wystąpienie gwałtowne a złośliwe! — książę odrzucił żartobliwie, nie zmięszany, ani zaniepokojony niezwykłem przyjęciem.
Książe miał na sobie strój dworski, galowy, złotem bogato haftowany i okryty mnogiemi dekoracjami; pończochy jedwabne i płytkie trzewiki ze sprzączkami. Jego twarz płaska uśmiechała się wiecznie. Wyrażał się ową wytworną francuzczyzną której w tych czasach używano powszechnie w towarzystwie arystokratycznem. Wszak w owym czasie w Rosji, umieli nawet myśleć po francusku. Głos jego miał intonację łagodną, przyciszoną, przytem z lekkiem odcieniem protekcjonalnej wyższości człowieka wpływowego, który prawie wzrósł na dworze i postarzał się w tem dostojnem otoczeniu. Zbliżył się do Anny Pawłówny, ucałował jej rączkę, pochylając głowę nieco łysą, ale całą woniejącą, i usiadł rozparty wygodnie na miękkiej sofie.
— Przed wszystkiem innem, droga moja przyjaciółko, uspokój moją troskę o twoje cenne zdrowie — odezwał się tonem słodziutkim, szarmanckim, w którym jednak przebijała się pewna lekceważąca żartobliwość i obojętność najzupełniejsza, pomimo powodzi słówek miodowych i grzecznostek.
— Czyż mogę czuć się zdrową fizycznie, skoro cierpię moralnie? Serce tkliwe, czyż nie krwawi się co chwila obecnie? Spodziewam się, żeś wybrał się do mnie, książę kochany, na cały wieczór?
— Nie, niestety; dziś mamy środę; poseł angielski daje bal. Muszę się tam pokazać. Przyjedzie po mnie moja córka.
— Sądziłam że odłożono zabawę na inny dzień. Wyznam szczerze, że wszystkie te uczty wspaniałe i te ognie sztuczne zaczynają nudzić mnie śmiertelnie.
— Gdyby byli przeczuli pani życzenie, byliby z pewnością bal odłożyli — książę bąknął machinalnie, niby zegarek dobrze nakręcony, nie roszcząc zresztą do tego pretensji, żeby ktokolwiek słowa jego miał brać serjo.
— Nie przekamarzaj się ze mną książe, proszę bardzo. Ot! powiedz mi lepiej, ty, co wiesz wszystko, co postanowiono ostatecznie w sprawie depeszy Nowosilcowa?
— Cóż mogę pani o tem powiedzieć? — Książe wzruszył nieznacznie ramionami z wyrazem nudy i wielkiego zmęczenia... — Chcesz wiedzieć na co się zdecydowano? Otóż, uznano że Bonaparte zamknął sobie drogę do wycofania się i zdaje się, że my coś podobnego uczynić zamyślamy.
Książę Bazyli mówił ciągle od niechcenia, niby aktor powtarzający rolę odwieczną. Panna Scherer przeciwnie, siliła się mimo lat czterdziestu na żywość w każdej rozmowie. Starała się uchodzić za kobietę pełną zapału i animuszu. Zdarzało jej się często egzaltować na zimno, gdy nie miała do tego najmniejszej ochoty, jedynie by nie zawieść oczekiwania swoich znajomych. Uśmieszek przyczepiony stale do jej ust, nie licował co prawda, z rysami jej twarzy zwiędłemi i zmęczonemi, dowodził atoli jej przeświadczenia, o tym miłym błędzie, z którego na wzór dzieciaków popsutych a rozpieszczonych, nie mogła, czy też nie chciała się poprawić. Rozmowa o polityce rozdrażniła do reszty Annę Pawłównę.
— Ah! tylko mi nie wspominaj o Austrji! Prawdopodobnie nie rozumiem się na tem nic a nic; ale według mego zdania, Austrja nigdy nie chciała i obecnie nie chce wojny! Zdradza nas i Rosja samopas wyratuje Europę! Nasz dobroczyńca ma poczucie swojej wielkiej misji, i nie zaniedba doprowadzić jej do skutku. Wierzę w to, i tego trzymam się duszą całą. Rolę wspaniałą odegra nasz cesarz najmiłościwszy, tak dobry, tak szlachetny! Bóg go nie opuści. Spełni swoje zadanie, zetrze na miazgę hydrę straszliwą rewolucji, która, jeśli to możebne, przybrała postać jeszcze ohydniejszą, gdy nią zawładnął ten potwór, ten morderca! Do nas należy zapłacić mu za krew sprawiedliwego, niewinnie przelaną. Czy można tu komu ufać, pytam cię książe? Anglja ma umysł zajęty wyłącznie sprawami handlowemi, nie zdolną jest zatem pojąć podniosłość i szlachetność duszy cesarza Aleksandra! Odmówiła odstąpienia wyspy Malty. Cóż odpowiedzieli Nowosilcowowi? Nic! Nie, nie, oni nie rozumieją abnegacji naszego monarchy, który dla siebie nie żąda niczego i pragnie tylko dobra całej ludzkości. Jakież ich obietnice? Żadne! A choćby i byli co obiecywali, czy możnaby się na to spuścić? Czyż Prusy nie ogłosiły Napoleona niezwyciężonym, Europę zaś nie zdolną do walki z nim? Nie wierzę ani Hardenbergowi, ani Haugwitzowi. Owa sławiona pruska neutralność, to prosta pułapka. Ufam jedynie Bogu i wzniosłemu przeznaczeniu naszego cesarza najmiłościwszego, przyszłego zbawcy całej Europy.
Zatrzymała się nagle, z uśmiechem łagodnym, że dała się tak unieść namiętnemu zapałowi.
— Czemuż nie jesteś pani na miejscu naszego milutkiego Wintzengroda! Dzięki twojej świetnej wymowie, byłabyś wzięła szturmem przyzwolenie króla Pruskiego. Koniec końców... czy mogę spodziewać się herbaty?...
— Ależ natychmiast!... O czemże to miałam mówić? — teraz była znowu całkiem spokojna. — Aha, już wiem! Czekam dzisiaj i spodziewam się dwóch ludzi niesłychanie interesujących; wicehrabiego de Mortemart, spokrewnionego przez Rohanów z książętami Montmorency. Jedna z najświetniejszych rodzin we Francji. Emigrant, ale z tych dobrych, czystej wody! Drugim jest ksiądz Morjo. To umysł tak głęboki... Wiesz zapewne książe, iż był on na prywatnej audjencji u samego cesarza.
— Tak? Będzie mi nader przyjemnie... Powiedz że mi pani — książe mówił z coraz większą nonszalansją, jakby szukał dopiero po głowie o co ma pytać, a tymczasem to pytanie było celem głównym tych odwidzin — chciej mi powiedzieć łaskawie, czy to jest prawdą rzeczywiście, że cesarzowa matka ma życzyć sobie zamianowania barona Funcke pierwszym sekretarzem poselstwa w Wiedniu? Baron wydaje mi się takiem zerem!
Książe Bazyli pożądał właśnie tego miejsca, które starano się zdobyć dla barona Funcke, przez protekcją cesarzowej Marji Fedorówny, a pożądał go dla swego syna.
Anna Pawłówna, przymknęła oczy. To miało znaczyć, że ani ona, ani nikt w ogóle nie wie, co może podobać się lub niepodobać najjaśniejszej pani.
— Barona Funcke poleciła cesarzowej matce jej siostra — przemówiła tonem smutnym i dziwnie oschłym.
Wymawiając te słowa Anna Pawłówna starała się nadać całej fizjonomji wyraz głębokiego i szczerego poświęcenia, z pewnym odcieniem melancholji. Tak zawsze wyglądała, ilekroć przyszło jej wspomnieć z namaszczeniem, o jej dostojnej protektorce. Przymknęła ponownie oczy, dodając nawiasem, że najjaśniejsza pani okazuje wiele łaskawości baronowi Funcke.
Książę zamilkł, na pozór najzupełniej obojętny. A jednak Anna Pawłówna, z taktem i sprytem kobiety i w dodatku damy dworskiej, zadrapnęła go delikatnie pazurkiem za karę, że ośmielił się wydać sąd zuchwały o kimś, kogo polecono specjalnie dobroci niewyczerpanej carowej matki. Zaraz jednak pospieszyła pocieszyć księcia.
— Mówmy trochę o pańskich dzieciach. Czy wiesz, książe, że twoja córka wprawia w zachwyt i jest rozkoszą całego naszego towarzystwa, od kiedy w świat weszła? Znajdują ogólnie, że jest prześliczną, czarującą.
Książę skłonił się nisko, co miało oznaczać jednocześnie jego głęboki szacunek i wdzięczność.
— Ileż razy uderzył mnie w życiu rozdział niesprawiedliwy szczęścia ziemskiego — wiodła dalej rozmowę Anna Pawłówna po krótkiej chwili milczenia. Przysunęła się bliżej, do księcia z uśmiechem najmilszym, chcąc mu dać do zrozumienia, że porzuca dziedzinę polityki, a nawet zwykłą gawędkę salonową, aby porozmawiać z nim od serca, jak z przyjacielem. — Dlaczego, naprzykład los obdarował ciebie, mój książe, tak miłemi dziećmi, z wyjątkiem Anatola, twego syna młodszego, którego wcale nie lubię? — dodała tonem stanowczym, osądzając go nieodwołalnie, z brwiami zmarszczonemi. — Jesteś ostatnim, który może je ocenić, zatem nie wart jesteś takich dzieci...
Uśmiechnęła się swoim uśmiechem pełnym zapału.
— Cóż pani chcesz? — książę potrząsł głową. — Lawater byłby odkrył z pewnością, że nie ma w mojej czaszce guza miłości ojcowskiej.
— Dość tych żartów mości książe. Chcę pomówić z tobą całkiem serjo. Jestem mocno niezadowolona z twojego syna młodszego, mówiąc nawiasem. Wspominano o nim w obec jej carskiej mości (twarz mówiącej przybrała ponownie wyraz melancholiczny). Ubolewano nad tobą...
Książę na razie nic nie odpowiadał. Ona patrzyła na niego w milczeniu i czekała.
— Nie wiem doprawdy co począć — odrzucił wreszcie rozdrażniony. — Jako ojciec, robiłem co mogłem, aby ich wykształcić, a obydwaj są do niczego. Hipolit przynajmniej jest głupcem spokojnym, gdy przeciwnie młodszy Anatol, to głupiec niesforny i burzliwy. Jedyna to różnica między nimi.
Tym razem uśmiechnął się szczerzej, dobitniej i coś gburowatego, nieprzyjemnego, zarysowało się w końcach jego ust mocno pomarszczonych i zapadniętych.
— Ludzie, jak ty książe, nie powinniby mieć dzieci. Gdyby nie to twoje ojcostwo, nie mogłabym ci nic zarzucić — rzekła po chwili panna Scherer zamyślona.
— Jestem, jak pani wiadomo, twoim wiernym niewolnikiem. To też li przed tobą jedną, mogę wyspowiadać się całkiem szczerze. Dzieci są dla mnie tylko nieznośnym ciężarem i krzyżem, który muszę rad nie rad dźwigać na ramionach przez resztę życia. Tak się na tę kwestję zapatruję. Cóż robić?... — zamilkł, wyrażając niemym ruchem swoje poddanie losowi nieubłaganemu.
Anna Pawłówna zdawała się dumać i nad czemś zastanawiać.
— Czyś nigdy książe o tem nie pomyślał, żeby ożenić tego twego „syna marnotrawnego“? Stare panny, jak złośliwi utrzymują, mają fiksacją swatów, i żenienia ludzi. Nie sądzę żebym i ja podpadała tej słabości, a jednak upatrzyłam dla niego młodą osobę, naszą daleką krewnę, księżniczkę Bołkońską, która ma być najnieszczęśliwszą przy boku ojca, dziwaka niesłychanego.
Książę Bazyli nic na to nie rzekł; pewien jednak ruch głową dowodził, że decyduje się szybko. Szybkość ową posiadają bardzo często ludzie światowi. Namyślają się w jednej chwili, dochodząc natychmiast do tej lub owej konkluzji.
— Czy wiesz pani, że ten mój hultaj, Anatol, kosztuje mnie czterdzieści tysięcy rubli rocznie? — westchnął, wypowiadając głośno myśli smutne, nurtujące mu po głowie. — Cóż to będzie za lat pięć, jeżeli pohula tak dalej? Oto cały zysk z tytułu ojcowskiego... Czy bogata ta twoja księżniczka?
— Ojciec jej pan miljonowy, w dodatku skąpiec zawołany! To ten sam sławny książę Bołkoński, któremu kazano porzucić służbę wojskową za życia cara nieboszczyka, i którego nazywano „królem pruskim“... Ma być bardzo rozumny, ale dziwaczny i nader trudny, prawie nie do zniesienia w pożyciu codziennem. Biedną dziewczynę ponoś na śmierć zamęczą. Jest ich tylko dwoje. Brat jej ożenił się niedawno z Lizą Heinenn, i zamianowano go adjutantem Kotuzowa. Lizę zobaczysz książę za chwilę.
— Moja droga Anetto — książe pochwycił nagle pannę Scherer za obie ręce — wyświadczyłabyś mi największą łaskę, doprowadzając do skutku te swaty, i zostałbym na całe życie twoim najpoddańszym niewolnikiem... jak zwykł podpisywać się na każdym raporcie mój rządca. Jest z dobrego rodu i bogatą. Tego mi właśnie potrzeba.
Poczem, ruchem wytwornie poufałym, czem się odznaczał; ucałował rączkę damy dworskiej, ściskając ją czule w swojej dłoni. Tego dokonawszy rozparł się wygodniej i spojrzał w inną stronę.
— Dobrze... posłuchajże mnie książe — odrzuciła Anna Pawłówna. — Jeszcze dziś wieczór pogadam o tem z Lizą Bołkońską. Kto wie? może to się da zrobić. W interesie twojej rodziny zacznę przyuczać się rzemiosła staro-panieńskiego, i zabiorę się na serjo do swatów.





II.

Salon Anny Pawłówny zapełniał się zwolna. Zbierał się tam sam kwiat „towarzystwa“ petersburskiego. Wprawdzie towarzystwo składało się z osób różniących się z sobą tak wiekiem jak i usposobieniem. Wszyscy jednak wyszli jak to mówią: z pod jednego stempla. Córka księcia Bazylego, piękna Helena, właśnie przybyła aby zabrać ojca na bal do ambasady angielskiej. Była w stroju balowym, z liczbą złotą na ramieniu, jako freilina carowej. Nie brakło tam również kobietki najponętniejszej z całego Petersburga, drobniutkiej, śliczniutkiej i młodziutkiej księżny Bołkońskiej. Wyszła zamąż przeszłej zimy. Obecnie będąc w stanie poważnym nie mogła pokazywać się na wielkich balach; bywała jednak tu i owdzie na mniejszych zebraniach, w domach dobrych znajomych. Znajdował się również w salonie Anny Pawłówny książę Hipolit, starszy syn księcia Bazylego. Wszedł jednocześnie z Mortemart’em, którego przedstawiał wszystkim swoim znajomym. Przybył również ksiądz Morio, i wielu, wielu innych...
— Widzieliście moją ciotkę? Nie znacie jeszcze mojej ciotki? — powtarzała bez zmiany każdemu z zaproszonych Anna Pawłówna, prowadząc ich do małej niskiej staruszki, z olbrzymim tokiem aksamitnym na głowie, która zjawiła się właśnie w salonie. Panna Scherer przenosiła zwolna spojrzenie powłóczyste, z przedstawionego na ową „ciocię“, i odchodziła natychmiast, aby przyprowadzić kogoś nowego. Wszyscy dopełniali ceremonji obowiązkowej przy tej ciotce nikomu nieznanej, nikomu na nic nie przydatnej, i która wszystkich na śmierć zanudzała. Anna Pawłówna słuchała i przytakiwała wymianie grzecznostek z obu stron, z miną uroczystą i smętną jednocześnie. Ciotunia zaś używała niezmiennie jednych i tych samych frazesów. Zapytywała troskliwie o zdrowie każdej osoby jej przedstawionej, następnie wspominała nawiasem o zdrowiu własnem i o zdrowiu najjaśniejszej pani: „które dzięki niebu polepszyło się znacznie“. Z grzeczności, starano się nie okazywać zbytniego pośpiechu, i nie zmykać natychmiast, ale wystrzegano się jak ognia, żeby nie znaleść się powtórnie w ciągu wieczora w bliskości nudnej staruszki. Młodziutka księżna Bołkońska przyniosła jakąś robótkę w torebce aksamitnej, złotem haftowanej, którą (jak wszystko zresztą) nazywano z francuzka ridicule’m. Jej górna warga prześliczna, malutka, a pełna i pąsowa jak wisieńka, pokryta lekkim, ciemnym meszkiem, nie mogła nigdy, mimo widocznego usiłowania złączyć się ściśle z wargą niższą. Ten wyskok natury, nadawał jej pewne piętno oryginalności, czyniąc ją tem ponętniejszą. Buzia przez pół otwarta, była jednym więcej urokiem, tej ślicznej i najmilszej osóbki. Każdy podziwiał młodziutką kobietę, pełną życia i zdrowia, która mając wkrótce zostać matką, znosiła tak lekko i swobodnie ten wielki ciężar. Zamieniwszy z nią słów kilka, wszyscy, czy to młodzi, znudzeni i zblazowani, czy starcy w humorze ponurym z powodu męczącej ich pedogry, lub jakiej innej choroby, nieodłącznej od wieku sędziwego, wyobrażali sobie, że są do niej podobni, lub że umieli być dla niej szczególniej przyjemnymi, tak potrafiła ująć i oczarować każdego swoim rozkosznym uśmieszkiem, i słówkami dowcipnemi, przyczem błyszczały jej bielutkie ząbki.
Drobniutka i malutka księżna obeszła stół w koło, krokiem chwiejnym, kaczkowatym i zasiadła na kanapie obok samowaru, z minką osoby, która tylko o tem myślała, żeby sprawić przyjemność tak sobie jak drugim.
— Przyniosłam moją robótkę — przemówiła otwierając torbeczkę i zwracając się z tem niejako do całego towarzystwa. — Strzeż się Anetko, mojego srogiego odwetu; widzę żeś mi spłatała nie lada figla. Napisałaś, że twój wieczorek będzie złożony z kilku zaledwie najserdeczniejszych, i oto ubrałam się jak nietoperz...
Wyciągnęła przed siebie ramiona, jakby chciała pokazać lepiej elegancką suknię jedwabną popielatą, obszytą koronkami i związaną poniżej piersi od niechcenia pasem szerokim.
— Bądź spokojna Lizo, będziesz zawsze najpiękniejszą.
— Czy wiecie państwo, że mąż mnie porzuca? — mówiła dalej zwracając się z tym samem tonem do całego towarzystwa — chce gwałtem dać się zabić! Po co też ta straszna wojna? — spytała księcia Bazylego.
Nie czekając na jego odpowiedź, rozpoczęła rozmowę z księcia córką, piękną Heleną.
— Co też to za miła osóbka, ta malutka księżna — szepnął książę Bazyli na ucho Annie Pawłównie.
W chwilę później zjawił się gość nowy w salonie. Był nim młody człowiek otyły i ciężki, z włosami obciętemi przy samej głowie. Nosił okulary. Był ubrany według ostatniej mody, w jasne pantalony, z olbrzymim żabotem na piersiach, w wierzchniem ubraniu barwy bronzowej. Był on synem naturalnym hrabiego Bestużewa, wielkiego pana, grającego rolę wybitną za czasów Katarzyny, który teraz dogorywał w Moskwie. Młodzieniec ten nie obrał sobie dotąd żadnego zawodu; wracał obecnie z zagranicy, gdzie go kształcono, i po raz pierwszy pokazywał się w wyższem towarzystwie. Anna Pawłówna przyjęła go owym ukłonem, którym obdarzała gości najmniej u niej znaczących. Na widok Piotra jednakże, mimo, że mu ledwie głową skinęła, w jej fizjonomji odbił się niepokój, połączony z trwogą, jakiej doznajemy, patrząc na przedmiot olbrzymich rozmiarów, który nie został ustawiony w miejscu właściwem. Piotr rzeczywiście górował po nad całem towarzystwem. Niepokój Anny Pawłówny pochodził jeszcze z innej przyczyny: lękała się tego wzroku poczciwego i nieśmiałego, patrzącego atoli bystro i oceniającego wszystko szczerze, czem wyróżniał się najzupełniej pośród zgromadzonych.
— Bardzo to grzecznie z twojej strony, panie Piotrze, żeś przyszedł odwidzieć biedną chorę — bąknęła zamieniając z ciotką w chwili, gdy jej przedstawiała nowoprzybyłego, spojrzenie pełne pomieszania.
Piotr wycedził nawzajem słów kilka niezrozumiałych, powodząc dalej w koło oczami. Nagle uśmiechnął się wesoło, skinął głową poufale malutkiej księżnej, którą znał dobrze, skłonił się sztywnie „ciotuni“, i nie czekając nawet na koniec frazesu tradycjonalnego o zdrowiu najjaśniejszej pani, drapnął czemprędzej. Nie daremnie czuła Anna Pawłówna trwogę instynktową, na widok tego olbrzyma. Zatrzymała go przerażona:
— Znasz pan księdza Morio? — spytała. — Człowiek niesłychanie interesujący...
— Słyszałem o nim i o jego projekcie pokoju wiecznego; paradoks przedstawiony nader dowcipnie... ale niestety niewykonalny.
— Tak pan sądzisz? — wtrąciła Anna bezmyślnie, byle coś odpowiedzieć i nie wyjść z roli uprzejmej gospodyni.
Piotr popełnił natychmiast błąd drugi, postępując w brew przyjętym formom, w doborowem towarzystwie: porzucił bowiem za prędko osobę z nim rozmawiającą, nie czekając końca frazesu, a teraz znowu zatrzymywał tamtą, która pragnęła skończyć z nim i odejść. Tłumaczył jej szeroko i długo, z nogami rozstawionemi i jakby przykutemi do posadzki, dla czego projekt księdza Morio jest wprost niemożliwym.
— Pogadamy o tem później — przerwała mu z uśmiechem Anna.
Skoro udało się jej pozbyć młodego człowieka, niemającego wyobrażenia o delikatnych formach światowych, wróciła do swoich zajęć. Odtąd patrzyła i nadsłuchiwała, gotowa przyjść w pomoc słabszym i podtrzymać rozmowę urywającą się z braku tematu zajmującego. Naśladowała w tem podmajstra w przędzalni. Ten przechadzając się pomiędzy robotnikami, zwraca baczną uwagę tak na ruchy, jak i ton fałszywy, niezwykły, wrzecion u kołowrotków. Stara się on bądź zatrzymać takowe, bądź też puścić je w ruch na nowo w tempie właściwem. I Anna Pawłówna przechadzając się po swoim salonie, zbliżała się z kolei do kółka zupełnie milczącego, lub zbyt głośno rozprawiającego. Słówko z jej ust rzucone od niechcenia, przestawienie zręczne i umiejętne osób w inne miejsce, ożywiało rozmowę, albo uspakajało dysputę nadto gorącą i znowu szło wszystko spokojnie, przyzwoicie, aż miło! Strach, którego jej Piotr napędził, był i teraz widocznym, wśród innych trosk i kłopotów gospodyni domu. Śledząc go wzrokiem niespokojnym, widzi, że zbliża się do osób otaczających Mortemart’a, a później zaś nadsłuchuje co mówią w kółku księdza Morio. Co się tyczy Piotra, wychowanego za granicą, był to jego pierwszy wieczór w Petersburgu i w ogóle w Rosji. Wiedział że znajduje się w gronie ludzi najbardziej inteligentnych z całej stolicy. Nie można się było dziwić, że wytrzeszczał oczy, przenosząc wzrok szybko z jednych na drugich, na wzór dziecka wprowadzonego po raz pierwszy do wielkiego magazynu z zabawkami i lękał się utracić choćby jedno słówko, z rozmów dowcipnych i rozumnych, które w salonie prowadzono. Patrząc na te osoby pełne dystynkcji i pewności siebie, oczekiwał od każdej z nich słówka bystrego, dowcipnego i rozumnego. Rozmowa księdza Morio pociągnęła go sympatycznie. Zatrzymał się więc, czekając na dobrą sposobność, żeby wystąpić z własnem zdaniem: jest to poniekąd słabostką wszystkich młodzików.





III.

Wieczór panny Scherer był w pełnym biegu. Wrzeciona pracowały bez przestanku we wszystkich kątach salonu, gładko i równo. Jedyny wyjątek stanowiła „ciotunia“ siedząca obok damy także już niemłodej, z twarzą żółtą pomarszczoną, z oczami wyblakłemi od łez, która była dziwnie pomieszana i nie swoja w tem świetnem towarzystwie. Utworzyły się w salonie trzy kółka odrębne. W środku pierwszego, gdzie przeważała płeć męzka stał ks. Morio, żywo rozprawiający. W drugiem, złożonem z samej młodzieży, błyszczała jak metor piękna Helena Bazylówna, obsypywana hołdami, składanemi u jej stóp, jak zwyczajnie; a dodawała mu pieprzyku i zacięcia pewnego, milutka i dowcipna księżna Bołkońska, mimo stanu poważnego, świeża i ponętna, jak róża. W trzecim kółku prezydowała panna Scherer, z nieodstępnym od jej boku wicehrabią Mortemart’em.
Wicehrabia, o rysach łagodnych i wzięciu wytwornem, prawdziwie salonowem, pozował na człowieka sławnego. Dla przyzwoitości jedynie zostawiał towarzystwu które go otaczało staranie żeby mu oddawało cześć należną, sam zaś usuwał się skromnie z pierwszego planu. Anna Pawłówna używała go i wyzyskiwała jego osobistość jak wprawny w służbie kamerdyner, który zaleca pewne potrawy wyborowe i smakowite. To samo przyrządzone innemi rękami, byłoby może nie do jedzenia. W ten sposób, potraktowała swoich gości najprzód Mortemart’em, następnie ks. Morio, dwoma kąskami niesłychanie delikatnego smaku. W koło Mortemart’a rozprawiano o zamordowaniu księcia d’Enghien. Wicehrabia utrzymywał, że książę zginął samochcąc, przez zbytek szlachetności, Bonaparte zaś, miał przyczyny osobiste, dla których go znienawidził.
— Ah tak! opowiedz nam to hrabio — zawołała wesoło Anna Pawłówna, której ten frazes francuzki contez-nous-cela, wydał się czemś przypominającem czasy Ludwika XV.
Hrabia uśmiechnął się słodziutko i skinął głową na znak przyzwolenia. Utworzono koło, Anna Pawłówna zaś wszystkich zachęcała do słuchania ze skupieniem.
— Hrabia — rzekła cichutko do jednego sąsiada najbliższego — znał księcia jak najściślej; hrabia — powtórzyła drugiemu — opowiada cudownie! hrabia — szepnęła na ucho komuś trzeciemu — należy do sfer najwyższych; widzi się to na pierwszy rzut oka.
Oto w jaki sposób hrabia został podany publiczności zgromadzonej, jako nader wytworna zwierzynka. Trzeba przyznać, że podawano go w sposób dystyngowany i zachęcający. Uśmiechnął się znowu znacząco, zanim rozpoczął opowiadanie.
— Usiądź tu bliżej przy mnie, kochana Helenko — przemówiła czule Anna Pawłówna do młodej osoby, która stanowiła centrum innej grupy.
Księżniczka Helena zachowała wstając ten sam uśmieszek niewzruszony, który igrał na jej ustach, odkąd weszła do salonu. Był on niejako dopełnieniem tej piękności tryumfującej i nie mającej równej sobie. Dotykając zaledwie mężczyzn po drodze swoją białą suknią gazową, przybraną nenufarami i trawami morskiemi — mężczyźni zresztą usuwali się pospiesznie aby jej zrobić miejsce, szła zwolna, cała lśniąca blaskiem pereł i brylantów, połyskiem włosów i oczów prześlicznych, alabastrową białością szyi i ramion, obnażonych jak tego wymagała toaleta balowa. Nie patrzyła właściwie na nikogo; uśmiechała się jednak do wszystkich. Zdawała się udzielać niejako prawa każdemu, podziwiania jej kibici wspaniałej, ramion toczystych, i biustu mocno odsłoniętego według mody ówczesnej. Helena była tak cudownie piękną, że nie miała w sobie cieniu zalotności. Czuła się przeciwnie prawie zażenowaną pięknością tak doskonałą i tryumfującą. Radaby była prawie osłabić tejże wrażenie, ale nie mogła tego dokazać.
— Jaka czarująca! Jaka piękna! — wykrzykiwano mimowolnie spojrzawszy na nią.
Hrabia drgnął nieznacznie i spuścił powieki, jakby nie mógł znieść blasku tej postaci uroczej, tego zjawiska nadziemskiego, gdy Helena siadała naprzeciw, oświetlając go swoim nieśmiertelnym uśmieszkiem.
— Jestem zupełnie onieśmielony — rzekł — podobnem audytorjum.
Z ramieniem opartem na stoliczku marmurowym, z główką na dłoni, Helena nie uznała za potrzebne odpowiedzieć cokolwiek na ten komplement. Uśmiechnęła się i czekała. Dopóki trwało opowiadanie, siedziała sztywnie wyprostowana; spozierając kiedy niekiedy to na piękną i pulchną rączkę, to na gors jeszcze ponętniejszy. Bawiła się przytem perłami na szyi, bransoletą brylantową, układając także suknię, aby nie zmięła się przypadkiem. W miejscach szczególniej dramatycznych spozierała ukradkiem na Annę Pawłównę, aby naśladować wyraz jej fizjonomji; poczem wracała czemprędzej do swojego spokojnego i bezmyślnego uśmieszku.
I malutka księżna Bołkońska wyszła z po za stołu herbacianego:
— Zaczekajcie chwilkę moi państwo... wezmę tylko moją robótkę. O czemże książe tak się zamyśliłeś? — rzuciła od niechcenia Hipolitowi Bazylewiczowi. — Ruszże się przecie i przynieś mi mój ridicule.
Księżna szczebiocąc i śmiejąc się głośno, spowodowała ogólne poruszenie.
— Bardzo mi tu dobrze — mówiła dalej usiadłszy na fotelu, który podsunął jej książę Hipolit, oddając torbeczkę jednocześnie.
„Czarujący Hipcio“, był uderzająco podobny do siostry „piękniejszą od najpiękniejszych“, pomimo że był znakomicie brzydkim. Rysy były prawie te same; tylko u siostry przeistoczone i opromienione uśmieszkiem rozkosznym, młodocianym, pełnym zadowolenia, i klasyczną doskonałością tak linji w twarzyczce, jak i w całej ciała budowie. Przeciwnie w brata fizjonomji, odbijał się prawie idjotyzm, połączony z humorem wiecznie kwaśnym i nadąsanym. Postać jego była wątła i chuda jak szczypka; oczy, nos, usta zdawały się łączyć w jedno skrzywienie nieokreślone i znudzone, podczas gdy jego długie nogi i ręce jeszcze dłuższe, skręcały się przybierając kształty iście niemożliwe.
— Czy to będzie historja o upiorach — spytał tonem nosowym, wkładając na nos lornetkę, jakby mu miała ułatwić czy to wysłowienie się, czy też zrozumienie przedmiotu, o którym będzie mowa.
— Bynajmniej — bąknął hrabia osłupiały.
— Bo podobnych rzeczy nie znoszę! — dodał Hipcio z miną, z której można było poznać, że odczuł po niewczasie całą doniosłość słów swoich. Mówił jednak zawsze z taką pewnością i naciskiem, że pytano się za każdym razem, gdy się z czem wyrwał, czy to było proste głupstwo, czy też głupstwo dowcipem zręcznie przysłonięte? Młody książę był ubrany we frak ciemno-zielony z długiemi połami, w pantalony koloru ciała nimfy wzruszonej (jak sam się o nich wyrażał;) na nogach miał płytkie trzewiki ze sprzączkami brylantowemi.
Hrabia opowiadał gładko i przyjemnie anegdotę powtarzaną w Paryżu z ust do ust, o księciu d’Enghien. Miał on się udać potajemnie do Paryża na schadzkę z panną George i spotkał się tam z Bonapartem, dla którego artystka znakomita była również łaskawą... Wskutek tego nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Napoleon dostał był jednego z owych ataków nerwowych, którym czasem podpadał, a które ubezwładniały go na przeciąg kilku godzin. Był więc rzucony na pastwę swojemu rywalowi. Książę jednak nie korzystał z tej sposobności; Bonaparte zaś następnie tak odwdzięczył mu się za jego wspaniałomyślność, że kazał go najnikczemniej zamordować. Opowiadanie prowadzone zręcznie, stawało się szczególniej dramatycznem w chwili spotkania dwóch rywali u sławnej aktorki. Damy słuchające, były do głębi wzruszone.
— Cudownie! — szepnęła Anna Pawłówna, badając spojrzeniem małą księżnę.
— Niesłychanie zajmujące! — powtórzyła Liza niby echo, wpinając igłę w robotę na znak, że czar opowiadania tak jej myśl przykuwa, iż nie jest w stanie dłużej haftować.
Hrabiemu pochlebiało niezmiernie to nieme uznanie i gotował się mówić dalej, gdy Anna nie spuszczająca z oka „strasznego“, zbiegającego się Piotra, widząc go, jak o czemś żywo i głośno rozprawia z księdzem Morio, podbiegła ku nim, aby zażegnać wcześnie możliwe niebezpieczeństwo. Udało się Piotrowi rzeczywiście wciągnąć księdza w rozmowę o równowadze politycznej, i księżunio zachwycony naiwnym zapałem młodego słuchacza, rozwijał przed nim szeroko i długo projekt czule przezeń upieszczony. Obaj mówili głośno z żywością i uniesieniem, co właśnie niepodobało się pannie Scherer.
— Jakim sposobem, pytasz hrabio? Ależ równowaga polityczna, toć odwieczne prawo ludzkości! — ksiądz zapalał się coraz bardziej. — Jedno państwo silne jak Rosja, używająca sławy zacofanej i barbarzyńskiej, niech stanie uczciwie i szczerze na czele przymierza mającego na celu równowagę Europy, a świat będzie uratowany.
— Jakżeby jednak było możliwem ugruntować ową równowagę? — zauważył Piotr w tej samej chwili, kiedy Anna Pawłówna zmierzywszy go wzrokiem surowym, spytała nagle Włocha, o ile znosi mroźny klimat Północy? Twarz księdza zmieniła się natychmiast; przybrał wyraz słodziutko-czułostkowy, który go nigdy nie opuszczał gdy mówił z kobietami.
— Odczuwam nadto żywo czar inteligencji i rozumu towarzystwa pań, do którego mam zaszczyt należeć, abym miał czas zastanawiać się nad ostrym tutejszym klimatem — odrzucił najuprzejmiej, podczas gdy panna Scherer usiłowała zbliżyć obu i wcielić niejako do swego kółka, aby nie tracić ich z oczu.
Wszedł jeszcze jeden gość do Anny salonu: był nim młody książę Bołkoński, mąż milutkiej Lizy; przystojny mężczyzna, wzrostu średniego, z rysami wybitnemi, z wyrazem twarzy ostrym i surowym. Wszystko w nim, zacząwszy od wzroku wiecznie zamglonego i zmęczonego, a skończywszy na chodzie równym i spokojnym, stanowiło kontrast w oczy uderzający z jego drobniutką żoneczką, tak żywą i ruchliwą. Znał całe towarzystwo w salonie zgromadzone. Wszyscy nudzili go na śmierć, i byłby drogo opłacił możliwość niewidzenia i niesłyszenia nikogo z pomiędzy nich, nie wyłączając nawet własnej żony. Zdawać się mogło, że do niej cierpiał szczególniejszą antypatję, odwrócił się bowiem od niej z takiem skrzywieniem, że prawie zbrzydła jego twarz wcale piękna i wyrazista. Pocałował w rękę Annę Pawłównę, spojrzawszy w koło chmurnie z brwiami ściągniętemi.
— Gotujesz się książę do wojny? — spytała.
— Jenerał Kotuzow raczył przyjąć mnie na swego adjutanta — odrzucił Bołkoński, akcentując mocno, rosyjską sylabę „zow“.
— A twoja żona?
— Pojedzie na wieś.
— Że też nie wstydzisz się książe, pozbawiać nas towarzystwa twojej najmilszej, zachwycającej żoneczki.
— Jędrusiu! — zawołała malutka księżna, tak samo kokietująca męża, jak i wszystkich zresztą — gdybyś wiedział, jaką nam tu opowiadał interesującą historyjkę wicehrabia o pannie George i Bonapartem.
Książę Andrzej skrzywił się znowu niemiłosiernie i odszedł nie oglądnąwszy się nawet.
Piotr czatujący na niego odkąd wszedł i ścigający go wzrokiem wesołym a pełnym przychylności, zbliżył się teraz aby mu podać dłoń do uścisku. Teraz dopiero, gdy spojrzał w twarz uśmiechniętą i poczciwą Piotra, rozchmurzyło się księcia czoło i jego twarz nagle wypiękniała, opromieniona również uśmiechem szczerym i serdecznym.
— Ejże! i ty zatem należysz do naszego świata wielkiego.
— Wiedziałem że ty tu będziesz. Radbym pójść do ciebie na kolacją, czy mogę? — dodał Piotr cichuteńko, żeby nie przeszkadzać wicehrabiemu, który dotąd jeszcze nie skończył opowiadania.
— Nie, nie możesz! — roześmiał się w głos Bołkoński, dając mu do zrozumienia ciepłym ręki uściskiem, jak niepotrzebnem wydało mu się owe pytanie ceremonjalne ze strony przyjaciela.
Chciał mu jeszcze coś powiedzieć, gdy powstali książę Bazyli i jego córka. Zaczęto usuwać się, aby im do drzwi głównych drogę utorować.
— Chciej nam wybaczyć, kochany wicehrabio — przemówił książę Bazyli zmuszając ugrzecznionego Mortemart’a, żeby nie ruszał się wcale z fotelu. — Ten nieszczęsny bal w poselstwie Angielskiem, pozbawia nas największej przyjemności i musimy przerwać twoje tak zajmujące opowiadanie. Ze szczerym żalem opuszczamy twój najmilszy wieczór, kochana Anno Pawłówno!
Jego córka potrafiła przesunąć się pomiędzy krzesłami, przytrzymując suknię jedną ręką, i z uśmiechem wiecznym na ustach. Piotr wytrzeszczył oczy na tę piękność olśniewającą, z zachwytem pomięszanym z rodzajem trwogi zabobonnej.
— Prześliczna! — bąknął książę Andrzej od niechcenia.
— Bezwątpienia! — odrzucił Piotr.
Książę Bazyli uścisnął dłoń obu, obok nich przechodząc.
— Zlituj się pani! — zwrócił się błagalnie do Anny Pawłówny — okrzesaj mi trochę tego niedźwiadka. Mieszka u mnie rok blisko, a raz pierwszy widzę go w porządnem towarzystwie. Nic zaś tak nie kształci i nie cywilizuje młodego człowieka jak towarzystwo dam dystyngowanych.





IV.

Anna Pawłówna przyrzekła ze śmiechem zająć się Piotrem, o którym wiedziała, że jest z księciem Bazylim spokrewniony przez ojca. Poważna dama, siedząca obok „ciotuni“, zerwała się nagle i dopędziła księcia Bazylego w przedpokoju. Jej twarz o wyrazie dobrodusznym, z policzkami zapadniętemi, z oczami wyblakłemi od płaczu, starała się dotąd okazywać wielkie zainteresowanie się i uwagę wytężoną. Obecnie odmalował się w niej niepokój i trwoga.
— Cóż mi powiesz książę o moim Borysie? — Wymawiała imie Borysa, kładąc nacisk na samogłoskę „O“. — Nie mogę zostać dłużej w Petersburgu. Powiedz-że mi z łaski swojej, co mam zwiastować memu chłopcu biednemu?
Mimo widocznej przykrości i prawie impertynenckiego traktowania ze strony księcia Bazylego, uśmiechnęła się i przytrzymała go siłą mocą, aby jej nie uciekł.
— Cóżby cię to kosztowało przemówić słówko, wspomnieć o nim najjaśniejszemu panu? Wziętoby go zaraz do carskiej gwardji!
— Bądź księżna przekonaną, że zrobię co tylko będzie w mojej mocy, trudno mi jednak żądać czegoś podobnego od najjaśniejszego pana. Radziłbym ci szczerze, udać się z tem raczej do Rumiancowa za pośrednictwem księcia Galiczyna. To byłaby droga najprostsza.
Niemłoda kobieta nazywała się księżną Trubeckoj. Był to jeden z pierwszych rodów w Rosji. Zubożawszy usunęła się od świata od dawna, i wyszła zupełnie ze stosunków z dawniejszymi znajomymi. Przybyła tylko po to do Petersburga, aby ułatwić synowi jedynemu przyjęcie do gwardji przybocznej. W nadziei że zastanie tam księcia Bazylego, przyszła na wieczór do panny Scherer. Jej twarz niegdyś bardzo piękna, drgnęła kurczowo; uczuła się tknięta do żywego księcia niegrzecznem lekceważeniem. Trwało to jednak nader krótko. Opanowała rozdrażnienie i uśmiechnęła się na nowo, przytrzymując silniej ręką księcia:
— Posłuchaj mnie książe, nigdy niczego nie żądałam od ciebie i na przyszłość niczego więcej żądać nie będę. Nigdy również nie przechwalałam się przyjaźnią, która łączyła ojca mego z tobą. Teraz jednak na miły Bóg! uczyń to dla mego syna, a staniesz się naszym dobroczyńcą! — dodała szybko. — No! nie gniewaj się i przyrzeknij mi. Błagałam Galiczyna... odmówił mi wręcz. Bądź tym dawnym poczciwym serdecznym Bazylkiem — mówiła dalej głosem stłumionym, siląc się do uśmiechu, a z oczami łez pełnemi.
Papa! — przemówiła po francuzku księżniczka Helena, stojąca na progu. — Spóźnimy się najniezawodniej.
I zwróciła ku ojcu swoją prześliczną twarzyczkę.
Władza i wzięcie u dworu, są kapitałem, który powinno się bardzo oszczędzać. Książę Bazyli wiedział o tem lepiej od innych. Wstawiać się za każdym, kto udawał się do niego o protekcję, znaczyło tyle, co nie otrzymać nigdy nic dla siebie samego. Zrozumiał to od razu. Nader też rzadko używał dla kogokolwiek z proszących, swoich wpływów osobistych. Głos błagalny księżnej Trubeckoj zbudził w nim atoli coś, niby wyrzut sumienia. Przypomniała mu bowiem szczerą prawdę. Zawdzięczał rzeczywiście jej ojcu pierwsze kroki na arenie, gdzie czekała na niego tak świetna przyszłość. Zauważył również, że jest ona jedną z tych kobiet, z tych matek szczególniej, które wytrwale, bez wypoczynku, z uporem kamiennym, dążą do celu, dopóki nie stanie się zadość ich pragnieniom. Są gotowe, jeżeliby się nie uwzględniło ich proźb, prześladować kogoś co chwila i na każdem miejscu wyrzutami i scenami. Ta ostatnia pobudka szalę ku niej przechyliła.
— Kochana Anno Michałówno — przemówił tonem znudzonym i ze zwykłą u niego nonszalansją — jestem prawie w niemożności uczynienia tego, czego wymagasz odemnie. Spróbuję jednak, aby dowieść ile jestem do ciebie przywiązanym i jak czczę pamięć twego ojca. Syn twój wejdzie do gwardji. Daję ci na to moje słowo! Czyś zadowolona?
— Drogi przyjacielu, jesteś moim dobroczyńcą. Spodziewałam się tego po tobie; znam przecież twoją dobroć. Jeszcze słówko! — zawołała widząc, że myśli umknąć. — Gdy raz dostanie się do gwardji — zatrzymała się zawstydzona — jesteś w tak serdecznych stosunkach z Kotuzowem... Wspomnisz mu przychylnie o Borysie nieprawdaż? Mógłby przyjąć go na adjutanta. Byłabym wtedy zupełnie spokojną, i nigdy więcej...
Książę uśmiechnął się drwiąco.
— Tego nie mogę obiecywać. Odkąd zamianowano Kotuzowa wodzem naczelnym, jest przeciążony suplikami ze wszystkich stron. Sam mnie o tem zapewniał, że wszystkie damy z wielkiego świata w Moskwie, proponują mu to ustnie, to listownie, swoich synów na adjutantów.
— Nie, nie, przyrzecz mi to, mój przyjacielu, mój dobroczyńco! inaczej jeszcze cię nie wypuszczę!
Papa! — powtórzyła tym samym tonem Helena — przyjdziemy na bal ostatni.
— A zatem, do widzenia! Widzisz księżno nie mogę dłużej...
— Wspomnisz zatem najjaśniejszemu panu?
— Najniezawodniej; ale co do Kotuzowa, nie przyrzekam wcale!
— Mój drogi Bazylku — szepnęła Anna Michałówna, z uśmieszkiem zalotnym na ustach, którym za młodu czarowała wszystkich. Zapomniała nieboga, że ten uśmiech dawny, nie licował wcale z jej twarzą zwiędłą, z bruzdami głębokiemi, wyżłobionemi przez łzy i troski. Nie myślała o swoim wieku, przywołując na pomoc cały arsenał kobiecej kokieterji. Zaledwie jednak książę znikł jej z oczu, twarz przybrała wyraz smutku i przygnębienia. Wróciła do kółka, w którem wicehrabia kończył opowiadanie, udając znowu wielkie zainteresowanie. Myślami atoli była przy synie i czekała tylko chwili sposobnej aby wynieść się z salonu, skoro załatwiła sprawę z księciem Bazylim.
— Cóż państwo powiecie o tej ostatniej komedji z koronacją w Medjolanie? — wtrąciła panna Scherer — i o ludności z Genui i z Lucci, która zgromadziła się tłumnie, aby złożyć życzenia panu Buonapartemu. Pan Buonaparte rozparty na tronie i wysłuchujący błagania narodów? Cudowne! Nie, jest od czego oszaleć, naprawdę! Możnaby przypuścić, że świat cały stracił głowę.
Książę Andrzej uśmiechnął się patrząc na Annę Pawłównę:
— Bóg mi ją daje, biada temu ktoby jej się tknął! — rzekł mimochodem.
Były to słowa Bonapartego, które wypowiedział wkładając koronę na głowę.
— Utrzymują, że mówiąc to wyglądał wspaniale — dodał i powtórzył po włosku: „Dio mi la dona, guai a chi la toca!
— Sądzę — Anna Pawłówna wzruszyła ramionami — że to będzie ową kroplą za wiele, która czarę przepełni. Monarchowie rzeczywiście nie mogą znosić dłużej człowieka, który jest dla nich groźbą uosobistnioną i nieustanną.
— Monarchowie! Nie mam tu Rosji na myśli — odparł wicehrabia grzecznie ale ze smutkiem — monarchowie pani? A cóż oni zrobili dla Ludwika XVI., dla królowej, dla księżniczki Elżbiety? Nic — mówił dalej zapalając się coraz bardziej — i chciej mi pani wierzyć, są oni obecnie ukarani za zdradę, za sprzeniewierzenie się sprawie Burbonów. Monarchowie? Wszak wysyłają posłów z gratulacjami dla Uzurpatora!... — Machnąwszy ręką pogardliwie, wstał i usiadł opodal.
Książę Hipolit, który nie przestał ani na chwilę przypatrywać się wicehrabiemu przez lornetkę, zwrócił się nagle ku księżnie Bołkońskiej, prosząc ją o igłę. Otrzymawszy takową zaczął rysować na stole i tłumaczyć jej z powagą niewzruszoną, herb Kondeuszów, jakby ona tego pragnęła i o to go prosiła.
— Tarcza czerwona, w koło lazur i złoto.. dom Kondeuszów.
Liza słuchała z uśmiechem.
— Jeżeli Bonaparte zostanie rok jeszcze na tronie Francji — zaczął mówić znowu Mortemart, przyzwyczajony iść za swojemi własnemi myślami, a nie troszczyć się zbytecznie i nie zwracać uwagi na zdanie innych w kwestjach które znał na wskróś — wszystko ułoży się przedziwnie. Towarzystwo we Francji... mówię naturalnie o najlepszem... wyborowem... zostanie rozbite, zniszczone przez piekielne intrygi, gwałt, wygnanie i wyroki krwawe... a wtedy!...
Wzruszył miłosiernie ramionami wyciągając obie ręce ku niebu. Piotr chciał mu wpaść w słowo; wyprzedziła go jednak panna Scherer, nie spuszczająca go z oka.
— Car Aleksander — zaczęła z owym odcieniem melancholijnym, który zawsze przybierała mówiąc o carskiej rodzinie — zadecydował, że trzeba pozwolić Francuzom wybrać dobrowolnie formę rządu. Jestem najpewniejszą, że naród cały, skoro zrzuci z karku jarzmo Uzurpatora, wpadnie w otwarte ramiona swojego króla prawowitego.
Anna Pawłówna chciała widocznie pochlebić królewskiemu emigrantowi.
— Jest to nader wątpliwem — wtrącił książę Bołkoński. — Wicehrabia przypuszcza słusznie, że wypadki zaszły obecnie za daleko, i że będzie prawie niepodobieństwem, wrócić do przeszłości.
— Słyszałem — wmięszał się Piotr do rozmowy, zbliżając się do stolika — że Napoleon potrafił zjednać sobie przeważną część szlachty francuzkiej.
— Tak utrzymują Bonapartyści — wykrzyknął wicehrabia nie patrząc wcale na Piotra.
— Obecnie nie można wiedzieć na prawdę, jaka opinja góruje we Francji.
— Bonaparte powiedział to przecie najdobitniej — bąknął tonem szyderskim Bołkoński, niepodobał mu się bowiem wicehrabia na pierwszy rzut oka i jego miały na celu księcia ostre przycinki. — „Pokazałem im drogę sławy, nie chcieli pójść nią“ — oto słowa, które kładą w usta Napoleonowi. — „Otworzyłem im moje przedpokoje, i wtłoczyli się do nich“... — Nie wiem do jakiego stopnia miał prawo tak się wyrazić.
— Nie miał po temu prawa żadnego! — po zamordowaniu księcia d’Enghien, najzapaleńsi nawet przestali widzieć w nim bohatera, choć może przedtem takim wydawał się niektórym osobom. — Teraz zwrócił się ku Annie Pawłównie. — Po tem niecnem morderstwie, powiedzieliśmy sobie, że przybył nam jeden więcej męczennik w niebie, a ubył prawdziwy bohater na ziemi.
Nie miano czasu odpowiedzieć uśmiechem stosownym na to wystąpienie patetyczne wicehrabiego, gdy Piotr wyrwał się nagle, nie dopuściwszy tym razem do interwencji panny Scherer, która przeczuwała coś niesłychanego.
— Wyrok spełniony na księciu d’Enghien, był poetyczną koniecznością. Napoleon dowiódł zatem, jak jest wielkodusznym, biorąc na siebie całą odpowiedzialność za ten akt.
— Boże, Boże — szepnęła panna Scherer z najwyższem przerażeniem.
— Jakto, panie Piotrze, znajdujesz wielkodusznym czynem spełnienie morderstwa? — spytała naiwnie i z uśmiechem mała księżna przysuwając bliżej robótkę.
— No, no! — odezwało się kilka innych głosów.
— „Capital!“ — wykrzyknął Hipcio w języku angielskim, uderzając się dłonią po kolanie. Wicehrabia ograniczył się na ponownem wzruszeniu ramionami.
Piotr spojrzał poważnie na swoje audytorjum z pod okularów:
— Mówię w ten sposób, bo Burboni uciekli przed rewolucją, zostawiając ludność wydaną na pastwę anarchji! Napoleon jedynie zrozumiał i potrafił ją zwyciężyć. Dla tego, mając na celu dobro publiczne, nie mógł dać się wstrzymać w pochodzie przez życie jednego człowieka.
— Czy nie chciałbyś pan przejść do innego stołu? — bąknęła Anna Pawłówna.
Piotr jednak zapalając się coraz bardziej, kończył swój wywód.
— Tak, tak, Napoleon stał się wielkim, bo potrafił wznieść się ponad rewolucję, ukrócił jej nadużycia, a zachował co miała w sobie dobrego: Równość obywateli, wolność prasy i słowa, i tym sposobem zdobył władzę.
— Gdyby był korzystał z tej władzy, aby oddać ją w ręce króla prawowitego, zamiast jej użyć do popełnienia morderstwa, byłbym i ja go nazwał wielkim — odezwał się wicehrabia.
— Tego nie mógł uczynić. Naród nadał mu władzę pod tym jedynie warunkiem, aby pomógł mu do pozbycia się Burbonów. Lud poznał w nim człowieka wyższego. Rewolucja była bądź jak bądź czynem potężnym. — Piotr dowodził dalej, zdradzając tem niedoświadczenie pierwszej młodości, która zwykła wypowiadać naiwnie opinie i poglądy własne częstokroć nadto skrajne i drażniące.
— Rewolucja i królobójstwo czynem potężnym! Tego tylko brakowało!... ale... czy nie przeniósłbyś się pan do innego stołu? — powtórzyła tracąc przytomność z oburzenia Anna Pawłówna.
Kontrakt socjalny! — zawołał wicehrabia z uśmiechem pełnym rezygnacji.
— Nie mówię o królobójstwie tylko o idei.
— Naturalnie! idea rabunku, morderstwa i królobójstwa! — przerwał mu głos drugi tonem szyderskim.
— Zapewne, że dopuszczano się smutnych ostateczności, podstawą jednak tej idei jest wyzwolenie z przesądów kastowych, równość w obec prawa obywateli państwa; to zaś wszystko zagwarantował ludowi Napoleon w całej rozciągłości i nietykalności.
— Wolność! równość! — wtrącił wicehrabia pogardliwie, chcąc dać do zrozumienia młodemu człowiekowi, wielką niedorzeczność tego rezonowania. — Te wyrazy tak głośno brzmiące, straciły już dawny urok... Któżby nie kochał wolności i równości. Wszak pierwszy nasz Zbawiciel uczył nas tego. Czyśmy jednak szczęśliwsi po rewolucji? Przeciwnie! Pragnęliśmy wolności, a Bonaparte nam ją wydarł.
Książe Andrzej patrzał z uśmiechem sarkastycznym, to na Piotra, to na wicehrabiego, to na gospodynię domu, która mimo wprawy i wzięcia salonowego, była niemal ubezwładniona gwałtownem Piotra wystąpieniem. Spostrzegłszy jednak, że te słowa świętokradzkie, nie wywołują u wicehrabiego wybuchów gniewu, przekonawszy się również że niepodobieństwem było przytłumić i zatrzeć wrażenie piorunujące, złączyła się ściśle ze szlachetnym i wysoko urodzonym emigrantem. Wszelkie siły zebrawszy, uderzyła tedy impetycznie na niefortunnego oratora:
— Kochany panie Piotrze — przemówiła — jak możesz wytłumaczyć postępowanie tego wielkiego człowieka, który morduje księcia krwi... powiedzmy po prostu... swojego bliźniego... kogoś zresztą, który nie popełnił żadnej zbrodni, i to bez sądu?
— Chciałbym również — zauważył wicehrabia — prosić pana, żebyś mi raczył wytłumaczyć dzień ośmnastego brumaire’a. Czyż to nie było zdradą, lub, jeżeli wolisz to drugie określenie, sztuczką kuglarską, nie licującą bynajmniej z czynami wielkiego człowieka?
— A więźniowie wymordowani w Afryce z jego rozkazu? — wykrzyknęła mała księżna — to coś przerażającego.
— Prosty mużyk! mówcie sobie co chcecie — machnął ręką książę Hipolit.
Piotr nie wiedząc wcale komu odpowiadać, patrzał tylko w koło z uśmiechem, nie z owym bezmyślnym i zaledwie widocznym, ale z uśmiechem szczerym, serdecznym, który jego twarzy zwykle ponurej i jakby skwaszonej nadawał wyraz dobroci naiwnej. Wyglądał wtedy na dzieciaka poczciwego, choć swywolnego czasami, który błaga o przebaczenie.
Wicehrabia, mimo że go widział po raz pierwszy, zrozumiał natychmiast, że ten Jakobin, mniej był straszny, niż jego słowa. W salonie milczenie zapanowało.
— Jakże możecie chcieć, żebym wam wszystkim naraz odpowiadał? — odezwał się nagle książę Andrzej. — Czyż niema różnicy między czynami człowieka prywatnego, a męża stanu, wielkiego wodza, lub monarchy? Zdaje mi się, że jest różnica, nawet ogromna.
— Ależ najniezawodniej! — Piotr lżej odetchnął, uszczęśliwiony tą pomocą niespodzianą.
— Napoleon na moście w Arcole, lub podający dłoń zadżumionym w szpitalu w Jaffie, jest wielkim jako człowiek, niepodobna tego nie przyznać. Są jednak, co prawda, inne czyny trudne do usprawiedliwienia — mówił dalej książę Andrzej, chcąc widocznie zatrzeć wrażenie i naprawić niezręczne a zbyt szczere przemówienie Piotra. Powstał równocześnie, dając tem znak żonie, że chce z nią odejść.
Książę Hipolit zrobił to samo, zachęcając jednak ruchem ręki tych wszystkich, którzy zamierzali pójść za ich przykładem, do pozostania na miejscu.
— Ale, ale! — żywo zawołał — opowiadano mi dzisiaj anegdotkę moskiewską, niezrównaną... pragnę państwo nią uraczyć. Przepraszam cię wicehrabio; muszę jednak opowiedzieć ją w języku ruskim, inaczej straciłaby cały pieprzyk...
I zaczął mówić po rosyjsku, z akcentem atoli Francuza, który zaledwie rok jeden spędził w Rosji.
— W Moskwie mieszka pewna dama... bardzo wielka pani, ale skąpa niesłychanie. Potrzeba jej było dwóch drabów wysokich, aby ich postawić w tyle powozu... Posiadała również (taki już był jej kaprys i upodobanie) pokojówkę wzrostu olbrzymiego...
Tu Hipcio zaczął się namyślać, jakby mu przychodziło z pewną trudnością kończyć opowiadanie:
— Powiedziała tedy do niej: tak jest powiedziała najwyraźniej: — „Dziewko... taka i taka... ubierz się w liberję lokajską i stań za powozem... jadę z wizytami...“
W tem miejscu Hipcio parsknął śmiechem. Na nieszczęście, nie znalazł wiernego echa w swojem audytorjum. Opowiadający zmieszał się tem cokolwiek, niezadowolony, że jego historyjka jakoś nie robi wrażenia. Kilka osób grzeczniejszych sprobowało uśmiechnąć się z lekka, między innemi panna Scherer i owa starsza matrona.
— Pojechała — kończył. — Nagle zerwała się burza... dziewczynie spadł z głowy lokajski kapelusz i rozwiązały się jej długie włosy...
Nie mogąc dłużej śmiechu powstrzymać, wziął się za boki wijąc się i śmiejąc spazmatycznie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie przemówić; dusił się najzupełniej.
...Tak, tak! — dokończył nareszcie przegięty do samej posadzki — rozplotły się jej długie włosy... ha! ha! ha!... i... i... całe miasto dowiedziało się o tem.
Nikt Bogiem a prawdą nie mógł pojąć sensu tej anegdoty, i dla czego właściwie musiała być opowiedzianą w języku rosyjskim? Sama gospodyni domu i część towarzystwa, wdzięczni jednak byli Hipolitowi, że tak w porę przerwał Piotrowi nieznośną i niestosowną polemikę.
Rozmowa rozdrobiła się następnie, przeskakując motylkowato z przedmiotu na przedmiot. Wspomniano nawiasem o balu przeszłym, o tym, który miał nastąpić, o teatrach, mięszając do wszystkiego pytania, gdzie i kiedy mają się zejść znowu razem jutro i pojutrze?...





V.

Po tem wypadku z anegdotą genjalną Hipcia, goście Anny Pawłówny, podziękowawszy jej serdecznie za tak miły wieczór, zaczęli wychodzić jedni za drugimi.
Wzrostu olbrzymiego, szeroki w plecach i niesłychanie niezgrabny Piotr, miał jeszcze w dodatku do wielu innych niekorzystnych stron fizycznych, ręce ogromne a czerwone. Nie umiał wcale wchodzić do salonu, a jeszcze mniej z niego wychodzić jak należy, i rozrzucać w koło siebie słówka ugrzecznione a pochlebne. Dzięki roztargnieniu, którem wsławił się szeroko i daleko, wstając, wziął do rąk zamiast swojego kapelusza, kapelusz stosowany z pióropuszem jakiegoś jenerała. Wywijał nim i miął go niemiłosiernie, póki nie spostrzegł tego właściciel i skoczył ku niemu przestraszony, aby uratować swoją własność od zagłady. Trzeba jednak dodać, że okupywał te wszystkie braki i niezgrabności, swoją dobroduszną naiwnością i skromnością.
Panna Scherer zwróciła się ku niemu na pożegnanie, z wyrazem pełnym łaskawości i przebaczenia chrześcjańskiego:
— Spodziewam się — przemówiła tonem łagodnym — że jeszcze nieraz zobaczę pana kochanego u siebie. Nie tracę przytem nadziei, że wtedy zmienisz zdanie, pod wielu a wielu względami...
Nic jej na to nie odpowiedział. Tylko gdy nawzajem oddawał jej ukłon pożegnalny, wszyscy obecni mogli widzieć igrający na jego ustach uśmiech szczery, który zdawał się mówić:
— Zdanie, zdaniem, każdemu wolno mieć inne, ale w końcu musicie przyznać, że jestem chłopcem zacnym i poczciwym.
To było taką prawdą, że wszyscy ją odczuli, nie wyłączając samej panny Scherer.
Książę Andrzej wyszedł do przedpokoju w ślad za swoją żoną i Hipciem. Słuchał obojętnie i ze znudzeniem Hipcia głupiej paplaniny, zarzucając płaszcz na ramiona, który mu lokaj podawał. Hipcio z lornetką na nosie wpatrywał się uporczywie w ładniutką, małą księżnę.
— Wróć do salonu, Anetko — rzekła Liza do panny Scherer, ściskając ją czule na pożegnanie. — Tu o wiele chłodniej niż w salonie, jeszcze się gorzej zaziębisz!... To już rzecz umówiona! — dodała szeptem.
Anna Pawłówna, potrafiła znaleźć chwilę stosowną i wspomniała nawiasem księżnie o małżeństwie przez nią projektowanem, między księżniczką Bołkońską, a Anatolem Bazylewiczem.
— Liczę na ciebie najdroższa — ta jej równie cicho odpowiedziała. — Napiszesz jej o tem i powtórzysz mi, jak ojciec będzie zapatrywał się na tę sprawę. Do zobaczenia!...
Wróciła do salonu.
Hipcio zbliżył się do Lizy. Pochylony nad nią, śmiał się i szeptał jej coś do ucha.
Dwóch lokajów czekało na koniec tej francuzkiej paplaniny; jeden, służący księżnej, trzymał jej szal i zarzutkę; drugi, strzelec Hipolita, miał w rękach jego płaszcz oficerski. Udawali, że słuchają rozmowy, mimo iż była dla nich zupełnie niezrozumiałą. Robili też miny, jakby domyślali się czegoś.
Mała księżna mrugała oczkami figlarnie, śmiała się w głos i mówiła jednocześnie.
— Jestem uszczęśliwiony żem nie pojechał na bal do ambasadora — mówił Hipcio. — Nudy śmiertelne! Spędziliśmy razem wieczorek rozkoszny, nieprawdaż? Najmilszy w świecie!...
— Zaręczano jednak — wtrąciła księżna — że bal będzie wspaniały. Wszystkie tutejsze piękności tam się wybierały.
— Nie wszystkie, skoro ciebie, księżno, na nim nie będzie — odrzucił śmiejąc się. Wyrwawszy okrycie z rąk lokaja, odepchnął go i zaczął księżnę otulać starannie. Ręce Hipcia trochę za długo były zajęte około szyji młodej kobiety, którą zdawały się obejmywać jakby do uścisku (czy z umysłu, czy też przez niezgrabność, trudno byłoby osądzić). Ona cofnęła się zręcznie nie przestając się uśmiechać. Odwróciwszy się, spojrzała na męża który stał z oczami przymkniętemi, z miną zaspaną i znudzoną jak zwykle.
— Czyś wreszcie gotowa? — bąknął od niechcenia, podnosząc leniwo powieki ociężałe i patrząc z pod nich na żonę koso i gniewnie.
Hipolit zarzucił płaszcz szybko, który był skrojony według ostatniej mody i spadał mu aż na pięty. Plącząc się pomiędzy jego długiemi połami, rzucił się najprzód, aby dopomódz księżnie wsiąść do karety.
— Do zobaczenia księżno! — wybełkotał z językiem plączącym się tak samo jak jego nogi.
Księżna układała suknią w głębi powozu; mąż jej przysuwał pałasz bliżej siebie.
Hipcio, udając że im pomaga, w rzeczywistości tylko im przeszkadzał.
— Przepraszam pana — odezwał się książę Andrzej sucho; szorstko w języku rosyjskim do młodego niezgraby, który ich dalej zatrzymywał. — Piotruś wsiadajże!... czekam na ciebie — zagadał do Piotra zupełnie innym tonem, miękkim i serdecznym.
Stangret cmoknął na konie, i powóz potoczył się szybko.[1]
Hipcio stojąc w bramie śmiał się nerwowo i czekał na wicehrabiego, któremu obiecał, że go odwiezie.
— Powiem ci, mój drogi, że twoja malutka księżna śliczna, szykowna, co się zowie! — przemówił wicehrabia wsiadając do powozu. Mlasnął w dodatku językiem i ucałował końce palców.
Hipcio wybuchnął głośnym śmiechem.
— Wiesz co — żartował dalej wicehrabia — żeś wielce niebezpieczny z tą twoją minką niewiniątka. Żal mi męża biednego, owego oficerka, który pozuje w swojej bezgranicznej próżności i arogancji na księcia krwi.
Hipcio wybełkotał wśród śmiechu:
— A utrzymywałeś wicehrabio, że damy nasze nie warte rozwiązywać wstążeczek u trzewiczków waszych Francuzek! Widzisz! trzeba tylko umieć je zażyć...





VI.

Piotr wszedł pierwszy do gabinetu księcia Andrzeja, jako gość codzienny, znający na wylot zwyczaje i urządzenie domu. Położył się wygodnie na szezlągu i sięgnął na chybił trafił po książkę. Tym razem dostały mu się „Komentarjusze Cezara“. Podparłszy głowę łokciem, wziął się natychmiast do czytania i to w samym środku.
— Cóżeś znowu nagadał u panny Scherer za rzeczy niestworzone? — nabrał go z góry Bołkoński. Wszedł on w chwilę później od gościa zacierając nerwowo ręce zziębnięte, które miał prawdziwie rasowe, drobne i białe. — Gotowa rozchorować się jeszcze!
Piotr zwrócił się nagle ku niemu całem ciałem. Szezlong aż zatrzeszczał od tego rzutu gwałtownego. Pokazał wchodzącemu twarz swoję ożywioną i uśmiechniętą, w dodatku machnął ręką, na dowód, że mu zdrowie panny Scherer było najzupełniej obojętne.
— Ten księżunio, jest naprawdę bardzo zajmującym — zaczął mówić o czemś wręcz przeciwnem — tylko nie zapatruje się tak na tę kwestję jakby powinien... Mam to silne przekonanie, że byłby możebnym pokój niewzruszony i nietykalny, nie umiem atoli dobrze sformułować mojego zdania. W każdym razie, nie doszłoby się do tego za pomocą równowagi politycznej, i...
Książę Andrzej, nie lubiący i nie interesujący się kwestjami metafizycznemi, wpadł mu w słowo, nie dozwalając dopowiedzieć zaczętego okresu.
— Widzisz, mój drogi, co jest najbardziej niemożliwem, to głośne wypowiadanie wszem w obec, co myślimy w ducha skrytości. Cóż zdecydowałeś się na cokolwiek? Czy wstępujesz do konnej gwardji, czy do dyplomacji?
— Czy dasz mi wiarę, że dotąd sam nic nie wiem?! Nie uśmiecha mi się wcale ani jedno, ani drugie — machnął ręką, siadając po turecku, z nogami podgjętemi na szezlongu.
— Musisz jednak wybrać sobie jakiś zawód. Ojciec twój żąda tego i czeka na to.
W latach dziesięciu wysłano Piotra do Paryża, z mentorem przy boku i został tam do lat dwudziestu pięciu. Gdy młodzieńcem wrócił do Moskwy, ojciec jego mentora pożegnał i rzekł do Piotra:
„Teraz jedź do Petersburga, przypatrz się i wybieraj! Ja przystanę na wszystko. Oto list polecający ciebie księciu Bazylemu, a tu masz pieniądze. Pisuj do mnie i licz na moją pomoc w każdym wypadku“.
Od trzech tedy miesięcy Piotr szukał zajęcia i karjery odpowiedniej, nie znajdując tejże i nic nie robiąc. Potarł ręką czoło zafrasowany:
— Ten księżulek musi być chyba wolnym murarzem? — wtrącił wracając myślą do rozmowy z księdzem Morio, którego poznał na wieczorze.
— Eh! to wszystko mrzonki bez realnej podstawy! — zniecierpliwił się na dobre książę Andrzej — mówmy raczej o twoich interesach. Byłeś w koszarach? Studjowałeś konną gwardję?
— Nie byłem tam ani razu... Nad jednem atoli długo rozmyślałem i chciałem właśnie tobie o tem opowiedzieć. Mamy wojnę z Napoleonem. Gdyby tak szło o wolność, gdyby o nią walczono, zaciągnąłbym się pierwszy w szeregi. Pomagać jednak Anglji i Austrji w walce z najpotężniejszym człowiekiem, który obecnie na świecie istnieje, to nie jest dobrze i mnie się to nie podoba...
Książę Andrzej wzruszył litościwie ramionami za całą odpowiedź, na to iście dziecinne wystąpienie. Nie racząc wdawać się w dysputę na serjo, z tem starem dzieckiem, bąknął jedynie mimochodem:
— Gdyby każdy bił się tylko z przekonania i dla własnego widzimisia, nie byłoby nigdy i nigdzie wojny.
— A toby było czemś doskonałem! — wykrzyknął Piotr.
— Być może, ale to nigdy nie nastąpi — uśmiechnął się książę Andrzej. — Koniec końców, po cóż właściwie idziemy się bić?
— Po co? Nic o tem nie wiem! Tak być musi i w dodatku idę na wojnę, ponieważ... — zatrzymał się chwilę, a potem wybuchnął gwałtownie: — Ponieważ życie które tu prowadzę... obmierzło mi po prostu!





VII.

W pokoju przyległym zaszeleściała suknia kobieca. Na ten szmer, książę Andrzej zdawał się odzyskiwać świadomość siebie, równowagę i krew zimniejszą: drgnął, wyprostował się i przybrał minę, która nie opuszczała go ani na chwilę przez cały wieczór u panny Scherer. Piotr spuścił nogi natychmiast i usiadł przyzwoicie. Weszła księżna, która zmieniła tymczasem ubranie wieczorowe na szlafroczek domowy, nie mniej strojny i przyozdobiony kokieteryjnie wstążkami. Mąż powstał i przysunął jej fotel z galanterją.
— Pytam często sama siebie — przemówiła szybko po francuzku, jak to było u niej w zwyczaju, siadając na podanym przez męża fotelu — dla czego też Anetta nie wyszła za mąż? Jacy wy też niemądrzy moi panowie, że żaden z was jej nie poślubił. Przepraszam za tę niegrzeczność, ale rzeczywiście nie znacie się zupełnie na kobietach. A to w panu siedzi duch niespokojny! Nie spodziewałam się wcale, że potrafisz, panie Piotrze tak zawzięcie dysputować.
— Kłócę się tak samo z pani mężem, nie rozumiejąc po co właściwie wybiera się na wojnę? — odrzucił Piotr zwrócony ku Lizie, bez cieniu jakiegokolwiek zmięszania, lub wahania, jak to bywa często między młodym człowiekiem, a ładną młodą mężatką.
Drgnęła nerwowo. Uwaga Piotra dotknęła ją do żywego.
— I ja powtarzam mu to wiecznie — westchnęła. — Nie pojmuję na co też mężczyznom potrzebne to wojowanie? Dla czego my, kobiety, nie pragniemy żadnej zmiany w naszem życiu codziennem? Rozsądź pan sam tę kwestję. Przedstawiam mu, że jego stanowisko jako adjutanta mego wuja, jest świetne. Zna go tu każdy i ocenia należycie. Ot temi dniami, u Apraksinów, słyszałam pewną damę wyrażającą się o nim. — „Patrz! to ten sławny książę Andrzej!“ — powtarzam dosłownie! — Tu wybuchnęła śmiechem. — Tak go przyjmują wszędzie, najserdeczniej. Skoro zechce, może zostać adjutantem samego monarchy, bo car, trzeba panu wiedzieć, rozmawiał z nim tu kiedyś najmilej w świecie! Roztrząsałyśmy dziś wieczór tę sprawę z Anetką. Dałoby się łatwo wszystko ułożyć! Cóż pan o tem sądzi?
Piotr spojrzał na Andrzeja i zamilkł widząc u przyjaciela czoło chmurne, a brwi gniewnie ściągnięte.
— Kiedyż odjeżdżasz? — spytał księcia wprost, zostawiając Lizę bez odpowiedzi.
— Ach! nie wspominaj mi pan o tym odjeździe! nie chcę o nim słyszeć — zawołała księżna z minką, na poły zadąsaną; rozkapryszoną, a na poły zalotną, którą miała rozmawiając i flirtując z Hipciem. Tu jednak, w obec Piotra, w tem otoczeniu czysto domowem, do którego i ona należała, ów tonik lekki nie był zupełnie stosownym i raził mimowolnie. — Gdy pomyślę, że będę zmuszoną zerwać z wszystkiemi mojemi serdecznemi przyjaciółmi... ja... ja... zresztą... czy wiesz Jędrusiu? — mrugnęła doń oczami nieznacznie, drżąc całem ciałem — lękam się...
Mąż spojrzał na nią osłupiały, jakby w tej chwili dopiero spostrzegł jej obecność. Odpowiedział jednak grzecznie, choć zimno:
— Czegóż lękasz się Lizo? Nic a nic nie rozumiem...
— Oto jakimi są mężczyźni. Samobójcy! wszyscy jednakowi. Ponieważ coś mu do głowy strzeliło, porzuca mnie. Bóg raczy wiedzieć po co i na co, i zagrzebuje mnie na wsi samą jak palec.
— Z moim ojcem i z moją siostrą... Zapomniałaś o tem?
— To wyjdzie na jedno; będę czuła się tam zupełnie samotną, zdala od moich znajomych i przyjaciół. I chce żebym była spokojną?
Mówiła coraz głośniej, nadąsana. Jej warga podniesiona, zamiast, jak zwykle, dodawać wdzięku jej twarzyczce, gdy była wesołą i uśmiechniętą, robiła ją podobną w tej chwili do szczurka psotliwego i gryzącego co mu pod pyszczek podpadnie. Zamilkła, znajdując może, że byłaby to rzecz nieprzyzwoita gdyby w obec Piotra wspomniała o swoim stanie poważnym. A właśnie tej chwili bliskiego rozwiązania, obawiała się najokropniej.
— Nie umiem zagadek rozwiązywać. Nie mogę domyśleć się, czego się trwożysz — powtórzył mąż zwolna, wpatrując się w nią przenikliwie.
Zarumieniła się z giestem rozpaczliwym:
— Jędruś, Jędruś! dla czegoś ty taki zmieniony?
— Lekarz zakazuje ci siedzieć długo w nocy... powinnabyś się już położyć.
Nic nie odpowiedziała na razie, ale usta jej zadrgały jakby miała płaczem wybuchnąć. On zaś wstał, wzruszył miłosiernie ramionami i zaczął przemierzać szybkim krokiem swój gabinet.
Piotr naiwnie zadziwiony patrzał to na niego, to na nią, nareszcie ruszył się jakby chciał odejść; zatrzymał się jednak w pół drogi.
— To mi wszystko jedno, czy pan Piotr jest, czyby go nie było! — wykrzyknęła księżna, wstrzymując łzy siłą. — Od dawna chciałam spytać cię, Andrzeju: czemu tak dla mnie zobojętniałeś? Czem w obec ciebie zawiniłam? Wybierasz się na wojnę, nie mając litości nademną. Dla czego?
— Lizo — odezwał się mąż.
W tym jednym wyrazie, mieściły się: prośba, pogróżka i zapewnienie, że może gorzko słów tych pożałować.
Mówiła jednak dalej gwałtownie:
— Obchodzisz się ze mną jak z chorą, widzę to, traktujesz mię jak głupiego dzieciaka. Nie byłeś takim przed pół rokiem.
— Lizo, skończ, proszę cię — mąż podniósł głos szorstko i groźnie.
Piotr zaniepokojony i wzruszony coraz bardziej, nie mogąc patrzeć z krwią zimną na łzy młodej kobiety, zbliżył się do niej z miną tak nieszczęśliwą, jakby sam był bliskim płaczu:
— Uspokój się, księżno... to ot! przywidzenia... myśli smutne, z których trzeba umieć się otrząsnąć... I ja, zaręczam pani, doświadczałem nieraz czegoś podobnego... ale... chciej mi pani wybaczyć... jako obcy jestem tu zbytecznym. Uspokój się. Adieu!
Andrzej zatrzymał go:
— Zaczekaj Piotrusiu. Księżna jest zanadto dobrą, żeby chciała mnie pozbawić przyjemności spędzenia z tobą reszty wieczoru.
— Tak, tak, myśli wiecznie tylko o sobie — szepnęła łkając boleśnie.
— Lizo! — krzyknął mąż tonem tak ostrym, że było widocznem, iż cierpliwość jego wyczerpała się zupełnie.
Nagle jej ładny buziaczek przypominający kotkę gniewną, przybrał wyraz pełen trwogi, nieśmiałości i pokory, z jakim pies skarcony przez pana swojego, kładzie mu się u nóg, bijąc po ziemi ogonem szybko, a cichuteńko:
— Mój Boże, mój Boże — szepnęła, rzuciwszy na męża spojrzenie błagalne. Jedną ręką unosząc powłokę od szlafroczka, zbliżyła się do niego i w czoło go pocałowała.
— Dobranoc Lizo — odrzekł, całując ją również w rękę, jakby mu była zupełnie obcą kobietą.





VIII.

Obydwaj przyjaciele milczeli. Ani jeden, ani drugi, nie mógł zdecydować się przemówić. Piotr patrzał ukradkiem na księcia Andrzeja, który tarł chmurne czoło swoją małą i białą ręką.
— Idźmy jeść — odezwał się nareszcie gospodarz domu z westchnieniem i skierował się ku drzwiom od sali jadalnej. Weszli do pysznej komnaty. Wszystko tu lśniło nowością, jak bywa zwykle u młodego małżeństwa, srebro, kryształy i bielizna adamaszkowa na stole. Podczas wieczerzy, wyprawiwszy za drzwi zgraję służebną, książę Andrzej podparł głowę oburącz i z łokciami na stole, zaczął mówić z takiem nerwowem rozdrażnieniem, w jakiem go jeszcze nigdy Piotr dotąd nie widział. Było widocznem, że mu coś oddawna ciężyło na sercu, postanowił więc zrzucić nareszcie ten ciężar, i wejść na drogę serdecznych wynurzeń i zwierzeń:
— Kochany mój Piotrusiu — zaczął — nie żeń się, póki nie dokażesz tego wszystkiego, czego dokazać pragniesz, póki w ogóle będziesz kochał się w kobiecie sercem wybranej, a nie wystudjowanej dostatecznie. Inaczej zawiedziesz się i oszukasz najokropniej, w sposób niepowetowany. Żeń się raczej na starość, gdy już będziesz do niczego! Wtedy nie narazisz się na to przynajmniej, żebyś zmarnował przedwcześnie wszystko, co jest w tobie wyższego, dobrego i szlachetniejszego! Tak, tak, wszystko marnotrawimy, rozsypując na monetę zdawkową. Nie patrz że na mnie z taką miną zdziwioną. Jeżeliś spodziewał się i liczył na to, że zostaniesz czemś sam przez siebie, odczujesz na każdym kroku, że twoja karjera skończona, zamknięta. Otwarte przed tobą jedynie salony, gdzie co chwila otrzesz się o lokaja, wycierającego pańskie przedpokoje, lub o wielkoświatowego idjotę... Na co jednak przyda się to?...
Uderzył w stół pięścią z całej siły.
Piotr zdjął okulary. Ten czyn zmieniający zupełnie jego twarz, nadawał jej wyraz jeszcze wybitniejszy dobroduszności, a chwilowo nawet osłupienia.
Książę Andrzej mówiąc w ten sposób, robił się coraz mniej podobnym do owego Bołkońskiego, rozpartego niedbale w fotelu, na wieczorze u panny Scherer, z oczami na pół przymkniętemi; który bąkał od niechcenia i ciskał ludziom w oczy sarkastyczne frazesa francuzkie. Teraz drgał nerwowo każdy muskuł w jego fizjonomji suchej, o rysach wydatnych; oczy zaś, które na codzień zdawały się być obumarłe, promieniały i błyszczały ogniem pełnym zapału.
Można było odgadnąć z łatwością, że stawał się o tyle gwałtownym, podczas tych krótkich chwil rozdrażnienia nerwowego i chorobliwego o ile wyglądał na oko słabym i bez energji w stanie zwykłym, codziennym.
— Moja żona — mówił dalej — jest najlepszą w świecie kobietą; jedną z tych, które czci mężowskiej nigdy na szwank nie narażą. Czegóż bym jednak nie dał za to w tej chwili, o wielkie nieba! żebym nie był żonatym! Jesteś pierwszym i jedynym, któremu wyznaję to szczerze i otwarcie, bo kocham cię... Widzę w twoich oczach, żeś mnie nie zrozumiał, a to jednak historja całego istnienia. Mówisz o Bonapartem i o jego działalności — wtrącił nawiasem choć Piotr ani pary z ust nie wypuścił — ależ Bonaparte, gdy pracował, szedł prosto do celu, krok za krokiem, był wolny, miał ten jeden przedmiot przed oczyma i dokazał, czego pragnął. Skoro jednak losy twoje połączysz z kobietą, uczujesz się przykutym łańcuchami jak galernik. Co tylko będzie w tobie siłą i pragnieniem czegoś, po nad zwykły poziom, doda ci li ciężaru, przywali niby wiekiem trumny i napełni żalem spóźnionym, niestety! Otoczy cię koło zaklęte ploteczek salonowych, balów, próżnostek, drobnostek i w niem będziesz zmuszony obracać się wiecznie. Idę obecnie na wojnę, najpotężniejszą, według mego zdania, jaka kiedykolwiek była wydaną i nic nie wiem, na niczem się nie rozumiem, jestem słowem: do niczego! Natomiast w towarzystwie uchodzę za człowieka złośliwego, dowcipnisia, nader przyjemnego i słów moich słuchają jak wyroczni u panny Scherer. Ach! to głupie towarzystwo, bez którego żona moja obejść się nie może... Gdybyś tylko wiedział ile one warte, i w ogóle kobiety wszystkie. Mój ojciec ma słuszność. Samolubstwo, próżność, głupota, mierność w każdym kierunku... takiemi są kobiety, gdy okazują się nam bez maski łudzącej oko i zmysły. Widząc je w salonach, możnaby przypuścić, że w nich coś znajdziemy... tymczasem nic tam nie ma, nic zgoła. Tak, mój drogi, nie żeń się w ogóle...
Temi słowy zakończył Andrzej swoją gwałtowny filipikę.
— Co mnie w tem najbardziej uderza — Piotr zauważył — to okoliczność, że ty masz się za nieudolnego i sądzisz, żeś życie zmarnował, gdy tymczasem przed tobą cała przyszłość najświetniejsza i gdy...
Sposób, jaki się wyrażał, dowodził, jak wysoko księcia oceniał i czego spodziewał się po serdecznym druhu.
— Zkąd nabył do tego prawa? — myślał Piotr w duchu, dla niego bowiem książę Andrzej był uosobistnieniem wszelakich doskonałości, dla tego właśnie, że czuł u niego przymioty, których Piotrowi brakowało: siłę i prawdziwie męską energję. Podziwiał zawsze w swoim przyjacielu łatwość i giętkość w stosunkach z ludźmi ze sfer najrozmaitszych, jego pamięć niezrównaną i wiadomości różnorodne. Książę czytał bowiem, co mu tylko wpadło pod rękę i wypisywał wszystkie ustępy ważniejsze; był rzeczywiście niezmordowany w swojej pilności w nauce i chęci nabywania wiedzy, w coraz szerszych rozmiarach. Jeżeli Piotr był zdziwiony, nie spotkawszy w Andrzeju skłonności do filozofii spekulacyjnej, która była właśnie jego słabostką, nie widział w tem wady, ale przeciwnie jednę więcej siłę i dźwignię moralną.
W stosunkach najserdeczniejszych, najprzyjaźniejszych i najprostszych, pochlebstwo i pochwała, są równie niezbędne jak oliwa, którą smaruje się tryby w maszynach, aby obracały się gładko.
— Ze mnie nic już nie będzie! nie mówmy więc o tem. Raczej zastanówmy się nad tobą — rzekł po chwili książę Andrzej, uśmiechając się z zadowoleniem, że wprowadził rozmowę na tor właściwszy.
I w twarzy Piotra odbiła się natychmiast ta szczęśliwa zmiana, która zaszła u jego przyjaciela.
— Nademną? — powtórzył z uśmiechem na ustach wesołym i bezmyślnym. — Ależ o mnie nie da się nic powiedzieć. Czemże bo jestem w ogóle? Synem naturalnym!... — Zarumienił się nagle, przyszło mu bowiem z trudnością wymówić to słowo. — Bez nazwiska, bez majątku, jednak... na prawdę, czuję się mimo to swobodnym, nawet względnie szczęśliwym i zadowolonym, chwilowo przynajmniej. Nie wiem, tylko wyznaję szczerze czego się jąć, co rozpocząć? Chciałem właśnie pod tym względem prosić cię o radę całkiem serjo.
Książę Andrzej patrzał na niego z serdeczną życzliwością. Przebijało się w niej jednak najwyraźniej poczucie, że jest wyższym od Piotra o całe niebo:
— Przywiązałem się do ciebie — położył mu rękę na ramieniu poufale — bo jesteś jedynym człowiekiem żywym w całem naszem kółku. Jesteś zadowolony, a więc wybieraj jaki chcesz zawód. Wybór, to kwestja obojętna i podrzędna. Będzie ci wszędzie dobrze; tylko proszę cię na wszystko, przestań bywać u tych Kurakinów, nie wdawaj się z tą hołotą; nie prowadź dłużej życia hulaszczego. Ta cała rozpusta, to życie starego huzara, tak nie licuje z twojem usposobieniem z twoją...
— Cóż chcesz, mój drogi — wpadł mu Piotr w słowo, wzruszając ramionami — kobietki, te czarujące kobietki!...
— Tego tłumaczenia wcale nie przyjmuję! — odrzucił Andrzej żywo. — Rozumiem wpływ kobiet dystyngowanych, ale jakie takie bywają u Kurakina. Na to i na pijatykę po prostu nie pozwalam!
Piotr mieszkał w domu księcia Bazylego, i dzielił z jego synem młodszym, Anatolem, z owym, którego chciano ożenić dla poprawy, z siostrą księcia Andrzeja; wszelkie wybryki życia hulaszczego.
— Wiesz co — Piotr uderzył się w czoło, jakby mu nagle strzeliło do głowy postanowienie zbawienne — od dawna sam się nad tem zastanawiałem! Dzięki tej wiecznej hulatyce, nie mogę na nic się zdecydować, ani nawet nad czemkolwiek serjo pomyśleć. Mam nieustanny ból głowy, i zawsze pustki w kieszeni. Zaprosił mnie i dziś na wieczór, ale nie pójdę.
— Dasz mi słowo, że tam więcej noga twoja nie postanie?
— Daję ci słowo!





IX.

Wybiła pierwsza po północy, gdy Piotr opuścił swojego druha serdecznego. Była to jedna z tych nocy czerwcowych, nocy petersburskich, prawie bez zmroku. Wsiadł do najętej dorożki, z mocnem postanowieniem jechania wprost do domu. Im dalej posuwał się powóz, tem silniej jednak odczuwał, że będzie dla niego wprost niepodobnem zasnąć w tę noc, tak bardzo przypominającą ranek, lub wieczór dnia pogodnego. Błądził wzrokiem po bezludnych ulicach. W drodze, przypomniał sobie mimowolnie, że zwykła zgraja karciarzy musiała się już zgromadzić u Anatola Kurakina. Po grze skończonej, wzięto się zapewne do wysuszania butelek, a wszystko kończyło się Piotra zabawą ulubioną.
— Gdybym tam zajrzał? — pomyślał, przypominając sobie w tej chwili słowo dane księciu Andrzejowi.
Jednocześnie atoli, jak to bywa u ludzi słabego i chwiejnego charakteru, porwała go chętka szalona nasycić się raz jeszcze tem życiem hulaszczem, które znał niestety aż nadto dobrze. W końcu postanowił udać się do Anatola, perswadując sam sobie, że słowo dane Andrzejowi, nie ma podstawy żadnej, skoro był już poprzednio obiecał solennie Anatolowi, że dziś wieczór odwidzi go na pewno. Dał owe słowo bezmyślnie; zmuszony niejako; kto tam zresztą pewny swego jutra? Czy można z góry przewidzieć, jaki wypadek nadzwyczajny przetnie jutro nić naszego żywota, a z nim zabierze tak nasz honor, jak i naszą niesławę? Ten sposób paradoksalny w zastanawianiu się nad kwestjami życiowemi, przewracał częstokroć do góry nogami Piotra najchwalebniejsze postanowienia. I teraz nie zdołał oprzeć się pokusie, dążąc prościuteńko do Kurakina. Gdy stanął przed gankiem domu obszernego, obok koszar gwardji konnej, zaczął wstępować na schody oświetlone rzęsiście i wszedł w pierwsze drzwi otwarte na oścież. W sieni nie było nikogo. Czuł wyziewy z wódki i wina. W koło porozrzucano próżne butelki, płaszcze, kalosze. Zdala zaś słychać było gwar głosów zmięszanych, a czasem jakiś głośniejszy wykrzyknik.
Skończono rzeczywiście i grę i wieczerzę; nie myślano jednak rozchodzić się mimo pory spóźnionej. Zdjąwszy płaszcz z siebie, Piotr wszedł do pierwszego pokoju, gdzie widać było resztki wieczerzy. Lokaj pewny bezkarności, obgryzał kości do naga i wypijał z butelek ile w której zapomniano. Jeszcze dalej, w trzecim salonie, wśród niesłychanego hałasu, wśród krzyków, śmiechów i nawoływań słychać było głuchy pomruk niedźwiedzia. Ośmiu młodych ludzi, otaczało okno z uczuciem trwogi; trzech zaś z pomiędzy nich igrało z młodym niedźwiadkiem. Jeden ciągnął za łańcuch, podjudzając go na swego kolegę.
— Zakładam się za Stiewensa! — ktoś huknął z boku.
— Tylko mu nie pomagaj! — zadrwił inny.
— Ja za Dołogowem! — wybełkotał trzeci.
— Kurakin, rozdzielże ich!
— Słyszysz! puść mi zaraz Misia. Tu idzie o gruby zakład.
— Duszkiem! inaczej przegrał! — wrzasnął czwarty.
— Iwan! pełną butelkę! — zawył głosem nieludzkim gospodarz domu, chłopak rosły jak dąb, piękny jak Apollo, stojąc na środku pokoju tylko w koszuli w dodatku rozerwanej na piersiach.
— Czekajcie panowie, zjawił się Piotruś nasz druh serdeczny — dodał Anatol ściskając do uduszenia nowoprzybyłego.
Młody człowiek, wzrostu średniego, oczu jasno-niebieskich, którego głos dźwięczny, łagodny i trzeźwy, dziwnie odbijał od reszty zachrypniętych wśród pijatyki, zawołał na Piotra, żeby przyszedł pod okno:
— Chodź tutaj, niech ci zakład wytłumaczę.
Tłumaczącym był niejaki Dołogow, porucznik z pułku Semenowskiego, znany gracz, zawołany rębacz i zawadjaka. Mieszkał razem z Anatolem. Piotr uśmiechał się i patrzał w koło rozweselony:
— Nic a nic nie rozumiem! O cóż wam idzie?
— Chwilkę cierpliwości, nie jest nawet podchmielonym. Prędko! dawajcie pełny gąsior! — krzyknął Anatol, i porwawszy szklanicę sporą ze stołu, zbliżył się do Piotra:
— Najprzód trzeba pić! — zawyrokował apodyktycznie.
Piotr wychylał zatem do dna szklankę po szklance, co mu jednak nie przeszkadzało słuchać rozmów i przypatrywać się ciekawie wszystkim biesiadnikom, którzy byli już porządnie pijani i zgromadzili się na nowo przy framudze okna. Anatol dolewając wina Piotrowi, opowiadał mu jednocześnie zakład Dołogowa ze Stiewensem, Anglikiem, oficerem od marynarki. Dołogow zobowiązał się wypić butelkę rumu, siedząc w oknie otwartem na trzeciem piętrze, z nogami zwisającemi na mur zewnętrzny.
— No, dokończ tę ostatnią szklankę — namawiał Anatol — nie wypuszczę cię wpierw.
— Nie, nie chcę! — odepchnął Piotr szorstko, przyjaciela podchodząc do okna.
Dołogow trzymając Anglika za ramię, powtarzał mu raz jeszcze jasno i dobitnie warunki zakładu. Zwracał się przytem najchętniej do Piotra i Anatola, biorąc ich na świadków.
Dołogow krępy, wzrostu średniego, miał czuprynę gęstą, kędzierzawą, oczy jasno-niebieskie i lat dwadzieścia pięć mniej więcej. Nie nosił wąsów, jak zresztą wszyscy ówcześni oficerowie od piechoty. To też usta niczem nie przysłonięte, stanowiły główną cechę jego fizjonomji. Ich rysunek był bardzo regularny i delikatny; warga wyższa wysuwała się cokolwiek naprzód, z męzkiem zacięciem. W ust kącikach igrał wiecznie uśmiech, a raczej możnaby powiedzieć dwa uśmiechy, odpowiadające jeden drugiemu. Ta całość, dodawszy do niej rzut oka bystry, pewny siebie i pełen inteligencji, uderzała każdego. Bez majątku, nie mając prawie żadnych stosunków i znajomości, mieszkał on razem z Anatolem, wydawał rocznie kilka tysięcy rubli, a mimo to potrafił tak wszystkim imponować, że go stokroć więcej poważali, niż Anatola. Grał we wszystkie gry, wygrywał stale, i pił niesłychanie wiele, nie tracąc nigdy krwi zimnej i przytomności. Kurakin i on, byli wówczas sławni na cały Petersburg, jako najgorsi libertyni i lamparty.
Przyniesiono pełną butelkę rumu. Dwaj lokaje zahukani najwidoczniej wrzaskami zgrai pijanej i rozkazami, które im dawano z wszech stron, spieszyli jak najprędzej żeby wyjąć ramy z okna, aby nie zawadzały przy siadaniu.
Zbliżył się Anatol se swoją zwykłą miną wojowniczą. Uczuł chętkę szaloną, coś pogruchotać. Odepchnął zatem brutalnie służbę, porwał za ramy, które jednak oparły się zwycięzko jego zapędom; potrafił jedynie wytłuc w nich szyby.
— A no! spróbój ty teraz Herkulesie! — zwrócił się do Piotra. Ten przysądził się i jednem pociągnięciem wyrwał ramę z muru razem z żelaznem okuciem, która padła z trzaskiem i hukiem piekielnym.
— Wyjmijcie i drugą połowę — mruknął Dołogow — mógłby kto pomyśleć, żem się jej uczepił.
— Zdaje mi się, że Anglik blaguje! — Anatol zauważył.
— Dobrze. — Piotr powtórzył natychmiast tę samą operację z drugą połową okna. Teraz wlepił wzrok w Dołogowa, który z butelką rumu w ręce, zbliżał się do okna, stojącego otworem. Na niebie jaśniały już pierwsze dnia brzaski. Wyskoczył na okno, ściskając w dłoni butelkę.
— Słuchajcie! — huknął stojąc w oknie, z twarzą obróconą na pokój. Zapanowało grobowe milczenie. — Zakładam się — (mówił dalej po francuzku, aby go Anglik zrozumiał, choć nie był wcale biegły w tym języku) — zakładam się o pięćdziesiąt imperjałów... a może chcecie o sto?
— Nie, nie, o pięćdziesiąt!
— Zgoda zatem! zakładam się o pięćdziesiąt imperjałów, że wypiję duszkiem tę butelkę rumu, nie odejmując szyjki od ust; wypiję siedząc w ten sposób na oknie — tu wychylił się i wskazał na przymurek od ulicy — nie trzymając się niczego. Czy taką była nasza umowa?
— Co do joty! — potwierdził Anglik.
Anatol schwyciwszy go za guzik od munduru i patrząc nań z góry, bo Stiewens był wzrostu małego powtórzył mu słowo w słowo po angielsku warunki zakładu.
— To jeszcze nie wszystko! — Dołogow uderzył butelką po oknie, aby go słuchano uważnie. — Na tem nie koniec Kurakin. Jeżeli ktokolwiek dokaże tego samego, wypłacę mu sto imperjałów! Zrozumiano?
Anglik skinął głową, z czego jednak nie można było odgadnąć, czy ma chęć przyjąć, czy też odrzuca ten nowy zakład. Anatol trzymał dotąd jego guzik, tłumacząc mu słowa Dołogowa, pomimo jego giestów potwierdzających. Pewien młody huzar z gwardji, który dziś stale przegrywał, wydrapał się na okno i wychyliwszy się, spojrzał w dół:
— Ho, ho! — mruknął, spojrzawszy na płyty trotoaru.
— Cicho! — krzyknął Dołogow, spychając z okna oficerka, który dla długich ostrogów, zeskoczył niezgrabnie na posadzkę.
Gdy butelkę postawiono mu na długość ramienia, aby miał ją pod ręką, Dołogow wszedł na okno zwolna i z wszelką przezornością, opierając się oburącz o odsadę i mierząc wzrokiem jej szerokość. Następnie usiadł wygodnie, spuścił ręce, pochylił się najpierw na lewo, potem na prawo i ujął w dłoń butelkę.
Anatol przyniósł dwie świece zapalone, i postawił je na oknie. Było to zupełnie zbytecznem, bo tymczasem zrobił się dzień jasny. Plecy i głowa kędzierzawa Dołogowa w koszuli, były z dwóch stron oświetlone. Wszyscy cisnęli się do okna, a na czele Anglik. Piotr uśmiechał się w milczeniu. Naraz jeden z widzów przerażony i zirytowany, przecisnął się aż do pierwszego szeregu, w chęci pochwycenia Dołogowa za koszulę:
— Panowie istne szaleństwo, może zranić się śmiertelnie!
Anatol zatrzymał go w pół drogi:
— Nie tykaj! przestraszy się i naprawdę może się zabić, a wtedy co będzie, he?...
Dołogow wsparty na rękach, usiłując zdobyć równowagę, odwrócił się nagle:
— Ktokolwiekby spróbował wmieszać się w tę sprawę, zrzucę go tam! tej samej sekundy! Punktum, basta! — wycedził zwolna przez zęby zaciśnięte, ale takim tonem, że najśmielsi struchleli... Następnie wymówiwszy: — Zaczynam! — zwrócił się nazad ku ulicy, chwycił butelkę jedną ręką, głowę cokolwiek w tył przechylił i podniósł drugie ramię żeby sobie zapewnić równowagę. Jeden z lokai zatrudniony zbieraniem szklanek ze stołu, stanął nieruchomy, w pół przegięty, i z oczami wytrzeszczonemu wpatrywał się bezmyślnie w głowę Dołogowa.
Anglik usta do krwi zagryzając, patrzył w bok. Ten, który próbował, ale nadaremnie, przeszkodzić temu szaleństwu, uciekł w najdalszy kąt pokoju, rzucił się na kanapę i twarz ukrył w poduszki. Piotr oczy przysłonił, uśmiechając się bezmyślnie. Mimo uśmiechu, w rysach jego kurczowo drgających, malował się przestrach i wstręt najwyższy. Zrobiło się cicho jakby makiem posiał.
Otworzył Piotr oczy po chwili i zobaczył Dołogowa siedzącego w tej samej pozycji. Głowa jedynie przechylała się w tył coraz silniej, tak że włosy kędzierzawe dotykały teraz kołnierza u koszuli, podczas gdy ramię butelkę podtrzymujące, podnosiło się coraz wyżej, chwiejąc się cokolwiek od wielkiego natężenia. Butelka wypróżniła się najwidoczniej.
— Jak to trwa długo! — szepnął Piotr sam do siebie. Zdawało mu się, że minęło dobre pół godziny... Dołogow cofnął się nagle a ramię silniej mu zadrgało. Siedząc tak jak było umówione na przymurku cokolwiek pochylonym ku dołowi, ten jeden rzut nerwowy mógł go pchnąć w przepaść. Poprawił się na siedzeniu całem ciałem, a ramię i głowa zadrgały jeszcze bardziej. Powodowany instynktem zachowawczym, podniósł drugą rękę jakby chciał coś pochwycić, aby odzyskać równowagę, spuścił ją jednak natychmiast. Piotr zamknął oczy na nowo, przysięgając sobie w duchu, że ich więcej nie otworzy; po ogólnym ruchu jednak w koło siebie, w chwilę później, poznał, że musi być po wszystkiemu. Spojrzał i zobaczył Dołogowa, stojącego we framudze; trupio bladego, ale nie mniej z miną tryumfującą.
— Próżna!
Rzucił butelkę Anglikowi, który ją w lot pochwycił. Teraz Dołogow skoczył na środek pokoju: rum buchał z niego, jak z beczki!
— Zadziwiające! — brawo! — To mi zuch! — To się nazywa zakład! — wrzeszczano ze wszystkich stron naraz.
Anglik dobył trzosa i obliczał się z Dołogowem, który stał się nagle milczącym i ponurym. Piotr wyskoczył na okno:
— Panowie! który chce się ze mną założyć, że dokaże tego samego, nawet bez zakładu? Prędko! dawajcie butelkę! Tylko prędko!...
— No, no! — uśmiechnął się Dołogow.
— Czyś oszalał? Co ci znowu do głowy strzeliło? Zakazujemy ci, niepozwalamy i koniec. Ty, któremu głowa kręci się, gdy idziesz po schodach! — krzyknęło kilka głosów.
— Otóż wypiję! Dawajcie butelkę! — ryknął Piotr, waląc pięścią w stół, w stanie zupełnie niepoczytalnym, i jednym susem przerzucił nogę prawą za okno. Ktoś z obecnych pochwycił go za ręce, był jednak tak silny, że odrzucił go jak gruszkę od siebie.
— Nie dacie mu rady w ten sposób — mruknął cicho Anatol. — Zaczekajcie, ja umiem go zażyć:
— Słuchaj Piotruś! trzymam zakład, ale nie prędzej aż jutro. Teraz idźmy wszyscy do...
— Idźmy zatem! — wykrzyknął Piotr — a na czele miś!...
Pochwycił w pół niedźwiadka jak tancerkę, podniósł w górę, i zaczął z nim walcować w koło pokoju.





X.

Nie zapomniał książę Bazyli o przyrzeczeniu uczynionem księżnie Trubeckoj na wieczorze u panny Scherer. Proźbę przedstawił carowi i syn księżny, został wyjątkowo przeniesiony do gwardji przybocznej jako podporucznik, i wcielony do pułku Semenowskiego. Co do drugiej części programu, mimo usilnych próźb matki, było to niewykonalnem i syn jej nie dostał się do boku Kotuzowa, jako jego adjutant. W dni kilka po owym wieczorze, księżna wróciła do Moskwy, do domu Rostowów, swoich krewnych bogatych, gdzie zwykle zajeżdżała. U nich jej Borysek ubóstwiony spędził większą część lat dziecięcych. Gwardja opuściła była Petersburg dnia 10 sierpnia, a młody człowiek zmuszony zatrzymać się w Moskwie dla sprawienia sobie mundurów, miał złączyć się z matką w Radziwiłowie. W domu Rostowów obchodzono podwójne imieniny. Matka i córka młodsza, nazywały się Natalje, i obie dnia tego fetowano. Długi rząd powozów, wyrzucał od samego rana mnóstwo gości przed pałacem Rostowów, na ulicy Powerskij, którzy przybywali złożyć solenizantkom swoje życzenia. Hrabina i jej córka starsza, osoba nader piękna, przyjmowały gości w salonie, w miarę jak przybywali.
Matka była kobietą lat czterdziestu pięciu, typu wschodniego. Twarz jej chuda i zapadła, miała cerę żółtawą. Była widocznie wycieńczoną i osłabioną dwanaściorgiem dziatek, któremi męża obdarzyła. Ruchy niesłychanie wolne, i taki sam sposób mówienia, robiły ją nad wiek poważną, i imponowały i nakazywały uszanowanie. Znajdowała się również w salonie i księżna Trubecka, jako należąca do rodziny. Pomagała i ona dzielnie w bawieniu gości, podtrzymując rozmowę, gdy słabnąć zaczynała.
Młodzi ludzie, którym nie szło wcale o to, żeby uczestniczyć w zabawie w głównym salonie, rozsypali się po pokojach przyległych. Sam hrabia wychodził do każdego z przybywających, odprowadzając zaś gości do przedpokoju, nie omieszkał ich prosić kolejno na objad imieninowy.
— Serdeczniem ci wdzięczny za pamięć mój drogi... (lub też moja droga) — przemawiał jednakowo tak do wyższych, jak do niższych w sferze towarzyskiej. — Dziękuję w imieniu tych które dziś fetujemy. Wszak wrócisz na objadek?... Tylkoż na pewno, nieprawdaż? Inaczej obraziłbyś mnie srodze. Błagam, moja droga, przybądź do nas z całą familijką... — Powtarzał te same słowa najdokładniej wszystkim zaproszonym, i tak samo ich odprowadzał, z tym samym wyrazem na twarzy. Potem następywały uściski dłoni i całowania rąk damskich, z ukłonami mniej lub więcej niskiemi. Ledwie odprowadził kogoś z wychodzących, zaraz wracał do tych, którzy jeszcze zostawali. Przysuwał sobie sam fotel, a złożywszy z widocznem zadowoleniem nogi na posadzce, ręce zaś obie na kolanach, kołysał się z lekka w prawo i w lewo, wygłaszając kiedy niekiedy zdania o pogodzie, o zdrowiu, to po rosyjsku, to w języku francuzkim, który kaleczył niemiłosiernie, nie tracąc przeto rezonu i pewności siebie. Mimo znużenia, zrywał się, ilekroć ktoś zaczynał się żegnać, jako człowiek zdecydowany wypić kielich goryczy do dna, i wypełnić co do joty ciężące na nim obowiązki. Wśród tych zajęć przygładzał co chwila łysą czaszkę, posuwając ku przodowi kilkadziesiąt siwych włosów, które dotąd na niej zostały.
Czasem do salonu wracając, nakładał drogi, szedł przez oranżerję do wspaniałej sali jadalnej, całej marmoryzowanej, ze złotemi żyłkami, i z sufitem ozdobionym wyzłacanemi bogato gipsaturami. Tu właśnie nakrywano stoły w podkowę, przygotowując bankiet dla ośmiudziesięciu biesiadników. Rzuciwszy okiem znawcy na służących, którzy znosili srebro, kryształy, porcelanę i prześliczną jak śnieg białą bieliznę adamaszkową, przywoływał marszałka, niejakiego Dymitra Wasylewicza Miteńkę rodu szlacheckiego, który czuwał nad całą służbą i prowadził rachunki hrabiego.
— Słuchaj Miteńka, staraj się, żeby wszystko było jak należy; tak, tak, dobrze... bardzo dobrze! Obszedłszy w około olbrzymie stoły, dodawał: — Bo widzisz serdeńko usługa to rzecz główna! usługa! rozumiesz mnie? — i wchodził nazad do salonu, zacierając ręce z najwyższem zadowoleniem.
— Marja Lwówna Karagin — zapowiedział lokaj hrabiny głosem przyciszonym, aby jej nerwów nie rozdrażnić, ukazując się na progu w drzwiach na pół uchylonych.
Hrabina zastanowiła się chwilkę, wciągając w nozdrza szczyptę tabaki hiszpańskiej, którą brała ze złotej tabakierki, misternie wyrabianej i przyozdobionej jej męża miniaturą emaljowaną na wierzchu.
— Boże! jak mnie wycieńczyły i utrudziły śmiertelnie te wizyty! Ha! trzeba przyjąć i tę ostatnią... taka z niej nieznośna świętoszka!... Prosić! — zwróciła się do lokaja tonem pogrzebowym, jakby chciała przez to wyrazić: — Ach, ta mnie już dobije!
Weszła do salonu dama słuszna, otyła, a za nią młoda panienka z twarzyczką okrągłą, rumianą i uśmiechniętą. Poprzedził obie szelest długich powłok u sukien z ciężkiego jedwabiu.
— Kochana hrabino... tak dawno... leżało moje biedactwo!... Wyobraź sobie, zaziębiła się... na balu u Rasumowskich i Apraksinów... Taka byłam szczęśliwa...
Te grzecznostki i czcze frazesa bez ładu i związku, sypały się na wsze strony, mięszając się z szelestem sukien, posuwaniem krzeseł i suwaniem nogami po posadzce. Następnie nawiązywano rozmowę ile się to dało, wybierając do niej przedmiot na chybił trafił, aż do chwili, kiedy podczas pierwszej pauzy, można było wynieść się za drzwi zachowując wszelkie decorum. Żegnano się z tym samem wylewem czułości, wśród nowej powodzi frazesów urywanych:
— Uszczęśliwionam... zdrowie mamy... Hrabina Apraksin... — poczem wychodzono do przedpokoju, brano zarzutkę na ramiona i odjeżdżano.
Choroba śmiertelna starego hrabiego Bestużewa, najpiękniejszego mężczyzny z czasów carowej Katarzyny, była nowiną na porządku dziennym. Obrabiono ją też na wszystkie boki. Wspomniano nawet mimochodem o jego synu naturalnym, Pietrze, tym samym, który znalazł się był tak niestosownie na wieczorze u panny Scherer:
— Ubolewam całem sercem nad biednym starcem — westchnęła pani Karagin. — Ma być tak ciężko chory, a na dobitek syn go gryzie, i jest przyczyną wszystkich jego zmartwień!
— Czemże mógł go tak zmartwić? — spytała dzisiejsza solenizantka, udając, że nie wie o niczem, choć słyszała już tę samą historję z piętnaście razy co najmniej.
— Oto skutki obecnego, przewrotnego systemu edukacyjnego. Ów młody człowiek był zostawiony sam sobie, gdy go wysłano za granicę, a teraz opowiadają, że dopuścił się w Petersburgu rzeczy niesłychanych, przerażających! Kazano mu wyjechać z tamtąd natychmiast, z rozkazu dyrektora policji.
— Ejże! na prawdę? — bąknęła hrabina.
— Dostał się w najgorsze towarzystwo — dodała księżna Trubeckoj. — Poznał się z synem młodszym księcia Bazylego i z niejakim Dołogowem. Do spółki z tymi hultajami, miał popełnić stek szaleństw najokropniejszych!... Dołogowa posłano w sołdaty, Piotra oddano ojcu; co do Anatola, książę Bazyli przez swoje wielkie wpływy i stosunki potrafił skandal trochę zatuszować. Jednak i Anatol był zmuszony wyjechać z Petersburga.
— Cóż takiego uczynili? — spytała hrabina powtórnie.
— Skończeni zbóje; szczególniej ten Dołogow — wtrąciła pani Karagin oczyma pobożnie zawracając. — Jest synem Marji Iwanówny, osoby tak zacnej!... Czyż uwierzycie panie, że ta trójka hultajska, wystarała się gdzieś i nabyła od kogoś młodego niedźwiedzia. Zabrali go z sobą do karety i powieźli do domu jakiejś aktorki. Policja chciała ich przyaresztować. Wtedy... zgadnijcie co wymyślili?... Oto porwali komisarza policji, skrępowali go sznurami, następnie przywiązali go do grzbieta niedźwiedziowi i puścili na rzekę Moikę. Niedźwiadek płynął, z komisarzem siedzącym na nim, jak na koniu.
— Ah, moja droga, jak ten człowiek musiał paradnie wyglądać? — wybuchnął hrabia śmiechem homerycznym, trzymając się za boki.
— Ależ to coś okropnego! Nie ma z czego śmiać się, hrabio kochany! — wykrzyknęła pani Karagin mocno zgorszona.
Mimo tej admonicji i ona dusiła się od śmiechu.
— Zaledwie zdołano uratować tego biedaka... i pomyśleć, że to syn hr. Bestużewa zabawia się w sposób tak szalony! Uchodził za chłopca zdolnego i dobrze wychowanego... Oto następstwa edukacji zagranicznej. Spodziewam się, że nikt go do domu nie przyjmie, pomimo wielkiego majątku, który ma posiadać. Chciano mi go przedstawić, ale podziękowałam natychmiast za ten zaszczyt!... Mam przecież córki.
— Skądże przypuszczenie, że jest tak bogaty? — rzekła hrabina przechylając się ku pani Karagin, a plecami obrócona do panien, które udały w tej chwili, że nic a nic nie słyszą. — Wszak stary hrabia miał tylko dzieci naturalne, i Piotr sądzę, jest takim samym podrzutkiem.
Pani Karagin ręką machnęła.
— Jest ich blisko dwa tuziny, o ile mi mówiono.
Księżna Trubeckoj, którą paliła żądza popisania się ze swojemi stosunkami, i która chciała dowieść, że zna doskonale życie hrabiego, nawet w szczegółach najdrobniejszych, wmięszała się do rozmowy głosem przyciszonym, i z pewną przesadą:
— Oto jak się rzecz ma... Reputacja hrabiego Bestużewa ufundowana co się zowie. Ma tyle dzieci, że ich nawet połowy nie pamięta; i nie może ich zliczyć... Piotr jednak był zawsze jego ulubieńcem.
— Co to był za piękny starzec, jeszcze w roku zeszłym — zauważyła solenizantka. — Nie widziałam w życiu mojem urodziwszego mężczyzny.
— Ah! zmienił się obecnie do niepoznania... Ale, ale, co paniom chciałam powiedzieć... Właściwym spadkobiercą tego majątku olbrzymiego, jest książę Bazyli, jako najbliższy krewny żony hrabiego. Starzec atoli, przywiązawszy się bardzo do Piotra, łożył wiele na jego edukację a nawet miał pisać w tej sprawie do cara. Nikt zatem nie może wiedzieć na pewno, kto zagarnie majątek po jego śmierci, na którą czekają zresztą od godziny do godziny. Majątek ma być kolosalny. Wiem o tem z najlepszego źródła, bo od samego księcia Bazylego... Czterdzieści tysięcy dusz i miljonowe kapitały. Stary Bestużew, jest po trochę i ze mną skoligacony, przez swoją matkę, w dodatku trzymał do chrztu mego Borysa — dodała od niechcenia, jakby do tego faktu nie przywiązywała żadnej wartości. — Książę Bazyli od wczoraj jest także tu, w Moskwie.
— Czy nie polecono mu jakiego nadzoru?
— Nibyto... mówiąc jednak między nami, owa inspekcja jest li pozorem: przybył w tym celu jedynie, aby zobaczyć hrabiego Cyryla Bestużewa, gdy mu donieśli, że już dogorywa.
— To nie przeszkadza moja droga; że twoja poprzednia historyjka była niezrównaną! — wykrzyknął hrabia Rostow, który widząc że panie rozmową zacietrzewione, wcale nań uwagi nie zwracają, zaczął teraz bawić panienki. — Oh! jak ten policjant musiał pociesznie wyglądać płynąc po rzece na niedźwiedziu...
I zaczął naśladować ruchy tonącego, śmiejąc się przytem na głos cały. Był to ów śmiech donośny, a dobroduszny, zwykły u ludzi, którzy lubią dobrze jeść, pić jeszcze lepiej i żyć wesoło, bez troski, z dnia na dzień. Aż mu się trząsł od śmiechu brzuszek tłusty a mocno wystający.
— Wszak wrócisz na objad, moja droga? — dodał najuprzejmiej, widząc, że pani Karagin jest na wychodnem.





XI.

Zapanowało głębokie milczenie. Hrabina patrzała na panią Karagin z milutkim uśmieszkiem, nie próbując nawet ukryć zadowolenia, że odchodzi nareszcie. Córka układała tymczasem fałdy sukni, badając matkę wzrokiem, gdy naraz usłyszała wrzawę w pokoju przyległym, której narobiły osoby pędzące widocznie galopem. Nastąpił głuchy łoskot krzesła przewróconego, i wpadła jak kula wyrzucona z moździerza dziewczynka lat trzynastu. Jedną ręką przytrzymywała podniesioną cokolwiek swoją sukienkę, białą muślinową, w drugiej coś trzymała, chowając w fałdy tejże sukienki. Jednym susem znalazła się na środku salonu, i tu dopiero stanęła jak wryta. Można było domyśleć się z łatwością, że uniesiona biegiem szalonym, pobiegła dalej, niżby sobie tego była życzyła.
W tej samej chwili, w tropy za nią ukazali się w drzwiach: student z kołnierzem amarantowym, gwardzista w mundurze galowym, podlotek piętnastoletni i mały chłopczyna w kurteczce, z twarzyczką ładną, rumianą i oczkami bystremi.
Hrabia wstał chwiejąc się to na lewo, to na prawo, i porwał w objęcie dziewczynkę:
— Oho! zjawiłaś się? — wykrzyknął. — To jej imieninki, jej imieninki, moja droga — powtórzył kilkakrotnie.
— Jest pora na wszystko, moje złotko! — przemówiła matka z udaną surowością. — Psujesz mi ją tylko mężulku.
— Dzień dobry Natasza! życzę ci wszystkiego najlepszego!... Oh, jakie śliczne dziecię! — wymówiła jednym tchem pani Karagin, z ostatnim frazesem zwracając się do matki.
Dziewczynka co prawda, z oczami czarnemi wytrzeszczonemi, z ustami od ucha do ucha, była raczej brzydką, niż ładną, ale żywości niezrównanej. Ruch gwałtowny biustu wąskiego i wklęsłego, jak to bywa u takich dziewczątek, (sukienka była mocno wygorsowaną), dowodził że pędziła szalenie, nim wbiegła do salonu. Włosy czarne całe w lokach, rozwiązane na cztery wiatry, spadały jej na ramiona, które były obnażone. Nosiła dotąd spódniczkę krótką, z pod której widać było majtki obszyte koronką. Na drobnych nóżkach miała płytkie trzewiki. Słowem: była w owej dobie pełnej obietnic i nadziei, w której dziewczynka przestaje być dzieckiem, ale dziecko nie jest jeszcze młodą panienką. Wyrwawszy się gwałtownie z ramion ojca, rzuciła się na matkę, nie zważając bynajmniej na burę odebraną, a ukrywszy twarzyczkę rozognioną w gąszczu koronek, któremi była suto oszyta mantyla hrabiny, parsknęła śmiechem i zaczęła opowiadać, ni w pięć, ni w dziewięć, jakąś nader ważną historję o swojej lalce. Rzecz naturalna, że wyjęła natychmiast z fałdów sukienki, ów przedmiot drogocenny.
— Widzi mama, to moja laleczka, to Mimi, wszak ją mama poznała?...
I Natasza zdyszana, nie mogąc mówić dalej, usadowiła się razem z lalką na matki kolanach, śmiejąc się najserdeczniej. Śmiech jej tak był zaraźliwy, że i pani Karagin nie mogła wstrzymać się od niego.
— Słyszysz? idź sobie! puść mnie! Weź mi z oczu to szkaradzieństwo! — matka łajała nibyto mocno zagniewana i odpychając ją z lekka... — To moja młodsza córka — tłumaczyła pani Karagin.
Natasza wytknąwszy główkę rozczochraną z pomiędzy matczynych koronek, spojrzała przelotnie na panią nieznajomą, oczami pełnemi łez ze śmiechu gwałtownego i czemprędzej ukryła znowu twarzyczkę. Poczytując za obowiązek, podziwiać ten obraz rozkoszy rodzinnych, pani Karagin zapragnęła odegrać w nim również rolę, w mniemaniu że dobrze uczyni:
— Powiedz mi, moja mała, kim jest Mimi? Zapewne twoją córeczką, co?
Natasza rozgniewana tonem potakującym tej jakiejś obcej osoby, nie raczyła odpowiedzieć, patrzyła tylko na nią z minką poważną i nadąsaną.
Młodzież tymczasem, mianowicie: Borys porucznik w gwardji, syn księżny Trubeckoj, Mikołaj student, syn starszy Rostowa, Sonia tegoż siostrzenica, ów podlotek piętnastoletni i Pawełek, synek najmłodszy, ugrupowali się w kącie salonu, robiąc wysiłki nadludzkie, aby utrzymać na wodzy i w granicach przyzwoitych, żywość wrodzoną, która wyzierała z każdego ich ruchu. Spojrzawszy tylko na nich, można było zrozumieć i odgadnąć, że tam, z kąd pędzili z takim impetem, rozmowa szła inaczej, nie tak leniwo jak tu w salonie. Musiano wybierać do niej materjał bardziej zajmujący, niż miejskie ploteczki, uwagi o pogodzie i o hrabinie Apraksin. Patrzyli z pod oka, jedno na drugie, powstrzymując z wielką biedą, wybuch nowy śmiechu szalonego.
Dwaj młodzi ludzie, byli przyjaciółmi od lat dziecięcych i równi wiekiem. Nie byli jednak podobni do siebie. Borys był wzrostu słusznego, blondyn jasny, piękny, ale pięknością spokojną, zimną, przypominającą regularnością linji staro-greckie posągi. Mikołaj na odwrót miał włosy kręte i ciemne, był wzrostu miernego i kształtów drobnych. Twarz jego ruchliwa, oddychała żądzą swobody i wyrażała otwartość bez granic. Nad ładnemi, ponsowemi ustami, zasiewał mu się ciemny meszek, zapowiadający z czasem wąs wspaniały. Był temperamentu niesłychanie żywego, zapalający się z łatwością, pełen zresztą szlachetnego entuzjazmu i młodzieńczej fantazji. Dość jeszcze nieśmiały i ze światem nieobyty, zarumienił się po same uszy ujrzawszy się nagle w salonie. Borys natomiast nie stracił ani na chwilę pewności siebie i moralnej równowagi. Opowiedział żartobliwie i z dowcipem jako miał zaszczyt znać niegdyś pannę Mimi, w jej rozkwiciu. Dziś atoli zestarzała się najokropniej, ma czaszkę łysą i w dodatku na pół przełupaną, jakimś fatalnym wypadkiem.
Podczas opowiadania rzucił okiem na Nataszę, która z kolei spojrzała na swego małego braciszka. Ten z oczami prawie zamkniętemi trząsł się cały od śmiechu spazmatycznego, ale cichego. Na ten widok nie mogąc dłużej wytrzymać, dzieweczka skoczyła na równe nogi i lotem strzały za drzwi wyleciała. Borys został na miejscu poważny i niewzruszony:
— Mamo, może potrzebujesz powozu? — spytał uśmiechając się nieznacznie. — Zdaje mi się, żeś miała zamiar oddać kilka wizyt przed objadem...
— Rzeczywiście... idź sprowadź — odpowiedziała matka.
Opuścił salon nie spiesząc się wcale. Poszedł w celu odszukania Nataszy. Mały Pawłuś, z twarzyczką rumianą i pucułowatą, wyniósł się za nimi, zły i nadąsany, że odeszli, o niego nie dbając, i zostawili go samego.





XII.

Z całego grona młodzieży, zostali jedynie Sonia i Mikołaj, panna Karagin i starsza córka hrabiny. Ta liczyła obecnie lat siedmnaście, i uważała się już za pannę dorosłą.
Sonia była milutką, drobniutką dzieweczką, o kruczych włosach, z oczami łagodnemi, słodkiemi, które przysłaniały długie, jedwabne rzęsy. Cera smagła jej ładnej twarzyczki, była prawie oliwkową, na szyjce cieniutkiej i rączkach maleńkich, ślicznie ukształtowanych. Gruby warkocz, opasywał dwa razy głowę w koło, tworząc djadem nad czołem. Ruchy pełne gracji niewymuszonej, miękkość i giętkość jej członków delikatnych, wzięcie słodkie, pieszczotliwe a nieśmiałe, robiły ją podobną do małego kotka który miał z czasem wyrosnąć na prześliczną młodą kotkę. Próbowała uśmiechem należeć niby to do ogólnej rozmowy, mimowolnie jednak ścigała wzrokiem niespokojnym kuzynka, który miał wkrótce wstąpić do wojska i opuścić Moskwę. Oczy jej wyrażały najwidoczniej owe uwielbienie bez granic, zwykłe u bardzo młodych dziewczątek. Każdy też to uważał i nie wątpił o tem ani chwili. Kotek udawał teraz wielką powagę; lecz skoroby znalazł się po za salonem, potrafiłby tak samo swywolić i dokazywać jak Borys i Natasza, tak samo wyskakiwać i walcować po pokoju z ukochanym kuzynkiem.
— Tak, moja droga — opowiadał ojciec Rostow — odkąd jego przyjaciela od serca, Borysa, mianowano oficerem, nie daje nam spokoju, tylko rwie się za nim w tropy!... I powiedzieć moja droga, że miałem dla niego miejsce gotowe w ministerjum spraw wewnętrznych! To przyjaźń co się zowie.
— Czy to prawda, że wojna ma już być wydaną?
— Tak mówią oddawna, i będą jeszcze o tem czas jakiś przebąkiwali, aż wreszcie przestaną... Tak, moja droga, to się nazywa prawdziwą przyjaźnią, albo ja się na tem nic a nic nie rozumiem!... Wstępuje do pułku huzarów.
Pani Karagin, nie wiedząc na razie co odpowiedzieć, głową potrząsała.
— Ależ nie czynię tego bynajmniej dla przyjaźni! — wykrzyknął Mikołaj oblany szkarłatem, broniąc się przeciw temu, jakby od czegoś, coby mu wstyd przynosiło.
Spojrzał na swoją kuzynkę i pannę Karagin. Zdawały się obie dzielić jego zdanie.
— Będziemy dziś mieli na obiedzie pułkownika z pułku Pawłogrodzkiego. Jest obecnie na urlopie, a potem zabierze go z sobą. Cóż mamy począć? — hrabia wzruszył ramionami, usiłując mówić wesoło i od niechcenia o przedmiocie, który sprawił mu wiele zgryzoty, i przysporzył troski ciężkiej.
— Przecież zapowiedziałem ojcu — wtrącił Mikołaj — że jeżeli nie pozwolicie mi odjechać, zostanę. Nie mogę jednak być czem innem tylko wojskowym. Rzecz wiadoma, że w zawodzie dyplomatycznym, jak zresztą w każdem urzędowaniu publicznem, trzeba umieć ukrywać swoje uczucia. Ja zaś tego nie potrafię! — spojrzał na panienki z całą zalotnością, mimo swego wieku młodziutkiego, doskonale wystudjowaną.
Kotek mały, Sonia piętnastoletnia, z oczami w niego wlepionemi, jakby w obraz cudowny, zdawała się czyhać niecierpliwie na chwilę sposobną, aby rozpocząć w obec niego niewinne zaczepki, i puścić wodze swojej kociej naturze, lubiącej pieścić się i przymilać.
— No dobrze, już dobrze! — starał się hrabia sprawę z synem załagodzić. — Chłopak jak iskra. Czego bądź wybucha płomieniem. Bonaparte wszystkim głowy pozawracał. Każdy radby się dowiedzieć tego sekretu, jak można z prostego porucznika, awansować od razu... na cesarza! Zresztą... szczęść im Panie Boże! — machnął ręką, zauważywszy igrający na ustach pani Karagin uśmiech ironiczny.
Starsi zaczęli rozprawiać o Napoleonie, z czego skorzystała Julja Karagin i zwróciła się do Mikołaja, mówiąc półgłosem:
— Mocno żałuję, żeś nie był w czwartek u Argarowów... Nudziłam się bez pana — dokończyła czule oczkami ku niemu strzelając.
Młody chłopak, któremu to wyznanie wielce pochlebiało, przysiadł się bliżej, z czego wynikła na stronie rozmowa pełna kokieterji, prowadzona szeptem prawie. Młodzik tak był zajęty i oczarowany, że zapomniał nawet o zazdrości Soni. Biedaczka, cała w ogniach i drżąc jak w febrze, usiłowała jeszcze uśmiechać się do nich. Wśród rozmowy z tamtą zwrócił się nagle ku niej. Odpowiedziała mu biedna Sonia spojrzeniem gniewnem i namiętnie rozkochanem jednocześnie. Czując, że dłużej nie potrafi wstrzymać się od łez gorzkich, uciekła czemprędzej z salonu.
Całe ożywienie i kokietowanie z Julją Karagin, gdzieś się nagle podziało, skoro Mikołaj zobaczył Sonię odchodzącą. Skorzystał z pierwszej chwili sposobnej i wyniósł się za nią, mając twarz bladą i wielce zafrasowaną.
— Tajemnice tej młodej parki, tak jawne, jakby je kto podał na talerzu! — zażartowała księżna Trubeckoj, rzuciwszy okiem za wychodzącym — Na nich sprawdza się co do joty francuskie przysłowie: — „Cousinage gereux voisinage“...
— Zapewne — bąknęła hrabina, gdy zagasł w salonie promień światła i życia, wniesiony przez tę młodzież rozkoszną... Sama sobie odpowiadając na pytanie, którego nikt jej nie zadał, ale które nie mniej myśl jej wiecznie zajmowało: — Ile trosk, zgryzot i cierpień różnorodnych przejść trzeba — dodała — zanim ma się z dzieci jakąkolwiek pociechę!... a i teraz jeszcze, drżę o każde z osobna, zamiast cieszyć się niemi. Lękam się, lękam się wiecznie, o wszystko! To właśnie wiek najniebezpieczniejszy tak dla dziewcząt, jak i dla chłopców.
— Wszystko zawisło, moja droga, od prowadzenia, od wychowania...
— Masz słuszność, duszko, najzupełniejszą. Byłam zawsze, dzięki Bogu, przyjaciółką moich dzieci. Dotąd darzą mnie najwyższem zaufaniem — odpowiedziała hrabina, żywiąc pod tym względem i podzielając z wielu rodzicami słodką ułudę. Są oni bowiem najmocniej przekonani, że znają na wylot wszelkie dzieci swoich tajemnice. — Wiem z góry, że córki niczego nigdy przedemną nie zatają, a nawet Mikołuszka, jeżeliby kiedy popełnił jakie szaleństwo... (młodzi ludzie są niekiedy zmuszeni do podobnych wybryków)... nie zapomni, co winien sobie i rodzicom, do takiego stopnia, jak ci tam libertyni w Petersburgu!
— Najlepsze dzieci w świecie! — zawołał hrabia. Zwykł był rozcinać wszelkie kwestje zawite jednym zamachem, chwaląc w czambuł i znajdując doskonałem wszystko i wszystkich. — Cóż robić? Zachciało mu się gwałtem wstąpić do huzarów... Coż chcesz, moja droga?...
— Co za rozkoszne stworzeńko, twoja młodsza córeczka! Istne żywe srebro.
— Tak, tak, całkiem do mnie podobna — odezwał się ojciec z rozczulającą naiwnością. — A jaki ma głos cudny! Chociaż jest moją córką, muszę być nie mniej sprawiedliwym. To będzie kiedyś sławna śpiewaczka, druga Salomoni! Wzięliśmy dla niej Włocha do nauki.
— Czy nie za wcześnie? W tak młodym wieku może sobie głos popsuć.
— Dla czego miałoby być zawcześnie? Wszak nasze matki wychodziły za mąż w latach dwunastu i trzynastu.
— Czy uwierzysz, że już zakochana w Borysie! Cóż powiesz na to? — wtrąciła pani Rostow z uśmiechem dobrodusznym, porozumiewając się rzutem oka z księżną Trubecką. I znowu jakby odpowiadając własnym myślom, dodała: — Gdybym postępowała z nią surowo, zakazywała widywać go, Bóg wie coby z tego wynikło (miała pewno na myśli, że całowaliby się w sekrecie); tymczasem obecnie wiem co sobie mówią; co wieczór powtarza mi moja mała każde słówko. Może ją nadto rozpieszczam i psuję, ale to lepiej, wierz mi... Co do mojej córki starszej, ta była wychowywana bardzo surowo.
— Oh! to prawda, prowadzono mnie i trzymano w ryzach, zupełnie inaczej — potwierdziła z uśmiechem hrabianka Wiera Rostow.
Na nieszczęście uśmiech nie okrasił wcale jej twarzy. Nadawał przeciwnie jej fizjonomji, wyraz niemiły i nienaturalny. A jednak była prawie pięknością, dość rozwinięta umysłowo, wykształcona, miała głos ładny, to zaś co powiedziała, nie było przesadzonem; wszyscy też spojrzeli jedni na drugich, jakby zdumieni i zażenowani.
— Tak bywa zwykle, że staramy się zrobić z dzieci starszych coś nadzwyczajnego, i z większą gorliwością nad nimi pracujemy — bąknęła od niechcenia pani Karagin.
— Trzeba przyznać, że moja żona chciała z Wierą dokazać cudów... no! i w końcu udało się jej... udało najzupełniej! — zakończył Rostow patrząc na córkę z lubością.
Wreszcie zdecydowała się wyjść pani Karagin z córką, obiecując się solennie na objad.
— Głupia! — wykrzyknęła hrabina — myślałam, że już nigdy się nie zabierze!





XIII.

Nataszka zatrzymała się w swojej ucieczce u wejścia do oranżerji. Tam czekała na Borysa, pilnie nadsłuchując, o czem mówią w salonie. Straciła nareszcie cierpliwość, tupnęła gniewnie nóżką i była gotowiusieńka płaczem wybuchnąć, gdy usłyszała kroki młodego chłopaka, idącego wolno, nie spieszącego się wcale. Miała na tyle czasu, żeby ukryć się w klombie cyprysów. Gdy ujrzał się w oranżerji, Borys rozglądnął się w koło, zdmuchnął jakiś pyłek z wyłoga u rękawów i zbliżył się do zwierciadła, aby w niem podziwiać z zadowoleniem swoją ładną twarz i postawę dorodną. Nataszka przypatrywała się ciekawie wszystkim jego ruchom. Zobaczyła że się uśmiechał i zmierzał ku drzwiom na przeciw. Wtedy chciała na niego zawołać.
— Nie, pomyślała — niech mnie szuka!
Zaledwie znikł za drzwiami, wpadła Sonia do oranżerji, cała we łzach i z twarzyczką rozpłomienioną. Natasza miała rzucić się ku niej, wstrzymała się jednak i tym razem, aby użyć przyjemności podpatrywania, i podsłuchiwania niewidzialnie, co się tu dziać będzie, o czem nieraz w powieściach czytała. Sonia szeptała sama do siebie, z rękami kurczowo splecionemi, wlepiając wzrok błędny w drzwi do salonu prowadzące. Pojawił się wkrótce Mikołaj.
— Co ci jest Sonciu? Płaczesz? Czy podobna?! — wykrzyknął biegnąc do niej.
— Nic mi nie jest... zostaw mnie!...
I wybuchła rzewnym płaczem.
— Ah! już wiem wszystko...
— Skoro wiesz, tem lepiej dla ciebie, idź... idź do niej!
— Sonciu droga, jedno słóweczko! Czy godzi się dręczyć w ten sposób mnie i ciebie, dla czystego urojenia? — rzekł biorąc ją czule za rączkę.
Sonia płakała dalej, ale ręki z uścisku nie uwalniała. Nataszka stała jak wryta, oddech powstrzymując. Oczy jej błyszczały:
— Co się teraz stanie? — pomyślała.
— Sonciu, świat cały niczem dla mnie: tyś wszystkiem! szczęściem jedynem, i dowiodę ci tego!
— Nie mogę znieść, żebyś rozmawiał z tą tam!... — szepnęła.
— Dobrze! więcej tego nie uczynię! tylko przebacz mi!
I objąwszy ją ramieniem, przytulił do piersi, serdecznie całując.
— Ah! tak to mi się podoba! — powiedziała sobie w duchu Nataszka.
Wyszli oboje z oranżerji; Nataszka postępywała krok w krok za nimi, cicho i ostrożnie aż do drzwi. Następnie przywołała Borysa.
— Pójdź za mną Borysie — przemówiła z minką tajemniczą i wiele znaczącą. — Mam ci coś powiedzieć... Tu, tu...
Zaprowadziła go do klombu, w którym była przed chwilą ukryta. Borys szedł za nią uśmiechnięty:
— Cóż mi powiesz?
Zmięszała się, oglądnęła się w koło, a spostrzegłszy lalkę porzuconą na jednym z wazonów, porwała ją i podstawiając mu pod usta:
— Pocałuj moją Mimi! — rzekła cicho, oblana szkarłatem.
Borys nie ruszał się z miejsca patrząc drwiąco na jej twarzyczkę niezwykle ożywioną i uśmiechniętą.
— Nie chcesz? No! to pójdź tutaj...
Pociągnęła go pomiędzy palmy, cisnąwszy w kąt lalkę.
— Bliżej, bliżej! — szepnęła jakby jej nagle tchu zabrakło, przytrzymując młodego porucznika za pętlicę od munduru. Teraz drżąca i gotowa płaczem wybuchnąć spytała cichutko: — A mnie pocałujesz?
Borys zarumienił się po same uszy.
— Jakaś ty dziwna! — bąknął.
Pochylił się nad nią niepewny i wahający.
Jednym susem wskoczyła na duży wazon, otoczyła szyję swego towarzysza cieniutkiemi ramionami, a odrzuciwszy w tył włosy, pocałowała go w same usta.
Potem zsunęła się na ziemię, biegnąc szybko pomiędzy klombami. Zatrzymała się u drzwi z główką spuszczoną.
— Nataszko, kocham cię, wiesz o tem, ale...
— Jeżeli kochasz, to nie ma żadnego ale!
— Kocham! błagam cię jednak, nie zaczynajmy więcej... tego cośmy przed chwilą uczynili... Za lat cztery... pójdę do twego ojca prosić o twoją rękę...
Natasza zaczęła się nad tem zastanawiać:
— Trzynaście, czternaście, pietnaście, szesnaście — rachowała na paluszkach. Dobrze! Sprawa skończona i umówiona!...
Uśmiech pełen ufności i zadowolenia, rozjaśnił jej szczupłą twarzyczkę.
— Tak będzie, najniezawodniej! — potwierdził Borys.
— Na zawsze! na życie i śmierć! — wykrzyknęła mała dzieweczka, biorąc go pod ramię, i odchodząc razem z nim do głównego salonu, szczęśliwa i uspokojona.





XIV.

Hrabina Rostow czując się znużoną niesłychanie, kazała odpraszać gości, którzyby przybywali jeszcze z wizytami. Wszystkich atoli szwajcar w bramie pałacu stojący, miał rozkaz zapraszać na objad imieninowy, w imieniu hrabiego. Pani Rostow, odszedłszy do swego pokoju, rada była pogawędzić serdecznie, w cztery oczy, ze swoją przyjaciółką jeszcze z lat dziecięcych, księżną Trubecką, która właśnie powróciła z Petersburga.
— Będę z tobą całkiem szczerą — ścisnęła księżna za rękę panią Rostow, przysuwając fotel do otomany, na której ta położyła się aby odpocząć. — Tak mało niestety! w złej doli zostaje nam prawdziwych przyjaciół, że taka jak twoja niezmienna życzliwość, jest mi podwójnie drogocenną! Spojrzała na Wierę i zamilkła. Hrabina odwzajemniła jej uścisk najserdeczniej:
— Wiera, czyż niczego nigdy nie rozumiesz?
Nie lubiła starszej córki, i to uderzało każdego.
— Nie pojmujesz, że nam zawadzasz? Idź do twoich sióstr.
— Gdyby mama była mi to wcześniej powiedziała — odrzuciła piękna Wiera z minką pogardliwą, nie zdając się jednak tem dotkniętą ani obrażoną — byłabym się już wyniosła...
Odeszła do wielkiej sali, gdzie spostrzegła dwie czułe parki, siedzące jedno obok drugiego, każda para pod innem oknem. Tworzyły one jakby dwa obrazki rodzajowe.
Zatrzymała się przez chwilę patrząc na nich z drwiącym uśmiechem. Mikołaj obok Soni przepisywał jej wiersze, pierwsze, które dla niej ułożył. Borys i Nataszka, coś sobie na uszko szeptali. Dwie młode dzieweczki, miały minki rozpromienione i niby poczuwające się do winy, które zdradzały ich miłość na pierwszy rzut oka. Było to czemś rozkosznem i śmiesznem jednocześnie. Wiera jednak nie znajdywała tego ani czarownem, ani zabawnem.
— Ileż razy prosiłam was, każdego z osobna, żebyście nie roznosili po wszystkich kątach, rzeczy do mnie należących. Macie przecież wasze własne pokoje.
To mówiąc zabrała z przed nosa Mikołajowi swój kałamarz.
— Jeszcze chwilkę, chwileczkę! — przemówił maczając na powietrzu pióro w atramencie.
— Robicie wszystko bez sensu i nie w porę: niedawno wpadliście całą zgrają do salonu, jak istni szaleńcy, gorsząc nas, tam zgromadzonych, waszem nieprzyzwoitem zachowaniem.
Czy z umysłu, czy może w poczuciu, że słusznie im wyrzucała niestosowne postępowanie, nikt pary z ust nie wypuścił. Porozumiewali się jednak wszystko czworo winnych, niememi spojrzeniami. Wiera z kałamarzem w ręce, wahała się, czy zostać, czy odejść?
— I jakież tajemnice możecie mieć w waszych latach? Dzieciństwa, błazeństwa jakieś zapewne.
— Cóż ciebie to ma obchodzić Wiero? — odrzuciła Natasza łagodnie. Czuła się dnia tego lepszą i usposobioną do wybaczliwości względem świata całego.
— Bo to niedorzeczne po prostu! Wstyd mnie za was na prawdę. Proszę was, jakież wy możecie mieć sekreta?
— Każdy ma swoje, a my ciebie nie napastujemy i zostawiamy w spokoju... razem z twoim Bergiem. — Natasza zaczynała się już niecierpliwić.
— Łatwo mnie zostawić w spokoju, nie dopuszczam się bowiem niczego zdrożnego. Ale co do ciebie, to powiem mamie, jak obchodzisz się z Borysem.
— Natalja Stefanówna obchodzi się ze mną jak najlepiej. Nie skarżę się na nią bynajmniej.
— Nie wtrącaj się do tego Borysie; z ciebie cały dyplomata.
Ten wyraz „dyplomata“, często używany pomiędzy temi dziećmi, miał w ich narzeczu znaczenie zupełnie odrębne.
— To nie do zniesienia! — wybuchnęła Natasza, podrażniona i dotknięta do żywego. — Czego mnie się czepia? Ty nas nie rozumiesz, boś nigdy nikogo nie kochała. Jesteś bez serca, druga pani de Genlis! i na tem koniec. — (To przezwisko, wymyślone przez Mikołaja, uchodziło pomiędzy nimi, za niesłychanie obelżywe.) — Masz w tem najwyższą przyjemność, dokuczać drugim. Kokietuj sobie ile chcesz z Bergiem, a nas zostaw w spokoju.
— Co jednak nie podpada wątpliwości, to chyba to, że nie latam za młodym człowiekiem w obec wszystkich...
— Doskonale! — wykrzyknął Mikołaj. — Dopięłaś celu, przeszkodziłaś nam, po to jedynie, żeby nam głupstw nagadać! Uciekajmy! Schrońmy się do salki, w której się uczymy...
Zerwali się natychmiast, i zniknęli, niby stadko ptasząt nagle spłoszonych.
— To wy przeciwnie, mnie obsypali impertynencjami! — wołała za nimi Wiera zaperzona, podczas gdy cztery drwiące głosy powtarzały swywolnie za drzwiami:
— Pani de Genlis! Pani de Genlis!
Nie troszcząc się wcale o to przezwisko, przystąpiła Wiera do zwierciadła, aby poprawić włosy i szarfę u sukienki. Widok jej pięknej twarzyczki uspokoił ją najzupełniej, i pomógł odzyskać zwykłą, apatyczną obojętność.
Rozmowa między dwiema przyjaciółkami wpadła teraz na tor wzajemnych z pod serca wynurzań.
— Ah! droga moja! — mówiła hrabina — nie wszystko złoto co się świeci, i nie po różach stąpamy przez życie, wszyscy jak jesteśmy... Widzę doskonale, że jeżeli trybu nie zmienimy czeka nas zupełna ruina... To, co jeszcze posiadamy, nie na długo nam już wystarczy... Czyja w tem wina? Czemu to przypisać? Mego Stefana nadto wielkiej dobroci i klubowi nieszczęsnemu. Na wsi nawet nie spocznie ani na chwilę... wieczne widowiska, teatra, polowania, czy ja wiem co jeszcze? Ale na co zda się o tem mówić? Opowiedz mi raczej, czegoś ty dokazała. Podziwiam cię, rzeczywiście: jak możesz w twoim wieku, latać w ten sposób pocztą, z Moskwy do Petersburga i napowrót! Biegać po ministrach, trafiać do tych wszystkich matadorów, umieć zażyć każdego z tych wielkich panów? Rzecz ciekawa na prawdę, jakeś wzięła się do tego? Istny cud! co do mnie, nigdybym czegoś podobnego nie potrafiła!
— Duszo moja najdroższa, niech cię Bóg zachowa od tej niedoli, żebyś miała doświadczyć na sobie czegoś podobnego! Straszny to los zostać wdową, bez majątku, bez opieki i punktu oparcia, z synem w dodatku, którego kocha się do szaleństwa. Poddajemy się wszystkiemu z miłości dla niego! Mój proces był twardą szkołą! Gdym potrzebywała widzieć się z jedną z tych matador, pisałam w tym sensie mniej więcej: — „Księżna ta i ta pragnie porozumieć się ustnie z tym i z tym“... — i jechałam do niego w najętej dorożce, raz, drugi i dziesiąty, póki nie otrzymałam, czego chciałam. A to, co sobie o mnie cichaczem myślano, było mi najzupełniej obojętnem.
— Do kogoż udawałaś się w sprawie Borysa? Koniec końców, jest porucznikiem w gwardji, podczas gdy nasz Mikołko, został junkrem zaledwie. Bo też nikt ani palcem za nim nie ruszył. Któż ci w tem dopomógł?
— Książę Bazyli. Oh! był nader uprzejmy. Obiecał natychmiast przedstawić moją prośbę i polecić ją najjaśniejszemu panu — dodała księżna żywo, nie wspominając wcale o upokorzeniach, które znosiła niedawno.
— Zestarzał się też bardzo książę Bazyli? Nie spotkałam go od owych przedstawień teatralnych u Rumianców. Musiał mnie zapomnieć, chociaż wówczas smalił do mnie cholewki co się zowie!
— Zawsze ten sam miły i szarmancki. Wielkości obecne bynajmniej mu głowy nie zawróciły! — „Żałuję księżno kochana — odpowiedział mi — że nie będę miał więcej trudu w twojej sprawie. Rozkazuj tylko!“ — Na prawdę, zacny to człowiek i najpoczciwszy kuzynek! Wiesz Natalko, jaką jest moja miłość dla syna; nie ma takiej ofiary, której bym nie poniosła dla jego szczęścia. Moje położenie jest atoli tak trudne, tak przykre, a obecnie jeszcze pogorszyło się o wiele — mówiła smutno, głosem przyciszonym. — Mój proces nieszczęśliwy, nie posuwa się naprzód ani o jednę linję, a niszczy mnie najokropniej. Nie mam nieraz dziesięciu kopijek w kieszeni, czy dasz temu wiarę? Ani wiem zkąd wezmę pieniędzy na umundurowanie Borysa! — Wyjęła chustkę z kieszeni, aby łzy otrzeć obficie płynące po jej zwiędłych policzkach. — Potrzeba mi gwałtem pięciuset rubli, a mam na to zaledwie dwadzieścia pięć. Położenie rozpaczliwe, bez wyjścia! Moja ostatnia nadzieja, to hrabia Bestużew. Jeżeli on nie poratuje swego chrześniaka, i nie wyznaczy mu miesięcznego apanażu, wszystkie moje zabiegi spełzną na niczem.
I oczy hrabiny zaszły łzami. Zdawało się, że zastanawia się nad czemś głęboko.
— Zdarza mi się nieraz myśleć o życiu samotnem hrabiego Bestużewa — kończyła księżna po chwili milczenia — o jego majątku kolosalnym, i pytam sama siebie... może to jest grzechem?... po co on żyje właściwie? Jemu życie stało się ciężarem, podczas gdy Borys zaledwie żyć rozpoczyna...
— Zostawi mu coś na pewno — wtrąciła hrabina.
— Wątpię, moja droga. Ci miljonerzy tacy samolubni! Udam się jednak do niego z Borysem, aby wytłumaczyć hrabiemu, jakie są nasze stosunki... Już godzina druga — tu powstała — objad u was nie zacznie się przed czwartą... Mam czasu aż nadto wiele na te odwidziny.
Księżna zadzwoniła i posłała sługę po syna.
— Do zobaczenia, duszko — rzekła do hrabiny, która odprowadziła ją do przedpokoju. — Życz mi dobrego powodzenia.
— Jedziesz odwidzieć Cyryla Władymirowicza moja droga? — zawołał hrabia wychodząc z wielkiej sali. — Jeżeli zastałabyś go cokolwiek zdrowszym, zaproś Piotra do nas na objad. Niegdyś bywał często w naszym domu i tańcował z naszemi dzieciakami. Zobaczymy czego też dokaże nasz Taras. Zaręczał mi przed chwilą, że nawet hrabia Orłow, nie dał nigdy nikomu takiego objadu, jak ten, który on dla nas dziś przygotowuje.





XV.

— Mój drogi Borysku — przemówiła księżna do syna, gdy powóz Rostowów, oddany jej na rozkazy, wjeżdżał z ulicy grubo słomą wyścielonej, na olbrzymi dziedziniec pałacu Bestużewa — mój Borysku — powtórzyła wyciągając rękę z pod płaszcza zużytego i kładnąc ją na ramię syna, ruchem pieszczotliwym i nieśmiałym jednocześnie — bądź grzecznym, serdecznym, a przedewszystkiem ostrożnym. Jest twoim ojcem chrzestnym, a twoja przyszłość od niego zawisła. Nie zapominaj o tem! Bądź takim milusieńkim, jak ty to potrafisz, skoro zechcesz!
— Byłbym rad, szczerze wyznaję, być pewnym, że osiągnę z tego wszystkiego coś więcej, niż ubliżające upokorzenie — odrzucił zimno i szorstko. — Przyrzekłem jednak mamie, i zrobię to dla ciebie jedynie.
Nie chcąc się zapowiadać, weszli matka z synem do obszernej sieni oszklonej z dwoma rzędami posągów marmurowych, w niszach poustawianych. Szwajcar zmierzył ich od głowy do stóp i wzrok jego zatrzymał się nieco dłużej na płaszczu matki mocno wytartym i zszarzanym. Spytał wtedy, czy przyjechali do młodych księżniczek, czy do hrabiego. Dowiedziawszy się, że pragną odwidzieć hrabiego, pospieszył oświadczyć im kategorycznie, mimo kilku powozów czekających w dziedzińcu, które kłam zadawały temu twierdzeniu, że jego Ekscellencja nie przyjmuje nikogo ponieważ dogorywa.
— Skoro tak jest, odjeżdżajmy — bąknął Borys cicho, po francuzku.
— Mój najdroższy! — matka dotknęła się jego ramienia, mówiąc błagalnie, jak gdyby to jej dotknięcie, posiadało dar uspokojenia go, lub podsycania jego woli.
Zamilkł rzeczywiście. Skorzystała z tego matka i zaczęła przemawiać do szwajcara tonem płaczliwym:
— Wiem, że hrabia jest bardzo chory dla tego właśnie przyjechałam... Jestem jego bliską krewną, nie przeszkodzę mu w niczem... Chciałabym tylko zobaczyć się z księciem Bazylim, jest tutaj, wiem na pewno. Proszę cię kochanku, zapowiedz nas.
Szwajcar nadąsany, pociągnął za dzwonek niecierpliwie:
— Księżna Trubeckoj, pragnie widzieć się z księciem Bazylim — krzyknął lokajowi, który wystawił głowę powyżej schodów.
Księżna poprawiła fałdy sukni z kitajki jedwabnej, przefarbowanej, przeglądając się w dużem weneckiem źwierciedle. Potem zaczęła stąpać śmiało po bogatym perskim kobiercu, mimo że na nogach miała podarte trzewiki.
— Przyobiecałeś mi — powtórzyła synowi, ściskając go nieznacznie za ramię jakby dla zachęty.
Szedł za matką spokojny, z oczami spuszczonemi, tak przeszli oboje przez salę prowadzącą do księcia Bazylego.
A chcieli właśnie spytać starego, siwego kamerdynera, który powstał na ich powitanie, w które drzwi wejść mają, bo w sali było drzwi bez liku, gdy jedne z nich otworzono ze strony przeciwnej i na progu ukazał się książę Bazyli w szubce aksamitnej, podbitej sobolami, ozdobionej tylko jedną dekoracją, co u niego wskazywało ubranie ranne, negliżowe. Książę odprowadzał młodego, pięknego mężczyznę, z oczami czarnemi i włosem kruczym. Był to doktór Lorrain, lekarz używający sławy rozgłośnej w Moskwie.
— Czy to już na pewno? — spytał.
Errare humanum est! mój książę — odrzucił lekarz szepleniąc i wymawiając z francuzka łacinę.
— Dobrze, dobrze — skinął ręką książę Bazyli i pożegnał czemprędzej doktora, spostrzegłszy w sali księżnę Trubecką i jej syna.
Po odejściu lekarza zbliżył się do nich w milczeniu badając oboje wzrokiem przenikliwym. Borys zauważył w oczach matki wyraz boleści głębokiej, pojawiający się tak nagle, że nie mógł wstrzymać się od lekkiego uśmiechu.
— Odszukujemy się nawzajem książę kochany, w nader smutnych okolicznościach... Jakże ma się nasz drogi pacjent? — przemówiła udając, że nie widzi wcale spojrzenia lodowatego i lekceważącego, którem ją książe mierzył.
Książe Bazyli patrzał na nich dalej w milczeniu, nie starając się bynajmniej ukryć zdziwienia, że ich widzi przed sobą. Nie odkłonił się nawet Borysowi, który go witał z uszanowaniem. Odpowiedział księżnie niemym ruchem ramion i głowy, co miało znaczyć, że stan chorego jest beznadziejny.
— Więc to prawda?! — wykrzyknęła — Ah! to przerażające, straszne do uwierzenia!... To mój syn — dodała nawiasem. — Pragnął podziękować księciu osobiście. — Tu Borys ukłonił się powtórnie. — Bądź książę przekonany, że serce matki nie zapomni nigdy ileś uczynił dla jej syna.
— Czuję się nader szczęśliwym, kochana Anno Michałówno — wycedził książe mnąc nerwowo żabot koronkowy na piersiach — że mogłem oddać ci tę drobną przysługę.
Ruchy jego i głosu intonacja, były wyniosło-protekcjonalne, zupełnie odmienne, niż w Petersburgu na wieczorze u panny Scherer.
— Staraj się młodzieńcze całemi siłami służyć gorliwie i stać się godnym... Uszczęśliwiony... rzeczywiście jestem szczęśliwy, że... Czy jesteś na urlopie?
Bąkał to wszystko bez ładu i związku, z najwyższą obojętnością.
— Czekam dziennego rozkazu, wasza Ekscellencjo, aby udać się na miejsce wyznaczone — odpowiedział Borys spokojnie, jakby go nie dotknął ton oschły księcia. Nie okazywał również chęci, prowadzenia dalej rozmowy.
Uderzony jego tonem spokojnym i nie narzucającym się zbytecznie, książę zaczął mu się przypatrywać z większą uwagą.
— Czy mieszkasz razem z matką?
— Mieszkam u hrabstwa Rostowów, Ekscellencjo.
— U Stefana Rostowa, ożenionego z Natalją Szynszynówną — dodała Anna Michałówna.
— Wiem, wiem — książę skinął głową, mówiąc jak zwykle głosem monotonnym, z wielko-pańską nonszalancją. — Nie mogłem nigdy zrozumieć Natalji. Jak też mogła wyjść za mąż, za tego niedźwiedzia nieokrzesanego!... Głupiec kwadratowy, śmieszny, w dodatku gracz namiętny, jak mówią.
— Zapewne... z tem wszystkiem jednak książę kochany, jest to człowiek najpoczciwszy w świecie! — księżna uśmiechała się w taki sposób, żeby i hrabiego bronić poniekąd, i dać do zrozumienia, że podziela po trochę zdanie o nim księcia Bazylego.
— Cóż mówią lekarze? — spytała na nowo po chwili milczenia, wracając również do owego wyrazu pełnego rozpaczy, który nadała zaraz na wstępie swojej twarzy mizernej i zwiędłej.
— Prawie żadnej nie ma nadziei, według ich zdania...
— Tak byłabym chciała, raz ostatni podziękować mojemu wujowi, za wszystkie jego dobrodziejstwa wyświadczone mnie i Borysowi. To jego syn chrzestny — wskazała na Borysa z pewnym naciskiem, jakby ta wiadomość miała zrobić dodatnie wrażenie na księciu Bazylim. Ten milczał jednak, mając ściągnięte brwi niechętnie.
W lot zrozumiawszy, że boi się znaleść w niej współubiegającą się o spadek po hrabiu Bestużewie, pospieszyła uspokoić go pod tym względem:
— Gdyby nie moje szczere do wuja przywiązanie i chęć sprawienia mu ulgi mojemi usługami w chwili ostatniej. — To słowo „wuj“ wymykało jej się z ust od niechcenia, jakby bezwiednie. — Znam jego usposobienie otwarte i najszlachetniejsze... ma jednak przy sobie tylko tamte siostrzenice, tak jeszcze młode i niedoświadczone. — Mówiła dalej głosem przyciszonym: — Czy wypełnił ostatnie swoje powinności? — spuściła głowę na piersi. — Godziny jego policzone, a więc każda chwila drogocenna. Trzebaby koniecznie przygotować go na przyjęcie świętych Sakramentów. My, kobiety, widzisz książę — uśmiechnęła się łagodnie — umiemy prześliznąć się zręcznie i poddać delikatnie choremu coś podobnego... Muszę widzieć go koniecznie, mimo że będzie to dla mnie okropnie bolesnem. Tak atoli nawykłam do cierpień wszelakich...
Książę zrozumiał nareszcie, tak samo jak na owym wieczorze u panny Scherer, że nie pozbędzie się z karku Anny Michałówny.
— Lękam się, żeby mu się nie pogorszyło po twojej wizycie, kochana księżno. Czekajmy do wieczora. Lekarze spodziewają się, że może kryzys nastąpi...
— Każesz mi czekać książę? Ależ tu idzie o wieczne zbawienie duszy jego. Ach! obowiązki chrześcjanina są częstokroć nader ciężkie, pomyśl tylko i zastanów się nad tem książę kochany.
W tej chwili otworzyły się drzwi boczne, prowadzące do dalszych apartamentów, i wyszła niemi jedna z księżniczek. Twarz jej miała wyraz cierpki i zimny. Kibić długości niesłychanej, odbijała rażąco od reszty ciała.
— Jakże mu jest? — spytał książę Bazyli.
— Zawsze jednakowo, i nie może być inaczej, przy tym ciągłym hałasie obok niego — odpowiedziała z przekąsem, mierząc wzrokiem dumnym Annę Michałównę, niby kogoś zupełnie obcego.
— Ah! moja duszko, nie poznałam cię zrazu — wykrzyknęła księżna radośnie, zbliżając się ku niej. — Właśnie powróciłam, i przybiegłam czemprędzej, by pomódz wam w pielęgnowaniu mojego wuja. Ileż musiałyście wycierpieć biedaczki — dodała wznosząc oczy w górę.
Młoda księżniczka wykręciła się na pięcie i wyszła nie przemówiwszy do niej ani słowa.
Anna Michałówna zdjęła rękawiczki, poczem siadając w fotelu, niby w okopie zdobytym, poprosiła księcia, żeby przy niej miejsce zajął.
— Borysku, pójdę do hrabiego, do mego wuja, ty tymczasem udaj się do Piotra, mój drogi. Powtórz mu Rostowów zaproszenie. Słyszałeś, że życzą sobie mieć go dziś na objedzie?... Sądzę jednak, że nie przyjmie zaproszenia — dodała zwracając się do Bazylego.
— Dla czegoby nie miał przyjąć? — ten odburknął szorstko w najgorszym humorze. — Byłbym najszczęśliwszy, gdybyś mogła uwolnić mnie od tego chłopca. Zakwaterował się tutaj nieproszony, niepytany, a hrabia nie spytał o niego ani raz i nie pragnął go wcale zobaczyć.
Wzruszył ramionami i zadzwonił. Rozkazał wchodzącemu lokajowi, aby poprowadził pana porucznika innemi schodami do Piotra Kiryłowicza.





XVI.

To ostatnie powiedzenie Bazylego było szczerą prawdą. Piotr nie miał czasu i sposobności obrać sobie karjery, bo kazano mu wyjechać w dwudziestu czterech godzinach z Petersburga do Moskwy, wskutek szaleństw bez liku, tam przez niego popełnionych. I owa historyjka z niedźwiedziem, opowiadana dziś przed południem u Rostowów, była niestety najzupełniej prawdziwa. Pomagał własnemi rękami swoim kolegom w lamparterji, krępował sznurami komisarza z policji, a następnie przymocował go do grzbietu niedźwiedzia!
Z powrotem przed kilku dniami zaledwie, zatrzymał się jak zwykle w pałacu swego ojca. Spodziewał się i słusznie, że jego wybryki awanturnicze, muszą być znane z wszelkiemi szczegółami, i że otoczenie żeńskie hrabiego, zawsze wrogo dla niego usposobione, nie omieszka ukuć z tego broni przeciw niemu aby mu szkodzić w obec ojca. Pominąwszy to wszystko, szedł na pierwsze piętro tego dnia samego, aby widzieć się z hrabią i zatrzymał się po drodze w saloniku, poprzedzającym chorego pokój sypialny, gdzie siadywały zwykle księżniczki. Za jednym zachodem chciał przywitać się również z kuzynkami. Dwie wyszywały coś na kanwie w dużych krosnach, siedząc jedna obok drugiej, podczas gdy trzecia, najstarsza, w głos im czytała.
Najstarsza miała wygląd surowy, ubierała się bardzo starannie, ale uderzała na pierwszy rzut oka, jej figura długa jak tyka. Była to ta sama księżniczka, która udawała że nie poznaje i nie spostrzega wcale obecności Anny Michałówny. Dwie młodsze, bliźniaczki, bardzo ładne, tem się jedynie różniły, podobne zresztą do siebie nadzwyczaj, że starsza z nich o dwie godziny, miała w kąciku ust czarny, malutki pieprzyk, z czem jej było do twarzy, i co ją robiło bardzo ponętną. Przyjęto Piotra jakby kogoś zapowietrzonego. Najstarsza z trzech panien, przerwała czytanie, wlepiając weń w milczeniu wzrok przerażony. Druga, ta bez pieprzyka, poszła za jej przykładem. Trzecia tylko najładniejsza, i może z tego powodu zawsze wesoła i żartobliwa, nie wzięła tej sprawy tak tragicznie. Pochyliła się nad robotą, aby snadniej śmiech ukryć, który porywał ją na myśl, jaka tu scena ma się odegrać.
— Witam kuzynki — Piotr przemówił. — Cóż to, czyście mnie nie poznały?
— Niestety, aż nadto dobrze!
— Jakże się miewa hrabia? Czy mogę go widzieć? — spytał ze zwykłą u niego niezgrabną dobrodusznością i bez cieniu zakłopotania.
— Hrabia cierpi moralnie i fizycznie, a pan uwziąłeś się, aby pomnażać jeszcze uczucia bolesne jego duszy.
— Czy mogę widzieć hrabiego? — powtórzył.
— Oh! jeżeli chcesz go pan dobić, dobić ostatecznie, tak jest, możesz pójść do niego... Olga! popatrz czy gotów rosół dla wuja? Teraz właśnie powinien go wypić — dodała z naciskiem, aby Piotr zrozumiał, że są zajęte wyłącznie i jedynie pielęgnowaniem wuja. On zaś nad tem tylko przemyśliwa czemby mógł choremu dokuczyć.
Olga wyszła. Piotr zaczekał chwilę, a przypatrzywszy się dokładnie obu siostrom:
— Skoro tak rzeczy stoją — rzekł kłaniając się im zdaleka — wracam do mego pokoju. Proszę dać mi znać, kiedy to będzie możebnem.
Gdy odchodził, ładna księżniczka z czarnym pieprzyłem, śmiechem parsknęła.
Nazajutrz zjawił się książę Bazyli i zamieszkał w pałacu hrabiego. Kazał do siebie Piotra przywołać:
— Jeżeli, mój drogi, będziesz tu wyrabiał to samo, co w Petersburgu, źle skończysz! To mogę ci na pewno zapowiedzieć. Co się tyczy hrabiego, ten jest chory niebezpiecznie i nie potrzebujesz go wcale widywać.
Od tej chwili nikt się więcej o Piotra nie troszczył. Dni całe spędzał on w swoim pokoju na górze.
Gdy Borys wszedł do niego, przemierzał pokój wielkiemi krokami, zatrzymując się w każdym kącie przez chwilę. Pięścią zaciśniętą zdawał się grozić murom, jakby chciał nadziać na szpadę jakiegoś wroga niewidzialnego. Z po za okularów, ciskał spojrzenia piorunujące i rozpoczynał na nowo swoją przechadzkę, z ruchami gwałtownemi i słowami w pół urywanemi.
— „Anglia żyć przestała!“ — deklamował z patosem brwi marszcząc i wyciągając palec wskazujący ku jakiejś osobistości wymarzonej. — „Pan Pitt, zdrajca narodu i praw ludzkich, jest skazany na“...
Nie miał czasu dopowiedzieć wyroku, podyktowanego przez Napoleona, którego Piotr obecnie reprezentował.
W swojej bujnej fantazji, przekraczał kanał La Manche, brał szturmem Londyn, gdy w tem zobaczył wchodzącego do swego pokoju młodego i ślicznego oficerka, z ułożeniem pełnem dystynkcji i elegancji. Stanął jak wryty. Znał niegdyś Borysa młodzieniaszkiem czternastoletnim i naturalnie nie mógł go teraz poznać. Mimo że sobie Borysa wcale nie przypominał, podał mu rękę z uśmiechem, wskutek wrodzonej u niego dobrodusznej uprzejmości.
— Nie zapomniałeś pan o mnie? — wtrącił Borys odpowiadając na Piotra uśmiech serdeczny. — Przyjechałem z matką odwidzieć hrabiego. Powiadają że jest bardzo chory.
— Tak mówią, a jednak nie zostawiają mu chwili spokoju! — odrzucił Piotr, pytając się w duchu, kim być może ten młody oficer.
Borys widział doskonale, że go nie poznaje. Nie uważał atoli za potrzebne przedstawiać mu się i nie czuł się bynajmniej zakłopotanym. Patrzał mu śmiało w oczy, przyczem uśmiechał się wesoło.
— Hrabia Rostow prosi pana dziś na objad — rzekł po dłuższej chwili milczenia, które zaczynało już męczyć Piotra.
— Aha! hrabia Rostow — wykrzyknął Piotr radośnie. Jesteś zatem synem jego Stefanem. Wyobraź pan sobie, żem cię zupełnie nie poznał! Czy pamiętasz nasze wyprawy na Ptasie góry, w Towarzystwie pani Jacqot?... Dawne to dzieje!
— Mylisz się pan — poprawił go Borys zwolna i z uśmiechem drwiącym cokolwiek. Nazywam się Borys i jestem synem księżnej Trubeckoj. Hrabiemu Rostow na imię Stefan, a jego synowi Mikołaj. Nie znałem zaś nigdy w życiu żadnej pani Jacqot.
Piotr potrząsł głową, machając rękami, jakby chciał rozpędzić ćmę komarów lub rój pszczół.
— Ah! mój Boże! czy to możebne? Pomięszałem wszystko w czambuł. Tylu bo mam krewnych w Moskwie. Jesteś tedy Borysem... Tak, tak... wychodzę nakoniec z labiryntu... Powiedz mi też, co sądzisz o wyprawie bulońskiej? Anglicy będą mieli twardy orzech do zgryzienia, jeżeli uda się Napoleonowi przepłynąć cieśninę Kaletańską. Ja myślę że wyprawa powiedzie się świetnie... Byle Villeneuve nie skrewił i spisał się gracko...
Borys nie czytający dzienników, nic a nic nie wiedział o przygotowującej się wyprawie, a nazwisko Villeneuve’a słyszał również pierwszy raz w życiu.
— Tu, w Moskwie — mówił dalej tonem lekko drwiącym — objady, wieczory, ploteczki skandaliczne, zajmują nas o wiele więcej, niż wiadomości z dziedziny polityki. Nic zatem nie wiem o europejskich sprawach politycznych, i co prawda, wcale się o nic nie troszczę. Obecnie całe miasto zajęte wyłącznie tobą panie i hrabią Bestużewem.
Piotr odpowiedział mówiącemu swoim najmilszym uśmiechem. Miał jednak minę trochę spłoszoną, jakby lękał się, czy Borys nie wyrwie się z jakiemś słówkiem niedyskretnem? Ten atoli wyrażał się sucho, tonem urzędowym niejako, nie odrywając wzroku od niego.
— Moskwa nie ma nic lepszego do roboty — kończył Borys. — Każdy radby wiedzieć, komu hrabia zostawi swój majątek kolosalny. Kto wie czy on jeszcze nas wszystkich nie pochowa? Co do mnie, życzę mu tego z całego serca!
— Tak, to bardzo przykre, bardzo bolesne — bąkał Piotr obawiając się ciągle jakiegoś pytania nadto drażliwego.
— I pan przypuszczasz zapewne — Borys zarumienił się przy tych słowach, zachowując jednak ton spokojny i umiarkowany — że każdy z krewnych bliższych i dalszych, radby również otrzymać cokolwiek z tego spadku miljonowego.
— Oho! zaczyna! — Piotr pomyślał.
— Otóż chciałem właśnie pana zapewnić, że omyliłbyś się najzupełniej, stawiając mnie z moją matką, w jednym rzędzie z tymi tam ludźmi. Pański ojciec jest niesłychanie bogaty, a my bardzo ubodzy. Z tej przyczyny, nie uważałem go nawet nigdy za krewnego. Ani ja, ani matka, nie poprosimy go nigdy o nic, i nie przyjęlibyśmy od niego ani szeląga!
Piotr czas jakiś nie mógł zrozumieć o co tamtemu właściwie idzie. Nagle, pochwycił silnie i jak zawsze niezgrabnie rękę Borysa, czerwony ze wstydu i pomięszania.
— Czy podobna? — wykrzyknął. — Czy można przypuszczać żebym ja... lub inny?...
— Przebacz mi pan, ale musiałem mu to powiedzieć, leżeli ci tem przykrość sprawiłem, chciej wierzyć, że nie miałem, chroń Boże, zamiaru obrazić pana. — Borys zaczął Piotra uspokajać, zamieniwszy z nim rolę najzupełniej. — Otwartość jest moją zasadą... Cóż mam odpowiedzieć? Przyjmujesz pan zaproszenie na obiad do hrabstwa Rostowów?
Borys zrzuciwszy tym sposobem ciężar z serca i obarczając nim kogoś drugiego, pozbył się szczęśliwie fałszywej i dwuznacznej sytuacji, stał się więc natychmiast wesołym, swobodnym i najmilszym towarzyszem, jak zazwyczaj.
— Posłuchaj mnie pan — przemówił Piotr uspokojony — jesteś szczególnym człowiekiem. To, coś zrobił przed chwilą, jest dobrem, najlepszem w świecie. Nie znasz mnie, rzecz naturalna... Nie widzieliśmy się od tak dawna... od naszych latek dziecięcych... Mogłeś zatem przypuszczać... rozumiem pana doskonale. Ja niebyłbym zdobył się na coś podobnego, nie miałbym dość odwagi po temu, ale to nie mniej jest doskonałem. Czuję się uszczęśliwiony znajomością z panem. To przecież dziwne — dodał uśmiechając się po chwili milczenia — sądziłeś, że ja... urwał śmiechem głośnym wybuchając. — Koniec końców, zaznajomimy się bliżej, nieprawdaż? Proszę cię o to usilnie — ścisnął mu rękę najserdeczniej. — Czy uwierzysz, żem hrabiego dotąd nie widział? Nie spytał się o mnie... Żałuję go, jak zresztą każdego człowieka, cóż jednak na to poradzić?... Sądzisz pan zatem na serjo, że Napoleon będzie miał dość czasu, aby przewieść całą swoją armię przez cieśninę Kaletańską.
Tu Piotr zaczął mu wykładać szeroko i długo, wszelkie korzyści, jak i strony ujemne, projektowanej wyprawy bulońskiej.
Zanim zdołał wywód skończyć wszedł lokaj, aby zapowiedzieć Borysowi, że matka czeka na niego już w powozie. Pożegnał więc Piotra, który przyrzekł mu solennie, za rękę ściskając, że przyjdzie na obiad do Rostowów. Piotr przechadzał się jeszcze czas jakiś po swoim pokoju, nie walcząc więcej z wrogami niewidzialnymi. Uśmiechał się błogo i czuł się oczarowanym. Z powodu, zapewne że był bardzo młodym i zupełnie osamotnionym, pokochał od razu najserdeczniej, bez przyczyny właściwie, tego młodzieńca tak inteligentnego i sympatycznego; zdecydowany wejść z nim w stosunek przyjaźni najściślejszej.
Książę Bazyli odprowadzał księżnę, która twarz w łzach skąpaną chustką zasłaniała.
— Okropność, coś przerażającego — szeptała głosem stłumionym — spełnię jednak powinność moją do ostatka. Powrócę aby czuwać nad nim, niepodobna tak go zostawić... każda sekunda jest drogocenną. Nie pojmuję, że jego siostrzenice mogą jeszcze czekać na coś... Za łaską i z pomocą Bożą, znajdę może sposób przygotować go na drogę wieczności... Adieu, książę kochany, niech Was Bóg ratuje!
Adieu, moja droga — odrzucił z nonszalancją książę Bazyli.
— Ah! znajduję się w stanie okropnym — rzekła do syna, skoro usiadł obok niej w karecie — nie poznaję już nikogo.
— Nie mogłem mamo przeniknąć, mimo chęci najlepszych, jaki właściwie zachodzi stosunek między hrabią a Piotrem?
— W testamencie znajdzie się rozwiązanie zagadki, mój drogi... I nasz los będzie od tego zależał.
— Cóż mamę upoważnia do nadziei, że może i nam coś zapisał?
— Ah dziecię moje! on taki bogaty a my tak bardzo ubodzy!
— To mnie jeszcze bynamniej nie przekonywa, szczerze wyznaję mamie kochanej...
— Mój Boże! mój Boże! jakiż on strasznie chory — powtarzała księżna głosem drżącym.





XVII.

Po odjeździe Anny Michałówny z synem, hrabina Rostow, ujrzawszy się samotną, wpadła w głęboką zadumę, ocierając kiedy niekiedy oczy łez pełne. Zadzwoniła nareszcie.
— Zdaje mi się moja panno — przemówiła sucho i ostro do wchodzącej nie dość szybko pokojowej — że zaczynasz opuszczać się w służbie. Dobrze zatem, poszukam sobie kogoś gorliwszego w pełnieniu swoich obowiązków.
Hrabina była okropnie zdenerwowaną. Smutek i wstydliwe ubóstwo jej serdecznej przyjaciółki wprawiły ją w humor najfatalniejszy. Można się było tego domyśleć z łatwością, po jej tonie surowym i przemawianiu do pokojowej przez... „moja panno“.
— Błagam jaśnie panią o przebaczenie! — bąknęła służąca przerażona.
— Poproś do mnie pana hrabiego.
Mąż przybył niebawem, kołysząc się z nogi na nogę, zbliżał się do żony z pewną nieśmiałością.
— Ho, ho! moja droga, mała hrabino, jaką będziemy mieli dziś potrawkę z jarząbków w maderze dynstowaną, powiadam ci, tylko palce po niej oblizywać. Kosztowałem właśnie coś, duszko. Płacę Tarasowi tysiąc rubli rocznie, ale wart więcej, na prawdę.
Usiadł obok żony. Jedną ręką gładził łysą czaszkę, drugą uderzył się po kolanie z miną tryumfatora.
— Czego życzy sobie moja mała hrabina?
— Oto, mój drogi... ale co to, plama na twojej kamizelce? — wskazała palcem. — Pewnie sos z jarząbków? — dodała z uśmiechem. — Potrzebuję pieniędzy, hrabio kochany.
Twarz Rostowa przeciągnęła się mocno.
— Oho! no, proszę... potrzebujemy zatem pieniędzy?...
Zaczął szukać po kieszeniach pugilaresu z widocznym niepokojem.
— Dużo mi potrzeba... pięćset rubli — szepnęła wycierając plamę na kamizelce własną chusteczką, batystową.
— Zaraz duszeczko, natychmiast! Hej! jest tam który? — krzyknął z pewnością niewzruszoną człowieka, wiedzącego z góry że będą mu ślepo posłuszni i przylecą galopem na głos pana wszechwładnego. — Zawołać Miteńki! Ruszaj!
Miteńka, jak już o tem wspomnieliśmy wyżej, szlachcic był, wychowany od dziecka przez hrabiego. Oddał mu też on z całem zaufaniem zawiadywanie i rządzenie wszelkiemi interesami. Przywołany wszedł krokiem wolnym, kłaniając się z uszanowaniem.
— Słuchaj serdeńko, wystaraj mi się o — tu się zawahał nieco — przynieś siedmset rubli... tak, siedm setek rozumiesz? Tylko uważaj, żeby banknoty były nowe. Nie przynoś mi jak ostatnim razem, szmat podartych i wywalanych. To dla hrabiny.
— Proszę cię kochanku, niech będą czyste, koniecznie! — dodała hrabina z westchnieniem.
— Kiedy wasza Ekscellencja, życzy sobie mieć pieniądze? bo czasy coraz... proszę jednak wcale się o to nie troszczyć — wtrącił czem prędzej Miteńka, uważając po minie hrabiego i jego oddechu przyspieszonym, że burza wisi w powietrzu. — Zapomniałem że... postaram się o nie natychmiast.
— Dobrze, doskonale! Oddasz je do rąk hrabiny. Co za skarb to chłopczysko! — rzekł hrabia odprowadzając go wzrokiem aż do drzwi — nic u niego nie jest niepodobnem, i to mi się właśnie w nim podoba. Bo koniec końcem tak być powinno...
— Ah! te pieniądze! te pieniądze! jak ich brak daje się nam nieraz odczuć boleśnie w życiu! Te tu przydadzą mi się niesłychanie, hrabio kochany.
— Wiemy wszyscy, mała hrabinko, że bardzo wiele pieniędzy wydajesz — zażartował hrabia i odszedł do siebie.
Dostała wkrótce siedm banknotów nowiusieńkich. Właśnie je przykryła chusteczką od nosa, gdy księżna Trubeckoj weszła do jej pokoju.
— I cóż duszko? — spytała hrabina z lekkiem wzruszeniem.
— Ah! co za okropne położenie moja droga! Nie do poznania, a tak z nim źle, tak bardzo źle! Zabawiłam kilka minut zaledwie i dwóch słów nie przemówiłam!
— Anusiu, na miły Bóg! nie odmawiaj mi! — wykrzyknęła nagle hrabina, cała czerwona i tak zmieszana, tak zawstydzona, że ta jej mina dziwnie odbijała od twarzy zwiędłej, zmęczonej i z wyrazem prawie ponurym.
Zdjęła szybko chusteczkę, podając pakiecik Annie Michałównie. Ta odgadła natychmiast, co to znaczyło i pochyliła się, żeby ująć hrabinę w ramiona.
— Na Boryska umundurowanie!
Stało się, i księżna objęła za szyję hrabinę z płaczem rzewnym. Dla czego obie płakały? Czy z powodu, że musiały troszczyć się o pieniądze, o tę kwestję tak podrzędną, gdy się kogoś kocha prawdziwie? A może też przypomniały sobie w tej chwili lata dziecięce, w których zawiązał się między niemi ten stosunek serdeczny, i swoją pierwszą młodość, szczęśliwą, swobodną!... Bądź co bądź, łzy płynęły im z ócz obficie, ale łzy słodkie, po których robi nam się lekko na sercu.





XVIII.

Hrabina Rostow siedziała w głównym salonie ze swojemi córkami i licznem gronem zaproszonych. Mężczyzn po części zabrał był hrabia do swego gabinetu, pokazując im pyszną fajczarnię i traktując tych, co palili, fajkami tureckiemi, na ogromnie długich, wiszniowych cybuchach. Kiedy niekiedy wchodził hrabia do salonu, aby spytać żonę, czy nie przybyła jeszcze Marja Dmytrówna Afrosimówna?
Marja Dmytrówna, przezwana ogólnie „strasznym dragonem w spódnicy“, nie posiadała ani tytułu, ani majątku. Miała nie mniej charakter niesłychanie otwarty i energiczny; zachowanie się jej było cokolwiek rubaszne, ale pełne naturalności. Znała ją osobiście carska rodzina. Zbierało się u niej najlepsze towarzystwo z całej Moskwy. Chociaż naśmiewano się z niej po cichu, opowiadając sobie na ucho rzeczy niestworzone o jej prawdomówności i wzięciu oryginalnem, bez ogródek i ceremonji, w czem miała dochodzić do granic ostatecznych; obawiano się jej powszechnie i szanowano pomimo tych przywar.
Paląc fajki w hrabiego gabinecie, rozprawiano wiele o wojnie zapowiedzianej oficjalnie i ogłoszonej w manifeście, wydanym z okazji nowego poboru do wojska. Dotąd wprawdzie, nikt z obecnych manifestu owego nie czytał, wiedziano jednak na pewno, że został ogłoszonym publicznie. Hrabia siedząc na otomanie, pomiędzy dwoma fajczarzami, którzy mówili puszczając dym z ust jednocześnie, nie odzywał się wcale, tylko kiwał głową, na prawo i lewo, słuchając obu z widocznem zadowoleniem.
Pierwszy z nich był ubrany po cywilnemu. Twarz żółcią nasiąknięta, pomarszczona, ogolona na czysto, zdradzała wiek prawie podeszły, pomimo stroju wykwintnego, według mody ostatniej. Usiadł wygodnie, na nogach podgjętych, bez żenady najmniejszej, jakby ktoś z domowników. Wciągał w siebie z hałasem, długiemi łykami i krzywiąc się niemiłosiernie, dym z cybucha wychodzący. Duży bursztyn na samym wierzchu, podnosił znacznie jego wierzchnią wargę. Szynszyn, stary kawaler obecnie, był bratem stryjecznym hrabiny Rostow. Uchodził na salonach w Moskwie, za wielce złośliwego, za język obosieczny, jak to mówią. Gdy rozmawiał, miał zawsze taką minę, jakby wyświadczał tem wielki zaszczyt słuchającemu. Drugi gość, młody oficerek z gwardji, świeży i różowy jak panienka, ślicznie ufryzowany, wystrojony z najwyższą kokieterją, na ostatni guzik, trzymał delikatnie końcem ust karminowych, bursztyn od cybucha, wypuszczając ze swojej ładnej buzi dym tytoniowy, w lekkich powiewnych kółeczkach. Był to porucznik Berg, z pułku Semenowskiego, do którego miał wrócić niebawem razem z Borysem. Nim to Nataszka prześladowała hrabiankę Wierę, nazywając go jej „narzeczonym“.
Hrabia Rostow wytężył uwagę. Było to jego rozrywką ulubioną, skoro nadarzyła mu się sposobność grać w bostona i słuchać jednocześnie rozmowy dwóch gadułów zacietrzewionych.
— Jakże wy to wszystko sobie układacie, wielce szanowny Alfonsie Karolowiczu? — cedził Szynszyn z przekąsem, pykając dym z fajki. Lubił on mięszać wyrazy ruskie z frazesami francuskiemi, co nadawało jego rozmowie charakter nader oryginalny. Rzucał najpospolitszemi wyrażeniami ruskiemi, za to dobierał najwyszukańszych frazesów francuskich. — Czy liczycie na pewną rentę, którą państwo będzie wypłacało waszemu oddziałowi i chcecie przytem coś dla siebie uciułać?
— Bynajmniej Pietrze Mikołajewiczu. Chcę jedynie wykazać, że daleko mniejsze korzyści przedstawia konnica niż piechota. Osądzicie zresztą sami moje położenie...
Berg mówił zwięźle, dobitnie, spokojnie i z ugrzecznieniem. Rozmowa tyczyła się zawsze jego osoby, i miała na celu jedynie jego własne sprawy. Jeżeli rozmawiano o czem innem, był w stanie milczeć całemi godzinami. Takie milczenie, ani jego nie żenowało, ani drugim wcale nie ciężyło. Za to ilekroć nadarzyła się po temu sposobność, wysuwał siebie na pierwszy plan, z widocznem i najwyższem zadowoleniem.
— Oto jakiem jest moje położenie, Pietrze Mikołajewiczu... Służąc w konnicy, nawet jako porucznik, nie miałbym więcej niż dwieście rubli na kwartał; obecnie zaś dostaję dwieście trzydzieści...
Berg uśmiechnął się z przymileniem, spojrzawszy tak na Szynszyna jak na Rostowa śmiało i ze spokojem wzruszonym. Zdawać się mogło, że jego karjera i powodzenie, powinny stanowić cel jedyny życzeń całego świata.
— W gwardji zresztą, jestem ciągle na widoku. Urlop także można łacniej tam dostać niż gdzieindziej. Nietrudno pojąć, że nie mogłem utrzymać się z dwustu rubli na kwartał. W dodatku ile zdołam oszczędzić posyłam mojemu ojcu — tłumaczył dalej Berg, wypuszczając z ust dym tytoniowy...
— Prosty rachunek! — bąknął Szynszyn drwiąco, przesunąwszy bursztyn z jednego końca ust, w drugi. — Chuda fara, sam ksiądz pleban zębami dzwoni!... jak powiada przysłowie...
To mówiąc spojrzał na hrabiego Rostowa, który nagle śmiechem parsknął. Reszta towarzystwa, uważając, że Szynszyn zabiera się do mówienia, kołem otoczyła otomanę, na której siedział. Berg, wyższy po nad jakieś tam drwinki i przycinki, jakby nie przypuszczał, żeby mógł być ich celem, wyliczał dalej korzyści, które zapewnił sobie przenosząc się do gwardji. Najprzód jedną rangę wyżej, od innych swoich towarzyszy. Podczas wojny, mogłoby się łatwo zdarzyć, że zabiłoby dowódcę szwadronu, a wtedy on, jako najstarszy pomiędzy porucznikami, objąłby natychmiast dowództwo, tem łatwiej staćby się to mogło, że jest bardzo lubianym w pułku, i jego tatko pyszni się nim niesłychanie. Opowiadał z rozkoszą o tem wszystkiem, nie omijając żadnego szczegółu. Nie domyślał się widocznie, że możnaby znaleźć na świecie temat do rozprawy więcej ogół interesujący. W jego samolubstwie naiwnem, było coś tak szczerego i naturalnego, że tem rozbrajał swoje audytorjum.
— Koniec końców, mój drogi, gdziekolwiek będziesz, czy w konnicy, czy w piechocie, nie zginiesz, ręczę ci za to! — rzekł Szynszyn uderzając go poufale po ramieniu.
Berg uśmiechnął się zadowolony i przeszedł do salonu wraz z hrabią.
Była to chwila, poprzedzająca zapowiedź objadu. Wtedy nikt nie spieszy się nawiązywać rozmowy, bo każdy oczekuje smacznej „zakuski“. A właściwie powinnoby się rozmawiać, jeżeli już nie dla czego innego, to aby pokryć niecierpliwość, czemu objadu nie dają. Zwykle w takiej chwili złowrogiej, gospodarstwo zamieniają z sobą spojrzenia rozpaczliwe, i nieznacznie wzruszają ramionami. Goście ze swojej strony, widząc doskonale te nieme znaki, łamią sobie głowę nadaremnie, żeby odgadnąć przyczynę spóźnienia: Czy to dzieje się skutek nieprzybycia jakiejś ważnej osobistości, jakiego bogatego wujaszka, lub ciotuni, po których spodziewają się spadku, czy też z powodu, jakiego zajścia fatalnego i nieporządku w państwie kuchennem?
Piotr właśnie wszedł do salonu. Usiadł ciężko i niezgrabnie na pierwszym fotelu, który znalazł się na jego drodze. Hrabina siliła się nadaremnie, żeby wciągnąć go w dłuższą rozmowę. Odpowiadał jej tylko „tak“, lub „nie“, patrząc w koło przez okulary, jakby pilnie szukał kogoś. Musiano uważać ogólnie, że jest w salonie figurą wielce zawadzającą; on jednak sam wcale tego nie dostrzegał. W towarzystwie każdy mniej więcej znał jego historją z niedźwiedziem i komisarzem od policji. Nie dziw też, że ten młodzieniec wzrostu niezwykłego, odpowiednio zbudowany, ciężki i niezgrabny, budził ciekawość powszechną. Jedni drugich pytali, jak to stać się mogło, żeby ten olbrzym taki na oko apatyczny i nieruchawy, mógł spłatać takiego figla, owemu urzędnikowi?
— Przybyłeś pan do nas niedawno? — spytała hrabina.
— Tak, pani — odrzucił lakonicznie, patrząc na lewo.
— Nie widziałeś się dotąd z moim mężem?
— Nie, pani — bąknął uśmiechając się bezmyślnie.
— Byłeś pan niedawno w Paryżu; to miasto musi przedstawiać wiele rzeczy ciekawych, nieprawdaż?
— Nadzwyczaj wiele...
Hrabina zrozpaczona rzuciła okiem na Annę Michałównę. Ta pochwyciła w powietrzu niemą prośbę o ratunek. Przysiadła się więc do młodego człowieka, usiłując głaz ożywić, ale to jej się wcale nie powiodło. Zaczynała o tem i owem, z różnych beczek, jak to mówią; wspomniała nawiasem o hrabiu Bestużewie i jego chorobie; Piotr jednak uwziął się wciąż odpowiadać „tak“ lub „nie“.
Inni goście wymieniali nawzajem frazesa urywane, bez związku, jak naprzykład: — „U Razumowskich... było to coś czarującego!... Pani nadto łaskawa!... Hrabina Apraksin...“ Nareszcie zerwała się uradowana gospodyni, biegnąc ku drzwiom do salonu przyległego. Z ust jej wyrwał się okrzyk, rozwiązujący zagadkę opóźnienia objadu.
— Marja Dmytrówna!
— W własnej osobie!... — odezwał się głos gruby i szorstki.
W tej samej chwili zjawiła się Marja Dmytrówna.
Prócz kilku matron w wieku podeszłym, podniosły się wszystkie panie i panny, na powitanie nowoprzybyłej.
Zatrzymała się na progu. Wzrostu wysokiego, mocno otyła i rysów twarzy wybitnych, raczej męskich, szła z głową dumnie podniesioną, którą otaczały pukielki siwych włosów, upiętych à la Sévigné. W latach co najmniej pięćdziesięciu, trzymała się dobrze, była zdrowa i krzepka. Nibyto poprawiając coś około rękawów przy staniku, z wielkiemi u ramion bufami, objęła jednem spojrzeniem bystrem i na wskroś przenikającem całe towarzystwo.
Marja Dmytrówna mówiła tylko po rosyjsku.
— Czołem przed tą, której święto dziś obchodzimy. Daj jej Boże zdrowie razem z całą rodziną — zawołała od progu, swoim głosem donośnym i prawie basowym. — Cóż dzieje się z tobą, stary grzeszniku? — spytała żartobliwie hrabiego, który pospieszył ucałować jej rękę. — Przyznaj się, że nudzisz się w Moskwie śmiertelnie. Tu bo niema gdzie polować z chartami, co... Cóż robić, mój drogi. Trzebaby zacząć zbierać dla tych ptaszątek — ręką wskazała panienki. — Gdy to jeszcze trochę podrośnie, musisz oglądnąć się dla nich za mężami... święty Boże, nie pomoże... I cóż mój kozaczku — zwróciła się do Nataszki, głaszcząc ją jedną ręką po twarzyczce zarumienionej, podczas gdy dziewczynka jej drugą rękę z niekłamaną serdecznością do ust przyciskała, nie bojąc się wcale tego grenadjera w spódnicy. — Istny djabełek, ta mała — machnęła ręką — ale nie mniej kocham ją całem sercem.
Sięgnęła do ogromnego, aksamitnego ridicule’u, a wyjąwszy z jego głębin pudełeczko ze ślicznemi kolczykami brylantowemi, przy których były wisiorki z pereł w kształcie dwóch gruszek, ofiarowała je Nataszce rozpromienionej. Następnie zwróciła się do Piotra.
— Ho, ho! i ty tutaj kochasiu? Chodź no, chodź, przystąp bliżej — starała się głosowi nadać dźwięk słodki i ponętny, co jej przychodziło z wielką trudnością. — Chodźże raz... To mówiąc podnosiła rękawy, ruchem groźnym: — Jedna jedyna, rąbnęłam nieraz prawdę w oczy twojemu ojcu, skoro nadarzyła mi się sposobność po temu. I tobie nie myślę prawdy owijać w bawełnę. Tego żąda sam Bóg.
Umilkła, a całe towarzystwo słuch wytężyło, czekając na to co miało nastąpić.
— Nie ma co mówić, prowadzisz się zachwycająco, chwacki z ciebie chłopak. W chwili kiedy twój ojciec dogorywa, złożony ciężką chorobą, ty zabawiasz się przywiązywaniem komisarza od policji do grzbietu niedźwiedzia. To nieprzyzwoicie, nieprzyzwoicie, rozumiesz młokosie? Wolałbyś raczej wstąpić do wojska i pójść na wojnę...
Pokazała mu plecy, podając rękę gospodarzowi domu, który ledwie mógł się wstrzymać od śmiechu.
— A teraz siadajmy do stołu — zawyrokowała apodyktycznie — sądzę że czas najwyższy...
Hrabia poszedł przodem, prowadząc do objadu Marją Dmytrównę. Za nimi szła hrabina Rostow z pułkownikiem od huzarów. Trzeba było ugrzeczniać tę osobistość, miał bowiem Mikołajowi służyć za przewodnika i zawieść go do pułku. Szli dalej parami: Anna Michałówna z Szynszynem, Berg z Wierą; słodko uśmiechnięta Julja Karagin z Mikołajem, za nimi reszta towarzystwa. Na końcu szły dzieci z nauczycielami i guwernantkami. Służba bardzo liczna, rzuciła się do krzeseł. Odsuwano je i przysuwano z hałasem. Muzyka zabrzmiała na galerji u góry, sala bowiem była na dwa piętra wysoką i wszyscy zasiedli w koło stołów. Tony orkiestry, zagłuszył wkrótce brzęk nożów i widelców, gwar rozmów i krzątanie się po sali zgrai służebnej. Hrabina siedziała na jednym końcu stołu, mając obok siebie po prawej stronie Marję Dmytrównę, po lewej Annę Michałównę. Naprzeciw niej zajął krzesło mąż, obok niego po prawej ręce pułkownik, po lewej Szynszyn. Reszta gości rozmieściła się według własnej woli i fantazji. Pośrodku siedziała młodzież: Wiera z Bergiem, Piotr i Borys; naprzeciw nich dziatwa z nauczycielami i guwernantkami.
Hrabia kiedy niekiedy rzucał okiem na żonę i na jej czepek olbrzymi, z niebieskiemi kokardami, który przebłyskiwał z pomiędzy karafek kryształowych butelek z winem i koszów srebrnych z owocami. Hrabia był zresztą zajęty gorliwie dolewaniem wina sąsiadom najbliższym, przyczem i o sobie nie zapominał. Hrabina spozierała także ku mężowi, o ile mogła dojrzeć go pomiędzy liśćmi ananasów i stosami innych owoców najwyszukańszych. Czoło Rostowa odbijało od jego siwej czupryny, świecąc zdaleka barwą karmazynową. Kobiety świegotały bez przestanku, jakby szły o zakład, która którą przegada. Po stronie męzkiej, podnoszono głos coraz bardziej i robiło się coraz gwarniej. Najgłośniejszym był pułkownik od huzarów. Ten jadł ogromnie, a pił jeszcze lepiej, wkrótce też twarz jego poczerwieniała jak piwonja. Hrabia stawiał go na przykład innym gościom. Berg tłumaczył Wierze, z czułym uśmiechem, że miłość z nieba przychodzi, niema zatem z ziemią żadnej styczności. Borys był zajęty wymienianiem nazwisk osób nieznanych Piotrowi, przyczem rzucając spojrzenia wymowne na swoje vis a vis, na Nataszkę rozpromienioną. Piotr i teraz mówił nie wiele; przypatrywał się raczej uważnie osobistościom, których nie znał i jadł za czterech. Z dwóch zup, które dano mu do wyboru, wybrał żółwiową. Później zaś, zacząwszy od kulibiaki, aż do sławnego pasztetu z jarząbków, nie opuścił żadnego półmiska i nie odrzucił ani jednego kieliszka wina, które marszałek nalewał mu bez ustanku. Ten trzymał z gracją butelkę w serwetę owiniętą i szeptał do ucha tajemniczo:
— Madera... reńskie... tokaj... burgunder...
Piotr pił na przemian z wszystkich czterech kieliszków o rozmaitych kształtach i barwach ozdobionych herbem hrabiego, które ustawiono szeregiem przed każdym biesiadnikiem. Im liczniejsze były kieliszki, tem bardziej wzmagała się jego uprzejmość i serdeczność dla najbliższego otoczenia. Nataszka badała wzrokiem Borysa, z zawziętością, do której są tylko zdolne w tym wieku dziewczątka, gdy mają już miłostkę, a szczególnej gdy pocałują po raz pierwszy, wymarzonego bohatera. Piotr prawie nie zwracał na nią uwagi. Ilekroć jednak rzucił spojrzenie na tę dzieweczkę, z oczami namiętnie płonącemi, o mało nie parsknął śmiechem szalonym.
Mikołaj zdala od Soni, siedząc obok ładnej i zalotnej Julki, rozmawiał z nią żywo i z uśmiechem. Sonia uśmiechała się również, choć zazdrość ją dławiła. Na przemian to bladła, to czerwieniała i wysilała wszelkie władze umysłowe, aby odgadnąć o czem też rozmawiają. Najstarsza z guwernantek, z miną kwaśną i z czołem chmurnem, wyglądała na kwoczkę wodzącą cudze kaczęta, ale nie mniej gotową rzucić się odważnie na każdego, ktoby je chciał zaczepić i oczy mu wydziobać. Guwerner, niemiec, usiłował zapamiętać nazwiska potraw i tytuły win, które przed nim defilowały, aby opisać ten cały bankiet szczegółowo swojej rodzinie. Niemiec był tem dotknięty do żywego, że marszałek zawsze go pomijał i wina wcale mu nie nalewał. Udawał jak mógł, że o to nie dba bynajmniej, bo wina właściwie nigdy nie pija. Jeżeliby którego skosztował, to chyba z ciekawości uczonego, aby umieć później rozpoznać rozmaite jego gatunki.





XIX.

Po stronie męskiej rozmowa stawała się coraz głośniejszą. Pułkownik wspomniał o manifeście, zapowiadającym wydanie wojny. W Petersburgu ogłoszono go publicznie, do Moskwy zaś wysłano z nim kurjera umyślnego, z rozkazem doręczenia manifestu główno-dowodzącemu jenerałowi.
— Jaka też gwiazda złowroga popycha nas do wojny z Napoleonem — wykrzyknął Szynszyn. — Skroił on już Austrji, oby teraz nie przyszła kolej na nas!
Pułkownik, tęgi, tłusty i czerwony niemiec, zresztą dobry żołnierz i oddany carowi duszą i ciałem, mimo obcego pochodzenia, oburzył się wielce na te słowa:
— Złowroga gwiazda — zaprotestował energicznie, wymawiając najśmieszniej w świecie słowa ruskie. — Nie wolno tak się odzywać, skoro nasz pan najmiłościwszy wie, dla czego wojnę wydaje. Powiada on w swoim manifeście, że nie może pozostać obojętnym w obec niebezpieczeństwa Rosji grożącego i że wymaga tego godność i świętość aljansów!... — dodał z naciskiem, podkreślając słowo alianse, jakby w niem tkwił punkt ciężkości kwestji roztrząsanej.
Następnie dzięki pamięci fenomenalnej, wyćwiczonej widocznie oddawna do recytowania edyktów urzędowych, zaczął powtarzać dosłownie początek manifestu:
„Życzeniem jedynem, celem, do którego car dąży stale i niezachwianie, jest przywrócenie całej Europie pokoju trwałego. Aby ten cel osiągnąć, decyduje się wysłać za granicę państwa część wojsk swoich“.
— Oto racja stanu, Piotrze Mikołajewiczu — dodał pułkownik wychylając duszkiem kielich wina, jakby na poparcie tych słów.
— Znacie panie pułkowniku nasze przysłowie: — „Siedź babo pod piecem i pilnuj swojej kądzieli“ — bąknął Szynszyn ironicznie. — To i do nas w tym wypadku można doskonale przystosować. Pomyśleć, że nawet Suwarow został pobity na głowę... a pytam się gdzie obecnie szukać mamy takich Suwarowów? — mówił ciągle po rusku. — Powinniśmy bić się do ostatniej kropli krwi, punktum basta! — pułkownik wyciął pięścią w stół z całej siły — i zginąć za naszego cara! Tego nam potrzeba, a nie rezonowań — wymówił znowu z naciskiem słowo ostatnie, zwracając się do Rostowa. — My, stare huzary, słuchamy ślepo rozkazu, i na tem kwita! A ty młodzieńcze i nowozaciężny huzarze, co o tem sądzisz? — zagadnął Mikołaja, który zapominał zupełnie o bawieniu swojej sąsiadki, tak słuch wytężał, aby z rozmowy owej nie utracić ani jednego słowa.
— Podzielam zdanie pana pułkownika — Mikołaj stanął cały w płomieniach, obracając talerzem tak gwałtownie, że o mało kieliszków nie potłukł. — Jestem najmocniej przekonany, że my, Rosjanie, powinniśmy zwyciężyć lub zginąć...
Jeszcze frazesu nie dokończył, a już odczuł całą jego śmieszność: był napuszysty, przesadny i niewłaściwie użyty.
— Powiedziałeś to prześlicznie, Mikołaju Stefanowiczu — szepnęła mu Julja do ucha z czułem westchnieniem. Sonia drżąc nerwowo, słuchała go z zachwytem w oczach, cała zarumieniona. Piotr głową przytakiwał im obydwom.
— To się nazywa mówić — rzekł cicho.
— Jesteś dzielnym młodzieńcem i prawdziwym huzarem — pułkownik zaczął na nowo walić w stół pięścią, aż wszystko co stało na nim w górę podskoczyło.
— Hej! tam, na końcu, co znaczy ten hałas piekielny...
To Marja Dmytrówna spytała, głos podnosząc, niby trąba jerychońska...
— Po co walisz w stół, pułkowniku? Czem on ci zawinił? Tak się unosisz, jak gdybyś szarżował Francuzów!
— Mówię szczerą prawdę — mruknął stary huzar.
— Rozprawiamy o wojnie! — wykrzyknął Rostow — bo trzeba ci wiedzieć Marjo Dmytrówno, że mój syn wstępuje do wojska.
— Ja mam w armji moich czterech wisusów i nie narzekam na wojnę. Wszystko w ręku Boga! Umieramy gdy przyjdzie pora, spokojnie na piecu,[2] a wychodzimy nieraz cało i zdrowo z bitwy najkrwawszej — grzmiała dalej Marja Dmytrówna, głusząc wszystkich w około.
Gdy mówić przestała, rozmowa szła dawnym torem, osobno gwarzyły kobiety, a osobno mężczyźni między sobą.
— A ja ci powtarzam, że nie zapytasz się o to — szeptał Nataszce do ucha jej mały braciszek.
— Przekonasz się zaraz! — odrzuciła Nataszka...
Z twarzyczką rozpłomienioną, z minką figlarną i rezolutną, zerwała się na równe nogi, mrugając na Piotra, żeby zwrócić jego uwagę na to co miała powiedzieć.
— Mamo! — zawołała śmiało, swoim dziecięcym głosikiem dźwięcznym i świeżym.
— Czego chcesz? — drgnęła hrabina nerwowo, przeczuwając jakąś swywolę, po wyrazie twarzy dziewczynki. Pogroziła jej palcem, siląc się na surowość i potrząsała głową z najwyższem niezadowoleniem.
Umilkły naraz wszystkie rozmowy.
— Mamo, co będziemy mieli na leguminę? — spytała mała figlarka bez wahania.
Nadaremnie matka starała się ją zatrzymać.
— Ty, ty kozaku! — krzyknęła Marja Dmytrówna, grożąc jej również palcem.
Goście patrzyli jeden na drugiego. Starsi nie wiedzieli jaką minę zrobić.
— Pytam co będziemy mieli słodkiego? — powtórzyła Nataszka nie zmięszana wcale i najpewniejsza, że figiel spłatany ujdzie jej bezkarnie.
Sonia i Piotr olbrzymi, dusili się od śmiechu.
— A zatem słyszałeś, żem spytała na głos cały — odszepnęła bratu tryumfująco swywolnica, spojrzawszy znowu na Piotra.
— Podadzą lody, ale ty ich za karę nie dostaniesz — zawołała Marja Dmytrówna.
Widząc że i z tej strony nie ma się czego obawiać, Natasza spytała wprost tę ostatnią.
— Jakie lody? Byle nie śmietankowe, bo tych nie cierpię!
— Może wolisz z marchwi? — bąknęła drwiąco Marja Dmytrówna.
— Nie, nie, chcę wiedzieć koniecznie z czego będą lody! — wolała Nataszka coraz głośniej.
Hrabina Rostow i wszyscy goście śmiechem wybuchnęli. Nie tyle zabawił ich koncept Marji Dmytrówny, co śmiałość i zręczność młodej dzieweczki, która dotrzymała placu nawet takiemu jak ona Herodowi.
Uspokoiła się mała figlarka, gdy jej odpowiedziano w końcu, że podadzą lody ananasowe. W chwilę później ponalewano szampana, muzyka zagrała grzmiącą fanfarę, hrabia Rostow poszedł do żony z kieliszkiem w ręce, i ucałowali się serdecznie. Powstali wszyscy od stołu, pijąc najprzód zdrowie solenizantek, potem trącając się kieliszkami, jedni z drugiemi, z dziećmi, a nawet z guwernantkami i guwernerami, którym również dano szampana. Służba znowu z hałasem zaczęła krzesła odsuwać i biesiadnicy z twarzami mocno zaczerwienionemi, przeszli z sali jadalnej do głównego salonu, w tym samym co wpierw porządku.





XX.

Stoły do kart stały gotowe w apartamencie hrabiego. Zaczęto zbierać do partji bostona. Hrabia, z talją kart przed sobą, rozrzuconą w kształcie wachlarza, patrzał w nią bezmyślnie. Była to chwila jego drzemki poobiednej, teraz więc silił się nadaremnie, aby senność pokonać, która go prawie ubezwładniała. Nic nie mówiąc, wybuchał tylko śmiechem raz po raz, zupełnie bez powodu. Młodzież uprowadzona przez panią domu, skupiła się w głównym salonie obok harfy i fortepianu. Julja po wielkich i usilnych proźbach całego towarzystwa, zagrała wreszcie na harfie piękny utwór ze sztucznemi warjacjami. Potem przyłączyła się do reszty gości, aby namówić do śpiewu Mikołaja i Nataszkę. Znano bowiem powszechnie ich talent do muzyki. Nataszce wprawdzie to wielce pochlebiało, że zaczynają uważać ją za pannę dorosłą, była jednak mocno onieśmielona na myśl, że ma śpiewać przed tylu osobami.
— Co zaśpiewamy? — spytała.
Źródło — odrzucił brat.
— A więc dobrze, zaczynajmy. Borys! chodź tu, stań blisko mnie. Gdzie Sonia, żeby nam zaakompaniowała?
Spostrzegłszy teraz dopiero nieobecność przyjaciółki serca, Natasza wybiegła pędem z salonu, aby ją odszukać i udała się najprzód do Soni pokoju. Ten był próżny zupełnie. W sali do nauk tak samo nie było nikogo. Zrozumiała w lot, że Sonia musi siedzieć na kanapce w kurytarzu. Było to miejsce przeznaczone raz na zawsze, do bolesnych wynurzań w żeńskiej rodzinie Rostowów. Była pewną, że tam Sonię zastanie. Ta rzuciła się rzeczywiście na kanapkę w postawie pół leżącej, z twarzyczką ukrytą w dłoniach i płakała łzami rzewnemi. Nie zwróciła nawet uwagi, na śliczną powiewną sukienkę z gazy różowej, mnąc takową niemiłosierne. Jej chude dotąd ramiona i wąskie plecy, obnażone według mody, drzały od łkania kurczowego. Główkę całą prawie schowała w brudną poduszkę, powleczoną perkalikiem w ciemne paski, którą zabrała mimochodem z łóżka swojej poczciwej piastunki. I twarz Nataszki, dotąd tak ożywiona i promienista, zasępiła się nagle. W Sonię łkającą spazmatycznie wpatrzyła się wzrokiem przerażonym, żyły w cienkiej szyjce zaczęły jej nabrzmiewać, a ust kąciki skrzywiły się, jakby i ona była bliską płaczu.
— Sonciu, co ci takiego? co się stało? Mówże na miły Bog! Oh! oh!
Nie wiele myśląc, sama rozpłakała się na dobre.
Próbowała Sonia, ale nadaremnie podnieść głowę i odpowiedzieć na pytanie. Jeszcze głębiej wcisnęła twarzyczkę w brudną poduszkę, łkając na głos cały. Nataszka usiadła obok niej, otoczyła ją czule ramieniem i zdołała uspokoić ją przynajmniej o tyle, że wyszeptała skargę żałosną, głosem stłumionym i łkaniem przerywanym.
— Mikołcio odjeżdża za tydzień... rozkaz dzienny już wydany do jego pułku... sam mi to powiedział... Nie płaczę jednak z tego powodu — dodała, pokazując papier z brzegami złoconemi i cały kwiatkami w górze umalowany. Na nim wypisał jej był Mikołaj, jakieś wierszyki miłosne. — Ty mnie nie możesz zrozumieć, i nikt w ogóle nie potrafi tak jak ja ocenić tej wzniosłej duszy!... Tyś szczęśliwa... nie sądź atoli że ci szczęścia twego zazdroszczę... Kocham ciebie, a i Borysa lubię jak brata. Miły z niego i serdeczny chłopak... Między wami nie będzie żadnej przeszkody... Między nami zaś zachodzi bliskie pokrewieństwo... trzebaby dopiero starać się o pozwolenie metropolity... inaczej niepodobna!... Zresztą, gdyby mateczka (Sonia uważała panią Rostow za matkę i nigdy jej inaczej nie nazywała)... gdyby jej się zdawało, że zawadzam Mikołce, że przeszkadzam mu do losu świetnego? Powiedziałaby żem niewdzięczna, żem istotą bez serca... a przecież Bóg mi świadkiem, kocham go nad życie własne... gotowam dla niego do ofiar największych... kocham i mateczkę i ciebie, wszystkich was... z żyjątkiem jednej Wiery... W czem ja jej zawiniłam, że tak mnie poniewiera, prześladuje?... Tak wam jestem wdzięczną, że radabym z duszy coś wam poświęcić, cóż, kiedy niczego nie posiadam!...
Tu Sonia wybuchła na nowo rzewnym płaczem, kryjąc twarz w poduszkę. Było widocznem po usiłowaniach Nataszki, aby Sonię z płaczu uspokoić i utulić, że pojmowała doskonale całą doniosłość jej boleści i rozżalenia, od którego serce jej pękało.
— Sonciu najdroższa! — szepnęła pieszczotliwie. Nagle odgadła całą prawdę. — Założyłabym się, że Wiera mówiła z tobą po obiedzie! Co? Wyznajże mi szczerze?
— Te tu wiersze, napisał dla mnie Mikołcio... a ja je sobie przepisałam tylko... Tamte odpisane znalazła na mojem biurku... Grozi mi że powie mateczce... Nazwała mnie szkaradną niewdzięcznicą... i że mateczka nigdy nie pozwoli na nasze małżeństwo! Mikołcio musi ożenić się z panną bogatą, taką naprzykład: jak Julja Karagin... Widziałaś jak jej Mikołka nadskakiwał przez dzień cały... Boże mój, Boże! dla czego tak być musi?... Powiedz mi Nataszko!...
I znowu zalała się łzami rzewnemi. Nataszka objęła ją miłośnie, zaczęła pieścić i całować, póki Sonia nie uspokoiła się cokolwiek i nie uśmiechnęła do niej słodko z poza łez.
— Nie wierz temu Sonciu kochana! Przypomnij sobie raczej, cośmy uradzili we trójkę z Mikołciem, wczoraj wieczór, po wieczerzy. Zadecydowaliśmy z góry i ułożyli wszystko, już dobrze nie pamiętam jak i którędy, ale tyle wiem, że nam szło gładko jak z płatka, i nie było najmniejszej przeszkody. Przecie brat wujaszka Szynszyna, ożenił się z rodzoną bratanicą, a my już tylko sobie stryjeczni, więc w trzecim stopniu pokrewieństwa. Borys utrzymywał również, że ta sprawa da się załatwić bez wszelkich trudności, bo mu opowiedziałam wszystko, rzecz naturalna. Ty wiesz jak on jest wykształcony, a przytem ma takie złote serce! Nie płacz Sonciu, moja gołąbeczko, moja najdroższa przyjaciółko...
Obsypywała ją pocałunkami śmiejąc się wesoło.
— Wiera zła, niepoczciwa... o tem wiemy od dawna, zostawmy ją zatem na boku, z niczem się przed nią nie zwierzając, ale mimo tego wszystko pójdzie dobrze i ona was przed mamą nie oskarży. Mikołko powie sam co zamyśla uczynić, Julka zaś ani mu w głowie! Wierz mi, Sonciu najdroższa...
Raz jeszcze ją serdecznie ucałowała i Sonia zerwała się nagle, z oczami promieniejącemi na nowo szczęściem i nadzieją najświetniejszą na przyszłość. Była w tej chwili zupełnie podobną do młodego kotka, który czeka tylko na chwilę sposobną, aby skoczyć wszystkiemi czterema łapkami i popędzić za kłębkiem. Wszak cała jego rasa, umie tak wybornie igrać z kłębuszkiem.
— Ty zatem w to wierzysz na prawdę? Czyś gotowa przysiądz mi na to? — żywo zawołała, poprawiając czemprędzej włosy rozburzone i suknię zmiętą.
— Przysięgam ci najuroczyściej! — odrzuciła Nataszka z całą powagą, podpinając jeden z jej długich warkoczy, który spadał nadto nisko na szyję. A teraz eracajmy do salonu i zaśpiewajmy „Źródło” na cztery głosy — wykrzyknęły razem. — Biegnijmy! — Czy wiesz, że ten wielki i gruby Piotr, który siedział na przeciw mnie, jest bardzo śmieszny — zatrzymała się nagle Nataszka. — Oh! jak ja się bawię! jak ja się bawię paradnie!...
Puściła się galopem wzdłuż korytarza. Sonia biegła za nią, otrząsając pierze do sukni przyczepione. Twarzyczka jej pałała, oczy łzami obmyte, jeszcze większego blasku nabrały. Wiersze wsunęła za gors, umieszczając je na samem sercu.
Można domyśleć się z łatwością, że „Źródło” miało wielkie powodzenie. Mikołaj odśpiewał następnie solo, romans włoski, pod którego muzykę podłożył był własną poezją, umieszczoną na Soni serduszku.

„Kiedy Feb przyświeca w nocy
„Wtedy nie jest w mojej mocy
„Nie wzlatać myślą ku tobie
„Nie wspomnieć jak o tej dobie
„Po strunach arfy dźwięczących
„Z pod twoich paluszków drżących
„Płynęły tony czarowne
„Lecz dla mnie nie dość wymowne...
„Mnie trzeba innej rozmowy
„Bom nie zdolny oddać słowy

„Jak nad życie kocham ciebie.
„Gdy czuję cię blisko siebie
„Radbym w długim pocałunku
„Zbyć się całego frasunku..

Ledwie skończył, zagrzmiała na nowo muzyka ustawiona na galerji, dając hasło do tańcu. Młodzież płci obojej puściła się żwawo w pląsy, zrazu bez ładu i składu.
Szynszyn wziął Piotra w wyłączne posiadanie, zaraz po objedzie, był on bowiem dla niego kąskiem nader smaczniejszym, jako świeżo przybyły z Petersburga. Wdał się z nim właśnie w jakąś nudną rozprawę polityczną, gdy Nataszka weszła do ojca saloniku, dążąc prosto ku Piotrowi:
— Mama posłała mnie — dygnęła przed nim zarumieniona — z rozkazem, abym pana zaprosiła do tańca.
— Lękam się, czy nie pomylę się w figurach, skoro jednak raczysz być moją przewodniczką, Nataljo Stefanówno...
I podał rękę dzieweczce.
Podczas pauzy, gdy pary układały się i stawały na miejscu wyznaczonem, muzyka zaś stroiła instrumenta do nowego tańca, Piotr usiadł obok swojej damy malutkiej. Nataszka nie posiadała się z radości, na samą myśl, że będzie tańczyła z wysokim, dorosłym, mężczyzną, który w dodatku powrócił niedawno z za granicy; i będzie z nim rozmawiała, jak dojrzała osoba. Poruszała od niechcenia wachlarzem, który dano jej tymczasowo do trzymania, przybierając pozę niesłychanie swobodną i kokieteryjną. Bóg jeden wie, gdzie i kiedy podglądnęła i wyuczyła się czegoś podobnego. Gawędziła z żywością, i uśmiechała się zalotnie do swojego tancerza.
— Ejże! ejże! patrzcie tylko na tę małą! — wykrzyknęła hrabina Rostow przechodząc obok córki.
Nataszka spłonęła rumieńcem, śmiała się jednak dalej:
— Ależ mamo! Jaką możesz mieć w tem przyjemność żeby... Zresztą czyż to jest coś tak nadzwyczajnego?...
Tańczono trzeciego „angleza“ gdy Rostow i Marja Dmytrówna, grający z sobą dotąd w karty, w pokoju obok, odsunęli krzesła, aby przejść do głównego salonu. Za nimi pośpieszyło kilku starszych dygnitarzy, wyciągając członki strudzone i zbolałe długiem siedzeniem na jednem miejscu. Przed tem pochowali przezornie do kieszeń sakiewki i pugilaresy z pieniędzmi.
Marja Dmytrówna i jej partner, byli w humorze wyśmienitym. Rostow, jak prawdziwy baletnik, podał jej ramię z szarmanterją komiczną i cokolwiek przesadną, ona zaś dotknęła się z gracją tej podpory. Hrabia wyprostował się teraz z dumą i z młodzieńczą żywością. Czekał na koniec figury anglezowej, i po niej głośno zawołał na pierwszego skrzypka w orkiestrze:
— Hej! Semjon! a zagraj no mi, ale tak od ucha! Daniela Coopera, wszak pamiętasz, co?
Był to taniec ulubiony hrabiego, jedna z figur angleza, która mu przypominała lata jego pierwszej młodości.
— Proszę patrzeć na tatkę! — wykrzyknęła z całych sił Nataszka, a zapominając że tańczy z dorosłym mężczyzną, położyła główkę na jego ramionach, śmiejąc się serdecznie. Rzeczywiście wszyscy w salonie, patrzyli z ciekawością i zadowoleniem, na czerstwego i żwawego staruszka drepcącego wesoło obok imponującej tancerki, wyższej o głowę prawie od niego. Z ramionami zaokrąglonemi, z piersią na przód wydaną, z nogami w trzeciej pozycji, wybijał takt po posadzce. Twarz rozpromieniał mu uśmiech, przygotowujący niejako publiczność do tego, co miało nastąpić. Przy pierwszych dźwiękach porywających Daniela Coopera, które przypominały cokolwiek rytmem wesołego tropaka (taniec ulubiony w Rossji) drzwi wszystkie do salonu prowadzące, zapełniły się głowami, po jednej stronie służbą męską, po drugiej żeńską. Przybiegli zwabieni niezwykłem widowiskiem i wesołym wybrykiem swego pana.
— Ah, słodki Jezu! co to za orzeł, ten nasz jasny pan! — wykrzyknęła z zachwytem stara piastunka.
Hrabia tańczył mistrzowsko i pysznił się z tego. Co do jego damy, ta nigdy nie umiała, i nawet nie próbowała w życiu dobrze tańczyć.
Marja Dmytrówna, powierzywszy swojego ridicule’a, hrabinie Rostow, wyprostowała się sztywnie, stojąc na jednem miejscu nieruchoma jak prawdziwa olbrzymka. Jej potężne ręce zwisały bezwładnie wzdłuż boków mocno odstających. Dzięki uśmiechowi, przyklejonemu do ust i lekkiemu drżeniu nozdrzy zaróżowionych, jej twarz o linjach regularnych, ale z wyrazem ostrym i surowym, ożywiła się cokolwiek. Jeżeli tancerz zachwycał widzów, zwrotami pełnemi gracji, lekkości i najmniej spodziewanemi, swojemi entrechats, gdzieś aż pod sufitem ruch najlżejszy jego olbrzymiej damy, wprawiał nie mniej w podziw patrzących, i wywoływał głośne wykrzykniki i pochwały. Widzowie byli wdzięczni temu kolosowi, za każde balance, zwrot w lewo, lub w prawo, za lada ruszenie szerokiemi ramionami. Wtem wszystkiem potrafiła zachować powagę majestatyczną, stosowną do jej otyłości, co tem bardziej zachwycało i unosiło w siódme niebo zgromadzonych. Taniec tych dwojga ożywiał się coraz więcej. Reszta par stanęła zdumiona; a uwaga ogólna, skupiła się na dwóch podtatusiałych partenerach: Marji Dmytrównie i hrabiu Rostow. Nataszka ciągnęła damy za suknię, mężczyzn za poły od fraków, na chybił trafił, żądając koniecznie, aby patrzono i podziwiano jej „tatusia“, a Bóg świadkiem, że wszyscy oczy wytrzeszczali, o ile tylko mogli.
Czasem zatrzymywał się hrabia, wachlował się chustą, ocierał pot z czoła i huknął gromko na muzykantów, żeby raźniej grali. Potem puszczał się na nowo, kręcąc się w koło swojej damy, to na samych koniuszkach palców, to przeciwnie wybijając takt piętami. Nareszcie uniesiony młodzieńczym zapałem, gdy odprowadził na miejsce swoją damę i skłonił się przed nią z galanterją, podniósł jedną nogę i wykonał na zakończenie swoich ewolucyj choreograficznych, pyszną, przecudowną piruetę! za co mu nie szczędzono grzmiących oklasków i wybuchów śmiechu szalonego. Najgłośniej z wszystkich śmiała się Natasza.
Tak tancerz jak tancerka nie mogli z razu tchu złapać, ocierając pot kroplisty z czoła.
— Tak, moja droga! Za naszych czasów w ten sposób tańczono — hrabia zawołał.
— Hurra! niech żyje Daniel Cooper! — wykrzyknęła Marja Dmytrówna, skoro zdołała cokolwiek odsapnąć i podniosła w górę bufiaste rękawy.





XXI.

Gdy zaczynano siódmego z rzędu „angleza“ u Rostowów, muzykanci grali fałszywie z wielkiego zmęczenia jak przez sen, służba zaś wraz z kuchmistrzem, trzymając się ledwie na nogach, przygotowywała jednak sutą wieczerzę; hrabia Bestużew konał, tknięty po raz siódmy paraliżem. Ponieważ lekarze nie taili tym razem, że nie było najmniejszej nadziei ocalenia chorego, odczytano więc nad nim modlitwy spowiedne, dano mu Komunję i gotowano się do ostatniego Namaszczenia. Około jego łoża panował nieład, niepokój i trwoga, jak to zwykle bywa przy konających. Mnodzy agenci przedsiębiorców trudniących się pogrzebami, zwabieni ponętą wspaniałych ceremonji i hojnej zapłaty, cisnęli się jeden przez drugiego, do bramy wjazdowej. Starali się jednak ukryć pomiędzy nadjeżdżającymi powozami, które zatrzymywały się przed pałacem. Głównodowodzący jenerał w Moskwie, który w dzień przysyłał kilka razy swoich adjutantów, aby się dowiedzieć o chorego, pod wieczór przybył we własnej osobie, gdyż chciał pożegnać sławnego i znakomitego starca, współczesnego wielkiej Katarzynie i tejże niegdyś ulubieńca. Pyszna sala recepcjonalna była przepełnioną gośćmi najdostojniejszymi. Wszyscy powstali z uszanowaniem, gdy wszedł jenerał komenderujący. Ten zabawiwszy pół godziny w pokoju chorego, sam na sam z konającym, z powrotem przebiegł szybko salę, kłaniając się w prawo i w lewo, ścigany spojrzeniami ognistemi tu zgromadzonych.
Książę Bazyli, dziwnie blady i wychudły, odprowadzał go aż na schody i coś mu szeptał do ucha. Dopełniwszy tej powinności, upadł ciężko na krzesło najbliższe w głównej sali, przysłaniając sobie oczy dłonią. Wkrótce jednak zerwał się ruchem pełnym trwogi i niepokoju, i pospieszył długim korytarzem, na drugą stronę pałacu, do apartamentu starszej księżniczki, gdzie też znikł za drzwiami.
Osoby które w sali zostały, bądź szeptały między sobą, bądź nagle urywały cichą rozmowę, wpatrując się ciekawie w drzwi prowadzące do pokoju umierającego, ilekroć pokazał się ktokolwiek tam na progu.
— Nadszedł kres! — mruczał pod nosem stary ksiądz siedzący obok damy poważnej, która słuchała słów jego z czcią najwyższą. — Tak... zbliża się chwila stanowcza! Dłużej niepodobna zatrzymać duszy w tem biednem, schorzałem ciele!
— Czy nie będzie za poźno na ostatnie Olejem św. namaszczenie? — spytała matrona, udając że nie wie o niczem, i nie domyśla się niczego.
— To bardzo ważny Sakrament! — bąknął wymijająco ksiądz staruszek, gładząc się po łysem czole, na które nagarnął kilka siwych kosmyków.
— Któż to był? — pytano na drugim końcu sali. — Czy rzeczywiście komenderujący we własnej osobie?... Jak on jeszcze młodo wygląda!...
— A kończy lat siedmdziesiąt... — odezwał się ktoś trzeci. — Utrzymują, że hrabia stracił już przytomność... Zdaje się, że przystąpią do ostatniego Pomazania. — Znałem takiego, którego siedm razy namaszczano...
Wyszła teraz z pokoju wuja druga z rzędu księżniczka. Miała oczy zaczerwienione. Usiadła obok doktora Lorrain, który opierał się z gracją o słup marmurowy, pod portretem wielkości naturalnej, carowej Katarzyny.
— Prześliczna pogoda, księżniczko — przemówił lekarz — powietrze tak balsamiczne, że możnaby sądzić, iż jesteśmy na wsi a nie w Moskwie!
— Nieprawdaż? — odpowiedziała bezmyślnie z ciężkiem westchnieniem. — Czy wolno dać się napić choremu.
Lekarz zdawał się nad tem namyślać:
— Wypił lekarstwo?
— Tak jest.
Popatrzył na zegarek bregietowski:
— Weźmie pani szklankę wody przegotowanej i wrzuci w nią szczyptę — pokazał jaką, swojemi cieńkiemi paluszkami — cremortartari.
Ne pamieńtam casusu — potrząsł głową, przekręcając najfatalniej język rosyjski, drugi lekarz, niemiec — szeby chto szyl po trzecim hataku!
— Co to był za człowiek! — odrzucił oficer, do którego niemiec zwrócił się ze swoją uwagą. — Silny a jak dąb wysoki! Istny lew! Komu też dostanie się jego olbrzymi majątek? — dodał ciszej.
Snajdzie sze na to amator! — uśmiechnął się niemiec od ucha do ucha.
Otworzono znowu drzwi do pokoju chorego. Weszła tam księżniczka, z przygotowanym napojem według przepisu doktora Lorrain.
Niemiec zbliżył się do kolegi francuza.
Poczonknie mosze do rana szo pan myszli?
Lorrain wydął usta, i machnął ręką przecząco:
— Najdłużej do północy! — szepnął, uśmiechając się z dumą, na myśl o swojej wszechwiedzy, która pozwalała mu przepowiedzieć prawie na minuty, kiedy miała nastąpić śmierć u konającego.
Gdy książę Bazyli wszedł do pokoju starszej księżniczki, panował tam mrok zupełny. Paliły się jedynie mdłem światełkiem dwie lampki nocne przed ikonostasem[3] w rogu pokoju. Powietrze było przepełnione balsamiczną wonią kwiatów i silnemi, odurzającemi perfumami. Salonik był zagracony mnóstwem drobnych mebelków i sprzęcików, tak, że prawie przejść nie było którędy. Z po za fałdów zielonej adamaszkowej kotary, otaczającej łoże wysoko wyścielone, przezierał stos poduszek, powleczonych białemi jak śnieg poszewkami.
Mały piesek zaczął ujadać piskliwie.
— Ach! to ty kuzynie!
Wstała spuszczając pieska z kolan. Ruchem mimowolnym przygładziła dwa placki z włosów, tak z przodu sztywnie zlepione, jakby ich kto powerniksował. — Co się stało? — zawołała. — Tak mnie przestraszyłeś!
— Nic nowego, na razie — bąknął. — Wiecznie to samo... Przyszedłem porozmawiać z tobą Katynko, cokolwiek o sprawie naglącej...
Usiadł jak ktoś nadzwyczaj znużony, na karle, z którego ona zerwała się przed chwilą.
— Jak tu duszno u ciebie! No, usiądź blisko przy mnie i pogadajmy.
— Sądziłam, że zaszło coś nadzwyczajnego...
Usiadła na przeciw niego, gotowa słuchać co jej powie, z miną jak zwykle sztywną, surową i dowodzącą najwyższej nieczułości.
— Próbowałam zasnąć, ale nie byłam wstanie... — rzekła.
— Otóż, moja droga, cóż myślisz?... — zaczął książę Bazyli ostrożnie, z ogródkami, wziąwszy ją za rękę i zniżając stopniowo aż do kolan, według swego zwyczaju.
Ten wstęp choć krótki, miał wielką doniosłość i tyczył się spraw mnogich a ważnych. Kuzyn z kuzynką rozumieli się doskonale, gdyż znali na wylot jedno drugie.
Księżniczka, sucha i długa jak tyka, przytem brzydka i o rysach twardych, wielce niesympatycznych, zwróciła zwolna ku niemu swoje oczy zielonkowate, wiecznie wytrzeszczone, a bez wyrazu i zaczęła go badać. Następnie potrząsła głową i spojrzała na ikonostas. Można było tłumaczyć różnie ten rzut oka: jako dowód boleści i rezygnacji, lub też znużenia, znudzenia i nadziei zbliżającej się chwili odpoczynku, po fakcie dokonanym.
W ten sposób zrozumiał to książę Bazyli.
— Czy sądzisz, że ja tego nie odczuwam? Jestem zbity, zmordowany, jak stara szkapa dorożkarska! Musimy jednak pomówić nie o jednem, i to całkiem serjo...
Umilkł, a skrzywienie ust nadało jego fizjonomji wyraz wielce niemiły, niepodobny w niczem do owego słodko uśmiechniętego, który przybierał wobec obcych. A wzrok także mu się zmienił. Czytało się w nim jednocześnie: bezczelność i trwogę zabobonną.
Księżniczka przytrzymując oburącz na kolanach pieska warczącego, mierzyła go dalej wzrokiem na wskroś przenikającym, w głuchem milczeniu. Była zdecydowaną nie przemówić pierwsza, choćby książę Bazyli miał u niej siedzieć do rana.
— Widzisz, kochana księżniczko i kochana kuzyneczko — zaczął po chwili na nowo z widocznym wysiłkiem. — Trzeba myśleć o wszystkiem w podobnych wypadkach... Trzeba zastanowić się nad waszą przyszłością... kocham was wszystkie trzy, jakby moje własne córki, wiesz o tem dobrze...
Ponieważ księżniczka pozostała nieruchomą, zimną i nieodgadnioną, mówił tedy dalej nie patrząc więcej na nią. Tylko ruchem gniewnym i niecierpliwym odsunął od siebie mały gierydon, z bronzową podporą w kształcie trzech wężów splecionych z sobą misternie, i z ślicznym widokiem Rzymu, z mozajki florentyńskiej, obramowanej czarnym marmurem i bronzową galeryjką.
— Wiadomo ci, kochana Katynko, że wy trzy i moja żona nieboszczka, jesteście jedynemi prawnemi spadkobierczyniami w prostej linji. Pojmuję i odczuwam, na równi z tobą, o ile ten przedmiot rozmowy jest przykrym i bolesnym dla nas obojga... Mogę ci przysiądz na to!... Ale, moja duszko, mam lat pięćdziesiąt z okładem, musimy więc wszystko przewidywać, choćby nawet najgorsze!... Czy wiesz, że posłałem powóz po Piotra?... Hrabia żądał tego wyraźnie, wpatrując się uporczywie w jego portret...
Podniósł wzrok na nią, nic jednak nie oznaczało na jej twarzy marmurowej, czy słyszała w ogółe co mówił, czy też myślała w tej chwili o czem innem...
— Nie przestaję zasyłać do Boga modłów gorących — wtrąciła wymijająco — aby raczył pozwolić tej pięknej duszy wyjść z ciała bez wielkich cierpień, i osiągnąć wieczne zbawienie.
— Zapewne... ma się rozumieć! — bąknął książę, przyciągając tym razem ku sobie ruchem gwałtownym, najniewinniejszy w świecie gierydon. — Bądź jak bądź, oto co się dzieje... Znasz przecie całą sprawę... hrabia zrobił tej zimy testament, którym oddaje cały swój majątek Piotrowi, pomijając najzupełniej prawne spadkobierczynie...
— Oh! ile on w swojem życiu napisał testamentów! — odrzuciła siostrzenica z lodowatym spokojem. — W każdym razie, nie może urzędownie nic zapisać Piotrowi, bo on przecie jest podrzutkiem!
— Cóżbyśmy jednak poczęli, dajmy na to? — wykrzyknął książę żywo, przyciskając do siebie tak silnie gierydon nieszczęśliwy, że go o mało niepogruchotał. — Cóżbyśmy zrobili, gdyby hrabia prosił cara w liście poufnym, sekretnym, o pozwolenie legitymowania tego syna nieprawego łoża? Przez wzgląd na wielkie zasługi hrabiego, możeby mu nie odmówiono tej łaski.
Księżniczka uśmiechnęła się, dając tem do poznania, że wie więcej o tej sprawie, niżby się kto tego spodziewał, a szczególnie więcej od księcia Bazylego.
— Dodam jeszcze jeden szczegół: list został napisany, ale nie był dotąd wysłanym. Car jednak wie o nim. Idzie teraz głównie o to, żeby dowiedzieć się na pewno czy list istnieje w papierach hrabiego, czy też został zniszczonym?... Wtedy... gdy już będzie po wszystkiemu — (westchnął ciężko, podkreślając niejako znaczenie słów „po wszystkiemu“) — znajdą listy razem z testamentem, oddadzą carowi, ten uwzględni ostatnią proźbę zmarłego i Piotr odziedziczy po hrabi „urzędownie“ cały majątek!
— A nasza część? — spytała księżniczka szydersko, jakby nie podzielała wcale bojaźni i przewidywań pesymistycznych swojego kuzyna.
— Ależ to jasne jak słońce w południe, kochana Katynko! On zabierze wszystko, dla was zaś nie zostawi ani jednej kopiejki!... Tybyś o tem najlepiej wiedzieć powinna... Czy zniszczył testament wraz z listem? Jeżeli tego hrabia nie uczynił, gdzie mogą znajdować się te dokumenta? W takim razie trzebaby je zabrać zawczasu, ponieważ...
— Tegoby tylko brakowało! — przerwała mu, tym samym tonem zimnym i na pozór niewzruszonym. — Jestem tylko kobietą, według ciebie, kuzynie, głupią gęsią, jak my wszystkie. Tyle wiem jednak, że syn naturalny „un batard!“ — dodała po francusku, jakby ten wyraz, w tym języku wymówiony, pobijał zwycięzko wszelkie argumenta przeciwnika. — Otóż un batard! powtórzyła z naciskiem, nie może po nikim dziedziczyć!
— Nie chcesz widocznie zrozumieć mnie Katynko, bo wiem żeś sprytna i masz główkę nie od kształtu! Jeżeli car przyzwoli na legitymacją, Piotr zostanie uznany prawnie za hrabiego Bestużewa, i obejmie po zmarłym cały majątek. Jeżeli istnieje list i testament, tobie nic się więcej nie dostanie, prócz pociechy, żeś była dla wuja, dopóki żył, istotą, najlepszą, pełną poświęcenia, i tak dalej i tem podobnie... to pewne, jak dwa a dwa cztery!
— Wiem, że testament istnieje, ale wiem jednocześnie, że jest nielegalny. Kuzyn uważasz mnie widocznie za idjotkę! — odcięła księżniczka, przekonana, że była niesłychanie dowcipną i sarkastyczną.
— Kochana Katarzyno Semenówno! — Książe drgnął niecierpliwie — nie przyszedłem przekamarzać się z tobą, i prawić ci impertynencje, tylko rozmówić się serjo, o twoich własnych interesach. Jesteś dobrą, i miłą kuzynką, powtarzam ci zatem po raz dziesiąty, że jeżeli testament i list istnieją, i takowe znajdą obce ręce w papierach hrabiego, wtedy ty i twoje siostry, nie odziedziczycie po wuju ani jednej kopiejki. Jeżeli mnie nie dość ufasz pod tym względem, spytaj się ludzi mogących tę kwestję prawnie osądzić i rozstrzygnąć. Przed chwilą rozmawiałem o tem z Dmytrem Onufrowiczem, pełnomocnikiem i prawnym zastępcą hrabiego. Ten powtórzył mi słowo w słowo to samo.
Rozjaśniło się nagle w umyśle księżniczki. Jej usta wązkie i zazwyczaj blade, teraz zbielały zupełnie i poczęły drgać. Oczy wprawdzie pozostały wytrzeszczone nieruchomo, głos atoli, nad którym nie umiała dłużej panować, dźwięczał donośnie, ale fałszywie i piszcząco.
— Byłoby to coś cudownego, przewybornego! Co do mnie, nigdy niczego nie żądałam, i niczegobym nie przyjęła! — piszczała coraz głośniej, zrzuciwszy w gniewie z kolan nawet swego mopsika ulubionego, przyczem mięła suknię nerwowo. — Okazałby tem jednak śliczną wdzięczność i przywiązanie, nam, które dla niego wszystkośmy poświęciły. Brawo, brawo, doskonale! Ja na szczęście niczego nie potrzebuję!
— Nie jesteś przecie samą, masz siostry...
— Tak, tak! — wrzeszczała dalej, nie zważając wcale na jego słowa. — Wiedziałam o tem od dawna, nie chciałam tylko tego rozmazywać. Zazdrość, zawiść podła, obłuda, nikczemne intrygi, najczarniejsza niewdzięczność, oto czego mogłam spodziewać się w tym domu. Zrozumiałam wszystko i wiem komu mam podziękować, za te nikczemne intrygi!
— Ależ tu nie o to idzie, moja droga.
— To owa protegowana przez kuzyna, piękna lala! księżna Trubeckoj, narobiła całej tej chryi! Obrzydliwa babsko od siedmiu boleści i od ósmego nieszczęścia, którejbym nie wzięła na garderobianę!
— Dajże jej pokój. Nie traćmy czasu daremnie!
— Ah! to raczej ty kuzynie, zostaw mnie w spokoju. Wśrubowała się, wcisnęła gwałtem do domu przeszłej zimy, i nagadała hrabiemu okropności, rzeczy niestworzonych, na nas, szczególnie na Zosię. Niepodobna ich powtórzyć przed tobą, książę... Hrabia aż się rozchorował po tych plotkach, i nie chciał widzieć żadnej z nas przez jakie dwa tygodnie. Wtedy to napisał ten jakiś tam świstek bezczelny, który, o ile sądzę, nie może mieć żadnej prawnej wartości...
— Masz tobie... Dla czego nie uprzedziłyście mnie o tem? Gdzie można znaleźć te papiery?
— W dużym pugilaresie z mozajką na wierzchu, który chowa zawsze pod poduszkę... Tak, to ona, przysłużyła nam się w ten sposób. Jeżeli miałam kiedy jaki grzech ciężki na sumieniu, to chyba uczucie nienawiści, którem dusza moja przejmuje się na widok tej bezwstydnej baby! Po co włazi między nas? Oh! nadejdzie kiedyś chwila pożądana, że będę mogła zrzucić ciężar z serca i wyrecytuję jej nie owijając prawdy w bawełnę, ile warta i jakie mam o niej mniemanie! — Zakończyła groźną filipikę, odchodząc prawie od zmysłów z wielkiej irytacji.





XXII.

Podczas gdy w pałacu hrabiego Bestużewa toczyły się podobne rozmowy i narady, powóz wysłany po Piotra, zajeżdżał cichutko, po dziedzińcu grubo słomą wysłanym. Przywoził on nietylko Piotra, ale i księżnę Trubeckoj, która uznała za stosowne towarzyszyć mu w tej wyprawie. Gdy wjeżdżali na dziedziniec, zwróciła się ku niemu, z gotowemi na ustach słowami pociechy i otuchy. Jakże się jednak zdziwiła, zobaczywszy Piotra smacznie spiącego, dzięki łagodnemu i równemu kołysaniu w karecie na resorach. Gdy go zbudziła, przypomniał sobie teraz dopiero, że miał zobaczyć się z ojcem umierającym. W chwili, gdy wysiadał z powozu, dwóch ludzi czarno ubranych, schowało się szybko za jeden słup od bramy. W sieniach tak samo inni starali się wcisnąć w kąt najciemniejszy. Piotr nie zwrócił na nich wcale uwagi. — „Tak wypada zapewne” — pomyślał, idąc dalej krok w krok za swoją przewodniczką, która wstępowała szybko po wąskich bocznych schodach, przeznaczonych dla służby pałacowej. Pytał się w duchu, dla czego nie poszli głównemi schodami, po co w ogóle idzie do ojca i jaki może wyniknąć z tego pożytek? Stanowczość jednak i pospiech jego przewodniczki, zmuszały go ponownie do uznania, że widocznie tak być musiało. W pół drogi, zostali potrąceni przez dwóch służących biegnących pędem z góry, z wiadrami pełnemi wody. Ci ludzie zatrzymali się, przyciskając się do muru, aby wstępującym na górę zrobić miejsce.
— Wszak po tej stronie, apartamenta księżniczek? — spytała cicho jednego ze służących Anna Michałówna.
— Tak, tutaj, drzwi na lewo — odpowiedział głośno zapytany, jak gdyby nadeszła już chwila, w której można było pozwolić sobie na wszystko w pałacu hrabiego.
— Może mnie hrabia nie wzywał? — mruknął Piotr idąc przez korytarz. — Wolałbym pójść prosto do mego pokoju...
Anna Michałówna zatrzymała się czekając na niego.
— Ah, mój drogi! — pogłaskała go po ręce pieszczotliwie, jak to zwykła była czynić z synem. — Bądź przekonany, że cierpię na równi z tobą, ale trzeba okazać hart męski w tym wypadku!
— Doprawdy, lepiejbym zrobił, gdybym się usunął i...
Spojrzał na księżnę błagająco z pod swoich okularów.
— Zapomnij, mój drogi, jeżeli kiedy wyrządził ci jaką przykrość, a pamiętaj o tem jedynie że jest twoim ojcem, konającym w tej chwili! — Westchnęła z głębi piersi. — Kocham cię, jakbyś mi był synem drugim, spuść się na mnie, potrafię czuwać nad tobą i skrzywdzić cię nie pozwolę.
Nic, co prawda, nie zrozumiał, powiedział sobie jednak w duchu po raz trzeci, że „tak zapewne wypada“, i dał się dalej prowadzić. Księżna otworzyła drzwi do małego przedpokoju. Zastała tu starego sługę księżniczek, który siedział pod oknem, robiąc na drutach pończochę. Piotr nie był jeszcze nigdy w tej części pałacu. Księżna spytała o zdrowie tych dam, pokojówkę, która z pokoju przyległego wybiegła na jej spotkanie. Nie zaniedbała ująć ją sobie, nazywając ją pieszczotliwie „moja duszko” i „moje piękne dziecię”.
Pokojowa ze srebrną karafką wody i szklankami na tacy weszła na długi korytarz wykładany posadzką z płyt marmurowych. Księżna poszła za nią. Pierwszy pokój na lewo, był właśnie sypialnią starszej księżniczki, w której ta odbywała walną naradę z księciem Bazylim. Z wielkiego pospiechu, służąca niosąca wodę, zapomniała drzwi zamknąć. Piotr i jego poprzedniczka, rzuciwszy okiem mimowolnie, spostrzegli Katarzynę Semenównę, rozmawiającą poufnie z księciem. Na widok dwojga nowych przybyszów, książę cofnął się w tył z widocznem niezadowoleniem, księżniczka zaś skoczyła do drzwi jak furja i zatrzasnęła je z łoskotem. Ów gniew wściekły u osoby zwykle zimnej i apatycznej, a niepokój nadzwyczajny malujący się na twarzy księcia Bazylego, były zjawiskiem tak uderzającem, że nawet Piotr stanął jak wryty z wielkiego zdumienia, i badawcze spojrzenie skierował na swoją przewodniczkę. Ta zacna dama, która nie zdawała się wcale podzielać jego zdziwienia, odpowiedziała mu wzdychając i z uśmiechem znaczącym:
— Bądź mężczyzną, mój drogi. A mnie zostaw pieczę nad twojemi interesami.
I poszła dalej krokiem przyspieszonym.
Co ona rozumiała pod temi słowami: — „Mnie zostaw pieczę nad tobą?...“ Piotr znowu nic nie pojmował... — „Skoro jednak tak być musi...“ — pomyślał. Korytarz prowadził do obszernej sali, w tej chwili nader skąpo oświetlonej. Przytykała ona do wielkiego salonu recepcjonalnego w hrabiego pałacu. Chociaż sala była wspaniale urządzona, wyglądała jednak dziwnie ponuro. Piotr idąc głównemi schodami, zwykł był przechodzić tędy do ojca pokoju. Na środku uderzała w oczy wanna dotąd nie usunięta, z której woda ściekała zwolna, kropla po kropli na perski, kosztowny kobierzec. Lokaj i zakrystjan poruszający z lekka dymiącą kadzielnicą, zbliżyli się na palcach do nowoprzybyłych, których zrazu nie spostrzegli. Obok sali był ogród zimowy. Dwie tafle olbrzymie źwierciadlane, dozwalały zaglądnąć do środka. W oranżerji ustawiono na samym środku biust carowej Katarzyny, wykuty z marmuru kararyjskiego. W głównym salonie zastali dawne osoby, tak samo jak przedtem ugrupowane i szepczące jedna z drugą.
Na widok wchodzących, wszyscy nagle umilkli i zaczęli badać ciekawie Anny Michajłówny twarz wybladlą i oczy łzawe, jak nie mniej olbrzymiego, barczystego i niedźwiedziowatego Piotra, który szedł za nią krok w krok, z potulnością baranka, a z głową zwieszoną. Księżna wiedziała, zresztą czytało się to w wyrazie jej twarzy, że nadeszła chwila stanowcza. Wytrzymała jednak ogień krzyżowy tylu par oczów na nią skierowanych, z odwagą i pewnością damy z wielkiego świata petersburgskiego, ostrzelanej z wszystkiem i umiejącej znaleźć się stosownie w każdym wypadku. Czuła instynktowo, że jest niejako pod skrzydłem opiekuńczem tego którego przyprowadziła, a z którym ojciec umierający pragnął widzieć się przed śmiercią. Podeszła bez zawahania do spowiednika hrabiego; zniżyła się, jakby chciała zrobić się mniejszą, jednak nie zanadto, boby to ubliżyło jej godności, poczem poprosiła go z czcią o błogosławieństwo. Następnie zwróciła się do drugiego asystenta, z tą samą minką pokorną:
— Dzięki Bogu! przybyliśmy na czas — szepnęła. — Byłam w trwodze nie do opisania, żeby się nie spóźnić... To syn hrabiego! Jaka okropna chwila...
Wyszeptawszy te słowa z namaszczeniem, zainterpelowała z kolei lekarza:
— Kochany doktorze, ten młody człowiek jest synem hrabiego... czy macie bodaj promyk nadziei?
Lorrain wzniósł oczy w górę wzruszając miłosiernie ramionami.
Naśladowała go we wszystkiem. Zasłoniła sobie oczy na chwilę giestem rozpaczliwym, i odeszła wzdychając ciężko, aby złączyć się z Piotrem. Twarz jej wyrażała cześć głęboką, smutek na wskroś przenikający i czułość prawie macierzyńską.
— Ufaj boskiemu miłosierdziu. — Wymówiła uroczyście wskazując mu ręką i wzrokiem małą kanapkę w rogu salonu, aby na niej usiadł. Następnie skierowała się ku drzwiom sypialni hrabiego, otworzyła je cichuteńko i wśliznęła się na palcach do środka, niknąc za drzwiami.
Piotr zdecydowany słuchać jej ślepo, chciał usiąść tam, gdzie mu miejsce wskazała, uważając nie bez zdziwienia, że przypatrują mu się ciekawie, niby jakiemuś okazowi przedpotopowemu. Szeptano sobie o nim najwyraźniej i zdawać się mogło, że wzbudzał w nich wszystkich pewną bojaźń i cześć prawie służalczą. Okazywano mu uszanowanie, do którego nie nawykł dotychczas. Dama jakaś nieznajoma, która przed chwilą rozmawiała z obydwoma duchownymi, zerwała się z siedzenia, by jemu miejsce zrobić. Pewien adjutant pułkowy, rzucił się czemprędzej, aby podnieść rękawiczkę przez Piotra upuszczoną. Lekarze umilkli gdy obok nich przechodził i schylili przed nim głowy z uszanowaniem. Na razie pierwszą myślą Piotra było nie przyjąć miejsca ustąpionego przez poważną wiekiem matronę, aby jej nie robić przykrości. Chciał również podnieść sam rękawiczkę i obejść lekarzy, którzy zresztą z własnej woli stanęli mu na drodze. Namyślił się jednak inaczej. Widocznie był już ważną i wiele znaczącą osobistością, a więc jako taki mógł już przyjmować jako należące mu się z prawa, wszelkie dowody uszanowania i usługi obcych. Ta noc tajemnicza widocznie coś w nim odmieniła i teraz oczekują od niego rzeczy niezwykłych, czynów nadzwyczajnych.
Odebrał w milczeniu rękawiczkę, podawaną mu przez młodego porucznika. Usiadł na miejscu ofiarowanem przez damę nieznajomą, a położywszy swoje ręce olbrzymie na obu kolanach, przybrał mimowolnie pozę posągu egipskiego. Więcej niż kiedykolwiek był też zdecydowany, nie działać samoistnie, aby się czem nie skompromitować, tylko zdać się ślepo na wolę obcą i pójść za nią bez namysłu.
Nie ubiegły dwie minuty, gdy wszedł do salonu z miną gęstą, uroczystą, książę Bazyli. Miał na sobie długi surdut brązowy, na piersiach świeciły trzy gwiazdy brylantowe od orderów. Zdawało się że nagle zeszczuplał. Za to rozszerzyły mu się powieki na widok Piotra. Ujął go za rękę, czego dotąd jeszcze nigdy nie uczynił i zniżał ją zwolna, jakby próbował jej siły odpornej.
— Odwagi! odwagi, chłopcze kochany... pragnął cię widzieć... to dobrze, bardzo dobrze...
Już odchodził, gdy Piotr uznał za swoją powinność spytać:
— Czyżby rzeczywiście zdrowie hrabiego, budziło...
Urwał w pół zawstydzony, że nie odważył się nazwać ojcem umierającego.
— Nastąpiło jeszcze jedno „uderzenie“, przed kwadransem mniej więcej... Odwagi! mój przyjacielu, odwagi.
Taki zamęt panował w Piotra umyśle, że wyobraził sobie słuchając słów księcia, jakoby ktoś uderzył konającego. Wytrzeszczył też na księcia wzrok przerażony. Ten zamieniwszy z doktorem Lorrain cicho słów kilka, tak samo jak Anna Michałówna przed chwilą, wśliznął się na palcach do pokoju hrabiego. Za nim w tropy wsunęła się najstarsza z księżniczek. Wkrótce pokój cały zapełnił się duchownymi, służbą i resztą osób zebranych w głównym salonie. Anna Michałówna, blada jak płótno, ale niewzruszona w tem, co poczytywała za święty swój obowiązek, wyszła aby Piotra sprowadzić.
— Dobroć i miłosierdzie Boskie niewyczerpane — rzekła. — Chodź! zaczyna się Olejem Świętym namaszczanie... Idźmy...
Wstał uważając że wszyscy wchodzą z nim jednocześnie. Nie było już żadnego zakazu, ani etykiety do zachowania w obec chorego. Każdy rządził się jak sam chciał w jego apartamencie.





XXIII.

Piotr znał doskonale tę obszerną komnatę, przedzieloną rzędem słupów marmurowych, co tworzyło rodzaj alkowy. Cała była wybita pysznemi materjami perskiemi, na wzór wschodnich haremów. Z po za kolumnady, przezierało szerokie i wysokie łoże machoniowe, o kotarze z ciężkiego jedwabiu; na przeciw łoża, w rogu komnaty, był wspaniały ikonostas, jakby w jakiej cerkwi, oszklony i w sutych, szczero-złotych ramach, wyobrażających winne grona i liście misternie oplatające obrazy tak większe jak i mniejsze. Teraz ikonostas błyszczał światłem żarzącem, jakby miała się przed nim Msza św. odprawiać. Przed szafką, stanowiącą rodzaj ołtarza, w szerokiem i głębokiem karle à la Voltaire, siedział w pół leżąc hrabia Bestużew, dotąd imponujący swoją postawą majestatyczną. Pod głową miał kilka poduszek pokrytych cienkiemi, śnieżnej białości poszewkami batystowemi; aż do pasa sięgała mu kołdra adamaszkowa. Las włosów siwych i zwichrzonych, przypominał lwią grzywę. Głębokie bruzdy, któremi twarz jego była poorana, niemogły jednak całkiem zatrzeć linji niegdyś klasycznie pięknych i regularnych. Cerę miał białą, woskową, jakby już pod skórą, ani jednej kropli krwi nie było. Jego dwie ręce wielkie i muskularne, leżały bezwładnie na kołdrze. Pomiędzy dwa palce u prawej ręki, wielki i wskazujący, wciśnięto gromnicę zapaloną, którą przytrzymywał u góry kamerdyner, nad krzesłem z tyłu pochylony. Księża i djaki, ubrani w szaty cerkiewne, ze złotej i srebrnej lamy, z długiemi włosami spadającemi na ramiona, odprawiali w koło konającego ceremonje rytualne, bardzo wolno i z wielką pompą, trzymając również w rękach gromnice zapalone. Na drugim planie, dwie młodsze księżniczki, z chusteczkami na oczach, chowały się prawie, po za starszą siostrę, z twarzą zimną i niewzruszoną. Ta wlepiła wzrok w ikonostas, jakby lękała się popatrzeć na co innego. Może wtedy nie byłaby w stanie panować dłużej nad sobą i nad gniewem nią miotającym. W twarzy księżnej Trubeckoj, czytało się smutek cichy i wyraz nieograniczonego przebaczenia. Stała o drzwi oparta, obok owej poważnej matrony, nie znanej nikomu. Książę Bazyli o krok od umierającego, naprzeciw Anny Michałówny, z gromnicą w ręce stał oparty o grzbiet rzeźbiony wysokiego fotelu w kształcie gotyckim. Wznosił on pobożnie oczy w górę, ile razy kreślił z przejęciem znak Krzyża Świętego na czole i piersiach. Twarz jego wyrażała najwyższą rezygnację i poddanie się bezwarunkowe woli Władcy najpotężniejszego.
— Biada wam, jeżeli nie jesteście w stanie dosięgnąć szczytu moich uczuć — zdawał się przemawiać do obecnych, całą swoją korną postawą. Po za jego plecami ugrupowali się lekarze i służba. Ta ostatnia dzieliła się tak jak w cerkwi. Osobno mężczyźni, osobno kobiety. Wszyscy milczeli, żegnając się tylko co chwila z miną wielce uroczystą. Słyszało się jedynie głos monotonny księży, odprawiających modły i cokolwiek głośniejszy chór djaków, odpowiadający im kiedy niekiedy. Czasem poruszył się ktoś z obecnych, westchnął zcicha, lub nieznacznie oczy obtarł, choć w nich łez nie można jakoś było się dopatrzeć.
Naraz księżna Trubeckoj przeszła przez pokój krokiem spokojnym, osoby, która wie co robi i wziąwszy ze stosu grubą świecę woskową, podała ją Piotrowi.
Zapalił ją machinalnie i pogrążony w zadumie mimowoli przeżegnał się tą samą ręką, w której trzymał świecę.
Zofia, najładniejsza z księżniczek, z pieprzykiem czarnym, który czynił ją wielce ponętną, spojrzała na niego z uśmiechem i ruchem szybkim zasłoniła sobie twarz chusteczką i tak przez chwilę pozostała zakrytą. Gdy powtórnie rzuciła okiem na Piotra, uczuła, że nie wytrzyma, więc aby śmiechem nie parsknąć, ukryła się po za jeden ze słupów marmurowych. W połowie mniej więcej ceremonji, ustał nagle spiew cerkiewny. Księża coś sobie szepnęli na ucho. Stary kamerdyner wyprostował się i spojrzał ku księżniczkom. Zbliżyła się natychmiast Anna Michałówna, i pochyliła się nad konającym. Teraz giestem wymownym, choć nie spojrzała nawet na niego, przywołała na pomoc doktora Lorrain’a. Ten oparty o kolumnę, okazywał wielkiem ducha skupieniem i pozą pełną uszanowania, że choć obcy narodowością i innego wyznania religijnego, uznaje jednak całą ważność i potrzebę tego Sakramentu, udzielonego dogorywającemu. Zbliżył się cichutko, ujął w swoje cienkie paluszki rękę hrabiego szukając pulsu. Zaczął rachować uderzenia, przyczem patrzał na bok. Zaczęto krzątać się koło chorego; zwilżono mu usta jakiemś silnem, trzeźwiącem lekarstwem; nareszcie każdy wrócił na dawne miejsce i ceremonja szła dalej swoim torem. Podczas tego przestanku, Piotr spojrzawszy przypadkiem w stronę księcia Bazylego, zobaczył że opuszcza on zajęte przedtem stanowisko. Razem z najstarszą księżniczką przesunęli się oboje zręcznie i niepostrzeżenie pomiędzy obecnymi w komnacie, dotarli do alkowy, zniknęli na chwilę za firankami kotary i tak samo wyszli cichuteńko drzwiczkami w ścianie ukrytemi do przyległego gabinetu.
Jeszcze nie skończono ceremonji, kiedy już byli oboje z powrotem, jakby nigdy nic nie zaszło. To ciekawe intermezzo, nie zajęło tak bardzo Piotra uwagi. Był on z góry przekonany, że wszystko, co się tu dziś działo, było czemś niezbędnem i zupełnie naturalnem. Ustały znowu śpiewy poczem dał się słyszeć jedynie głos księdza udzielający choremu błogosławieństwa. Konający leżał dalej bezwładnie. Zaczęto powtórnie szeptać i krzątać się koło niego. Najwyraźniej mimo szeptu słychać było głos Anny Michałówny jak mówiła:
— Trzeba koniecznie zanieść go na łóżko, bo inaczej...
Lekarze, księżniczki i służba, skupili się do koła chorego. Piotr stracił na chwilę z oczu twarz ojca. A Jednak widział ją ciągle przed sobą, tę fizjonomję wybitną, z lwią grzywą na głowie. Odgadł po przygotowaniach, że podnoszą z krzesła hrabiego.
— Schwyćże mnie za ramię... inaczej go opuścimy — zawołał z przestrachem jeden z lokajów.
— Bierz go w pół, a ty pod kolana... prędzej... trzeba jeszcze jednego — komenderował drugi.
Po przyspieszonym oddechu i sapaniu niosących, można było łatwo odgadnąć, że ciężar ich przygniatał. Otarli się o Piotra i wtedy uderzyła go znowu, wśród kilku głów pochylonych, potężna pierś umierającego, mocno na przód wydana, a teraz do połowy obnażona i ta głowa wspaniała, z włosami długiemi a jak mleko białemi. Śmierć nadchodząca, nie potrafiła dotąd wykrzywić rysów klasycznych i popsuć pięknego ust rysunku. Czoło wysokie imponowało wraz z zimnem spojrzeniem tych oczu o połysku stalowym i jak stal na wskroś przenikających. Była to jeszcze ta sama twarz, którą zapamiętał, gdy żegnał ojca przed trzema miesiącami odjeżdżając do Petersburga. Dziś ta jedynie zaszła różnica, że głowa chwiała się bezwładnie, a oczy patrzyły bezmyślnie.
Po chwili zamięszania przy łóżku, służbę na bok usunięto. Anna Michałówna dotknęła lekko Piotra ramienia, szepnąwszy mu to jedno słowo: — Chodź!
Usłuchał. Teraz chorego położono. Głowę podtrzymywał mu stos poduszek. Ręce spoczywały znowu na zielonej kołdrze adamaszkowej. Patrzał prosto przed siebie, tym wzrokiem nieokreślonym, zgubionym w przestrzeni bezgranicznej, którego człowiek nie zdolny opisać słowami, ani pojąć umysłem. Czy nie miał już nic do powiedzenia, czy też przeciwnie bardzo wiele? Piotr stanął przy łóżku, nie wiedząc co ma dalej czynić. Rzucił wzrok pytający na swoją przewodniczkę, a ta ruchem nieznacznym wskazała mu rękę umierającego, żeby ją ucałował. Pochylił się ostrożnie aby nie dotknąć kołdry i usta przytknął do tej dłoni szerokiej i muszkularnej.
Nie drgnął ani jeden nerw w tej ręce leżącej bezwładnie, ani jeden rys nie zmienił się w twarzy marmurowej; nic, nic nie odpowiedziało na to dotknięcie ust synowskich. Piotr zmięszany, niepewny, podniósł znowu wzrok na księżnę, która wskazała mu teraz fotel u stóp łóżka. Usiadł, nie odwracając od niej oczu. Skinęła głową potwierdzająco. Uspokojony, że dobrze uczynił, przybrał na nowo pozę posągu egipskiego, a zażenowany widocznie swoją zwykłą niezgrabnością, starał się usilnie zabierać jak najmniej miejsca, wzrok zaś miał wciąż wlepiony w konającego.
Nie minęły dwie minuty, które wydały się wiekiem Piotrowi, gdy twarz hrabiego poruszyła się gwałtownie kurczem przedśmiertnym, a z ust straszliwie wykrzywionych wyrwało się rzężenie chrapliwe a głuche. Był to dla Piotra pierwszy zwiastun skonu bliskiego. Księżna śledziła bacznie oczy chorego, aby z nich odgadnąć jego ostatnie życzenie. Z kolei wskazała niemym ruchem Piotrowi, szklankę z lekarstwem księcia Bazylego, kołdrę... wszystko daremnie. W wzroku gasnącym błysnęło zniecierpliwienie, którem zdawał się ściągać uwagę służącego, stojącego nieruchomo przy łóżku.
— Jasny pan chce, żeby go obrócić — mruknął służący, zabierając się do tego.
Piotr pospieszył mu na pomoc. Udało im się wreszcie obrócić ciało delikatnie na bok, gdy jedno ramię hrabiego upadło ciężko w tył i chory mimo widocznego wysiłku, nie był w stanie przyciągnąć go nazad ku sobie.
Czy dostrzegł w tej chwili bladość śmiertelną i wyraz przerażenia w twarzy Piotra, na widok tego członka ubezwładnionego paraliżem, czy też przemknęła mu jaka inna myśl przez głowę? Któżby odgadnął coś podobnego? spojrzał jednak z kolei na twarz syna zbladłą od trwogi, na członek nieposłuszny jego woli dotąd wszechwładnej, i na ustach sinych, wykrzywionych zarysował się uśmiech mglisty, dziwny w takiej chwili. Mogło się zdawać, że odpowiada ironicznem politowaniem, na syna przerażenie i na zniszczenie częściowe, które pochłaniało stopniowo wszelkie jego siły tak fizyczne jak umysłowe.
Ten uśmiech niespodziewany, ścisnął Piotra za serce. Uczuł w piersi kurcz bolesny, coś go zaczęło dławić w gardle i oczy zaszły mu łzami.
Konający, obrócony do ściany westchnął ciężko.
— Usypia... — szepnęła Anna Michałówna do jednej z księżniczek, która wracała na swoje stanowisko. — Chodźmy ztąd...
Skinęła na Piotra, który podniósł się natychmiast i za nią wyszedł.





XXIV.

W głównym salonie nie było już nikogo, prócz księcia Bazylego i najstarszej księżniczki. Siedzieli oboje na kanapce pod portretem carowej Katarzyny i żywo rozmawiali. Umilkli na widok wchodzących. Piotr spostrzegł mimowolnie, że Katynka Semenówna, wykonała w tej chwili ruch nieznaczny, jakby chciała coś ukryć.
— Nie mogę znieść tej baby — mruknęła spojrzawszy z furją na księżnę Trubecką.
— Katynka kazała podać herbatę w małym saloniku — przemówił książę Bazyli z udaną czułością i troskliwością do księżnej. — Idź, posil się cokolwiek, moja droga, inaczej nie wytrzymasz tych trudów...
W milczeniu ścisnął z najwyższą życzliwością rękę Piotra.
— Nic tak sił nie dodaje, po nocy bezsennej, jak filiżanka przewybornej rosyjskiej herbaty — dodał doktor Lorrain, popijając z wielkim smakiem gorącą herbatę z filiżanki ze starej chińskiej porcelany. Stanął był w drzwiach od małego saloniku, w którym kipiał olbrzymi samowar i gdzie zastawiono stół ciastami i rozmaitem zimnem mięsiwem.
Wszyscy, którzy spędzili tę noc w pałacu, zgromadzili się tutaj, na tej małej stosunkowo przestrzeni. Ściany były okryte zwierciadłami, a mebelki filigranowe, białe ze złotem, były obite perską, mieniącą się jak skrzydła motyla, pyszną jedwabną materją. Tam to wynosił się zwykle Piotr podczas wielkich balów w pałacu. Nie umiejąc dobrze tańczyć, wolał siedzieć na osobności i przypatrywać się zdaleka paniom, które tu zachodziły przejrzeć się w źwierciadłach. Miał co podziwiać, sadziły się bowiem jedna nad drugą, na pyszne toalety, obwieszając się na wyścigi perłami, brylantami i innemi drogocennemi klejnotami. Obecnie w saloniku paliły się tylko cztery świece w dwóch kandelabrach. Na głównym stole i bocznych stoliczkach, pokładziono bez ładu i składu, półmiski z mięsiwem, kosze z ciastami, stosy filiżanek i talerzy. Nie było nikogo w strojnem ubraniu. Potworzyły się dziwne grupy, złożone z osób należących do rozmaitych sfer towarzyskich. Wszyscy rozmawiali pół głosem, okazując każdem słowem, każdym ruchem, zajęcie bezustanne, pochłaniające wszelkie inne myśli i wrażenia, owym wypadkiem spodziewanym lada chwila w sypialni hrabiego Bestużewa. Piotr był głodny, wstrzymał się jednak od jedzenia. Poszukał oczami swojej nieodstępnej towarzyszki i zobaczył, że wśliznęła się ukradkiem na powrót do głównego salonu, gdzie zostali we dwójkę książę Bazyli z Katarzyną Semenówną. Poczytując za swój obowiązek, nie odstępować księżnej ani na krok, wstał, poszedł za nią i zastał ją pasującą się z najstarszą z księżniczek.
— Chciej mnie księżno sąd zostawić, o tem co wypada, a co nie wypada — mówiła Katynka tym samym tonem pełnym gniewu, jak w owej chwili, kiedy im zatrzaskiwała pod nosem drzwi od swojego pokoju.
— Kochana księżniczko — odzywała się najsłodziej i najłagodniej księżna, zastępując jej drogę — byłoby to czemś nadto bolesnem dla twego biednego wuja... Wszak potrzebuje obecnie zupełnego spokoju... Czyż godziłoby się zaprzątać mu umysł sprawami ziemskiemi, gdy dusza jego ma ulecić w sfery...
Książę Bazyli wciśnięty w głęboki fotel, z nogami skrzyżowanemi według zwyczaju, zdawał się nie zwracać zbytniej uwagi na sprzeczkę dwóch dam. Twarz mu jednak drgała kurczowo tłumionem wzruszeniem.
— Pozwól działać księżno Katynce... wiesz przecie jak ją wuj kochał zawsze — perswadował od niechcenia.
— Nie wiem co zawiera — zwróciła się ku niemu księżniczka, trzymając zawzięcie w ręce zaciśniętej ów pugilares z mozajką na wierzchu. — Tyle tylko mi wiadomo, że testament prawdziwy znajduje się w jego biurku... Tu mogą być jedynie jakieś szpargały niepotrzebne... zapomniane...
Usunęła się w bok, chcąc umknąć przed księżnej napaścią. Ta jednak rzutem gwałtownym znowu jej drogę zagrodziła.
— Wierzę temu, wierzę, kochana i najlepsza księżniczko — odpowiedziała, chwytając za pugilares z całej siły, z widocznem postanowieniem nie wypuszczenia go więcej z rąk własnych. — Ale błagam cię, kochana księżniczko, oszczędzaj biedaka, pozwól mu wypocząć po tylu wrażeniach!
Wszczęła się walka między niemi. Księżniczka broniła się dotąd z ustami zaciśniętemi, czuło się jednak, że wkrótce wyrzucą one potok obelg i złorzeczeń. Jej zaś przeciwniczka, zachowała minkę potulną; głos słodziutki i spokój niewzruszony, pomimo ruchów gwałtownych w walce zaciętej.
— Zbliż się Pietrze kochany — krzyknęła na niego Anna Michałówna. — Wszak nie będzie zbytecznym w tej naradzie familijnej, nieprawdaż książę?
— I cóż kuzynie, nic jej nie powiesz? Zkądże napadło cię to milczenie, gdy Bóg wie kto śmie mięszać do naszych spraw rodzinnych, gdy nie umieją nawet poszanować progów umierającego... Podła, nikczemna intrygantko... — wołała zadyszana, szamocząc się z księżną Katynka i ciągnąc ku sobie nieszczęśliwy pugilares.
Gwałtowność jej ruchów pociągnęła naprzód Annę Michałównę, która jednak zdobyczy z rąk nie wypuściła.
— Oh, oh! — mruknął książę Bazyli tonem wyrzutu i powstał nareszcie. — To śmieszne co robicie. Puścież raz, mówię wam!
Księżniczka usłuchała. Widząc że Anna Michałówna trzyma dalej pugilares całą siłą:
— I ty księżno oddaj go mnie — dodał. — Biorę wszystko na siebie... Czego możesz chcieć więcej? Sam go zapytam, co zawiera... Czyś nakoniec zadowolona?
— Ale książę, po przyjęciu tak wielkiego i ważnego Sakramentu pozwólcież mu odetchnąć... skupić myśli. Jakież jest twoje zdanie? — zwróciła się Anna Michałówna z pytaniem do Piotra, który wpatrywał się przestraszony w policzki Katynki płonące rumieńcem gniewu i w twarz drgającą kurczowo księcia Bazylego.
— Pamiętaj księżno, że bierzesz na siebie całą odpowiedzialność za możliwe następstwa — odrzucił Bazyli. — Nie wiesz co czynisz i na co się narażasz.
— Potwór nie kobieta — wybuchnęła Katynka, rzucając się z wściekłością na przeciwniczkę i wyrywając jej znienacka pugilares.
Książę schylił głowę, a ręce opadły mu bezwładnie wzdłuż ciała.
W tej samej chwili, drzwi tajemnicze, w ścianie ukryte, które tej nocy tyle razy otwierano i zamykano jak najciszej i z największą ostrożnością, otworzyły się z trzaskiem i wyleciała niemi Zofia, oszalała z trwogi, z rękami wyciągniętemi, wołając na głos cały:
— Co wy robicie... — bełkotała rozpaczliwie prawie bezprzytomna — on tam kona, a mnie z nim samą zostawili... samą... samiuteńką...
Katynka upuściła pugilares, po który schyliła się natychmiast księżna. Ta podniósłszy go czemprędzej uciekła prosto do sypialni hrabiego.
Zaledwie ochłonęli cokolwiek z przerażenia, które ich na razie ubezwładniło, także tam pospieszyli zkąd jednak wkrótce wrócili. Twarz Katynki jeszcze bardziej pożółkła i przybrała wyraz surowszy niż kiedykolwiek; a wargę niższą do krwi zagryzała. Na widok Piotra wybuchnęła na nowo z całą swoją nienawiścią:
— Tak, tak, grajcie oboje komedję. O! grajcie ją dalej... Na toście tylko czekali.
Łkanie nerwowe głos jej złamało i odeszła kryjąc twarz w chustkę.
Wrócił i książę Bazyli. Ledwie doszedł do kanapy, na której siedział Piotr, upadł na nią jakby miał zemdleć.
Posiniał, pozieleniał, szczęki uderzały jedna o drugą, zęby dzwoniły niby w ataku febry zimnej.
— Ah! mój drogi, mój drogi — jęknął chwytając Piotra za ramię.
Zdziwiła Piotra szczerość niezwykła w tym wykrzykniku i głos omdlewający; był to zupełnie nowy objaw dla niego.
— Grzeszymy, oszukujemy i na co to wszystko? — biadał dalej książę tonem lamentującym. — Mam lat przeszło sześćdziesiąt, mój drogi... Tak, tak, wszystko kończy się śmiercią, śmiercią, co to za rzecz straszna...
I zaczął płakać.
Ukazała się po chwili i Anna Michałówna. Zbliżała się do Piotra krokiem miarowym i powolnym.
— Piotrusiu — czule przemówiła.
Spojrzał na nią, a ona pocałowała go w czoło, z oczami łez pełnemi.
— Nie ma go już...
Wytrzeszczył na nią oczy z po za okularów.
— Chodź, odprowadzę cię, staraj się wypłakać. Nic takiej ulgi nie sprawia w ciężkiej żałości, jak łzy... mówię ci to z własnego smutnego doświadczenia.
Zaprowadziła go do gabinetu zupełnie ciemnego. Wchodząc tu Piotr uczuł wielkie zadowolenie, że nie będzie już dla nikogo ciekawym okazem, zwracającym na siebie powszechną uwagę. Zostawiła go tam, a gdy wróciła w pół godziny niespełna, spał twardo z głową na stole.
Powiedziała mu nazajutrz:
— Tak mój drogi, ponieśliśmy wszyscy wielką stratę. Nie stosuję tego do ciebie. Bóg ci dopomoże, jesteś w kwiecie wieku, zostaniesz panem kolosalnego majątku. Testamentu jeszcze nie otworzono, znam cię jednak o tyle, że jestem pewną, iż ta pomyślna zmiana losu głowy ci nie zawróci. Będziesz miał teraz nowe obowiązki do wypełnienia. Trzeba przecież okazać się człowiekiem.
Piotr nie odzywał się wcale.
— Kiedyś może... później... opowiem ci... Koniec końców, gdybym ja tam nie była znalazła się w samą porę, Bóg jeden wie, co by się było stało... Mój wuj obiecywał mi święcie, jeszcze przedwczoraj, że nie zapomni o Borysie, nie miał już biedak czasu o nim pomyśleć. Spodziewam się, mój drogi, że zechcesz dopełnić ostatniej woli twego ojca.
Nie rozumiał zupełnie jej pół słówek i o czem myślała właściwie. Zmięszany, zawstydzony milczał z twarzą zarumienioną.
Po śmierci hrabiego Bestużewa, księżna wróciła do domu Rostowów, aby tam wypocząć po trudach przebytych. Zaledwie przebudziła się z rana, zaczęła opowiadać szczegółowo, tak im, jak również ich znajomym, co się działo w pałacu, owej nocy pamiętnej, pełnej wypadków niezwykłych.
— Hrabia umierał tak przykładnie — powtarzała raz po raz — jakbym sama rada umrzeć... Koniec tego życia długiego, był niesłychanie budującym, ostatnie zaś pożegnanie ojca z synem, czemś tak do głębi wzruszającem, że dotąd nie może o tem pomyśleć bez rozczulenia. Sama nie wie na prawdę, który z nich dwóch, okazał się bardziej godnym uwielbienia; podczas tych chwil tak wzniosłych i uroczystych, czy ojciec, żegnający każdego z obecnych słówkiem stosownym, a okazujący swojemu dziecku przywiązanie bezgraniczne, czy syn złamany nadmiarem boleści, starający się jednak zapanować nad cierpieniem serce rozrywającem, aby nie rozdrażniać jeszcze bardziej starca konającego... Takie sceny są okropnie bolesne, ale pokrzepiające... Napełniają nam bowiem duszę nadziemską błogością, gdy widzimy przed sobą ludzi tego hartu i takiej zacności — dodawała zwykle na końcu długiego opowiadania.
Czasem wspomniała nawiasem, krytykując i osądzając surowo niestosowne postępowanie księcia Bazylego i księżniczki Katarzyny, ale to tylko w obec najserdeczniejszych, cichuteńko, w same ucho, pod pieczęcią najgłębszej tajemnicy.





XXV.

W Łysych Górach, w dobrach księcia Mikołaja Andrzejewicza Bołkońskiego oczekiwano lada dzień przybycia młodego księcia Andrzeja z żoną. To jednak oczekiwanie, nie wpływało wcale na tryb życia starego księcia, który ułożył go był raz na zawsze, bez żadnej zmiany. W pewnych kółkach, nadawano mu żartobliwie przezwisko „króla pruskiego“. Jeneralissimus za czasów cara Pawła, popadł był w niełaskę za swoją nadto wielką prawdomowność i car skazał go na wygnanie, do jego dóbr Łyse Góry, gdzie też mieszkał aż dotąd stale, ze swoją córką jedyną, Marją, i tejże damą do towarzystwa, panną Bouriènne, młodą, fertyczną i przystojną francuzeczką. Rząd nowy otworzył mu drzwi więzienia, pozwalając na pobyt w obu stolicach. On jednak uparł się nie wyjeżdżać wcale ze swego majątku. Utrzymywał, że sto pięćdziesiąt wiorst, dzielących Łyse Góry od Moskwy, nie są znowu tak wielką przestrzenią, aby tejże nie mogli przebyć ci, którzy pragną go zobaczyć. On zaś, nie potrzebuje niczego i nikogo.
Według jego zdania, wszelkie złe nałogi i wady ludzkości miały jedynie dwie główne przyczyny: próżniactwo i przesądy. Uznawał zaś tylko dwie cnoty: czynność nieustanną i wyższą inteligencję. Z tego powodu zajmywał się osobiście kształceniem swojej córki, aby rozwinąć w niej ile możności, te dwa przymioty. Do lat dwudziestu wieku swego, uczyła się ona pod jego kierunkiem geometrji i algebry. Dzień cały był podzielony prawidłowo i użyty do zajęć stałych i z góry przez jej ojca wyznaczonych.
Co do księcia samego, ten pisał swoje pamiętniki, rozwiązywał rozmaite zagadnienia matematyczne, toczył na tokadle tabakierki, pracował w ogrodzie i pilnował budowy nowych budynków, co mu wiele czasu zajmywało. Dobra były rozległe, a książę lubił namiętnie budować. Aż do chwili wejścia księcia do sali jadalnej, co odbywało się dzień w dzień o tej samej godzinie, powiedzmy raczej, w tej samej minucie, życie jego było podzielone z dokładnością szczegółową i niezmienną. Był szorstki i niesłychanie wymagający, w obec swego najbliższego otoczenia, nie wyłączając córki. To też, chociaż nie można było nazwać go okrutnym, wzbudzał trwogę i poszanowanie tak głębokie, czegoby nie mógł osiągnąć nawet najsroższy tyran. Mimo że odsunął się był od świata najzupełniej i nie spełniał obecnie żadnej funkcji państwowej; nie omieszkał jednak żaden z dygnitarzy rządowych, tak bliższych jak dalszych, złożyć kiedy niekiedy księciu swojej czołobitności. Posuwali nawet najwyżsi pomiędzy nimi tak daleko ową czołobitność, że czekali na równi z jego córką w wielkiej sieni, póki nie raczył się zjawić. Wszystkich bez wyjątku, przejmywało uczucie grozy i najwyższego uszanowania, gdy otwierały się zwolna ciężkie drzwi od księcia gabinetu, a na progu ukazywał się starzec wzrostu małego, z peruką pudrowaną na biało, z rękami drobnemi, delikatnemi, kroju arystokratycznego; z brwiami i rzęsami gęstemi i posiwiałemi, których cień łagodzi czasem błysk oczów dotąd na wskróś przenikających I prawie młodociannych.
Tego dnia z rana, kiedy oczekiwano już na pewno młodego księcia z żoną, księżniczka Marja przeszła przez wielką sień, w minucie oznaczonej, aby powiedzieć ojcu „dzień dobry“. Jak zazwyczaj, nie mogła zapanować nad rodzajem trwogi zabobonnej. Żegnała się raz po raz i modliła się w głębi duszy, aby ta pierwsza chwila obeszła się bez burzy i łajania. Stary kamerdyner we fraku, upudrowany, który siedział wiecznie w sieniach, powstał, otworzył drzwi i rzekł cicho:
— Niech jaśnie oświecona księżniczka raczy wejść.
W gabinecie obok przedpokoju, słychać było odgłos jednostajny warstatu w ruchu. Otworzyła drzwi zwolna, nieśmiało, prawie bez szelestu i zatrzymała się na progu. Książę toczył. Zwrócił się ku niej, nie zaprzestając jednak roboty.
Gabinet był pełen przedmiotów, służących do użytku codziennego. Na stole olbrzymim leżały bezładnie mapy geograficzne i książki. Pod ścianami stały szafy oszklone, z kluczami tkwiącemi w zamkach. Na biurku wysokiem widać było zeszyt otwarty z papieru linjowanego. Warstat tokarski, z wszystkiemi potrzebnemi narzędziami i wióry z drzewa na posadzce, świadczyły o pracy urozmaiconej, ale bezustannej i rozłożonej systematycznie na godziny. Uderzał każdego ruch miarowy nogi, obutej miękkiem obuwiem, używanem przez tatarów, i nacisk równy zupełnie, ręki małej, ale widocznie z wyrobioną siłą muszkularną. To wszystko dowodziło jak wytrwałą była wola w tym starcu rzeźkim i czynnym, mimo wieku podeszłego. Tocząc jeszcze przez krótką chwilę, zdjął nogę z dźwigni, kółko w warsztacie poruszającej, otarł starannie wszystkie narzędzia, wrzucił je do worka skórzannego, przybitego goźdźmi do warstatu i zbliżył się do wielkiego stołu. Nie miał zwyczaju całować dzieci, nastawiał im jednak własny policzek, nieogolony najczęściej i kłójący jak szczecina. Po dopełnieniu tej ceremonji, zmierzył córkę od głowy do stóp i rzekł porywczo, jednak z odcieniem szczerego przywiązania:
— Czujesz się zdrową? Nic ci nie brakuje?... Siadaj tam...
Porwał ze stołu zeszyt geometryczny, pisany jego własną ręką, wyciągnął nogi i przysunął sobie fotel.
— To na jutro zadanie — bąknął przewracając szybko kartki i zaznaczając paznogciem ustępy przez niego wybrane.
Księżniczka Marja pochyliła się nad stołem.
— Aha! jest też list do ciebie — dodał opryskliwie, wyciągając kopertę zapieczętowaną, z dużej teki kartonowej, wiszącej na ścianie. Adres był wypisany drobno, widocznie ręką kobiecą. Rzucił jej list na kolana.
Na widok listu, twarz Marji pokryła się krwistemi plamami. Ujęła go w drżącą dłoń i adres odczytała.
— Czy to od twojej „Heloizy?“ — spytał ojciec z uśmiechem lodowatym, wyszczerzając zęby żółte wprawdzie, ale mocne i dotąd zachowane doskonale.
— Tak... to od Julki — odpowiedziała nieśmiało.
— Pozwolę jeszcze na dwa listy, trzeci jednak odczytam. Piszecie sobie nawzajem same szaleństwa, założyłbym się pięć na sto... Odczytam więc trzeci.
— Proszę i ten przeczytać ojcze... — Podała mu list zarumieniona.
— Powiedziałem trzeci i trzeci odczytam — krzyknął list odtrącając, a przysunąwszy bliżej zeszyt z geometrją, dodał: — Zaczynajmy mościa panno...
Pochylił się nad córką, opierając lewą rękę na wysokim, rzeźbionym grzbiecie fotelu gotyckiego, na którym siedziała. Czuła w koło siebie atmosferę przesiąkniętą wonią ostrą tabaki, otaczającą zwykle starych ludzi, z którą oswoiła się już najzupełniej...
— Oto widzisz te trójkąty równoległe z kątem prostym A, B, C...
Księżniczka wlepiła wzrok przerażony w oczy ojca świecące ogniem fosforycznym. Twarz jej pałała; trwoga czyniła ją niezdolną iść myślą za wywodem swojego profesora, mimo że tłumaczył wszystko jasno i dobitnie... Te same sceny powtarzały się codziennie; komuż jednak należało przypisać winę, nauczycielowi, czy jego elewce? Dla czegóż tak ją ubezwładniał, że w końcu, z nadmiaru trwogi, wszystko się jej w oczach dwoiło, a szum w uszach, tak jej słuch przytępiał, że z tego, co jej prawił, prawie nie słyszała. Twarz ojca, stykała się z jej twarzą, czuła jego oddech cuchnący i o niczem innem nie myślała, jak tylko, żeby wynieść się ztąd jak najprędzej, zamknąć się w swoim pokoju, i tam rozwiązać swobodnie i z całym ducha spokojem trudne zadanie. On ze swojej strony unosił się coraz bardziej, fotel to odsuwał, to przysuwał z łoskotem, mimo że silił się i przymuszał do spokoju. Potem znowu zrywał się jak oparzony, złościł się, hałasował i odsyłał zeszyt„do wszystkich djabłów“.
Chciało nieszczęście, że i tym razem, jak za zwyczaj, księżniczka odpowiedziała ni w pięć, ni w dziewięć.
— A to ciężko głupia — krzyknął w furji, cisnąwszy zeszyt o ziemię.
Odwrócił się, wstał, przeszedł się po pokoju, potarł czoło, pogłaskał córkę po jej pięknych, lśniących włosach, usiadł i zaczął na nowo tłumaczyć, jakby nigdy nic nie zaszło...
— Nie idzie, księżniczko, nie idzie — mruknął widząc, że córka zamierza odejść z zeszytem pod pachą. — Matematyka, to wspaniała nauka, ja zaś nie chcę żebyś była podobną do naszych głupich gąsek salonowych, umiejących tylko paplać po francuzku. Ucz się, pracuj wytrwale; pokochasz ją w końcu, a wtedy głupstwo wyjedzie raz na zawsze z twojej mózgownicy.
Na pożegnanie uderzył ją z lekka w policzek.
Zwróciła się ku drzwiom; on zatrzymał ją ruchem ręki, a wziąwszy z biurka książkę świeżo porozcinaną, podał ją odchodzącej.
— Twoja „Heloiza“, przysyła ci razem z listem. „Klucz tajemniczy“. Coś mistyczno-religijnego, o ile się zdaje. Nie troszczę się o niczyje fanaberje religijne, ale to dziełko przerzuciłem. Masz, weź je sobie, i wynoś się. Tym razem uderzył ją po ramieniu, popychając ku drzwiom, a ledwie wyszła na klucz je zamknął.
Księżniczka Marja wróciła do swego pokoju. Wyraz bojaźliwy, malujący się zazwyczaj w jej fizjonomji, czynił ją jeszcze mniej powabną. I tak była to twarz wcale nieładna, o cerze żółtawej, chorowitej. Usiadła przed stoikiem do pisania, zarzuconym miniaturami, oprawionemi w ramki do stawiania. Prócz tego leżały na nim stosy książek i zeszytów, w największym nieładzie. O tyle bowiem lubiła nieład, o ile jej ojciec przepadał za porządkiem najściślejszym, za symetrją pewną we wszystkiem. Skoro znalazła się sama, rozerwała niecierpliwie kopertę i zaczęła przebiegać szybko oczami list swojej najukochańszej towarzyszki z lat dziecięcych, Julji Karagin, którą spotkaliśmy już byli i poznali na imieninach u hrabstwa Rostowów.
Oto co list ów zawierał:
„Najdroższa moja i najserdeczniejsza przyjaciółko, co to za straszna rzecz i bolesna jednocześnie... nieobecność! Choć wmawiam w siebie, że moja połowa i pół życia mego związane z tobą, że mimo ogromnej przestrzeni, która nas rozdziela, serca nasze związały węzły nierozerwalne, moje serce buntuje się i oburza przeciw przeznaczeniu nieubłaganemu, i nie mogę opanować pewnego smutku i zniechęcenia. A jednak tonę w wirze rozrywek wszelakich; wzlatuję jak motylek z kwiatu na kwiat, z balu na bal, z koncertu na koncert. Czemuż nie jesteśmy razem? Czemu nie mogę w każdej chwili podzielić z tobą wrażeń odniesionych, siedząc jak lata zeszłego na kanapce niebieskiej, w twoim gabinecie, na owej kanapce, przeznaczonej raz na zawsze do zwierzeń serdecznych?“
„Dla czegóż nie mogę czerpać sił nowych podnoszących ducha mego w twoim wzroku tak słodkim, tak spokojnym, tak na wskróś przenikającym, jakąś lubością nieokreśloną; w tym wzroku tak przezemnie ukochanym a który widzę przed sobą kreśląc te słowa“.
Doszedłszy do tego ustępu w liście, Marja westchnęła, obróciła się i spojrzała w duże, stojące zwierciadło ruchome, które wówczas z francuska „trumeau“ nazywano. Zobaczyła w niem obraz wcale nieponętny swojej osóbki upośledzonej przez naturę, i twarzyczkę chudą, żółtą, z policzkami zapadniętemi. Oczy jej widząc to wszystko odbite wiernie w zwierciadle, przybrały wyraz jeszcze smętniejszy, jeszcze bardziej melancholijny niż zazwyczaj.
— Pochlebia mi — szepnęła, biorąc się na nowo do czytania. A jednak Julja nie kłamała. Oczy Marji były wielkie, dziwnie głębokie, i miały czasem błyski piękności nadziemskiej, zmieniając wtedy twarz jej do niepoznania. Rzucały one na nią rodzaj światła, użyczając jej czarującego wyrazu dobroci i słodyczy. Księżniczka atoli nie zdawała sobie sprawy, nie znała wcale owego wyrazu świetlanego, który odbijał się w jej oczach, ilekroć zapomniała się i zadumała o innych osobach, a nie o sobie. W tej chwili trumeau nieubłagane, odbijało bez miłosierdzia jej twarz codzienną, brzydką, wymuszoną.
„W całej Moskwie — czytała dalej — nie mówią jak tylko o wojnie! Jeden z moich dwóch braci jest już za granicą. Drugi, który służy w gwardji, ma wkrótce wymaszerować ze swoim pułkiem. Nasz pan najmiłościwszy opuścił Petersburg, i, o ile można wierzyć wieściom rozsiewanym, chce narażać swoje własne drogocenne życie, na niepewne i zdradliwe przygody wojenne. Daj Boże! aby ów potwór korsykański, niszczący i podkopujący spokój w całej Europie, został zgnieciony i pokonany przez anioła światłości, którego Wszechmocny w swojem miłosierdziu, przeznaczył nam na monarchę. Nie wspominając o moich braciach, wojna ta pozbawia mnie kogoś bardzo drogiego sercu mojemu. Mam na myśli młodego Mikołaja Rostowa, który przejęty zapałem dla świętej sprawy, nie chciał pozostać bezczynnym, porzucił uniwersytet i zaciągnął się do wojska. Otóż, Marjo najdroższa, muszę wyznać szczerze przed tobą, że pomimo jego wieku młodocianego, odjazd Mikołaja na miejsce przeznaczone jego pułkowi, był dla mnie ciężką boleścią! Ten młodzieniaszek, o którym ci już zresztą wspominałam, posiada tyle uczuć szlachetnych, ma w sobie coś tak rycerskiego, tyle zapału, tak umie być młodym prawdziwie, że to każdego uderza. Czyż nie żyjemy w epoce starców dwudziestoletnich, bez krwi, bez ognia, bez iskry tego, co się młodością nazywa? Jest on przedewszystkiem tak szczerym i otwartym, tak idealnym i poetycznym w swoich poglądach na świat i ludzi, że moje z nim stosunki towarzyskie, jakkolwiek krótko trwały i szybko przeminęły, były jednak istną rozkoszą dla mojego biednego serca, które już tyle wycierpiało! Opowiem ci kiedyś nasze pożegnanie i słowa wówczas z nim zamienione. Dziś jest to jeszcze nadto świeże i bolesne“.
„Ah! kochana przyjaciółko, możesz nazwać się szczęśliwą, że nie znasz tych uczuć rozkosznych, ale jednocześnie serce napełniających boleścią, skoro boleść zawsze szalę przeważa, i nią kończy się wszystko. Wiem doskonale, że hrabia Mikołaj, za młody, żeby mógł być dla mnie kiedykolwiek czemś więcej, niż serdecznym, szczerym przyjacielem. Ta jednak słodka przyjaźń, te stosunki z nim, natury tak poetycznej, stały się nieodzownie potrzebne dla mego biednego serca!... Lecz skończmy już o tem i zacznijmy o czem innem“.
„Najważniejszą nowiną poruszającą i zajmującą wyłącznie wszystkich umysły w całej Moskwie, jest śmierć hrabiego Bestużewa i otwarcie jego testamentu. Wyobraź sobie że księżniczki dostały tylko jakąś małą sumkę, książę Bazyli zupełnie nic, a cały olbrzymi majątek spadł na pana Piotra. W dodatku, z łaski carskiej, przyznano mu tytuł hrabiowski i ojca nazwisko, jako prawemu synowi. Został tedy hrabią Bestużewem i panem największego majątku w całej Rosji. Utrzymują że książę Bazyli odegrał w tej całej sprawie nader brzydką rolę i odjechał do Petersburga mocno zawstydzony. Wyznam ci szczerze, że nic a nic nie pojmuję tych kwestji tyczących się legatów i testamentów. To atoli zrozumiałam, że ów młodzieniec, którego znałyśmy po prostu jako pana Piotra i nic więcej, jest obecnie hrabią Bestużewem i właścicielem fortuny miljonowej. Bawi mnie niesłychanie zmiana frontu wszystkich mateczek obarczonych córkami na wydaniu i samych panien w obec tego młodego człowieka. Co do mnie uważałam go i uważam dotąd, za nieokrzesanego gbura i prostaka. Ponieważ od dwóch lat, bawią się moim kosztem i nadają mi co chwila nowego narzeczonego, o którym nie przyśniło mi się nawet i którego najczęściej nie znam wcale, przeto nie dziw, że obecnie kronika małżeńska w Moskwie, robi mnie ni ztąd, ni z owąd... przyszłą hrabiną Bestużew. Zrozumiesz łatwo, że ani mi coś podobnego w głowie nie powstało. Skoro zeszłyśmy na temat małżeństw, muszę ci donieść, że niedawno temu, u Apraksinów „ciocia gromadzka“ (jak ją tu powszechnie nazywają) a mówiąc inaczej, panna Scherer, powierzyła mi pod pieczęcią najściślejszej tajemnicy, że wykłówa się projekt swatania ciebie. Przeznaczają ci ni mniej, ni więcej, tylko młodszego syna księcia Bazylego, Anatola, którego chcianoby tym sposobem uspokoić i poprawić, żeniąc go z osobą bogatą, dystyngowaną i wysoko urodzoną. Otóż wybór najbliższej rodziny padł na ciebie. Niewiem jak ty będziesz się zapatrywała na tę sprawę. Poczytywałam za święty obowiązek donieść ci o tem. Mówią o nim, że bardzo piękny i układny na pozór, ale w gruncie odczajdusza w całem tego słowa znaczeniu! Więcej nie mogłam się o nim dowiedzieć. Dość już będzie tej bazgraniny. Kończę ósmą stronnicę, a mama urguje, żebym zbierała się na obiad do Razumowskich. Odczytaj z uwagą dziełko mistyczne, które ci posyłam. Robi furorę między nami! Chociaż są w niem ustępy trudne do pojącia, dla słabego umysłu ludzkiego, cudowne to dziełko, uspokaja i unosi ducha w sfery nadziemskie. Adieu! Moje uszanowanie twojemu ojcu i pozdrowienie dla panny Bourriènne. Ściskam cię, tak, jak cię kocham“.

„Julja“

„P. S. Donieś mi co porabiają twój brat i jego śliczniutka najmilsza żoneczka“.

Odczytanie listu napisanego w języku francuskim wprawiło księżniczkę Marję w słodką zadumę. Marzyła rozkosznie z uśmiechem na ustach. Jej twarz w tej chwili z owym wyrazem świetlanym, który ją robił tak piękną, była najzupełniej przemienioną. Zerwała się, przeszła się kilka razy po pokoju, poczem zasiadłszy do biurka, przed ćwiartką papieru, zaczęła pisać szybko, prawie bez namysłu. Oto jej odpowiedź.
„Moja najdroższa i najlepsza przyjaciółko! List twój z 13. sprawił mi wielką radość. Kochasz mnie więc zawsze, moja poetyczna Juleczko! Nieobecność, na którą tak sarkasz i narzekasz, nie zmieniłaż i nie osłabiłaż uczuć twoich? Tyż to skarżysz się na rozłączenie nasze? Cóż jabym dopiero mogła o tem powiedzieć, gdybym ośmieliła się rozwodzić ze skargami, ja, pozbawiona obecności tych wszystkich, których ukochałam? Ah! gdyby nie religja, ta jedyna nasza w smutku pociecha, jakżeby to życie wydało nam się nieraz nie do zniesienia! Dla czegóż posądzasz mnie niejako o sąd ostry i brak współczucia, mówiąc mi o twojem przywiązaniu dla tego młodzieniaszka? Pod tym względem, jestem jedynie dla siebie surową. Pojmuję u innych podobne uczucia, mimo żem ich sama nie doświadczyła i wcale nie myślę ich potępiać. Wydaje mi się tylko, że miłość chrześcjańska, miłość bliźniego, szczególniej umiłowanie nawet swoich nieprzyjaciół, jest czemś wznioślejszem i słodszem niż uczucia, któremi mogą natchnąć piękne i wymowne oczy młodego człowieka, osóbkę tak kochliwą i poetyczną, jaką ty jesteś. Wiadomość o śmierci hrabiego Bestużewa, doszła nas jeszcze przed twoim listem. Ojciec mój był nią bardzo wzruszony. Powiedział, że to był przedostatni przedstawiciel, owego wielkiego stulecia, teraz zaś przyszła kolej na niego; postara się jednak, aby nie tak prędko zejść z horyzontu. Niech nas Bóg w łasce swojej zachowa jak najdłużej, od tak strasznego nieszczęścia! Nie mogę podzielić z tobą twojego sądu o Piotrze, którego znam od lat dziecięcych. Wydawało mi się zawsze, że ma serce jak najlepsze, a to przymiot, który cenię najwyżej. Co do spadku, który otrzymał, i co do roli, odegranej w tej całej sprawie przez księcia Bazylego, smutne to bardzo dla obudwu! Ah! droga moja Juleczko, słowa naszego Zbawiciela: — „Że łacniej przejść wielbłądowi przez uszko od igły, niż bogaczowi dostać się do królestwa niebieskiego“ — jakąż straszliwą prawdę w sobie zawierają! Lituję się nad księciem Bazylim, ale żałuję jeszcze więcej pana Piotra. Tak młody, a obarczony olbrzymim majątkiem! Na ileż pokus będzie narażony! Gdyby mnie spytano czego pragnę na tym świecie najgoręcej, odpowiedziałabym bez namysłu: — być uboższą od najbiedniejszego nędzarza. Stokrotne dzięki, kochana przyjaciółko, za przysłane mi dziełko, które jak mówisz, takiego hałasu narobiło między wami!“
„Skoro jednak utrzymujesz, że obok ustępów pięknych i budujących, zawiera inne, niedostępne i niezrozumiałe dla słabego ludzkiego umysłu, wydaje mi się wręcz niepotrzebnem, a nawet zdrożnem, zajmować się czytaniem czegoś niezrozumiałego, a tem samem i bez żadnego pożytku dla duszy. Nie pojmowałam nigdy zapamiętałości u niektórych osób, i namiętnego wertowania dzieł mistycznych, zaciemniających jedynie ich umysł i gmatwających ich wyobraźnię. Takie czytanie wprawia li umysł w jakiś stan chorobliwej egzaltacji, wznieca niepotrzebne wątpliwości co do artykułów wiary, nadaje myślom kierunek fałszywy i przesadny, przeciwny prostocie chrześcjańskiej. Czytajmy Apostołów i Ewangielistów. Nie starajmy się badać tego, co w nich jest tajemniczem. Czyż moglibyśmy ośmielić się, my, nędzni grzesznicy, do roztrząsania i krytykowania bezbożnego, strasznych i niezbadanych wyroków Opatrzności, póki ta cielesna i znikoma ziemska powłoka stanowi między nami a Bogiem wszechmocnym, wszechpotężnym, zasłonę nieprzeniknioną? Studjujmy raczej pilnie wzniosłe zasady, które zostawił nam, nasz boski Zbawiciel, jako wzór do naśladowania. Starajmy się zastosować nasze postępowanie do tych wskazówek, udzielonych nam łaskawie przez Pana Jezusa. Powiedzmy sobie, że im mniej puścimy wodze naszemu słabemu i ograniczonemu rozumowi, tem przyjemniejszymi staniemy się w oczach Boga. Ta bowiem najwyższa i najdoskonalsza Istota, odrzuca precz od siebie wszelką umiejętność, któraby z niej nie wypływała. Im mniej więc będziemy badali i starali się zgłębić to, co Bogu podobało się zasłonić i otoczyć tajemnicą przed nami, tem łacniej udzieli On nam łask swoich nadprzyrodzonych i rozjaśni nasz umysł światłem z góry płynącem. Ojciec nic mi nie wspomniał o konkurencie do mojej ręki, powiedział tylko nawiasem, że otrzymał list od księcia Bazylego i spodziewa się wkrótce jego odwiedzin. Co do owego projektu swatania mnie, powiem ci, droga przyjaciółko, że według mego zdania, małżeństwo jest od Boga samego postanowionem, świętością zatem, do której powinniśmy się zastosować według woli Wszechmocnego. Jakkolwiek mogłoby to być przykrem dla mnie, jeżeliby mi Opatrzność przeznaczyła wykonywać obowiązki żony i matki, starałabym się spełnić takowe najsumienniej, nie troszcząc się wcale i nie analizując uczuć moich w obec tego, kogoby mi dała za małżonka. Dostałam pozawczoraj list od mego brata, donoszący mi o jego bliskim przyjeździe do nas razem z żoną. Będzie to dla nas radość krótkotrwała, skoro opuści nas niebawem, aby uczestniczyć w tej nieszczęsnej wojnie, w którą wciągnięto nas Bóg wie po co i na co! Nie tylko u was, w centrum ruchu i spraw europejskich, mówią tylko o wojnie. I tutaj, w ciszy wiejskiej, wśród jednostajnych, spokojnych zajęć gospodarskich, które wam, mieszkańcom wielkiej stolicy, wydają się tak pospolitemi, echa wojenne dają się uczuć boleśnie. Mój ojciec rozprawia teraz bezustannie o marszach tam i nazad, coś, o czem nie mam najlżejszego wyobrażenia. Przedwczoraj, podczas zwykłej mojej przechadzki przez wieś, uderzył mnie widok serce rozdzierający. Prowadzono rekrutów, świeżo pobranych do wojska w całej okolicy a więc i u nas. Trzeba było widzieć rozpacz matek, żon i dzieci tych, którzy odchodzili! słyszeć jęki i łkania żałosne tak z jednej, jak z drugiej slrony! Zdawaćby się mogło, że ludzkość zapomniała o prawach postanowionych przez jej Odkupiciela, który zalecał miłość bliźniego i uraz wszelkich przebaczenie. Ona zaś, ta ludzkość, przez Chrystusa wybawiona, pokłada najwyższą zasługę w sztuce wzajemnego zabijania się i mordowania!“
Adieu, droga i najlepsza przyjaciółko! Niech cię mają w swojej świętej opiece, nasz boski Zbawiciel i jego najświętsza Matka!

„Twoja Marja“.

— Ah! księżniczko, widzę że masz list wysyłać. Napisałam i ja do mojej biednej mateczki! — z temi słowami weszła do pokoju panna Bourriènne, szepleniąc akcentem czysto paryskiem, głosem zresztą o dźwięku miłym i sympatycznym.
Jej osóbka żywa i fertyczna, dziwnie odbijała od całego otoczenia księżniczki Marji, nie licując wcale z atmosferą ciężką, w tym pokoju wyglądającym ponuro i melancholijnie.
— Muszę przestrzedz księżniczkę — dodała głosem zniżonym — że książę miał jakąś sprzeczkę z Michałem Iwanowiczem. Jest w fatalnym humorze — mówiła z uśmieszkiem, jakby lubowała się sama swoją mową miękką i pieszczotliwą — wygląda ponuro, jak chmura gradowa... Miejmy się zatem na ostrożności... Inaczej biada!...
— Ah! tyle razy prosiłam cię, kochanko — odrzuciła Marja łagodnie, ale nie mniej tonem wyniosłym — żebyś mi nigdy nie wspominała o złych humorach ojca mego. Nie pozwalam sobie sądzić go, i żądam tego samego od mego najbliższego otoczenia.
Teraz dopiero gdy zegar zaczął bić, spostrzegła z przerażeniem, iż spóźniła się o całe pięć minut, gdyż o tej godzinie powinna już była siedzieć przy fortepjanie. Krokiem szybkim podążyła też do sali głównej. Podczas gdy książę drzemał, od południa, do godziny drugiej, córka miała ćwiczyć się w muzyce. Tego wymagał regulamin domowy, ułożony raz na zawsze.





XXVI.

Równocześnie zasypiał na krześle w sieniach stary, siwy kamerdyner, słysząc z jednej strony miarowe, a głośne jak surma bojowa, chrapanie swego pana, a z drugiej ćwiczenia fortepjanowe księżniczki, która powtarzała wytrwale po raz dwudziesty, jakiś trudny pasaż z sonaty Dreyschocka.
W tem zajechał powóz kryty, za nim duża, ładowna bryka, przed główną bramę. Pierwszy wyskoczył książę Andrzej, aby następnie pomódz żonie wysiąść z powozu.
Stary Tykon turkot usłyszawszy, zerwał się na równe nogi. Wysunął się na ganek, drzwi po cichu przymykając i oświadczył księstwu szeptem: — „że jego pan spi teraz“. — Nic nie mogło zmienić trybu i porządku dnia, ani przybycie syna, ani żaden inny wypadek, choćby miał się od niego świat przewrócić. Książę Andrzej wiedział o tem tak samo jak Tykon, a może nawet lepiej od niego, spojrzał bowiem na zegarek, aby się przekonać że w nawyczkach ojca żadna zmiana nie nastąpiła.
— Nie obudzi się aż za pół godziny — przemówił do żony — pójdźmy tymczasem do księżniczki Marji.
Księżna nabrała jeszcze więcej tuszy. Jej drobna figurka, wyglądała obecnie, jak beczułka drepcąca na dwóch stopkach malutkich. Oczy jej dotąd jednak blasku nie straciły, a jej usteczka malinowe z wyszczerzonemi ząbkami jak u wiewiórki i z ciemnym meszkiem nad górną wargą, uśmiechały się jak dawniej wesoło i zalotnie.
— Ależ to pałac wspaniały! — wykrzyknęła zwracając się do męża. Wyrażała swój podziw takim tonem, jakby winszowała gospodarzowi domu świetności balu wydanego. — Prędko! prędko! Idźmy do Maryni!
Uśmiechnęła się znowu rozkosznie do męża i do starego Tykona.
Książe Andrzej szedł za nią z głową smutnie na piersi zwieszoną.
— To pewno Marynia się ćwiczy? — spytała. — Trzeba zejść ją niespodzianie!... Idźmy na palcach, cichuteńko!...
— Zestarzałeś się bardzo poczciwy Tykonie! — bąknął książę Andrzej melancholijnie, gdy stary sługa całował go w rękę.
W chwili, gdy mieli wejść do sali, zkąd odzywały się tony fortepjanu, otworzyły się drzwi boczne i na progu ukazała się młoda i ładna blondyneczka. Była nią panna Bourriènne. Na widok niespodziewany księcia z żoną, zdawała się nie posiadać z radości, i wykrzyknęła:
— Ah! co za szczęście dla księżniczki!... muszę ją uprzedzić...
— Nie, nie! na miły Bóg! Zapewne panna Bourriènne? Znam ją z opisów siostry mego męża, wyraża się zawsze z taką przyjaźnią o swojej miłej towarzyszce — trzepała księżna całując ją serdecznie. — Nie spodziewa się nas dzisiaj, co?...
Stali pod drzwiami, z po za których słychać było te same pasaże powtarzane do nieskończoności. Andrzej spochmurniał jeszcze bardziej, jakby to wszystko robiło na nim przykre wrażenie.
Mała księżna weszła pierwsza; muzyka nagle ucichła. Słychać było za to krzyk, później zaś odgłos zamienionych pocałunków. Andrzej zobaczył siostrę i żonę, które widziały się raz jedyny na jego ślubie, splecione czułym uściskiem. Panna Bourriènne wpatrywała się w ten obraz z dłonią na sercu, gotowa płakać i śmiać się jednocześnie.
Książę wzruszył ramionami, marszcząc czoło, niby meloman namiętny, gdy nagle usłyszy wziętą przez kogoś nutę fałszywą. Dwie młode kobiety odstąpiły na krok od siebie, aby rzucić się sobie ponownie w ramiona, obejmując się nawzajem za szyję i w pół ciała. Ostatecznie płaczem wybuchnęły, na co książę Andrzej skamieniał z wielkiego zdziwienia. I panna Bourriènne do głębi poruszona, zalała się łzami. Młody książę czuł się tem zmęczony i znudzony, jego atoli żona i siostra znajdowały widocznie że to zupełnie coś naturalnego iż tę pierwszą chwilę spotkania wzajemnego, oblały łzami rzewnemi.
— Ah! najdroższa moja! — Ah Maryńciu! — wykrzyknęły razem jak na komendę, śmiejąc się z po za łez.
— Czy wiesz, żeś mi się śniła tej nocy?
— Nie spodziewałaś się nas jeszcze, nieprawdaż?... Aleś schudła biedaczko, od naszego ostatniego widzenia!..
— Ty za to Lizo świetnie wyglądasz!
— Poznałam natychmiast księżnę panią z portretu — wtrąciła Francuzka.
— A ja grałam o niczem nie wiedząc!... Ach! mój drogi Andruszko!... nie spostrzegłam cię dotąd!
Uściskali się serdecznie brat z siostrą.
— A to z was płaksy! — mruknął, gdy Marja wlepiła w niego oczy dotąd łzami zaszłe, ale nie mniej promieniejące radością i najżywszem przywiązaniem, szukając z czułością niewymowną wzroku brata. Mała księżna szczebiotała dalej bez odpoczynku. Jej górna warga, schylała się co chwila, muskając przelotnie dolną, aby podnieść się czemprędzej i rozkwitnąć uśmieszkiem czarującym.
— Mieli okropny wypadek — opowiadała jednym tchem — następstwa tegoż mogły być najfatalniejsze na Spasowej Górze... i zostawiła wszystkie swoje suknie w Petersburgu... nie ma teraz co włożyć na siebie!... a ten Jędruś niedobry tak się dla niej zmienił!... Kitty Odonkow... ktoby się tego był po niej spodziewał!... wychodzi za mąż za starca, ale pana miljonowego... ona zaś, ma dla siostry męża, konkurenta całkiem na serjo... O tem jednak później pogadamy... — dodała nawiasem.
Księżniczka Marja wpatrywała się dalej w twarz brata. Czytało się w jej dużych, pięknych oczach, miłość bez granic i smutek głęboki. Jej myśli odbiegły zupełnie od szczebiotu małej sroczki. Raz nawet wpadła w słowo bratowej, przerywając jakiś opis szczegółowy, ostatniego balu w Petersburgu, aby spytać brata, czy trwa w zamiarze połączenia się z armją maszerującą ku granicy?
— Ma się rozumieć! Odjeżdżam ztąd jutro wieczór.
Liza ciężko westchnęła:
— Zostawia mnie tutaj, opuszcza, Bóg jeden wie dla czego! Mógł przecie zostać w kraju, i tu czekać na awans najpewniejszy...
Marja, nie słuchając dłużej, spojrzała tylko na nią z czułością niewymowną, a wskazując bratu oczami niezwykłe zaokrąglenie kibici u jego żony:
— Czy to już pewne? — spytała wymijająco.
Młoda kobieta nagle pobladła:
— Niestety! — westchnęła ciężko. — Ah! to coś tak strasznego!
Usta jej zadrgały kurczowo. Przycisnęła główkę do siostry ramienia i głośno załkała.
— Potrzeba jej wypoczynku — bąknął Andrzej niecierpliwie. — Nieprawdaż Lizo? Zaprowadź ją do siebie Maryniu, ja tymczasem pójdę do ojca... Powiedzże mi, zawsze ten sam?
— Zawsze... dla mnie przynajmniej nie zmienił się ani na włos — odpowiedziała siostra.
— O tej samej minucie przechadzka w tej samej aleji, poczem staje się do warstatu tokarskiego, nieprawdaż?
Uśmiech nieznaczny, igrający na pełnych ustach Andrzeja, świadczył wymownie, że mimo przywiązania szczerego i synowskiego poważania, były mu znane dokładnie ojca manje i jego dziwactwa niesłychane.
— Nie inaczej, wszystko o tej samej godzinie, przechadzka, toczenie lasek i tabakierek i te same lekcje geometrji i matematyki — wybuchnęła śmiechem wesołym, jakby chwile poświęcone suchej i nudnej nauce, uważała za najpiękniejsze w swojem życiu.
Gdy minęło owe pół godziny drzemki księcia, stary Tykon wszedł i poprosił syna do ojca gabinetu. Książe czynił mu ten zaszczyt, że dla syna wyłącznie zmieniał zwyczaj nie przyjmowania nikogo w gabinecie, gdy go ubierano. Stary książę kazał sobie zawsze kłaść na głowę perukę pudrowaną do objadu i wtedy także przywdziewał długi surdut, a raczej kapotę, według starej mody. Kiedy syn wchodził do gabinetu, ojciec siedział wciśnięty w duże karło, w szerokim białym płaszczu od pudru, z głową powierzoną wprawnym rękom wiernego poczciwego Tykona. Syn zbliżył się szybko do niego. Znikł z twarzy Andrzeja ów zwykły wyraz apatji i znudzenia. Teraz twarz jego ożywiał ten sam uśmiech serdeczny, który ją rozjaśniał dawniej na widok Piotra.
— Oho! jesteś mój wojaku! Chcesz pobić Napoleona, co? — wykrzyknął stary książę, potrząsając drwiąco głową upudrowaną, o ile mu na to pozwalały ręce Tykona, splatające warkocz w tyle peruki. — Tak, tak, ruszaj na pole walki!... śmiało! naprzód! Bez tego mógłby nas wkrótce Bonaparte zaliczyć do swoich poddanych!... Zdrów jesteś hę?...
Podsunął mu policzek. Drzemka wprawiła starca w humor wyśmienity. Nie darmo też utrzymywał: „przed obiadem sen jest złotem, po obiedzie już tylko srebrem“. — Rzucał na syna z pod brwi krzaczystych i gęstych spojrzenia rozradowane, gdy ten go całował w miejsce wskazane, nic nie odpowiadając, na jego wieczne drwiny i docinki, o tegoczesnych wojskowych, a szczególniej o Bonapartem.
— Tak, przybyłem mój ojcze, gdyż chciałem ci przywieźć moją żonę w stanie poważnym... Ojciec zawsze zdrów i rześki, nieprawdaż?
— Mój drogi, tylko głupcy i birbanty chorują, a ty mnie znasz przecie... Pracuję od świtu do nocy, żyję wstrzemięźliwie, zatem zdrowie i czerstwość zachowam do późnej starości.
— Dzięki Bogu! — wtrącił syn.
— Po co mięszać w to Boga! Powiedzże mi teraz — wracał znowu do swojego ulubionego przedmiotu — w jaki sposób i według jakiej instrukcji przemądrej, udzielonej wam przez Niemców, myślicie pobić z kretesem Napoleona? Zapewne według reguł nowomodnej nauki, zatytułowanej szumnie strategją?
— Pozwól mi ojcze odetchnąć cokolwiek — odpowiedział z uśmiechem zainterpelowany, który kochał starca i bardzo go poważał, mimo jego dziwactw rozmaitych. — Nie wiem nawet dotąd gdzie mieszkam — dodał.
— Wszystko głupstwo! głupstwo wierutne, mój synu — krzyknął stary, mnąc w palcach warkocz, aby przekonać się, czy był dość twardo spleciony. Teraz ujął syna silnie za rękę: — Apartament dla twojej zony przygotowany: zaprowadzi ją tam księżniczka Marja i tak będą paplały, że można będzie tą plewą stodołę zapełnić... Ot, zwyczajnie jak kobiety... Jestem bardzo zadowolony, że cię widzę... Siadaj tam i opowiadaj. Pozwalam na armją Michelsona i Tołstoja, bo te będą działały pospołu, armja południowa, co będzie robiła? Prusy zachowują neutralność, wiem o tem; a Austrja, a Szwecja? — dodał wstając, poczem zaczął chodzić wielkiemi krokami po pokoju. A zaś za nim dreptał stary Tykon, podając mu rozmaite części ubrania. — Jakim cudem przejdziecie naprzykład przez Pomorze? — dalej pytał.
Ojciec tak nalegał i tak syna do muru przycisnął, że książę Andrzej zrazu niechętnie, później ożywiając się coraz bardziej, zaczął rozwijać przed nim, na pół po rosyjsku, na pół po francuzku, plan kampanji, którą zamierzano rozpocząć. Tłumaczył zwięźle i dobitnie, jak armja złożona z 90.000 ludzi, ma zastraszyć Prusy i zmusić do czynnego udziału w walce; jak inny korpus połączy się ze Szwedami w Stralsundzie, jak 220.000 Austrjaków i 100.000 Rosjan będą działali tymczasem we Włoszech i nad Renem; jak 50.000 Rosjan i tyleż wojska angielskiego, wylądują w Neapolu, i jak w końcu, ta potężna armja złożona z 500.000 ludzi, zaatakuje Francuzów, na różnych punktach jednocześnie. Stary książę nie okazał najlżejszego zainteresowania się tym całym wywodem. Można było nawet przypuścić, że go wcale nie słuchał, bo trzy razy przerwał synowi, nie przestając chodzić i ubierać się: raz zawołał:
— Białą, białą! — Co miało znaczyć, że stary Tykon pomylił się w wyborze kamizelki. Następnie zapytał czy synowa spodziewa się wkrótce rozwiązania? Wreszcie potrząsł głową jakby z wyrzutem i mruknął z niechęcią: — To źle, bardzo źle! Mów dalej... — Raz trzeci, w chwili kiedy syn kończył opowiadanie, zanucił głosem fałszywym i rozbitym:

„Malbrough idzie wojować, i nie wie kiedy z wojny wróci...“

— Nie mówię ojcu, żeby mi się podobał ten plan kampanji. — Syn uśmiechnął się nieznacznie. — Przedstawiłem go tylko w ogólnym zarysie. Niewątpię też, że Napoleon ułożył inny, który nie będzie z pewnością gorszym od naszego.
— Nic w nim nowego, nic nowego... oto co ci jedynie odpowiem.

I starzec zanucił znowu pod nosem słowa starej francuskiej piosenki, mocno zamyślony:

„Nie wie kiedy wróci... Nie wie kiedy wróci!...“

— A teraz chodźmy do sali jadalnej, książę Andrzeju Mikołajewiczu!





XXVII.

Zegar ścienny wydzwaniał drugą godzinę, kiedy stary książę, ogolony, wyświeżony i upudrowany na biało, wszedł do sali jadalnej. Czekali już na niego synowa, córka, panna Bourriènne i nadworny księcia budowniczy. Ten był raz na zawsze przypuszczony do pańskiego stołu, mimo podrzędnego stanowiska, jakie zajmował, a które, biorąc ściśle, nie nadawało mu prawa do podobnego zaszczytu. Stary książę, przestrzegający najskrupulatniej reguł etykiety i różnicy stanów, chociaż nader rzadko raczył zapraszać matadory z najbliższego obwodu, jednakowoż rad był popisywać się w osobie swojego budowniczego, (siąkającego z nieśmiałością w dużą kraciastą chustkę od nosa), że uważa za równych wszystkich ludzi. Zdarzało mu się też często, dowodzić córce i przypominać jej, że Michał Iwanowicz nie jest wcale gorszym od nich. Przy stole zaś zwracał się najczęściej z mową do budowniczego, który siedział na szarym końcu.
W sali jadalnej wysokiej i przestronnej, za każdem krzesłem stał lokaj jak struna wyciągnięty. Marszałek dworu, z serwetą pod pachą, powodził wzrokiem niespokojnym raz ostatni, przechodząc od stołu do służby i napowrót. Książę Andrzej ojca wyprzedziwszy przypatrywał się uważnie nowemu drzewu genealogicznemu oprawionemu w szczerozłote pręciki. Ten przedmiot był dla niego niespodzianką. Wisiał on naprzeciw dawnego obrazu w tym samym rodzaju, namazanego bezecnie przez jakiegoś heraldyka domorodnego. Ów bohomaz wyobrażał protoplastę rodu Bołkońskich, wywodzącego się w prostej linji od Ruryka, w koronie księcia panującego na głowie i z berłem w ręku. Andrzej nie mógł wstrzymać się od uśmiechu, na widok tej figury fantastycznej, która zakrawała prawie na karykaturę.
— Ah! jak ja go w tem poznaję całego! — bąknął z cicha.
Księżniczka Marja wchodząc w tejże chwili, spojrzała na brata z najwyższem zdziwieniem. Nie pojmowała zupełnie, coby mogło być śmiesznego w tym obrazie. Cokolwiek tyczyło się jej ojca, wzbudzało w niej cześć religijną. Nie godziło się zatem krytykować czegoś podobnego.
— Każdy posiada swoją „piętę Achillesa“ — mówił dalej Andrzej. — Mieć tyle co on rozumu, i narażać się na taką śmieszność...
Wielce zgorszona tą mową zbyt śmiałą, zamierzała Marja na nią odpowiedzieć karcąco, gdy usłyszano za drzwiami kroki niecierpliwie oczekiwane. Chód lekki i posuwisty starego księcia, ruchy żywe i zwinne, dziwnie odbijały od nastroju niesłychanie poważnego i form ściśle etykietalnych, całego otoczenia. Można było prawie posądzić starca o jakąś myśl ukrytą pod tym względem.
Zegar wydzwaniał drugą godzinę, a stojący w salonie na kominku wtórował mu tonem melancholijnym, gdy książę ukazał się na progu. Oczy jego dotąd pełne ognia młodzieńczego, prześliznęły się szybko patrząc z pod brwi po obecnych. Zatrzymały się dłużej na małej księżnie. Na jego widok, uczuła to samo co każdy z otoczenia, rodzaj trwogi i czci głębokiej. Pogłaskał ją po włosach pieszczotliwie i uderzył lekko po szyi.
— Rad wam jestem, rad serdecznie! — mruknął.
Znowu obrzucił ją wzrokiem przenikliwym i zasiadł przy stole.
— Siadajcie, siadajcie!... i wy Michale Iwanowiczu...
Synowej wskazał miejsce obok siebie, lokaj przysunął jej krzesło.
— Ho! ho! — książę spojrzał na jej kibić zbyt zaokrągloną. — Nadto pospiechu, źle, bardzo źle! Trzeba chodzić, dużo chodzić, bardzo wiele!...
Usta wykrzywiły mu się uśmiechem ostrym i niemiłym, oczy natomiast wcale nic nie wyrażały.
Mała księżna nie słyszała go, a może tylko udała że nie słyszy. Milczała pomięszana, póki nie spytał o jej ojca, i o innych znajomych. Wtedy uśmiechnęła się, odszukując zwykły zapał w opowiadaniu rozmaitych plotek stołecznych.
— Biedna hrabina Apraksin straciła męża i swego nieodstępnego adjutanta jednocześnie. Opłakiwała też gorżko tę stratę podwójną!...
Im więcej ożywiała się księżna, sypiąc jak z rękawa rozmaite nowinki skandaliczne, tem surowszem spojrzeniem mierzył ją starzec. Odwrócił się nagle od niej, jakby nie chciał słuchać dłużej.
— Wiecie Michale Iwanowiczu — zawołał drwiąco — że waszego Bonapartego czeka wielkie nieszczęście. Książę Andrzej (mówił zawsze o synie w trzeciej osobie) wytłumaczył mi to dokumentnie. Zbierają się na niego straszliwe, niepokonane falangi!... I powiedzieć, że nas dwóch poczytywało go zawsze za wielkiego niedołęgę!
Michał Iwanowicz, wiedział doskonale, że nie pozwolił sobie nigdy na podobną uwagę w tak dostojnem towarzystwie. Zrozumiał jednak, że jego osoba służy tylko za punkt wyjścia, za wstęp do dalszej rozprawy. Spojrzał na młodego księcia z pewnem zdumieniem i zmięszaniem, nie domyślając się na razie, co ma dalej nastąpić.
— To wielki strategik! — mówił książę do syna, wskazując na budowniczego. I dosiadł znowu swego ulubionego konika, to jest: zaczął rozprawiać o wojnie, Bonapartem, wielkich wodzach i znakomitych mężach stanu. Według niego, stali obecnie u steru praw europejskich, sami studenci, nie znający pierwszych najbardziej elementarnych zasad, w sztuce wojskowej i administracyjnej. Bonaparte, był nic nie znaczącym Korsykaninem, którego chwilowe powodzenie, wypadało jedynie przypisać brakowi Potemkinów i Suwarowów. Stan Europy nie przedstawiał najmniejszych zawikłań; nie prowadzono również wojny na serjo. To, co robiono, było po prostu komedją marjonetek, popychanych przez wielkich partaczów, oszukujących bezczelnie opinję publiczną.
Książę Andrzej odpowiadał wesoło na te drwinki, a nawet wywoływał je umyślnie, chcąc ojca utrzymać w dobrym humorze.
— Przeszłość wydaje nam się zawsze lepszą od teraźniejszości — wtrącił od niechcenia. — Jednak Suwarów dał się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez jenerała Moreau i nie umiał się z niej wydostać.
— Kto ci to powiedział? Kto?! — wykrzyknął stary książę — Suwarów...
Rzucił talerz w górę, który udało się Tykonowi schwycić zręcznie w powietrzu.
— Fryderyk i Suwarów, to byli dwaj ludzie, rzeczywiście! ale Moreau?!... Moreau byłby się dostał w niewolę, gdyby Suwarów był mógł działać swobodnie. Wsadzili mu atoli na kark cały Hof-Kriegs-Wurst-Rath! z którego sam djabeł nie byłby wiedział jak się wywinąć! Zobaczycie, przekonacie się sami niebawem, co to znaczy taki Hof-Kriegs-Wurst-Rath, jakie to straszne zwierzę! Jeżeli Suwarów nie mógł się z nim uporać, to tembardziej Kotuzow nie da sobie z nim rady! Nie, mój drogi! Nie wystarczą wam właśni jenerałowie. Posprowadzacie jenerałów francuskich, z pomiędzy tych, którzy zwracają się frontem do Bonapartego, aby go pobić własną jego bronią. Wszak wyprawiono już Niemca Pahlena, aby odszukiwał w New-Yorku jenerała Moreau — dodał, stosując te słowa do propozycji zrobionej rzeczywiście temuż jenerałowi, bawiącemu w Ameryce na wygnaniu, aby przyjął taki sam stopień w armji rosyjskiej. — To coś niesłychanego! Czy byli Niemcami, lub Francuzami: Potemkiny, Suwarowy, Orłowy? Wierz mi, albo oni z kretesem głowy potracili, albo jam zgłupiał na starość. Życzę wam szczęścia! ale zobaczymy... przekonamy się... Bonaparte wielkim wodzem! Ha, ha, ha!
— Jestem daleki od tego, żeby uważać za doskonałą organizację naszej armji, nie podzielam jednak ojca zdania, co do drugiej kwestji. Można sobie drwić do woli z Bonapartego, a on zostanie nie mniej wodzem genjalnym!
— Słyszeliście Michale Iwanowiczu? — wybuchnął stary książę. — Słyszeliście?
Budowniczy zajęty wyłącznie wyborną pieczenią, żywił błogą nadzieję, że o nim raczą zapomnieć.
— Słyszeliście? Utrzymywałem przecież zawsze w obec was, że Bonaparte jest tęgim taktykiem, otóż i książę Andrzej jest tego samego zdania.
— Zapewne... rzecz naturalna wasza ekscelencjo! — bąkał budowniczy podczas gdy stary książę śmiał się szydersko.
— Bonaparte urodził się widocznie pod szczęśliwą gwiazdą, posiada żołnierzy niezrównanych. Udało mu się w dodatku, mieć zrazu do czynienia z Niemcami, których pobił. Trzebaby ostatniego niedołęgi, żeby ich jeszcze pobić nie potrafił. Od kiedy świat istnieje, tłukli ich wszyscy, a oni nikomu nie oddali pięknem za nadobne!... Aha! prawda... Kiedyś tam poczubili się między sobą. Ale to nie wchodzi w rachunek! Otóż im jedynie zawdzięcza swoją sławę!...
Tu zaczął wyliczać wszystkie błędy, popełnione przez Napoleona, jako wodza i jako zarządzającego państwem. Syn słuchał go w milczeniu. Nie było jednak tak silnych argumentów, któreby mogły zachwiać jego przekonaniem, tak samo głęboko zakorzenionem, jak i u jego ojca. Dziwił się jedynie i nie pojmował, jakim cudem starzec żyjący na wsi, w kącie zapadłym, zupełnie na pozór od świata oderwany, mógł znać tak dokładnie, w szczegółach najdrobniejszych wszelkie kombinacje polityczne w całej Europie.
— Sądzisz, że ja się na tem nie rozumiem, dla tego żem stary? Otóż widzisz... to mi nie daje spokoju!... Nie spię nieraz w nocy, tylko myślę i myślę!... Cóż ten twój wódz potężny zdziałał? Gdzie i kiedy dał się poznać?
— Wyliczanie tego wszystkiego zabrałoby nam nadto wiele czasu.
— A zatem, złącz się z twoim Bonapartem! Jeszcze jeden zapalony wielbiciel, tego waszego ciury, nie cesarza! — zawołał doskonałą francuzczyzną, zwracając się do panny Bourriènne.
— Wiesz mości książę, że nie przepadam wcale za Bonapartem — żywo zaprotestowała.
— „Poszedł wojować, nie wie kiedy wróci!“ — zanucił starzec najfałszywiej w świecie. Śmiejąc się szydersko i zjadliwie, wstał od stołu.
Póki trwała żywa rozprawa, mała księżna siedziała cichutko jak trusia przestraszona. Spoglądała po kolei na męża, na teścia i na księżniczkę Marję. Zaledwie jednak skończył się objad, porwała ją pod ramię, i pociągnęła za sobą do pokoju przyległego.
— Co to za rozum wszechstronny u twojego ojca! — wykrzyknęła. — Z tego powodu zapewne tak mi imponuje i tak go się lękam!
— On taki dobry! — odpowiedziała księżniczka.





XXVIII.

Dnia następnego wieczorem odjeżdżał do armii książę Andrzej. Stary książę, mimo syna odjazdu, nie zmienił w niczem zaprowadzonego raz na zawsze zwyczaju i odszedł do siebie zaraz po objedzie. Synowa siedziała w Marji pokoju, Andrzej zaś, zdjąwszy mundur, w ubraniu cywilnem, kończył u siebie ostateczne przygotowania do podróży przy pomocy swojego lokaja. Opatrzył przedtem najstaranniej powóz podróżny, przy sobie kazał przyśrubować walizy i wydał rozkaz aby konie założono. W pokoju zostały jedynie drobne przedmioty, które lubił mieć zawsze i wszędzie pod ręką. Piękna, turecka szkatułka, wykładana srebrem, złotem i drogiemi kamieniami; puzderko ze srebrnemi przyborami do jedzenia i z flaszkami do wina, likierów, i tym podobnie... dwa pyszne pistolety i szabla turecka, którą ojciec przywiózł z jednej ze swoich wypraw wojennych, i jemu podarował. Wszystko było odczyszczone i starannie upakowane.
Jeżeli ktoś jest bodaj trochę skłonnym do rozmyślań, jest zawsze smutny i rozdrażniony w chwili każdego odjazdu, lub zmiany ważnej w życiu. Rzucamy wtedy mimowolnie wzrok wstecz, rozpamiętywając naszą przeszłość i tworzymy plany daleko sięgające... na przyszłość. Książe Andrzej był smutnym i rozrzewnionym. Chodził tam i nazad po pokoju, z rękami w tył założonemi, patrzał przed siebie, nic właściwie nie widząc i potrząsał głową mocno zafrasowany. Czy lękał się końca niepomyślnego wojny rozpoczętej, czy żal mu było żony? Może dolegało mu jedno i drugie; było bowiem widocznem, że nie byłby rad wcale, żeby miał go ktokolwiek wyłapać w tem tkliwem usposobieniu. Skoro posłyszał zbliżające się kroki w drugim pokoju, odwrócił się szybko do stołu, i zaczął coś na nim porządkować; przyczem silił się nadać twarzy zwykły wyraz spokoju apatycznego i niewzruszonego.
Wpadła siostra do pokoju cała zadyszana:
— Powiedziano mi żeś już kazał zaprzęgać, a ja tak pragnęłam pomówić z tobą sam na sam... Bóg wie na jak długo się rozłączamy... To cię przecie nie nudzi, żem przyszła?... Zmieniłeś się bardzo Andruszko! — dodała smutno, jakby chciała wytłumaczyć, dla czego pyta się w ten sposób.
Nie mogła wstrzymać się od uśmiechu nazwawszy go jak dawniej zdrobniałem imieniem. Nie wierzyła oczom własnym, że ten piękny, wyniosły mężczyzna, o wyglądzie poważnym, prawie surowym, jest tym samym małym psotnikiem Andruszką, chudym jak tyczka, opalonym jak cygan, który niegdyś dzielił z nią igraszki i swywole dziecinne.
— Gdzie Liza? — spytał brat, ściskając ją czule za rękę.
— Usnęła ze zmęczenia u mnie na kanapce... Ah! bracie, co to za skarb ta twoja żoneczka!... Prawdziwe, szczere dziecko!... wesołe, żywe... pokochałam ją całem sercem!
Usiadł obok siostry i milczał. Na ustach igrał mu uśmiech ironiczny. Spostrzegła to i odrzuciła:
— Trzeba jej wybaczyć niektóre słabostki... Któż ich nie ma? Wyrosła i wychowała się na wielkim świecie: jej obecne położenie jest bardzo ciężkie, bardzo przykre... Trzeba umieć postawić się na miejscu każdego... Wszystko zrozumieć, tyle znaczy, co wszystko przebaczyć... Sam przyznasz, że to dla niej czemś bardzo bolesnem, w takim stanie rozłączać się z mężem, i zostawać samotną na wsi... tak, tak twardy to orzech do zgryzienia, być zmuszonym do zerwania z nawyczkami, które stały się naszą drugą naturą!
Książe Andrzej słuchał jej, jak się słucha kogoś, znanego nam na wylot.
— A przecież ty żyjesz wiecznie na wsi — podchwycił. — Znajdujesz zatem takie życie smutnem i bardzo ciężkiem do zniesienia?
— Oh! ja, to zupełnie co innego. Nie znam niczego, nie mogę więc pragnąć innego życia. Dla młodej atoli kobiety, nawykłej do życia światowego, zakopać się w kwiecie wieku w takim kącie zapadłym, spędzać dni w takiej ciszy i samotności, bo wiesz przecie, że ojciec zajęty przez cały dzień, ja zaś... ja... jakąż mogę być dla niej rozrywką? Była zawsze otoczona najlepszem, najwykwintniejszem towarzystwem... zostaje jej tylko panna Bourriènne...
— Której, co do mnie, znieść nie mogę!...
— Oh! zaręczam ci, że jest najpoczciwszą, milusieńką, a szczególniej bardzo nieszczęśliwą!... Nie ma nikogo na świecie... Prawdę mówiąc, zawadza mi raczej, niżby mi miała być pomocną w czemkolwiek. Byłam, jak wiesz, zawsze małą dziczką, i przyjemniej mi być samą!... Nasz ojciec lubi ją, jest tak samo dobry dla niej, jak i dla Michała Iwanowicza. Jest ich dobroczyńcą, i jak mówi Sterne: — „Kochamy ludzi w miarę dobrodziejstw, które im wyświadczamy, a nie dobra, od nich odbieranego“... Ojciec zaopiekował się biedną sierotą, wziął ją prawie z bruku ulicznego, a ona, na prawdę, jest poczciwą dzieweczką!... Podoba się ojcu jej sposób czytania, i to też co wieczór mu czyta.
— Powiedz mi szczerze Maryniu, musisz nieraz wiele znosić od ojca? Takie ma przykre usposobienie.
Księżniczka przerażona tem pytaniem wyjąkała z wysiłkiem:
— Ja miałabym cierpieć?...
— Był zawsze nieugiętym, obecnie jednak, musi to być nader ciężkie zadanie jeźli się ma wytrzymywać wszystkie jego dziwactwa i kaprysy — mówił dalej Andrzej chcąc siostrę wypróbować.
— Jesteś dobrym, szlachetnym mój Andrzeju, ale grzeszysz pychą — odrzuciła, jakby odpowiadała na swoje własne myśli — a to bardzo źle! Jak możesz pozwolić sobie na podobny sąd, i przypuszczać, że nasz ojciec mógłby wzbudzić w kimkolwiek coś innego, niż cześć najgłębszą? Czuję się szczęśliwą i zadowoloną przy jego boku, żałując jedynie, że tego szczęścia nie mogą wszyscy ze mną dzielić.
Brat potrząsł głową z niedowierzaniem.
— Jedna tylko kwestja, jeżeli mam ci wyznać szczerze, trapi mnie i niepokoi: to jego sposób zapatrywania się na artykuły wiary. Nie pojmuję, jak człowiek tak rozumny, może błąkać się po manowcach niewiary i być na tyle ślepym, żeby dysputować i zaprzeczać faktom niezbitym, jasnym jak słońce w południe. Oto, na prawdę, mój jedyny smutek i troska! Zdaje mi się zresztą, że od pewnego czasu zaszła w nim zmiana na lepsze: jego żarty są mniej zjadliwe, przystał nawet na przyjęcie pewnego zakonnika, z którym dość długo rozmawiał.
— Oh! oh! lękam się że na tym punkcie, nic z nim nie wskóracie, tak ty, jak i twój mnich!
— Ah! mój drogi, błagam Boga o to z całej duszy i spodziewam się, że raczy mnie wysłuchać... Andruszku! — szepnęła nieśmiało — mam do ciebie wielką prośbę!...
— Cóż takiego? Mów tylko!...
— Obiecaj mi z góry, że jej nie odrzucisz, to ci nie sprawi najmniejszej przykrości: nic to takiego, coby ubliżało twojej godności, a dla mnie będzie to nadzwyczajną pociechą! Obiecujesz, braciszku kochany?
Zagłębiła rękę w woreczek haftowany, który nosiła na pasku, i wydobyła z niego jakiś przedmiot. Objęła go szczelnie dłonią, jakby chciała ukryć i nie śmiała pokazać bratu, póki nie otrzyma od niego solennej obietnicy.
— Choćbym miał nawet spełnić najwyższą ofiarę, jestem gotów...
— Wolno ci sądzić o tem, co ci się podoba. Pod tym względem jesteś zupełnie do ojca podobny. To mnie jednak mało obchodzi. Obiecaj mi, proszę usilnie! Nasz dziadek już to nosił na piersiach we wszystkich wojnach, w których brał czynny udział, i ty będziesz nosił, nieprawdaż?
— Powiedzże mi raz, o co ci chodzi?...
— Andrzeju, błogosławię cię, tym świętym wizerunkiem naszego Zbawiciela! Przyrzeknij mi, że nigdy go z szyi nie zrzucisz!
— Jedynie, aby tobie tem sprawić przyjemność, jeżeli nie będzie zbyt ciężki i karku mi nie załamie — odrzucił żartobliwie; widząc jednak wyraz cierpienia w oczach siostry, na ten żart niewczesny, zmienił ton natychmiast: — Ma się rozumieć, moja droga, że odbieram tę pamiątkę z twoich rąk, z najwyższą wdzięcznością.
— On zwycięży twój opór, on cię wybawi, przebaczy i pociągnie ku sobie, bo on sam jest tylko prawdą i spokojem, a jarzmo jego słodkiem jest! — głos jej drżał wzruszeniem; oczy łzami zaszły, gdy podniosła nad głową brata z gestem uroczystym, stary wizerunek Pana Jezusa, emaljowany na okrągłej grubej, złotej blasze, oprawny w ramkę złotą i z takim samym łańcuszkiem. Najprzód przeżegnała go, potem pierwsza ucałowała z czcią i jemu podała do pocałowania:
— Zrób to dla mnie! błagam cię!
Oczy jej promieniały światłem czystem, łagodnem, nadziemskiem. Twarz blada i chorowita była jakby przemienioną. Brat wyciągnął rękę, aby wziąć od niej wizerunek, wstrzymała go jednak. Zrozumiał co to znaczyło, ucałował i przeżegnał się jednocześnie, z wyrazem rozrzewnienia mimowolnego, ale i szyderstwa poniekąd.
— Dziękuję ci, mój drogi! — uściskała go czule, a zawiesiwszy mu na szyi wizerunek, usiadła obok niego na kanapce. — Bądź dobrym i wspaniałomyślnym Andrzeju, nie osądzaj biednej Lizy zbyt surowo... Jest słodką, milutką, a jej położenie ciężkie i przykre niewymownie.
— Zdaje mi się, siostro kochana, żem nigdy niczego nie wymawiał i nie zarzucał mojej żonie. Czyż skarżyłem się kiedy na nią? Dla czego mi to wszystko polecasz?
Zarumieniła się i zamilkła zmięszana i zawstydzona.
— Dajmy na to, żem ja nic nie powiedział, uważam jednak, że inni musieli rozwodzić się przed tobą ze skargami, a to mnie boli.
Twarz i szyję Marji pokryły plamy krwiste. Siliła się nadaremnie na odpowiedź, bo jej brat wszystko odgadł.
Mała księżna płakała rzewnie, zwierzając się przed nią ze swojemi obawami. Utrzymywała, że jest najmocniej przekonaną, że umrze w słabości i jest ze wszech miar godną pożałowania... Wyrzekała na swój los nieszczęsny, na teścia i na męża. Wypłakawszy się do syta, usnęła w końcu zmęczona i osłabiona.
Księciu Andrzejowi zrobiło się żal siostry.
— Posłuchaj mnie, moja droga. Nie wymawiałem nigdy niczego mojej żonie, nie zrobiłem tego i nie zrobię. Nie poczuwam się również do winy wobec niej, i będę starał się usilnie, nie zawinić nigdy... Jeżeliby ci szło jednak o zbadanie całej prawdy, o dowiedzenie się, czy jestem szczęśliwy?... Otóż nie, nie jestem nim wcale... I ona tak samo czuje się nieszczęśliwą!... Dla czego tak jest? Nie wiem!...
Kończąc te słowa pochylił się nad siostrą i ucałował ją serdecznie, nie widząc łagodnego światła w jej oczach; wzrok jego bowiem zatrzymał się na drzwiach cokolwiek odchylonych:
— Pójdźmy do niej, Maryniu, trzeba ją pożegnać. A raczej ty idź naprzód i obudź ją... ja niebawem nadejdę... Petro! — krzyknął na lokaja — chodź i zabierz resztę rzeczy: te położysz tu koło mnie, a zaś tamte wsuniesz pod siedzenie.
Księżniczka wstała, zatrzymała się jednak w pół drogi:
— Andrzeju, gdybyś posiadał prawdziwą, silną wiarę, byłbyś udał się do Boga, i prosił go o miłość, której oboje nie czujecie dostatecznie, a on byłby wysłuchał próśb twoich i ziściłby twoje pragnienie.
— Ah! tak, w ten sposób być może!... Idź Maryniu, ja pospieszę za tobą.
W chwilę później książę Andrzej przechodząc przez galerję, łączącą pawilon ze środkowem zabudowaniem, spotkał się oko w oko z ładną i ruchliwą Francuzeczką. Po raz trzeci dnia tego, znajdywała się „przypadkiem“ na jego drodze.
— Ah! sądziłam że książe jesteś u siebie... — bąknęła oblana rumieńcem, z oczkami spuszczonemi.
Na twarzy Andrzeja odbiło się silne rozdrażnienie. Za całą odpowiedź rzucił na nią spojrzenie tak pełne pogardy, że skamieniała na razie, a potem czemprędzej uciekła. Gdy dochodził do drzwi od siostry pokoju, usłyszał głosik srebrzysty swojej żony, która obudziwszy się paplała bez ustanku, jakby chciała sobie wynagrodzić czas stracony.
— Wyobraź sobie moja droga — mówiła trzymając się za boki od śmiechu szalonego — wyobraź sobie starą księżnę Zubow, z jej fałszywemi loczkami nad czołem barwy kanarkowej, z ustami pełnemi zębów wprawionych, wyblanszowaną i wyróżowaną, czem pragnęła zetrzeć ślady wieku podeszłego, z twarzy pięknej jak wieść niesie przed laty... czterdziestu!... Ha! ha! ha!...
Po raz dziesiąty może, książę Andrzej słyszał z ust żony te same żarciki i przedrwiwania. Wszedł po cichu, i zastał ją zupełnie wypoczętą, z twarzyczką zarumienioną, haftującą jakiś kołnierzyk. Wcisnęła się wygodnie, usiadłszy na swoich nogach w sam kącik miękkiej otomanki. Opowiadała z rozkoszą, bez ładu i składu, rozmaite nowinki i skandaliki petersburgskie. Pogłaskał ją czule po lśniących włosach, pytając troskliwie czy czuje się silniejszą?
— Oh! tak, najzupełniej! — odrzuciła szybko, aby zbyć się jak najprędzej i wrócić do tematu ulubionego a nigdy niewyczerpanego, swoich wspomnień petersburgskich.
Kareta podróżna, w sześć koni zaprzężona, czekała przed gankiem. Panowały w koło ciemności egipskie. Była to jedna z tych ponurych nocy jesiennych, okiem nieprzebita, zakrywająca przed naszym wzrokiem najbliższe nawet przedmioty. Stangret nie byłby mógł dyszla dopatrzeć, gdyby nie kozacy na koniach, kręcący się w koło powozu, z płonącemi kagańcami. Wewnątrz pałac był rzęsiście oświetlony. Olbrzymie okna obszernego frontu, wyrzucały na dziedziniec całe snopy światła. Służba cisnęła się tłumnie w sieniach, aby pożegnać młodego pana; jego zaś najbliższe otoczenie, czekało zebrane w głównym salonie. Andrzej odszedł wezwany przez ojca, do jego gabinetu. Ojciec chciał go widzieć przed odjazdem, i pożegnać w cztery oczy. Wchodząc do gabinetu zastał ojca siedzącego przy biurku. Pisał z okularami na nosie, w białym szlafroku flanelowym, w którym zazwyczaj, nie pokazywał się nikomu. Nawet córka, nigdy go w nim dotąd nie widziała.
Zwrócił się ku drzwiom, słysząc kroki syna:
— Jedziesz? — spytał, zabierając się na nowo do pisania.
— Tak, ojcze, przychodzę pożegnać się z tobą.
— Pocałuj mnie tu! — wskazał mu policzek. — Dziękuję ci, dziękuję!
— Za co ojcze kochany?
— Żeś nie został z tyłu, schowany za piecem i przypięty do spódnicy niewieściej! Służba przedewszystkiem... Dziękuję ci raz jeszcze!
Pisał z tak gorączkowym pospiechem, że pióro skrzypiało po papierze, atrament zaś rozpryskiwał się na wszystkie strony.
— Jeżeli chcesz mi co powiedzieć, mów, słucham cię!
— Moja żona... wstyd mi, że muszę obarczać nią ojca kochanego...
— Nie bredziłbyś! cóż znowu!... Powiedz tylko wyraźnie, co trzeba zrobić?...
— Gdy będzie bliskiem... rozwiązanie, proszę sprowadzić z Moskwy najbieglejszego w swojej sztuce akuszera...
Stary książę rzucił na syna wzrok surowy i pełen zdziwienia.
— Wiem o tem dobrze, że nic i nikt nie poradzi, jeżeliby natura sama nie przyszła w pomoc nauce — książe Andrzej mówił dalej nieco wzruszony. — I o tem wiem, że na tysiące podobnych wypadków, zaledwie jeden znajdzie się niepomyślny... ale to jej zachcianka, a i ja życzę sobie tego koniecznie. Nagadano jej rzeczy niestworzonych! nabito jej niemi głowę, w skutek jakiegoś snu fatalnego.
— Hm! hm! mruknął stary książę przez zęby zaciśnięte. — Dobrze, dobrze... zastosuję się do wszystkiego... — i tu podpisał list zamaszyście, z wielkiemi wykrętasami. — Zła sprawa, co? — dodał z uśmiechem sarkastycznym.
— O jakiej złej sprawie ojciec myśli?
— O twojej żonie! — odrzucił stary bez ogródek.
— Nie rozumiem...
— Widzisz, mój drogi, na to już nie ma rady, wszystkie one jednakie. Nie można atoli „rozżenić“ się, gdy raz klamka zapadnie. Nie bój się przecie, nie powiem nikomu... ty atoli wiesz o tem tak dobrze jak i ja... prawdzie nie da się zaprzeczyć...
Dłonią chudą i żylastą, schwycił nagle rękę Andrzeja, a ściskając ją mocno, wpatrzył się w niego, jakby chciał zajrzeć mu w głąb serca. Syn odpowiedział niemem wyznaniem ciężko westchnąwszy.
Stary książę list złożył i zapieczętował w jednej chwili.
— Co robić? ładniutka przynajmniej laleczka!... Bądź spokojny, wszystko się zrobi — dodał krótko.
Andrzej milczał, na poły smutny, na poły zadowolony, że został zrozumianym.
— Słuchaj, zrobimy co będzie w naszej mocy. A teraz masz tu list do Michała Ilarionowicza; proszę go, żeby cię używał do ważnych poleceń, stawiał w dobrych miejscach, i nie zatrzymywał nadto długo przy sobie. Powiesz mu, że moja stara przyjaźń dla niego nie zardzewiała, że zawsze miło go wspominam, i doniesiesz mi natychmiast, jak ciebie przyjął? Jeżeli będziesz zadowolonym i należycie ocenionym, spełniaj gorliwie twoją powinność; jeżeliby zaś wypadło inaczej, zabieraj twoje manatki! Nie będzie powiedzianem, że syna Mikołaja Bołkońskiego, cierpiał przy sobie jego przełożony... jakby z łaski!... Zbliż się...
Mówił niesłychanie szybko, połykając połowę sylab; syn rozumiał go jednak doskonale. Podszedł do biórka, z którego ojciec wyjął, otworzywszy jedną z szuflad, gruby zeszyt, zapisany drobno ale bardzo czytelnie:
— Umrę przed tobą prawdopodobnie. Oto jest memorjał przeznaczony po mojej śmierci dla cara. Masz mu go zatem oddać do rąk własnych. Oto dwa kwity na sumy w banku złożone, i list w dodatku. Jest to nagroda, którą przeznaczam temu, kto opisze najdokładniej kampanje Suwarowa. List odeszlesz do Akademji. Porobiłem tam notatki rozmaite. Przeczytaj je sam najprzód, będzie to korzystnem dla ciebie.
Andrzej, czując że byłoby niedelikatnie z jego strony, zapewniać ojca, o długiem życiu, odpowiedział po prostu:
— Wszystko stanie się według ojca rozkazu.
— A teraz żegnaj mi — starzec zawołał, całując go w głowę i podając mu rękę do ucałowania. — Pamiętaj książę Andrzeju, że gdybyś zginął, moje stare serce krwią by się zalało. Gdybym jednak dowiedział się — spojrzał na niego poważnie, i prosto w oczy — że syn Mikołaja Bołkońskiego, nie wypełnia jak należy swoich obowiązków, czoło moje pokryłoby się na starość wstydu rumieńcem, a więc czemś nieznanem mu dotąd... pamiętaj o tem!
Ostatnie słowa wymówił z wysiłkiem, świszcząc kurczowo przez zęby ściśnięte.
— Mogłeś sobie oszczędzić mój ojcze tego trudu — uśmiechnął się Andrzej. — Wiem, co winienem mojemu rodowi. I ja mam do ojca wielką proźbę... Gdybym zginął a urodził mi się syn, zostaw go przy sobie, niech się chowa pod waszym okiem, błagam o to usilnie!
— Nie chcesz zatem żebym go oddał twojej żonie?
Spróbował roześmiać się, ale w tem przeszkodziła mu drgawka nerwowa.
— Idź już! — krzyknął głos podnosząc i wytrącił prawie syna z gabinetu.
— Co to znaczy? Co się stało? — zawołały razem Liza i Marja, widząc na progu starca, w białym szlafroku, z okularami na nosie i bez peruki.
Schował się za drzwi natychmiast.
Książe Andrzej westchnął zamiast odpowiedzieć.
— I cóż żoneczko? — przemówił tonem chłodnym, z odcieniem drwiącym, jakby ją zachęcał do odegrania jednej z jej komedyjek płaczących i śmiejących jednocześnie.
— Jędrusiu, czy już?! — mała księżna pobladła z trwogi i wzruszenia. Porwał ją w ramiona całując namiętnie. Ona wydała krzyk serce rozdzierający, i omdlała. Podniósłszy jej główkę, opadającą bezwładnie na jego lewe ramię, wpatrzył się w nią długo, przeciągle, i złożył delikatnie na kanapie.
— Żegnaj mi siostro! — szepnął. Upadli sobie w objęcie, ucałowali serdecznie, i on wybiegł spiesznie z salonu, nie oglądając się za siebie. P. Bourriènne nacierała octem trzeźwiącym skronie Lizy, Marja podtrzymywała zemdloną, wysyłając z po za łez ostatnie spojrzenie za bratem i szepcąc słowa błogosławieństwa. Stary książę zaś, siedząc w swoim gabinecie, obcierał nos z takim łoskotem, że można to było wziąć za wystrzały pistoletowe. Nagle zobaczyła go córka na progu.
— Odjechał!... No! to dobrze!...
Spostrzegł młodą kobietę zemdloną. Potrząsł głową niechętnie, i natychmiast wrócił do swego gabinetu, zatrzaskując drzwi gwałtownie za sobą.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





Tom II
I.

Armja rosyjska zajmowała w październiku roku 1805, pewną ilość miasteczek i wsi w księstwach Austrjackich. Co dzień prawie przybywały nowe pułki; a pobyt tylu żołnierzy wraz z końmi, dawał się okropnie we znaki całej prowincji, był nieznośnym ciężarem dla jej mieszkańców. Siły te powiększające się z dniem każdym, koncentrowały się przeważnie w koło fortecy Braunau, gdzie stanął kwaterą główno-dowodzący całą armją, jenerał Kotuzow.
Działo to się dnia 11 października. Pułk piechoty, świeżo przybyły, zatrzymał się o pół mili od miasta. Nie licował on wcale ze swojem otoczeniem i nie zapożyczył się w niczem od obcej miejscowości, która mu za ramy służyła. Mimo sadów, sadzonych z niemiecką systematycznością, murów otaczających każde obejście, dachów krytych łupkiem i łańcucha gór majestatycznych, rysujących się w oddali niebieskawemi konturami, zachował on wszystkie cechy, prawowitego pułku rosyjskiego, gdyby tenże gotował się we własnym kraju, do przeglądu, przez swojego jenerała wodza najwyższego.
Rozkaz dzienny, donoszący o przeglądzie, doszedł do pułku wilją dnia tego, na ostatnim popasie. Ponieważ był zredagowanym nie dość jasno, pułkownik zatem był zmuszony zebrać radę wojenną z wszystkich wyższych oficerów, aby zadecydować, w jaki sposób ma się pułk zaprezentować. Czy po podróżnemu, czy też w pełnej paradzie? Większość była za ubraniem galowem. Lepiej zawsze okazać nadto wiele, niż za mało gorliwości w służbie. Żołnierze zabrali się więc do roboty. Mimo trzydziestu wiorst, które przez dzień przemierzyli własnemi nogami, żaden z nich w nocy oka nie zmrużył; wszystko zostało wynaprawiane i odczyszczone najpiękniej.
Adjutanci pułkowi i kapitanowie liczyli swoich żołnierzy, formowali szeregi, a gdy dzień zaświtał, wzrok ich mógł się napawać z rozkoszą widokiem tłumu złożonego z dwóch tysięcy ludzi, uszykowanego najporządniej w ściśniętą kolumnę, nie tak jak wczoraj wyglądał, zakurzony, zabłocony i obszarpany niby banda cyganów. Każdy był na swojem stanowisku i wiedział co ma robić. Nie brakło jednego guziczka, jednej sprzączki, każda drobnostka świeciła i w słońcu połyskiwała.
Wszystko zatem przyprowadzono do wzorowego porządku, a główno-dowodzący, mógł śmiało przeglądnąć każdego żołnierza z osobna. U każdego znalazłby czystą koszulę, a w tornistrze poskładane te wszystkie rupiecie, których wymagał regulamin wojskowy. Jeden jedyny szczegół pozostawiał wiele do życzenia i nieodpowiadał wzorowej całości. Tym przedmiotem było obuwie, które rwało się w strzępy, odpadało kawałkami. Bogiem a prawdą, pułk szedł ni mniej, ni więcej, tylko tysiąc wiorst, a intendentura krajowa, udawała jakby była głuchą i nic nie odpowiadała na wszelkie proźby i upominanie się pułkownika, żeby mu raz przecie dostarczono potrzebnych materjałów, do uszycia jakiego takiego obuwia! Tym dowódcą, był człowiek nie pierwszej już młodości, otyły, czerwony na twarzy, sangwinicznego temperamentu, z szerokiemi ramionami, z brwiami i faworytami szpakowatemi. Jego mundur nowy i świecący, nosił na sobie ślady niestarte długiego przebywania w mantelzaku. Wysokie i ciężkie szlify, podnosiły prawie po nad głowę jego ramiona kwadratowe. Przechadzał się przed frontem, kołysząc się z nogi na nogę, z ciałem cokolwiek na przód podanem, z miną gęstą człowieka, który spełnił przed chwilą czyn wielkiej doniosłości. Był dumny ze swego pułku, do którego należał całą duszą. Chód jego zdradzał może inne jeszcze troski i kłopoty, po za służbą wojskową, która go najwięcej zajmowała, ciężyło mu również na sercu dobro publiczne, a w szczególności to, które się tyczyło płci pięknej. Kobietki interesowały go bardzo i w sercu dzielnego wojaka zajmowały miejsce nader szerokie.
— I cóż, mój kochany Michale Dmytrowiczu? — przemówił z zadowoleniem do jednego z kapitanów i komendanta oddziału, mężczyzny okazałego, który zbliżał się również ku niemu z uśmiechem na ustach. — Mieliśmy ciężką robotę tej nocy!... hę? Jeszcze nie źle prezentuje się nasz pułczek!... Nie będzie jednym z najgorszych!... co? hę?
Komendant oddziału zdawał się uszczęśliwiony z żarciku pułkownika i roześmiał się od ucha do ucha.
— Naturalnie!... Nie odesłanoby nas nawet z pola Marsowego.
— A to co? — wykrzyknął dowódca, spostrzegłszy dwóch jeźdców konnych, adjutanta i luzaka jadącego za nim z tyłu, którzy przybywali od strony fortecy, głównym gościńcem. Tu i owdzie porozstawiano na tej drodze piechurów, jako wedety. Pierwszy z jeźdźców, wysłany z głównej kwatery, iżby wytłumaczyć dokładniej rozkaz dzienny, wczoraj wydany, zapowiedział wolę Kotuzowa, aby pułkownik przedstawił mu swój pułk w stroju podróżnym, bez żadnych przygotowań i parady. Jeden z członków rady wojennej (Hofkriegsrath) przybył wczoraj z Wiednia, aby namawiać Kotuzowa, do złączenia się jak najrychlej z armją arcyksięcia Ferdynanda i jenerała Mack’a. Ta propozycja nie podobała się wcale wodzowi rosyjskiemu, sprzeciwiał się też jej zawzięcie. Jako dowód potwierdzający jego zdanie w tej mierze, chciał właśnie pokazać i przekonać naocznie Austrjaka o stanie opłakanym armji rosyjskiej, po tak długim marszu.
Adjutant nie znał tych szczegółów, ograniczył się zatem do powtórzenia krótko i węzłowato, że głównodowodzący, byłby wielce niezadowolony, gdyby znalazł pułk inaczej niż w bluzach. Na te słowa biedny dowódca spuścił głowę, wzruszył miłosiernie ramionami i ręce załamał zrozpaczony.
— Otóż mamy! A czy wam nie mówiłem, nie perswadowałem Michale Dmytrowiczu?... W stroju podróżnym... zatem w bluzach... to jasne jak słońce... — dodał opryskliwie zwracając się do komendanta oddziału. Ach! Boże wielki. Panowie majorowie! komendanci! kapitanowie! — krzyknął głosem stentorowym, nawykłym do komendy. — Czy jego ekscellencja przybędzie niedługo? — zwrócił się do adjutanta tonem pełnym uszanowania.
— Sądzę, że nastąpi to mniej więcej za godzinę.
— Czy tylko czasu nam starczy, do zmienienia mundurów na bluzy?
— Nie wiem, panie pułkowniku!... — I komendant oddziału zaczął wydawać rozkazy szybko, gorączkowo. Zaczęto biegać tam i nazad pomiędzy kolumnami; w okamgnieniu kolumny stojące dotąd jak mur nieruchomo i w głuchem milczeniu, połamały się i rozpierzchły na cztery wiatry. Powstał popłoch iście piekielny, pomięszane głosy ludzkie huczały i brzęczały niezrozumiale, niby rój pszczół zbłąkanych zaniepokojonych. Żołnierze pędzili w różnych kierunkach, zrzucali na ziemię mantelzaki, wydobywali z nich bluzy, podnosili po nad głowę, chcąc włożyć na siebie, a nie mogli w pospiechu trafić do rękawów.
— Co to jest? Co to się znaczy? — krzyknął pułkownik. — Gdzie jest komendant trzeciego oddziału?
— Komendant trzeciego oddziału!... Pułkownik pyta o komendanta trzeciego oddziału! — powtórzyło kilka głosów, a pułkowy adjutant puścił się galopem aby odszukać tego, którego żądano. Nadmiar gorliwości i przerażenie tak każdemu głowę zawróciły, że zaczęto wołać: — „Trzecia kompanja żąda widzieć pułkownika!“ — W końcu krzyki i nawoływania, doszły do uszu nieobecnego. Był to człowiek nie młody; nie był wstanie biedz szybko; o ile jednak pozwalały mu na to nóżki krótkie i brzuszek okrągły, mocno naprzód wydany, pospieszał drobnym kłusikiem, na miejsce, gdzie stał pułkownik. Było widocznem, że stary kapitaś ma minę zafrasowaną studenta, przewidującego pytanie z lekcji, której nie umie i nie potrafi odpowiedzieć. Nos świecił mu z daleka barwą purpurową, co zawdzięczał brakowi wstrzemięźliwości w trunkach gorących, i równie sutym jak częstym libacjom na cześć bożka Bachusa. Usta drgały mu z trwogi i wzruszenia. Sapał jak miech kowalski i zwalniał kroku w miarę jak zbliżał się do pułkownika, który mierzył go surowym wzrokiem od głowy do stóp.
— W jakie to bluzy, ubieracie waszych żołnierzy w dniu przeglądu? Co to ma znaczyć?! — krzyknął gromko, wskazując palcem żołnierza z trzeciej kompanji, którego bluza sukienna, odbijała jaskrawo kolorem, od reszty ubrania. — Gdzież schowaliście się, w jaką myszą dziurę, opuszczając wasze stanowisko, i to nieledwie w chwili, kiedy ma zjechać główno-dowodzący? Co? Hę? Ja was nauczę ubierać w ten sposób waszych żołnierzy w czasie rewji!
Stary kapitaś coraz bardziej przerażony i zahukany wytrzeszczał oczy wołowate na swego przełożonego, cisnąc dwa palce do daszka kaszkietu wojskowego, jakby mógł się tym gestem wybawić z kłopotu.
— I cóż, nic nie odpowiadacie? A ten tam drugi, którego przebraliście za Węgra, niby do komedji, co to za jeden?
— Wasza Ekscellencjo!...
— Cóż ztąd, że będziecie mi powtarzali na wszystkie tony: Wasza Ekscellencjo! A potem co? Czy wy bodaj wiecie, co to znaczy! „Wasza Ekscellencjo?“
— Wasza Ekscellencjo, to Dołogow, który został z oficera zasłany w „sołdaty“ — wyjąkał kapitaś z wielką biedą.
— A zatem zdegradowany? No, skoro nie jest feldmarszałkiem, nie może pozwalać sobie podobnych wybryków... Jest prostym żołnierzem; a zaś żołnierz jest obowiązany ubierać się podług regulaminu wojskowego.
— Wasza Ekscellencja sama upoważniła go do podobnego ubrania w czasie marszu.
— Upoważniła! Upoważniła! To zawsze tak z tymi młokosami!... — pułkownik ochłódł cokolwiek z pierwotnej zapalczywości. Pokaż im palec, a oni łap, za całą rękę... Powiedz im, ot! coś, na wiatr... a oni wynicują twoje słowa Bóg wie po jakiemu... Koniec końców! — krzyknął unosząc się na nowo. — Ubierajcie przyzwoicie waszych ludzi! Ot co jest!...
Zwrócony do adjutanta Kotuzowa, posuwał się dalej przeglądając oddziały jeden po drugim. Lżej mu się zrobiło po tym pierwszym wybuchu, szukał jednak sposobności do nowej eksplozji. Kołnierz u jakiegoś podoficera wydał mu się podejrzanym, zgromił go tedy należycie. Zauważył następnie, że pierwszy rząd w trzeciej kompanji, nie był dość prosto wyciągnięty. Przemówił głosem rozdrażnionym do Dołogowa, który był ubrany w bluzę sukienną z pętlicami, barwy niebieskawej:
— Gdzie twoja noga? Gdzie twoja noga?
Dołogow wysunął zwolna nogę, fiksując zuchwale pułkownika.
— Dla czego masz na sobie tę bluzę komedjancką? Paszow! Sierżancie, rozebrać mi natychmiast tego człowieka!...
— Moją powinnością, panie pułkowniku — wpadł mu w słowo Dołogow — jest wypełniać rozkazy wydane. Nic mnie jednak i nikt nie zmusi do znoszenia...
— Ani mi pisnąć w szeregu! Ani pisnąć, rozumiesz?!
— Nie można mnie przymusić do znoszenia obelg niezasłużonych...
Dołogow podniósł głos, i skrzyżowały się ni to dwa miecze obosieczne, wzrok żołnierza, ze wzrokiem pułkownika.
Pułkownik zamilkł, szarpiąc z gniewem szarfę przez piersi przewieszoną.
— Chciejcie zmienić ubranie — bąknął tonem łagodniejszym.
I odwrócił się do niego plecami.





II.

— Jadą! — krzyknął piechur, postawiony na wedecie. Pułkownik czerwony jak piwonia z wielkiego wzruszenia, podbiegł do swego rumaka, schwycił go za cugle drżącą dłonią, wskoczył na siodło, wyciągnął pałasz, z miną junacką, rozpromienioną, i otworzył szeroko usta, aby dać znak, gdy nadejdzie chwila stanowcza.
Pułk zafalował, niby kłosy wiatrem poruszone, aby zapaść następnie w zupełną nieruchomość.
— Cicho! Cicho w szeregach! — huknął pułkownik głosem potężnym, w którego brzmieniu czuło się dziwną mieszaninę: zadowolenia, karności wojskowej i pewnego rodzaju uszanowania... zbliżały się bowiem oczekiwane matadory. Nadjeżdżała wysoka wiedeńska kareta na resorach, z bokami lakierowanemi na niebiesko, turkocząc po gościńcu murowanym. Otaczali ją oficerowie na koniach i eskorta z dońskich kozaków. Mundur biały jenerała austryjackiego, który siedział w karecie obok Kotuzowa, dziwnie odbijał od ciemnych mundurów rosyjskich. Zatrzymała się wreszcie kareta, dwaj jenerałowie przestali rozmawiać, i Kotuzow wysiadł, zstępując zwolna i z trudem, ze stopni spuszczonych w karecie. Zdawał się nie zwracać zrazu uwagi na owe dwa tysiące ludzi, z wzrokiem wytężonym i zapatrzonym jak w tęczę w niego i w swojego pułkownika. Na daną komendę, pułk zatrząsł się, jakby jeden człowiek tylko, i broń sprezentował. Usłyszano głos główno-dowodzącego, wśród ciszy grobowej, potem zagrzmiały okrzyki: — „Niech żyje jego Ekscellencja!“ — w odpowiedzi na pozdrowienie jenerała, i znowu zapanowało głuche milczenie. Kotuzow, który zatrzymał się był, podczas gdy pułk broń prezentował, zaczął teraz przechodzić zwolna wzdłuż szeregów razem z jenerałem austrjackim. Po sposobie jak pułkownik powitał swojego najwyższego przełożonego; jak postępował za Kotuzowem krok w krok, z głową pochyloną, śledząc pilnie każdy ruch, prostując się po każdem jego słowie, można było odgadnąć z łatwością, że spełnianie tej powinności, było słodkiem dla jego serca. Dzięki surowości, ale także i troskliwości ojcowskiej, o potrzeby swoich podkomendnych, jego pułk był o wiele lepszym od innych, które przybywały do Braunau. Liczył on tylko 217 ludzi chorych i maroderów; i był we wszystko zaopatrzony, prócz obuwia.
Kotuzow zatrzymywał się kiedy niekiedy aby przemówić słów kilka pełnych życzliwości do oficerów, a nawet do żołnierzy, których znał jeszcze z kampanji tureckiej. Na widok ich butów podartych, potrząsał smętnie głową, i wskazywał na nie swojemu towarzyszowi, giestem tak wymownym i z taką miną, że to mu oszczędzało trudu, czynienia słownych wyrzutów, i tłumaczeń tego faktu, któremu nie można było zaprzeczyć. Gdy ten giest powtarzał się częściej, pułkownik rzucał się naprzód, aby pochwycić w lot uwagi spodziewane z ust główno-dowodzącego. Około dwudziestu oficerów, tworzących orszak dwóch jenerałów, szło o kilka kroków wstecz, słuch wytężając, mimo że rozmawiali z sobą po cichu, i śmieli się wesoło. Jeden z adjutantów, ładny i szykowny mężczyzna, postępował tuż za Kotuzowem. Był nim książę Andrzej Bołkoński. Obok niego szedł tęgi, rosły i otyły Neświcki, wyższy oficer, z twarzą sympatyczną i wiecznie uśmiechniętą; z poczciwym i łagodnym wyrazem w oczach. Neświcki, zaledwie mógł się pohamować, aby nie wybuchnąć śmiechem szalonym, na widok figlów wyprawianych przez jednego z towarzyszów. Ten bowiem, oficer od huzarów, o cerze smagłej, jak u cygana, z wzrokiem wlepionym z tyłu w pułkownika, powtarzał każdy ruch tamtego, z komizmem niezrównanym, a z najwyższą powagą, nie uśmiechnąwszy się ani razu.
Kotuzow przechodził zwolna i niedbale pod tym ogniem tysiąca oczów, które uciekały prawie z pod powiek, aby przypatrzyć mu się uważniej.
Zatrzymał się nagle przed trzecią kompanją. Orszak nieprzygotowany na ten przystanek, znalazł się o krok niego.
— Ach! Tymotkin! — zawołał radośnie, poznając kapitasia, z nosem purpurowym.
Tymotkin wyciągnięty już do granic możliwych, od owej chwili złowrogiej, kiedy napadł na niego pułkownik, z powodu Dołogowa, potrafił wyciągnąć się jeszcze więcej po słowach główno-dowodzącego. Te istne tortury, mogły mieć dla niego skutki fatalne, gdyby były dłużej potrwały. Spostrzegł to Kotuzow i odwrócił się czemprędzej od niego, z lekkim uśmiechem igrającym na jego twarzy naznaczonej blizną głęboką.
— Ten także, to mój stary towarzysz broni z pod Izmaiły... dzielny wojak... Czyś z niego zadowolony?...
— Ależ nadzwyczajnie, wasza Ekscellencjo.
— Każdy ma wprawdzie swoje słabostki i on, o ile pamiętam, hołdował trochę nadto Bachusowi — dodał Kotuzow na odchodnem.
Skamieniały z przerażenia, żeby mu nie kazano odpowiadać za nałóg nieuleczalny kapitasia, nieszczęśliwy pułkownik milczał zawzięcie. Ów swywolny huzar tymczasem, uderzony postacią zwolennika bachusowego, z nosem purpurowym i z figurą jak struna wyciągniętą, zaczął go naśladować z takiem mistrzowstwem, że Neświcki, mimo całej powagi, parsknął śmiechem. Kotuzow obrócił się. Obaj jednak potrafili natychmiast zmienić wyraz fizjonomji. Twarz tak u jednego, jak u drugiego, niby pod dotknięciem rószczki czarodziejskiej, wyrażała powagę pełną uszanowania.
Trzecia kompanja, była ostatnią. Kotuzow stanął zamyślony, szukając po głowie czegoś, o czem widocznie zapomniał. Książę Andrzej podszedł bliżej, szepnąwszy mu po francuzku:
— Wasza Ekscellencja raczyła mi polecić, żebym jej przypomniał Dołogowa, który został zdegradowany...
— Gdzie Dołogow? — spytał szybko Kotuzow.
Przebrany obecnie w prosty kitel żołnierski z sukna szarego, Dołogow, nie kazał wcale czekać na siebie. Wyszedł z szeregu, zgrabnie i sprawnie broń prezentując. Był to niezaprzeczenie żołnierz piękny z postawy, zwinny w ruchach, sympatyczny z twarzy, z włosem jasnym i dużemi niebieskiemi oczami.
— Czy ze skargą? — bąknął niechętnie Kotuzow, lekko brwi marszcząc.
— Nie, to Dołogow — wtrącił Andrzej.
— A! spodziewam się, że nauka poskutkuje i poprawi cię dostatecznie. Staraj się służyć dobrze i gorliwie. Nasz car jest łaskawym i wspaniałomyślnym. I ja o tobie nie zapomnę, skoro tylko zasłużysz sobie na to.
Oczy duże i błyszczące Dołogowa patrzyły teraz z tą samą determinacją, jak mierzyły przedtem pułkownika. Ich śmiały wyraz, zdawał się zapełniać i wyrównać przepaść, która ma niby dzielić prostego żołnierza od jenerała główno-dowodzącego.
— O jedną łaskę błagam waszą Ekscellencją — rzekł głosem donośnym i dźwięcznym. — Podajcie mi sposobność zmazania mojej winy i złożenia dowodów mego poświęcenia bezgranicznego dla cara wszech Rosji.
Kotuzow pokazał mu plecy z miną kwaśną i zasępioną. Te czcze frazesy, wiecznie jedne i te same, zanudzały i zamęczały go na śmierć.
— Po co powtarzać wiecznie tę samą zwrotkę — mówił w duchu. — Po co wiecznie te same androny mają mi dzwonić w uszach?
Wsiadł nazad do karety i odjechał.
Pułk podzielony na oddziały, pomaszerował na kwatery, w najbliższym promieniu fortecy Braunau. Tam miał wypocząć po trudach przebytych, wyekwipować się, a przedewszystkiem zaopatrzyć się w nowe obuwie.
— Nie macie żalu do mnie, Prokopie Iwanowiczu?... — przemówił pułkownik serdecznie, do Tymotkina, przejechawszy konno po pod szeregi trzeciej kompanji. — Twarz mu jaśniała radością, że przegląd odbył się i zakończył tak szczęśliwie. — Bo to widzicie Tymotkin, carska służba, nie przelewki!... wiecie przecie, co?... Trwoga nas obejmuje, żeby nie zbłaźnić się i nie okryć wstydem przed całym pułkiem. Jestem jednak zawsze gotów uznać mój błąd, i podać pierwszy rękę do zgody... — tu wyciągnął rękę do swego podwładnego.
— Na miły Bóg, wasza Ekscellencjo, czyżbym śmiał pomyśleć...
Podczas gdy nos kapitasia, nabierał z wielkiej radości, jeszcze wspanialszej barwy purpurowej, usta rozwarły mu się szeroko, od ucha do ucha, uśmiechem szczęścia niewypowiedzianego. Przy tej sposobności pokazał zęby pokruszone, z bramą w pośrodku, dwa bowiem zęby przednie, zostawił biedaczysko na wieki wieków, na pobojowisku, podczas szturmu na twierdzę Izmaiłę.
— Powiedzcie, proszę, Dołogowowi, że o nim nie zapomnę, może być zupełnie spokojny... Ale, ale! jak się też sprawuje?
— Bardzo pilny w spełnianiu swoich obowiązków, Ekscellencjo... tylko to jego usposobienie...
— Jakie usposobienie?...
— A no, napada go czasem istna furja... Są dni, że jest łagodnym, powodującym się, pełnym inteligencji... aż naraz przemienia się w dzikie zwierzę. Ot! niedawno temu, o mało nie ubił jak psa, jakiegoś żydka polskiego... Przecie wasza Ekscellencja wie o tem...
— No tak... zapewne — odrzucił pułkownik wymijająco. — Wart bądź jak bądź pożałowania... bardzo nieszczęśliwy... ma wysokie protekcje... zrobilibyście dobrze, gdyby tak, przy sposobności...
— Ależ ma się rozumieć, Ekscellencjo! — nowy uśmiech kapitasia świadczył, że pojął najzupełniej wolę i tajemne życzenie przełożonego.
— Szlify oficerskie, przy pierwszej okazji! — krzyknął pułkownik przejeżdżając obok Dołogowa. Ten obrócił się i uśmiechnął szydersko na te słowa.
— Dobrze wypadło, bardzo dobrze! — pułkownik mówił dalej głośno i dobitnie, aby mogli go słyszeć wszyscy żołnierze. — Podwójna racja wódki dla wszystkich i dziękuję każdemu z osobna... Bogu chwała...
Zbliżył się do innej kompanji.
— Dobre w końcu człeczysko... Można jeszcze żyć jako tako pod jego rozkazami — zwrócił się z tem kapitan do jednego z poruczników.
— Słowem: „król kierowy!“ — odrzucił porucznik żartobliwie śmiejąc się. Tak bowiem nazywano w całym pułku, kochliwego pułkownika.
Wesołe usposobienie oficerów, spowodowane szczęśliwym przebiegiem przeglądu, udzieliło się również i żołnierzom. Maszerowali dziarsko, gawędząc i pośmieszkując.
— Kto też wymyślił bajeczkę, jakoby Kotuzow był jednookim?
— Tak bo jest rzeczywiście!
— Toś powiedział, coś wiedział — zaśmiał się trzeci — a widział ci wszystko dokumentnie, nasze buty podarte i nieledwie brakujące goździe w podkówkach policzył.
— A ten drugi Austrjak? Jak wam się podobał? Niby kawał kredy... istny wór mąki! Ciężka pańszczyzna dalibóg, prać to wszystko!
— Słuchajno, tyś był na samym przedzie... nie słyszałeś przypadkiem kiedy weźmiemy się za bary? Czy nie wspominali co o tem, hę? Ktoś tam prawił, że Napoleon jest tu, w Braunau.
— Bonaparte tutaj? To ci dopiero komedja! Trzeba być głupcem ostatnim, żeby o tem nie wiedzieć, że Prusak zrebelizował się, Austrjak zaś ma mu wleźć na kark... dopiero gdy go dobrze przetrzepią, zacznie i on wojnę z Bonapartem. No, no, opowiadaj tylko dalej, twoją ciekawą bajeczkę. Bonaparte w Braunau! Oj, oj, jak to zaraz widać, że u ciebie pstro w głowie, chłystku.
— Ah, ci djabelscy furjerzy... Już piąty oddział wchodzi do wsi i zjedzą wszystko przed nami.
— Może dałbyś mi kawał suchara, co?
— A nie dałem ci to wczoraj dopiero kilka niuchów tabaki? Może nieprawda, hę? No, masz zresztą kawałek suchara i odczep się raz odemnie.
— Gdyby się choć zatrzymano gdziekolwiek... ale nie... wlecz się jeszcze pieszo całych pięć wiorst, z próżnym żołądkiem.
— Eh, tobieby się podobało, gdy by tak Niemiaszki zaofiarowali nam swoje piękne powozy, co?... Jechać powozem, to by ci była komedja, hę?...
— A ten lud tutejszy, widziałeś? Nie to co Polacy... Tamto poczciwi z kośćmi ludziska... zresztą zawsze to jeszcze naszego cara poddani, a teraz nic tylko szwar, szwar, szwar, szwar! z Niemcami. Licho ich bierz, czy to się chrześcjanin z nimi dogada?
— Na przód śpiewacy — zakomenderował kapitan i blisko dwudziestu ludzi wysunęło się z szeregów.
Dobosz, który dowodził śpiewami stanął między nimi i zaintonował pieśń zaczynającą się od słów:
„Czerwieni się niebo, oj, łuną czerwieni“... a która kończyła się: — „A nasz ojciec Kamenski powiedzie nas w bój, w zwycięzki bój!“ — Skomponowana podczas kampanji tureckiej, pieśń służyła teraz tak samo w Austrji żołnierzom, z tą jedynie różnicą, że zamiast tamtego nazwiska, wspominano o ojcu Kotuzowie. Gdy prześpiewano z junackiem zacięciem ostatnią zwrotkę, dobosz, piękny, rosły chłop, jak dąb, około lat czterdziestu, z członkami zwinnemi, jakby u akrobaty, spojrzał ostro na swoich towarzyszów, brwi ściągając, podczas gdy jego ręce kołysząc się z prawej strony ku lewej, zdawały się rzucać o ziemię czemś niewidzialnym. Przekonawszy się, że wszyscy mają w niego wzrok wlepiony, podniósł zwolna ramiona w górę i tak je trzymał chwilę nad głową, jakby unosił przedmiot drogocenny, a dotąd niewidzialny. Na raz odrzucając go szybko, zaintonował: „Strzecho moja, strzecho kochana!“ — i teraz dwadzieścia głosów, wpadło w ton chórem. Jeden z żołnierzów, wyrwał się naprzód i jakby mu wcale nie ciężył na plecach tornister wraz z mantelzakiem, zaczął podskakiwać i tańcować, cofając się wstecz od swoich towarzyszów. Wymachiwał przytem rękami, jakby chciał sobie przysporzyć miejsca próżnego do tych ewolucji choreograficznych, uderzając dwiema łyżkami cynowemi podług taktu, niby hiszpańskiemi kastanietami. Inni puścili się za nim w pląsy, w tępie coraz szybszem, to skacząc w górę, to przypadając do ziemi w prysiudach. Wtem usłyszeli w tyle turkot kół i koni parskanie. To Kotuzow wracał ze swoją świtą. Skinął ręką na znak, żeby sobie żołnierze nie przerywali wesołej zabawy. Na drugim końcu skrzydła prawego, koło którego przesunęła się tuż blisko wysoka kareta, uderzała w oczy postać Dołogowa, nie licująca wcale z resztą otoczenia. Chód jego był miarowy, według regulaminu, a jednak był zupełnie inny, lekki, śmiały, pełen wytworności. Rzucał on wzrokiem pewnym i sarkastycznym, niby wyzywając do zmierzenia się z nim. Zdawał się litować nad nimi, że nie wejdą do miasta tak jak on pieszo w wesołem towarzystwie. Porucznik Gerkow, ten sam, który bawił przed tem całą świtę, otaczającą Kotuzowa, naśladując komicznie ruchy pułkownika i Tymotkina, powstrzymał konia nieznacznie, aby zbliżył się do Dołogowa. Chociaż Gerkow należał niegdyś do szajki łobuzów i hultajów którym przewodniczył Dołogow, wstrzymywał się jednak dotąd z wszelką przezornością od stosunków jakichkolwiek z dawnym towarzyszem, obecnie zdegradowanym i w niełasce. Słów kilka rzuconych przez Kotuzowa, kazały mu atoli zmienić taktykę. Przemówił zatem, udając wielkie rozradowanie:
— Jakże się miewasz, kochany przyjacielu?
— Jak widzisz — odpowiedział Dołogow tonem lodowatym.
Piosnka coraz żywsza i śpiewana w rytmie lekkim kozaka, towarzyszyła dziwnie do Gerkowa wielko-pańskiej nonszalancji, z którą cedził wyrazy, i odpowiedziom lodowato-obojętnym Dołogowa.
— Jakże urządziłeś się z przełożonymi?
— Oh, jak najlepiej. Poczciwi ludzie... Ty jak widzę, wśrubowałeś się do głównego sztabu?
— Tak... przydzielono mnie do niego. Jestem tu w czynnej służbie.
Zamilkli obadwaj. — „Leci sokolik, leci w niebiosa, prawą dłonią podrzucony“ — brzmiały słowa piosenki. Nuta tejże skoczna i wesoła, wzbudzała mimowolnie w całem otoczeniu otuchę i wiarę w przyszłość.
I tych dwóch rozmowa, byłaby może weszła na inne tory, gdyby nie ten ożywiony akompaniament.
— Czy to prawda, że pobito Austrjaków? — spytał po chwili Dołogow.
— Tak utrzymują, ale djabełby chyba odgadł co się święci właściwie.
— Tem lepiej — odciął krótko Dołogow, przytupując lekko, według rytmu piosenki.
— Przyjdź dziś do mnie wieczorkiem, cóż, dobrze? Założymy banczek w faraona...
— Macie zatem tak wiele pieniędzy?...
— No, przyjdź tylko...
— Niepodobna! Zaprzysiągłem, że nie dotknę się kart, ani szklanki z winem, póki nie zostanę na powrót oficerem.
— Oh, to stanie się niezawodnie przy pierwszej lepszej okazji.
— Ha, wtedy... zobaczymy...
— Mógłbyś zajrzeć do nas i teraz; gdybyś potrzebował czegokolwiek, licz na nas... Sztab główny dostarczy ci wszystkiego.
Dołogow uśmiechnął się na to.
— Oh! nie troszczcie się tak bardzo o mnie. Nie zażądam od was niczego... Jak będzie mi czego potrzeba, sam sobie wezmę.
— Niech i tak będzie... Bo to widzisz tylko dla tego...
— Tak, tak, i ja tylko dla tego... — Adieu!
Adieu!
W dali odzywały się dotąd tony piosneczki: — „Tam! tam! w mojej chatynce!“ — gdy Gerkow zniecierpliwiony nareszcie sarkazmem Dołogowa, wspiął konia ostrogami i pogalopował w takcie skocznym kozaka, aby dopędzić i zrównać się z karetą.





III.

Zaledwie wysiadł z powozu Kotuzow, z nieodstępnym od jego boku jenerałem austryjackim, udał się prosto do swojego gabinetu. Tam kazał sobie podać papiery, odnoszące się do stanu armji, i listy odebrane w wilją dnia tego. Przyniósł mu to wszystko adjutant, książę Bołkoński. Listy były od arcyksięcia Ferdynanda, dowodzącego przednią strażą. Rozłożono mapę na stole, przed którym zasiedli: Kotuzow i jenerał austrjacki, jeden z członków „Hofkriegsrath’u“ (wyższej rady wojennej.) Odbierając papiery z rąk Bołkońskiego, i skinąwszy nań nieznacznie, żeby nie odchodził, Kotuzow prowadził dalej rozmowę po francuzku, dobierając wyrażeń eleganckich, frazesów wyszukanych, które wygłaszał zwolna i z pewnym naciskiem. Ton jego głosu wpadał miło w ucho; i on sam zdawał się rozkoszować swoją wytworną francuzczyzną:
— To moja odpowiedź jedyna, panie jenerale; gdyby owa sprawa, tylko odemnie zależała, byłbym spełnił natychmiast wolę cesarza Franciszka, łącząc się z arcyksięciem. Chciejcie wierzyć, że osobiście byłbym najszczęśliwszym, gdybym mógł złożyć w inne ręce naczelne dowództwo i ciężącą na mnie odpowiedzialność. Nie wątpię że znalazłby się w Austrji nie jeden wódz zdolniejszy i bardziej niż ja wykształcony fachowo. Macie przecież mnóstwo dzielnych jenerałów, to rzecz wiadoma. Częstokroć atoli rządzą nami okoliczności, a nie wola nasza osobista...
Uśmiech dwuznaczny, towarzyszący słowom ostatnim, usprawiedliwiał najzupełniej minę kwaśną i mocno niedowierzającą Austrjaka. Co do Kotuzowa: był on pewny że towarzysz nie zada mu kłamstwa w oczy. To było dla niego punktem najważniejszym, o resztę nie troszczył się wcale.
Ten, z którym rozmawiał, był zmuszony odpowiedzieć w tym samym tonie. Głos lekko drżący, zdradzał jego zły humor i śmiesznie odbijał od słów pochlebnych, wystudjowanych naprzód, które wymawiał z wysiłkiem.
— Przeciwnie, wasza Ekscellencjo, cesarz ocenia nader wysoko to wszystko, czego dokonaliście dotąd, dla naszych wspólnych spraw i interesów. Znajdujemy tylko, że powolność w marszu, przeszkadza dzielnej armji rosyjskiej i jej wodzowi, zdobywać nowe laury, do czego nawykli oddawna.
Kotuzow skłonił się z tym samym drwiącym uśmiechem.
— Nie podzielam tego zdania. Jestem przeciwnie najmocniej przekonany, opierając się na treści listu, którym baczył mnie zaszczycić jego cesarzewiczowska mość, arcyksiąże Ferdynand, że armja austrjacka, pod dowództwem jenerała tak doświadczonego jak wasz Mack, musiała zwyciężyć na całej linji, niepotrzebuje zatem wcale naszej pomocy.
Austrjak zaledwie potrafił powściągnąć się od wybuchu gniewu, który nim miotał. Ta odpowiedź bowiem, nie zgadzała się bynajmniej z wieścią nurtującą głucho po kraju, o znacznej porażce jego współziomków. Zbieg wypadków najfatalniejszy, pozwalał przypuszczać, że owe wieści o porażce, nie były przesadzone, a nawet były więcej niż prawdopodobne. W tym stanie rzeczy, słowa główno-dowodzącego wyglądały na żart niewczesny. Kotuzow jednak, mówiący najspokojniej i z uśmiechem, miał prawo wygłaszać podobne zdanie, na podstawie ostatniego listu samego Mack’a. W tym biuletynie, jenerał austrjacki wspominał o przyszłem walnem zwycięstwie, wynosząc pod niebiosa niezrównaną pozycją swojej armji, pod względem strategicznym.
— Chciejcie podać mi ten list — przemówił Kotuzow do księcia Andrzeja. — Proszę posłuchać...
Przeczytał po niemiecku ustęp następujący:
„Armja nasza, licząca około 70,000 ludzi, pozwala nam zaatakować nieprzyjaciela i pobić go, gdyby próbował przejść przez rzekę Lech. W razie przeciwnym, dzięki Ulmowi, który jest w naszym ręku, zostaniemy panami obu brzegów Dunaju. Możemy przejść go w danym razie i spaść niespodzianie na wojska nieprzyjacielskie. Tym sposobem przecięlibyśmy nieprzyjacielowi drogi komunikacyjne, moglibyśmy przejść nazad przez rzekę trochę niżej i przeszkodzić w końcu, żeby nie zwrócił głównych sił swoich, przeciw naszym wiernym sprzymierzeńcom. Zaczekamy tedy odważnie stojąc na stanowisku zaczepno-odpornem, aż do chwili, gdy armja rosyjska będzie gotowa złączyć się z nami, aby zadać cios śmiertelny nieprzyjacielowi, na co zasłużył najzupełniej“.
Gdy skończył czytać tę czczą frazeologją, Kotuzow westchnął wznosząc w górę oczy.
— Waszej Ekscellencji wiadomo przecie, że mędrzec powinien z góry przewidywać zawsze casus najgorszy... — wtrącił siedzący naprzeciw Austrjak, któremu pilno było położyć kres drwinkom i przycinkom, a przystąpić na serjo do kwestji piekącej. Rzucił wzrokiem mimowolnie na adjutanta.
— Przepraszam po tysiąc razy pana jenerała.
Przerwał mu Kotuzow zwracając się do Bołkońskiego:
— Chciej, mój drogi spytać Kozłowskiego, jakie odebrał raporty od naszych szpiegów. Tu masz jeszcze dwa listy hrabiego Nostic’a, jeden jego cesarzewiczowskiej mości, arcyksięcia Ferdynanda i kilka innych ważnych dokumentów. Idzie o to, żeby ułożyć z tego wszystkiego, po francuzku, a najdokładniej, rodzaj memorjału, w którymby pomieściły się wszelkie wieści otrzymane w tych dniach o posuwaniu się wojsk austrjackich, aby to przedstawić jego Ekscellencji.
Książe Andrzej skinął głową na znak, że wie o co chodzi. Zrozumiał nie tylko to, co mu powiedziano, ale i to, czego kazano mu się domyśleć. Salutując po wojskowemu obu jenerałów, wyszedł wolnym krokiem z gabinetu.
Choć niedawno opuścił Rosję, książę Andrzej zmienił się jednak niesłychanie. Znikł bez śladu, tak z jego twarzy, jak i z całego wzięcia, nienaturalny wyraz znudzenia i jakiejś apatycznej niedbałości, który go dawniej prawie nigdy nie opuszczał. Zdawać się mogło, że obecnie nie ma czasu przemyśliwać nad wrażeniem, wywieranym przezeń na najbliższe otoczenie. Zajmowały go sprawy o wiele ważniejsze i większej doniosłości. Zadowolony sam z siebie, i z tych wszystkich, których widywał, stawał się z dnia na dzień weselszym i bardziej uprzejmym. Kotuzow, którego dogonił w Polsce, przyjął go otwartemi ramionami, obiecując uroczyście, że o nim nie zapomni. Odznaczył go też przy pierwszej sposobności. Z wszystkich adjutantów wybrał sobie jego na towarzysza, jadąc do Wiednia, i tam powierzał mu missje najważniejsze. Napisał był nawet do swojego starego druha, księcia Mikołaja Bołkońskiego tych kilka wierszy:
— Syn twój stanie się z czasem, w to wierzę i tego się spodziewam, wojskowym znakomitym. Ma po temu zacięcie. Pełen zdolności, a co znaczy najwięcej: wytrwały i spełniający ściśle swoje obowiązki. Jestem uszczęśliwiony, że mogę go mieć przy sobie.
Tak pomiędzy oficerami w głównym sztabie, jak i w armji, książę Andrzej używał reputacji podwójnej. Tak było niegdyś i w Petersburgu. Jedni... ci jednak stanowili znaczną mniejszość... mieli go za osobistość o całe niebo wyższą od ogółu, zdolną do wielkich czynów. Ci też posuwali do przesady uwielbienie dla niego, słuchali go jak wyroczni i starali się we wszystkiem naśladować. Stosunki też z nimi, układały się łatwo i naturalnie. Inni, a ci byli w większości, nie lubiąc go, znajdywali, że jest dumnym, nieprzystępnym, słowem: nie do zniesienia. Z tymi jednak, umiał stanąć na takiej stopie, że bali go się jak ognia i trzymali się od niego jak najdalej. Wyszedłszy z gabinetu Kotuzowa, Andrzej przystąpił do swojego kolegi Kozłowskiego, adjutanta w służbie, którego zastał siedzącego pod oknem z książką w ręku.
— Co powiedział Kotuzow? — spytał Kozłowski.
— Kazał napisać memorjał o powodach naszej nieruchomości.
— A to na co?
Książę Andrzej za całą odpowiedź wzruszył miłosiernie ramionami.
— Czy są jakie wiadomości o Mack’u?
— Nie ma żadnych.
— Gdyby miała potwierdzić się wiadomość o jego przegranej, jużby nam ją byli przysłali urzędownie.
— Prawdopodobnie...
Po tem słowie książe Andrzej skierował się ku drzwiom prowadzącym do sieni, gdy w tem otworzyły się gwałtownie i wpadł przez nie ktoś zupełnie im nieznajomy. Był to również jenerał austryjacki, z czarną przepaską na głowie, i z wielką gwiazdą orderu Marji Teresy na piersiach.
— Jenerał główno dowodzący Kotuzow? — spytał gorączkowo nowoprzybyły po francusku, ale z wybitnym akcentem niemieckim, a rozglądnąwszy się w koło, zaczął iść szybko do drzwi od gabinetu.
— Jenerał główno dowodzący zajęty w tej chwili — Kozłowski skoczył do drzwi, zastępując drogę intruzowi. — Kogo mam zapowiedzieć?
Twarz cudzoziemca pochmurniała, a usta mu zadrgały. Wyjął z kieszeni notyskę, napisał szybko słów kilka ołówkiem, wydarł ćwiartkę papieru i podał ją adjutantowi. Następnie przysunął się do okna i usiadł ciężko na krześle, które zajmował przed chwilą Kozłowski. Spojrzał ponuro i z niechęcią na dwóch młodych ludzi, jakby chciał powściągnąć ich zbytnią ciekawość tem spojrzeniem. Po chwili podniósł głowę, wyprostował się widocznie w chęci żeby się z czemś odezwać. Musiał atoli namyśleć się inaczej, skoro machnął tylko ręką niedbale i spróbował zanucić półgłosem jakąś żołnierską piosneczkę; głos mu jednak urwał się, i wydał tylko z piersi ton głuchy, nieokreślony. Otworzyły się niebawem drzwi od gabinetu, a na progu ukazał się Kotuzow. Jenerał z głową obwiązaną, schylony, jakby chciał uniknąć jakiego niebezpieczeństwa, podszedł ku niemu, robiąc kroki olbrzymie, nogami niesłychanie długiemi a chudemi.
— Widzisz przed sobą Ekscellencjo nieszczęśliwego Mack’a! — zawołał głosem drżącym od wzruszenia.
Kotuzow zachował przez chwilę zupełną obojętność. Zwolna rysy jego twarzy rozjaśniły się i wygładziły się zmarszczki na czole; skłonił się z uszanowaniem, a puściwszy go poprzód siebie, poszedł za nim do gabinetu, drzwi za sobą przymknąwszy. Potwierdziła się zatem wieść głucha zrazu o porażce Mack’a i złożeniu broni pod murami Ulmu.
W pół godziny później, rozesłano już adjutantów na wszystkie strony z rozkazem dziennym, który miał niebawem rozruszać armję rossyjską i zmusić ją do maszerowania w kierunku armji nieprzyjacielskiej.
Książe Andrzej należał do rzędu tych nielicznych oficerów w sztabie głównym, dla których cały interes skupia się i koncentruje w obrotach wojennych na serjo w przededniu mającej się stoczyć walnej bitwy. Obecność Mack’a i szczegóły klęski, która go spotkała, ostrzegły go, dając do zrozumienia, że armja rossyjska, znajduje się także w położeniu nader krytycznem, i że połowa kampanji już stracona. Wyobrażał sobie rolę przypadającą wojskom rossyjskim, i jaką on sam może odegrać niebawem. Nie mógł zapanować nad uczuciem złośliwego zadowolenia, gdy pomyślał o upokorzeniu dumnej Austrji. Jeszcze większą radość sprawiała mu nadzieja, że wkrótce nastąpi starcie nieuniknione, między Francuzami a Rosjanami, pierwsze od czasów Suwarowa. Lękał się jednak, żeby genjusz Bonapartego, nie był silniejszym, od bohaterstwa jego przeciwników. Nie mógł nawet przypuścić, żeby jego bohatyr uwielbiany mógł być przez kogokolwiek zwyciężonym.
Podniecony nawałem sprzecznych myśli i uczuć, książe Andrzej udał się na swoją kwaterę, aby zasiąść do listu, który codziennie do ojca wysyłał. Spotkał po drodze swojego towarzysza, który dzielił z nim kwaterę, Neświckiego, i żartobliwego Gerkowa. Obaj trzymali się za boki od śmiechu.
— A ty czemuś zasępiony, jak chmura gradowa? — spytał Neświcki, rzuciwszy okiem na jego twarz bladą i wzrok pałający gorączkowo.
— Nie ma powodu do uciechy! — odrzucił krótko Bołkoński.
W chwili gdy zamieniali z sobą te słowa, zobaczyli w głębi korytarza, owego członka wyższej rady wojennej w Wiedniu, i jenerała austrjackiego Straucha, dodanego Kotuzowowi z poleceniem iżby, czuwał nad dostawą regularną wiktuałów i paszy dla koni przeznaczonej dla armi rossyjskiej. Ci dwaj jenerałowie przybyli dopiero wczoraj. Szerokość korytarza pozwalała najzupełniej trzem młodym oficerom nie ruszać się z miejsca, aby tamci mogli przejść obok nich wygodnie Gerkow jednak, odpychając Neświckiego, zawołał głosem zadyszanym, jakby mu nagle tchu zabrakło.
— Nadchodzą!... nadchodzą!... ustąpcie się na Boga!...
Dwaj jenerałowie chcieli widocznie uniknąć wszelkich oznak uszanowania, gdy Gerkow, z twarzą rozpromienioną, z uśmiechem od ucha do ucha, nadającą jej wyraz głupkowatego, prawie idjotycznego zadowolenia, postąpił o krok naprzód.
— Wasze Ekscellencje raczą pozwolić — przemówił najczystszą niemiecczyzną — żebym miał zaszczyt złożyć im moje najszczersze i najzasłużeńsze gratulacje!
Pochylił głowę, z ukłonem niezgrabnym dzieciaka, który dopiero zaczyna się uczyć tańczyć, i wyrzuca nogami jedną po drugiej jak młody źrebiec. Członek Hofkriegsrathu, przybrał zrazu wyraz chmurny i surowy. Uderzony jednak szczerością tego szerokiego i głupkowatego uśmiechu, nie mógł wstrzymać się, żeby nie zwrócić na niego uwagi.
— Mam więc zaszczyt, złożyć moje gratulacje — mówił dalej Gerkow — że jenerał Mack, powrócił zdrów najzupełniej, prócz lekkiego tu zadraśnięcia — dodał z miną rozradowaną, wskazując ręką na głowę. Jenerał zmarszczył brwi i odwrócił się od niewczesnego żartownisia.
— Boże! a to głupiec! — wykrzyknął idąc dalej.
Neświcki uradowany z konceptu kolegi otoczył poufale ramieniem Bołkońskiego. Ten atoli odtrącił go szorstko z twarzą bladą jak ściana i z ustami drgającemi nerwowo. Uczucie gniewu, spowodowane pierwotnie pojawieniem się Mack’a, i wieścią fatalną, której był nieszczęsnym zwiastunem, rozdrażnienie własnem rozmyślaniem nad położeniem obecnem armji rossyjskiej, znalazło wreszcie odpływ, w obec żartu niestosownego Gerkowa.
— Jeżeli panu sprawia przyjemność — rzekł tonem ostrym i surowym — odgrywać rolę trefnisia nadwornego, nie mogę, rzecz naturalna, w tem mu przeszkodzić. Zapowiadam panu jednak, i to całkiem serjo, że gdybyś pozwolił sobie kiedykolwiek w mojej obecności, równie głupich żartów, nauczyłbym go, jak się wypada zachowywać w przyzwoitem towarzystwie.
Neświcki i Gerkow osłupieli ze zdziwienia, wytrzeszczyli oczy na niego, a następnie spojrzeli w milczeniu jeden na drugiego.
— Ale cóż w tem złego?... gratulowałem, nic więcej — bąknął Gerkow.
— Nie żartuję wcale, milcz pan! — krzyknął Bołkoński, i wziąwszy pod ramię Neświckiego, odszedł od Gerkowa, który na razie nie wiedział co odpowiedzieć.
— A ciebie co napadło? — spytał Neświcki, starając się go uspokoić.
— Jakto, co mnie napadło?! Ty więc tego nie rozumiesz? Albo jesteśmy oficerami w służbie naszego cara i do obrony kraju własnego, których cieszy każda pomyślność naszych wojsk, a którzy współczują i płaczą nad każdą klęską, lub też zostaliśmy prostymi pachołkami! Takim, rzecz naturalna, nie wolno wglądać w żadne sprawy, mają tylko słuchać ślepo rozkazów. Czterdzieści tysięcy ludzi wymordowanych, armia naszych sprzymierzeńców zniszczona... a wy znajdujecie w tem nieszczęściu pole do popisywania się płaskiemi dowcipami?! — Andrzej zapalał się coraz bardziej. — To dobre dla takiego jak ten tam hołysza, który nie ma nic do stracenia, a którego podobało ci się uważać za przyjaciela, ale nie dla mnie!... nie dla ciebie!... Tylko ulicznicy mogą bawić się w ten sposób!...
Teraz dopiero spostrzegłszy się, że mówił głosem podniesionym i Gerkow mógł go słyszeć, zaczekał umyślnie, czy nie zechce mu odpowiedzieć. Gerkow jednak odwrócił się od nich czemprędzej i uciekł w stronę przeciwną.





IV.

Pułk huzarów z Pawłogrodu, stał kwaterą o dwie mile od Braunau. Szwadron, w którym Mikołaj Rostow był „junkrem“, rozlokowano we wsi Saltzeneck. Dom najpiękniejszy i najokazalszy we wsi całej, zarezerwowano dla komendanta szwadronu, rotmistrza Denissowa, znanego w całym pułku, pod imieniem „Waski“.
Odkąd junkier Rostow złączył się ze swoim pułkiem w Polsce, dzielił zawsze kwaterę z komendantem szwadronu. Dnia ósmego października, to jest właśnie podówczas, gdy w głównej kwaterze wszystko przewracało się do góry nogami, na wiadomość o klęsce Mack’a, szwadron cały wiódł życie błogie, życie obozowe, wśród pokoju i doskonałego we wszystko zaopatrzenia. Denissow grając w karty i przegrywając najfatalniej przez noc całą, nie był jeszcze dotąd powrócił do domu. Rostow zaś wracał już wczesnym rankiem, w pełnym rynsztunku na koniu, on bowiem dnia tego rozdzielał furaż dla koni żołnierskich. Zatrzymał się przed gankiem, podniósł się na siodle, z jedną tylko nogą w strzemieniu, a z drugą zwieszoną w powietrzu, ruchem swywolnym, iście młodocianym, jakby mu żal było rozstawać się ze swoim konikiem. Zeskoczył wreszcie na ziemię, i przywołał luzaka. Żołnierz skoczył aby konia przytrzymać.
— Ah! Bodnareńko, przeprowadź go zwolna, kilka razy, póki z potu nie obeschnie. Cóż? Dobrze?... — przemówił do huzara z tą poufałą uprzejmością, znamionującą natury dobre, serdeczne, które gdy czują się zadowolone, radeby z każdym to szczęście podzielić.
— Ma się rozumieć, jaśnie panie — odpowiedział białorusin, potrząsając wesoło głową.
— Tylko uważaj!... póki nie obeschnie.
Pobiegł i drugi huzar, Bodnareńko nie dał sobie jednak konia odebrać. Schwycił mocno za cugle i zaczął przeprowadzać, ocierając go raz po raz z potu słomą skręconą. Junker musiał widocznie płacić hojnie za każdą usługę, skoro tak się do niej cisnęli żołnierze, jeden przez drugiego.
Rostow, zanim odszedł, pogłaskał konia pieszczotliwie po smukłej szyi.
— Brawo! co to będzie z czasem za dzielny ramak! — mruknął sam do siebie, a podniosłszy pałasz, przebiegł prędko kilka stopni ganku, dzwoniąc ostrogami.
Niemiec, właściciel tego domu, ukazał się na progu krowiarni, w długiej wełnianej kamizeli i w szlafmycy białej. Wyrzucał nawóz żelaznemi widłami.
Twarz szeroką, opasłą, rozjaśnił na widok Rostowa uśmiech serdeczny i pełen życzliwości.
Czentopry! Czentopry! — przywitało go łamanym językiem, ale z widoczną przyjemnością, poczciwe niemczysko.
— Już przy pracy? — spytał Rostow, uśmiechając się ze swojej strony. — Hurra! dla Austrji, hurra! dla Rossji, hurra! niech żyje car Aleksander! — dodał żartobliwie, powtarzając ulubione wykrzykniki poczciwego Niemca.
— Hurra! dla całego świata! — Niemiec krzyknął ze śmiechem wyrzucając w górę szlafmycę.
Rostow powtórzył owe hurra! z zapałem, chociaż prawdę mówiąc, nie było powodu do tak wielkiej uciechy, ani dla Niemca czyszczącego swoją oborę, ani dla Rostowa, który wracał z koszar, rozdawszy furaż dla koni. Po tym wylewie wzajemnych uczuć patrjotycznych i braterskich, staruch poczciwy wrócił do nawozu, a młody junker wszedł w głąb domu.
— A twój pan gdzie? — spytał Ławruszkę, sługę Denissowa, hultaja znanego w całym pułku ze sprytu djabelskiego, z chytrości i łobuzostwa.
— Jeszcze nie wrócił od wczoraj wieczór... Zgrał się prawdopodobnie — poskrobał się w głowę Ławruszka. — Znam ja go na wylot! Jeżeli wygra, wraca wcześnie, aby pochwalić się tem czemprędzej. Jak go nie ma do dnia białego, znak to że zgrał się do nitki, a wtedy wraca w psim humorze. Oj, oj! wiem ja coś o tem! Czy podać kawę jaśnie panu?
— Dawaj jak najprędzej.
Nie upłynęło dziesięć minut, a już Ławruszka powracał, niosąc na tacy kawę gorącą.
— Idzie, idzie! — mruknął z cicha. — Zaraz pęknie bomba.
Rzeczywiście nadchodził Denissow. Wzrostu średniego, miał twarz mocno czerwoną, błyszczące czarne oczy, śniące czarne włosy i wąsik ciemny, junacko nastrzępiony. Dołman na nim był rozpięty, szerokie rajtuzy, zaledwie trzymały się na pasku, kasko pomięte zsunęło mu się na tył głowy, karku dotykając. Zbliżył się z głową spuszczoną, ponury i zafrasowany.
— Ławruszka — wybełkotał, plącząc ledwie językiem w gniewie najwyższym. — Czy zdejmiesz raz ty bydlaku!
— Ależ już zdejmuję jaśnie panie.
— Oho, tyś już wstał? — popatrzył na Rostowa wzrokiem zamglonym.
— Ba, od dwóch godzin... Wydałem już furaż na cały dzień i widziałem nawet Fräulein Matilde.
— A ja mój drogi, zgrałem się jak szewc, jak ostatni kupiec... Miałem szansę piekielną, mówię ci! Zaczęła się zaraz po twojem odejściu... Czaj! — huknął waląc pięścią w stół z całej siły.
Skrzywiwszy się niemiłosiernie, niby w chęci uśmiechnięcia się, wyszczerzył zęby drobne, białe, a ostre jak u wiewiórki, i rozgarnął czuprynę gęstą, krótko przystrzyżoną a sterczącą do góry jak szczotka, giestem rozpaczliwym, wplatając we włosy wszystkie dziesięć palców.
— Sam djabeł chyba wepchnął mnie do tego Szczura! (tak przezwali owego oficera). Wyobraź sobie, ani jednej karty porządnej, ani jednej!
Tu Denissow spostrzegłszy, że mu zgasła fajka na krótkim cybuszku, którą trzymał w zębach, cisnął ją gwałtownie na podłogę gdzie rozprysła się na drobne kawałki. Zadumał się przez chwilę, potem mrugnął figlarnie i uśmiechnął się do Rostowa, głos zniżając, z oczami błyszczącemi:
— Żeby choć były kobietki ładne między nami, człowiek byłby się przynajmniej zabawił przyjemnie, ale tu nic, nic, tylko karty i pijatyka, pijatyka i karty! Można doprawdy zgłupieć z kretesem. Kiedyż nakoniec zaczniemy się bić? Hej, kto tam szuruje nogami — dodał gromko, słysząc za drzwiami brzęk ostróg i ciężkie stąpanie.
— Wachmistrz, proszę jaśnie pana — zameldował Ławruszka.
Denissow pobladł i zachmurzył się jeszcze bardziej.
— Źle bratku — mruknął frasobliwie, rzucając Rostowowi na kolana sakiewkę z pieniądzmi. — Porachuj ile mi tam jeszcze zostało tej mamony i schowaj sakiewkę do łóżka.
Wyszedł po tych słowach do przedpokoju, gdzie wachmistrz pokaszliwał z cicha i z uszanowaniem.
Rostow bawił, się układając w stosy, każdą monetę osobno. Nie wiele tam tego znalazł. Kilka zaledwie złotych imperjałów i trochę drobnej srebrnej monety. Naraz usłyszał w przedpokoju, witający się z kimś głos Denissowa:
— A, Teljanin! Dzieńdobry! Słyszałeś? Pobili mnie na głowę.
— Gdzież to?
— U Rykowa, ma się rozumieć.
— Aha, u Szczura — odrzucił ten ktoś, cieniutkim głosikiem.
W tej samej chwili wszedł do pokoju, w którym znajdował się Rostow, Teljanin, podporucznik w tym samym pułku. Rostow zgarnął pieniądze do sakiewki i wsunął ją pod poduszkę, jak sobie tego życzył Denissow. Następnie uścisnął nie bardzo chętnie dłoń wiecznie spoconą i wilgotną, którą podawał mu Teljanin. Wydalono go niedawno temu z gwardji carskiej. Obecnie, sprawował się dobrze i niemożna mu było nic zarzucić, nie lubiono go jednak ogólnie. Szczególniej Rostow, nie mógł ani pokonać, ani nawet ukryć antypatji, jaką wzbudził w nim Teljanin, zaraz przy pierwszem spotkaniu.
— I cóż, mój młody kawalerzysto? Czyś zadowolony z Kruczka? — tak nazywał się koń pod siodło, sprzedany Rostowowi przez Teljanina. Rzecz dziwna, gdy mówił do kogo, Teljanin nie patrzał mu nigdy w oczy, tylko myszkował wzrokiem tędy i owędy. — Widziałem was dziś na nim Mikołaju Stefanowiczu.
— Oh, nie ma w nim znowu nic nadzwyczajnego, ale ujdzie — bąknął Rostow wymijająco. Dowiedział się był od innych, doświadczeńszych, że przepłacił szalenie kruczka, dając za niego siedmset rubli, prawie drugie tyle ile był wart rzeczywiście. — To najgorsze, że utyka trochę na lewą nogę z przodu.
— Eh, bagatela! Pęknął mu zapewne róg w kopycie. To nic nie znaczy, nauczę was jak się zakrzywia hufnal w kopycie, gdy się kuje konia w takim wypadku.
— I owszem, bardzo proszę.
— Oh, coś bardzo łatwego. Nie jest to zresztą żadna tajemnica. Co do konia, jeszcze mi kiedyś za niego podziękujecie, Mikołaju Stefanowiczu.
— Każę go zaraz przyprowadzić — przemówił Rostow, chcąc się czemprędzej pozbyć z karku, nienawistnego Teljanina. I wyszedł.
Denissow usiadł tymczasem w przedpokoju na podłodze, skrzyżowawszy pod sobą nogi po turecku. Kazał sobie podać inną fajkę i pykając z niej, słuchał raportu wachmistrza. Na widok Rostowa, skrzywił się i z wyrazem wstrętu prawie, giestem nader wymownym, pokazał na drzwi, za któremi został Teljanin, dając niedwuznacznie do zrozumienia, jak był nie rad tej wizycie.
— Nie cierpię tego młokosa — mruknął przez zęby, nie zważając na obecność podwładnego.
Rostaw wzruszył ramionami, jakby chciał odpowiedzieć:
— Ja tak samo, ale co począć?
Po wydaniu stosownego rozkazu, wrócił do pokoju, gdzie zastał Teljanina, zacierającego swoje ręce małe i wypieszczone.
— Że też mogą istnieć fizjonomje tak nieprzyjemne — pomyślał Rostow.
— Cóż? przyprowadzą konia — spytał tamten wstając, tonem najobojętniejszym w świecie.
— Natychmiast.
— Dobrze, wszedłem tylko na chwilę, aby spytać Denissowa, czy dostał już rozkaz dzienny. Dostałeś go Waska?
— Jeszcze nie, gdzież odchodzisz?
— Chcę pokazać temu młodzieńcowi jak powinno się kuć konia.
Obejrzeli nogę Kruczka, a Teljanin udzieliwszy instrukcji odszedł do siebie.
Denissow usiadł tymczasem przy stole, na którym prócz samowara kipiącego i imbryka z czajem, postawił Ławruszka butelkę araku i dobrą porcję wędzonej kiełbasy i zabrał się do pisania. Pióro skrzypiało po papierze, a krople atramentu bryzgały na wszystkie strony. Gdy Rostow wrócił, spojrzał na niego ponuro:
— Do niej piszę!...
Oparł się łokciem na stole, nie wypuszczając pióra z ręki, jakby chciał pochwycić w lot nadarzającą się sposobność wypowiedzenia głośno tego, co chciał wylać na papier. Zaczął mu zatem opowiadać treść listu.
— Bo widzisz, mój drogi, nie żyjemy, ale śpimy, jeżeli nie mamy w sercu miłości! Prochem jesteśmy i w proch się rozsypiemy, a jednak kochając, stajemy się prawie równymi bóstwu! jesteśmy czyści i bez grzechu, jak pierwsi ludzie, w dniu stworzenia wszechświata... Kto tam znowu? Odeślij go do wszystkich djabłów! Nie mam czasu!
Ławruszka zbliżył się jednak do niego, nie dając się wcale zbić z tropu.
— To nikt proszę jaśnie pana... tylko przyszedł wachmistrz, według pańskiego rozkazu po pieniądze.
Denissow rzucił się niecierpliwie, ale wnet pohamował się i rzekł spokojnie do Rostowa:
— Zła sprawa!.. Gadajno... ileś znalazł w sakiewce?
— Dziewięć sztuk złota i trochę srebrnej monety.
— Hm! hm! Czegóż stoisz błaźnie przedemną, nieruchomy jak kloc. Ruszaj po wachmistrza! — zburczał Ławruszkę.
— Kochany Dennisow! weź odemnie ile ci potrzeba! Wiesz, że mi nie brak pieniędzy! — rzekł Rostow zarumieniony.
— Nie lubię pożyczać od moich przyjaciół. Nie! mówię ci, że tego nie znoszę!
— Jeżeli uważasz mnie za towarzysza, obraziłbyś mnie śmiertelnie nie przyjmując chwilowej pomocy. Zaręczam ci, że mi tą pożyczką nie zrobisz najmniejszej różnicy!
— Nie chcę! nie przyjmuję, jeszcze ci to raz powtarzam!...
Denissow zbliżył się do łóżka, aby wziąć sakiewkę.
— Gdzieś ją schował?
— Pod ostatnią poduszkę.
— Tu jej nie ma!...
I Denissow zrzucił obie poduszki na podłogę.
— Może zsunęła się z łóżka... poczekaj — Rostow przystąpił z kolei do łóżka, wypróżniając je z pościeli aż do spodu. — Nie ma!... rzeczywiście nie ma!... Czyliżbym zapomniał, gdziem włożył? Ale nie, pamiętam doskonale, żem pomyśłał w owej chwiłi: — „Waska kładzie ją zawsze pod drugą poduszkę“. — Gdzież ona może być? — zwrócił się do wchodzącego Ławruszki.
— Tam, gdzie ją jaśnie pan położył... jam tu przecie nie postał przez ten cały czas.
— Zawsze ta sama historja! — Denissow wybuchnął niecierpliwie. — Roztrzepaniec z ciebie wierutny! zapominasz wiecznie, gdzie co wepchniesz... popatrz mój drogi po kieszeniach.
— Ależ nie mam w żadnej kieszeni, bo wiem doskonale, żem włożył pod poduszkę!
Ławruszka tymczasem odsuwał łóżko, wytrzęsał najstaranniej jedną sztukę pościeli po drugiej i wreszcie stanął osłupiały na środku pokoju, ręce rozpaczliwie rozkrzyżowując. Denissow, który przypatrywał się z boku temu wszystkiemu, zwrócił się do Rostowa.
— Słuchaj no Rostow, przestań raz żartować! — rzekł z naciskiem.
Rostow uczuwszy na sobie wzrok przenikliwy przyjaciela, spojrzał na niego i spuścił oczy natychmiast. Stanął cały w płomieniach i tchu mu nagle zabrakło.
— Nie było tu przecie nikogo, prócz jaśnie pana hrabiego, i tamtego podporucznika... to gdzieżby się miała podziać sakiewka? — wtrącił Ławruszka.
— No to ruszaj, djabelski synu! — huknął Denissow, także czerwony jak burak i do wściekłości doprowadzony, grożąc pięścią swemu sługusowi. — Musi się znaleźć, inaczej będę z ciebie darł pasy! Rozumiesz, ty łotrze jakiś?!
Rostow tymczasem zapiął mundur na sobie, przypiął pałasz i wziął ze stołu kaszkiet wojskowy.
— Szukaj psie! — Denissow zaczął trząść służącym jak gruszką.
— Daj mu pokój Waska!... wiem już kto ją wziął!...
I Rostow skierował się ku drzwiom z oczami dotąd wbitemi w podłogę. Denissow zrozumiawszy teraz do kogo pije, porwał go za ramię.
— Głupstwo! — krzyknął z taką siłą, że aż mu żyły nabrzmiały w szyji i w czole jak liny. — Oszalałeś, czy co?... Sakiewka musi się tu znaleźć, inaczej obedrę ze skóry tego łajdaka Ławruszkę!
— Wiem kto ją wziął! — powtórzył Rostow głosem stłumionym, jakby go coś w gardle dusiło.
— A ja ci najostrzej zakazuję!... krzyczał dalej Denissow szamocząc się z nim.
Rostow wyrwał się z gniewem z jego dłoni:
— Nie rozumiesz zatem — popatrzył mu w oczy prosto i śmiało — czy też nie chcesz zrozumieć? Byłem tu, w pokoju, sam na sam z nim, jeżeli więc nie wziął „tamten“, w takim razie!... — i wypadł jak kula do sieni, nie kończąc zaczętego frazesu.
— Niech djabli porwą, ciebie i resztę! — zaklął Denissow rozwścieklony.
Były to ostatnie słowa, które Rostow usłyszał za drzwiami. W chwilę później wchodził do Teljanina.
— Nie ma w domu mego pana — zameldował jego luzak — wezwano go do głównego sztabu... Czy stało się co złego? — spytał, uderzony wyrazem dziwnego wzburzenia w twarzy Rostowa.
— Nic wcale!...
— Szkoda!... tylko co wyszedł mój pan...
Nie wchodząc do siebie, Rostow wsiadł na konia i popędził galopem do głównego sztabu, który rozłożył się taborem o trzy wiorsty odległości od Saltzeneck. Była tam niezła traktyjernia, w której zbierali się wszyscy oficerowie. Gdy stanął przed nią, spostrzegł konia Teljanina, uwiązanego do słupa od sztachet. Jego samego zastał siedzącego przy jednym ze stolików, w głębi izby. Przed nim stał talerz z kiełbasą na gorąco i flaszka wina.
— A! i tyś tu, młodzieńcze? — przemówił Teljanin żartobliwie, mrugnąwszy oczami.
— Nie inaczej — bąknął Rostow głucho, i usiadł przy drugim stole obok dwóch Niemców i oficera rossyjskiego.
Wszyscy milczeli, słychać było jedynie szczęk nożów i widelców. Skończywszy śniadanie, Teljanin wyciągnął z kieszeni sakiewkę z jedwabiu ponsowego, z ładnemi złotemi wisiorkami na końcach, w kształcie żołędzi, odsunął jedno z kółek, palcami cieńkiemi i zakrzywionemi jak szpony u sępa, wziął sztukę złota i podał kelnerowi:
— Resztę!... tylko prędko!... — krzyknął.
— Proszę mi pozwolić... chciałbym przypatrzeć się bliżej tej sakiewce — przemówił Rostow zcicha, podchodząc ku niemu.
Teljanin myszkując jak zwykle oczami podał mu ją.
— Szykowna, co? Ładne bo ją rączki robiły — zaśmiał się blednąc cokolwiek. — Patrz młodzieńcze!
Wzrok Rostowa przenosił się z Teljanina na sakiewkę a z sakiewki na niego.
— Wszystko to co w niej jest zostanie w Wiedniu, jeżeli dojdziemy tam szczęśliwie. Tu, w tych głupich dziurach, choćby człowiek jak chciał, nie ma na co i gdzie stracić pieniędzy — dodał siląc się na wesołość. — Proszę mi ją oddać... odchodzę...
Rostow milczał.
— No, a hrabia?... Może każesz sobie co podać? Wcale nie źle tu jeść dają... Oddajcież sakiewkę, Mikołaju Stefanowiczu!...
Wyciągnął rękę.
Junker wypuścił ją z dłoni, a Teljanin wsunął zwolna do kieszeni w pantalonach, z wzrokiem, który zdawał się mówić:
— Do mnie należy; wraca do mojej kieszeni, wszystko w porządku, i nikomu nic do tego!...
— I cóż? — spytał mimowolnie, a ich spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu.
— Proszę tu, pod okno! — Rostow pociągnął go za sobą. — Ta sakiewka i pieniądze Denissowa! — szepnął mu w same ucho.
— Co? Jakto?... Ośmielasz się pan!... — W słowach urywanych czuło się jednak prośbę rozpaczliwą, o względność i przebaczenie. Ostatnie wątpliwości przygniatające aż do tej chwili serce Rostowa, rozwiały się natychmiast.
Rozradował się niesłychanie, ale ogarnęła go jednocześnie litość dla tego nieszczęśliwego.
— Za wielu tu świadków — mruczał Teljanin, mnąc nerwowo w ręce swój kaszkiet, kierując się do pokoju obok — Bóg wie coby mogli pomyśleć...
— Musimy tę kwestję na czysto wyprowadzić... wiem o tem i udowodnię każdej chwili — odrzucił Rostow cicho ale stanowczo, nie ustępując ani krokiem.
Twarz winnego, coraz bledsza i przerażona, drgnęła kurczowo. Oczy biegały niespokojnie, to tu, to tam, wlepione w podłogę, i nie śmiejąc podnieść się w górę. Z piersi wydobywały mu się tony zdławione i niewyraźne:
— Błagam pana hrabiego, nie chciej mojej zguby! Oto pieniądze! Weź je pan!... mój ojciec, starzec niedołężny... moja matka...
I rzucił na stół sakiewkę.
Rostow schwycił ją i poszedł ku drzwiom, wcale na niego nie spojrzawszy. Na progu zatrzymał się i rzekł z najwyższą goryczą a z oczami wilgotnemi:
— Mój Boże! jak też można było dopuścić się czegoś podobnego?...
— Hrabio...
I Teljanin chciał zbliżyć się do młodego człowieka.
— Proszę mnie nie dotykać — zawołał Rostow gwałtownie, cofając się przed nim. — Jeżeli tak panu były koniecznie potrzebne, masz moją sakiewkę... schowaj ją sobie!
I rzuciwszy mu ją pod nogi, zniknął za drzwiami, uciekając co tchu, jakby kto za nim gonił.





V.

Tego samego wieczora, prowadzili oficerowie, zgromadzeni w pomieszkaniu Denissowa, rozmowę nader ożywioną.
— Powtarzam i będę powtarzał, żeś powinien młodzieńcze przeprosić pułkownika pierwszy — dowodził rotmistrz Kirstein. Ten włosy miał już mocno szpakowate, wąs sumiasty, a tak długi, że go za ucho zakładał, rysy wybitne, prawdziwie męskie, twarz pooraną zmarszczkami. Zdegradowany dwa razy na prostego żołnierza, za pojedynki, potrafił zawsze dobić się na nowo rangi rotmistrza, niesłychaną brawurą i służbistością.
— Nie pozwolę nikomu zarzucać mi kłamstwa! — bronił się Rostow zawzięcie, z twarzą rozpłomienioną i drżąc z wzruszenia. — Powiedział mi w oczy, że to nieprawda, na co odrzuciłem, że on sam mija się z prawdą w tej chwili... I na tem zostanie... Mogą obarczać mnie codzień służbą nad siły, nawet skazać na areszt, ale nie zmuszą do przeprosin... Czy ja zawiniłem? Kto kogo ma przepraszać? Zastanówcie się nad tem panowie bezstronnie, wtedy...
— Wysłuchaj mnie tylko spokojnie młodzieńcze — przerwał mu Kirstein, swoim potężnym głosem basowym, gładząc z flegmą wąs wspaniały. — Wszak powiedziałeś pułkownikowi, w obecności kilku oficerów, że jeden z ich towarzyszy ukradł pieniądze?
— Nie moja wina, jeżeli pułkownik rozpoczął przy świadkach tę drażliwą rozmowę. Możem źle zrobił, nie umiem jednak dyplomatyzować. Dla tego wstąpiłem do huzarów, najmocniej przekonany, że tu nie znane są sztuczki, kruczki i wykręty dyplomatyczne, że każdy wypowiada otwarcie, co myśli i co ma na języku. Na to on mi zadaje kłamstwo w żywe oczy... A zatem, on mnie winien przeprosić.
— Wszystko to dobrze i pięknie! Nikt z nas nie wątpi, młodzieńcze, o twojej prawdomowności i brawurze, ale nie o to nam idzie. Spytaj swego przyjaciela od serca, Denissowa, czy jest możebnem, żeby junker żądał podobnego zadośćuczynienia, od naczelnego wodza w pułku?
Denissow wąsa przygryzał z miną kwaśną i ponurą, nie mieszając się wcale do dyskusji. Na pytanie Kirsteina, wystosowane wprost do niego, potrząsł jednak głową przecząco.
— Mówić o podobnych brudach pułkownikowi, i to w obecności kilku oficerów?... Bogdanicz słusznie uczynił, przywołując cię młodzieńcze do porządku!
— A po cóż pytał mnie, ciągnąc za język? — I nie przywoływał mnie do porządku, tylko rzucił mi w oczy po prostu: — „To nieprawda!“...
— Musiał tak uczynić, aby ratować honor pułku. Ty zaś młodzieńcze, zamiast zamilknąć, odpowiedziałeś głupstwo wierutne. Pamiętaj, że nie igra się z pułkownikiem i przeproś go, radzimy ci to po przyjacielsku.
— Ani mi to w głowie.
— Nie spodziewaliśmy się tego po tobie, młodzieńcze — mówił dalej stary rotmistrz z całą powagą. — Zawiniłeś nie tylko w obec Bogdanicza, ale także w obec pułku całego. Gdybyś był się przynajmniej zastanowił cokolwiek, spytał wpierw o radę kogoś starszego i doświadczeńszego. Ale nie. Zrobiłeś wszystko na własną rękę, wybuchnąłeś z całą tą brzydką historją i to w przytomności kilku oficerów. Cóż zostawało innego pułkownikowi, jak starać się zatrzeć sprawę i udać, że wcale nie istniała. Miałże postawić przed sąd winowajcę, zadając tem pułkowi cios śmiertelny, rzucając nań plamę niczem nie zmazaną? Tobie, młodzieńcze, możeby to się wydało sprawiedliwem i słusznem, ale nam byłoby się wielce niepodobało, a Bogdanicz dzielnie się spisał, karcąc ciebie za to rozrządzenie się samowładne w sprawie tak ważnej. Jesteś tem zgorszony, a w tem twoja wina, nie czyja. Tyś skandal wywołał, a gdy my wszyscy pracujemy nad jego stłumieniem, ty dalej rozgłaszasz brudną sprawę i w dodatku, twoja próżność podrażniona, wstrzymuje cię od przeproszenia, starego, zacnego żołnierza, posiwiałego w służbie i w trudach wojennych. Ciebie to nic nie obchodzi, nieprawdaż? Tobie to obojętne, że pułk, przez taką jedną owcę parszywą, okryje się wstydem — głos Kirsteina drżał lekko wzruszeniem — tobie, który zabawisz między nami rok, dwa najwięcej, aby przejść czemprędzej do głównego sztabu jako adjutant. Nam jednak wiele na tem zależy, żeby nie mówiono, iż w pułku Pawłogrodzkim znajdują się prości, kieszonkowi złodzieje pomiędzy oficerami. Wszak i ty mi słuszność przyznasz Denissow.
Denissow milczący i nieruchomy, targał wąs i kiedy niekiedy rzucał chmurne spojrzenie na Rostowa.
— My, starzy wiarusy, którzy zrośliśmy się z naszym pułkiem i w nim ginąć myślimy; nam cześć jego jest świętością nietykalną. Bogdanicz wie o tem dobrze. Źle się stało, bardzo źle. Gniewaj się, ile chcesz, młodzieńcze. Ja bo nigdy i dla nikogo na świecie, nie owijałem prawdy w bawełnę.
— Ma słuszność, do stu djabłów — wykrzyknął Denissow. — No, Rostow? Cóż ty na to?...
Rostow to bladł, to czerwieniał, przenosząc wzrok ponury z jednego na drugiego:
— Nie panowie, nie osądzajcie mnie tak niesprawiedliwie. Nie myślcie, że byłbym zdolny do... honor pułku i dla mnie jest najdroższym, a cześć naszego sztandaru tak samo... Postaram się dowieść tego czynem, skoro nadarzy się po temu sposobność. A więc źle uczyniłem, zupełnie źle. Czegóż wam jeszcze więcej potrzeba?
I oczy zaszły mu łzami.
— Tak dobrze, hrabio — wykrzyknął pierwszy Kirstein, zrywając się z krzesła i klepiąc Rostowa przyjacielsko po ramieniu.
— Mówiłem ci przecie — wtrącił Denissow uradowany, że u tego chłopca złote serce. — Dobrze, doskonale, hrabio — stary wiarus w nagrodę za dobrowolne przyznanie się do winy, honorował „junkra“, tytułując go hrabią. — Zostaje ci jeszcze tylko wytłumaczyć się przed pułkownikiem.
— Zrobię wszystko, czego odemnie żądacie, więcej o tej historji nie wspomnę nikomu, na to daję wam słowo szlacheckie. Pułkownika jednak nie będę przepraszał, to jest dla mnie rzeczą niemożebną, przysięgam. Miałbym minę żaka, skazanego na karę, którego jeszcze potem zmuszają całować dłoń karcącą.
Denissow parsknął śmiechem:
— Tem gorzej dla ciebie. Bogdanicz jest zawzięty, możesz drogo przepłacić twój upor.
— Zaręczam ci, że nie robię tego przez opór, nie umiem wysłowić się, wytłumaczyć tego, co doświadczam, dość że nie jestem w stanie...
— Ha, jak ci się hrabio podoba — Kirstein wzruszył ramionami. — A gdzież schował się ten nędznik? — spytał zwrócony do Denissowa.
— Udaje, czy też zasłabł na prawdę. Dość, że jako chorego podano go do raportu. — Ktoś wtrącił.
— Zdrów, czy chory, nie radziłbym łajdakowi wchodzić mi w drogę — mruknął Denissow. — Ubiłbym go jak psa, dalibóg!
W tej chwili wszedł Gerkow.
— A ty skąd się tu wziąłeś? — zawołali chórem oficerowie.
— W drogę panowie! Mack oddał się w niewolę Francuzom z całą swoją armją.
— Cóż to znów za bajka?...
— Widziałem go na własne oczy.
— Jakto widziałeś Macka żywego?
— Z ciałem i kośćmi, jak go Pan Bóg stworzył, jak was teraz widzę przed sobą.
— W drogę, w drogę! Dawajcie mu prędko butelkę wina, za taką ważną wiadomość. Ale cóż ciebie do nas przygnało?
— Ba, napędzono mnie znowu z głównego sztabu, właśnie z powodu tego Mack’a djabelskiego. Poskarżył się na mnie jeden z jenerałów austrjackich, żem mu pogratulował szczęśliwego powrotu z pola bitwy, jedynie z lekką szramą na głowie głównodowodzącego jenerała Mack’a. Niechże tu kto ludziom dogodzi. A tobie co, Rostow? Wyglądasz spocony, jakbyś z łaźni wyszedł.
— Ah, mój drogi, nie masz wyobrażenia, w jakie ja tu błoto wlazłem i to samochcąc, i siedzę w niem po same uszy od dwóch dni — szepnął mu Rostow do ucha.
Adjutant pułkowy, który wszedł teraz, potwierdził słowa Gerkowa.
Pułk miał nie dalej niż jutro, puścić się w drogę.
— Dzięki Bogu! Dzięki Bogu — krzyczeli oficerowie jeden przez drugiego. — Skończy się raz przecie ta zabijająca bezczynność.





VI.

Kotuzow cofał się ku Wiedniowi, paląc i niszcząc za sobą mosty na Inni w Braunau i na Traunie pod Linzem. W dniu 23. października, wojsko przechodziło przez rzekę Enns. Przez miasto tegoż nazwiska, defilowały furgony z bagażami, park artylerji i zwarte kolumny piechoty, idąc następnie przez most jednym i drugim bokiem. Powietrze było prawdziwie jesienne, dość jeszcze ciepłe ale przesiąknięte mgłą wilgotną. Szeroki krajobraz, to krył się przed oczami po za szarą zasłonę drobnego kapuśniaczku, który mrzył prawie bez ustanku, to znowu odsłaniał się w całej wspaniałości, szczególniej z pagórków, gdzie poustawiano baterje armat rossyjskich, dla obrony mostu, gdy promień słońca przedzierał się przez chmur szmaty, padając ukośnie i złocąc wszystko w koło, wieże w mieście, drzew wierzchołki, dachy szpiczaste na domach i morze bagnetów piechoty rossyjskiej, falujące po obu stronach mostu.
Miasteczko, z białemi, schludnemi domkami, z dwiema wieżami na kościele katedralnym i z mostem, którym teraz płynęły fale wojska, było zbudowane u stoku pagórka. Na zakręcie Dunaju, w miejscu, gdzie w niego Enns wpada, można było dojrzeć mnóstwo łodzi, rodzaj wysepki i zamek z parkiem wspaniałym, otoczonym wodami obu rzek. Na lewym brzegu Dunaju wznosiły się malownicze skały, a w dali rysowały się kontury niepewne, niebieskawe, całego pasma gór. Tam, dokąd jeszcze oko sięgało, mogąc rozpoznać przedmioty, widniał las sosen i świerków niebotycznych, ciemny i tajemniczy. Z pomiędzy drzew, na samym grzbiecie góry, strzelały w niebo smukłe wieżyczki jakiegoś klasztoru. Jeszcze dalej, po drugiej stronie parowu, błysnęły czasem i zamigotały w słońca promieniach lawety armat nieprzyjacielskich. Na przedzie naszej baterji, jenerał komenderujący arjergardą, z towarzyszącym mu wyższym oficerem z głównego sztabu, przez ustawioną przed nim lunetę, badał teren i stanowisko zajęte przez wojska nieprzyjacielskie. Neświcki, wysłany również do jenerała dowodzącego arjergardą, przez Kotuzowa, traktował swoich towarzyszów doskonałemi pasztecikami, które polewali wódką wyrobu krajowego, nazywaną Doppel-Kümmel. Kozak, idący za nimi, niósł wielkie puzdro z winem i likierami. Oficerowie zajadali z apetytem a pili jeszcze lepiej, będąc w humorze wyśmienitym; jedni siedzieli na ziemi po turecku na nogach; drudzy przyklęknęli na jedno kolano, mimo że trawa była zupełnie wilgotna.
— Nie głupi ten jakiś książę, który tu sobie zamek kazał zbudować. Co za miejsce cudowne, malownicze! Cóż panowie? Nie jecie więcej?
— Dzięki stokrotne, książę! — odrzucił jeden z oficerów. Tytułował on Neświckiego księciem, chociaż ten był tylko kniaziem, a tytułował go tylko za gościnność z jaką podejmywał ich jeden z matadorów należących do świty Kotuzowa.
— Rzeczywiście, uroczy krajobraz! — potwierdził inny. — Objeżdżając park w około w czółnie, ujrzeliśmy dwa wspaniałe jelenie i kilka danieli.
— Widzi książę — ów pierwszy namyślił się, i mówił z ustami pełnemi, zjadając jeszcze jeden pasztecik — nasza piechota, jest już na drugim brzegu. Ot! tam, po za wioską, na owej małej łączce, trzech z nich coś wloką. Uprzątną oni prędko park ze zwierzyny! — wybuchnął śmiechem.
— Oho! tych łobuzów nie trzeba uczyć takich figlów! — zaśmiał się Neświcki, wkładając pół pasztecika, w swoje usta trochę za szerokie, ale pięknego rysunku, barwy purpurowej i wilgotnawe, jakby po namiętnym pocałunku. — Co do mnie, radbym tam się dostał! — wskazał ręką na wieże klasztoru w dali majaczące, u szczytu góry, a oczy błysnęły mu jak u kota, przez pół się przymykając. — Czy nie byłoby to czemś rozkosznem, powiedzcież sami panowie, wpaść pomiędzy te tam zkonniczki! Dałbym chętnie pięć lat życia za te delicje... mówią że tam są prawie same Włoszki a niektóre mają być prześliczne!
— A jak byłyby nam rade! — zażartował inny śmielszy. — W tej tam pustelni na śmierć muszą nudzić się biedaczki!
Podczas tej wesołej gawędy, oficer z głównego sztabu, zwracał uwagę jenerała na jakiś punkt, który skierował natychmiast w ową stronę swoją lunetę.
— A tak, tak! — mruknął jenerał z nader kwaśną miną, zniżając lunetę z miłosiernem ramion wzruszeniem. — Zamyślają widocznie strzelać na wojsko nasze... A oni ciągną się i ciągną, jak z mazią!...
Gołem okiem, można było jedynie dojrzeć jakąś masę ciemną, w której coś ruszało się niby w mrowisku, i pokazywał się tu i owdzie biały dymek, jak kitka na kapeluszu strzeleckim. Usłyszano potem głuchy łoskot i wojsko rossyjskie idąc przez most, zaczęło przyspieszać kroku. Neświcki wstał, wachlując się chustką od niechcenia. Zbliżył się do jenerała z uśmiechem na ustach.
— Czyby wasza Ekscellencja nie raczyła co przekąsić?
— Nie idzie, nie idzie! — odburknął gniewnie jenerał — i tak nasi opóźnili się djabelnie z przejściem przez rzekę!
— Czy mam tam pobiegnąć?
— I owszem, bardzo o to proszę...
Jenerał powtórzył rozkaz dzienny, raz już ogłoszony.
— Proszę powiedzieć huzarom, że mają przejść ostatni i spalić most za sobą, jak rozkazałem. Niech uważają, żeby dobrze podłożyć palne materjały. Most powinien zapalić się od razu z wszystkich boków i w środku.
— Rozumiem! — Neświcki salutował i skinął na kozaka, żeby mu podał konia. Ten kończył właśnie pakować puzderka. Lekko wskoczył na siodło mimo wzrostu olbrzymiego i tuszy odpowiedniej. — Dalibóg! odwidzę po drodze biedne zakonniczki — zażartował na odjezdnem, żegnając się z oficerami, a wspiąwszy konia ostrogą pogalopował wązką ścieżką, wijącą się ślimakowato pod górę.
— Hej, kapitanie! — zawołał jenerał na komendanta artylerji — strzelajcie i wy, na chybił trafił... dla zabawy!
— Kanonierzy do dział! — zakomenderował kapitan, a w chwilę później, artylerzyści porzucili wesoło i z gęstą miną, ognisko obozowe, biegnąc do armat.
— Nro 1 ognia!...
I Nro 1 wyrzuciło dziarsko granat z gardła armaty.
Usłyszano dźwięk metaliczny i huk ogłuszający. Granat świszcząc w powietrzu, przeleciał po nad głowy wojsk rossyjskich, padając bardzo daleko od pagórka, na którym rozłożyła się baterja nieprzyjacielska. Lekka chmurka dymu, oznaczyła miejsce, gdzie granat pękł, padając. Ten huk zwrócił widocznie uwagę oficerów i żołnierzy. Wszyscy zaczęli przypatrywać się przez lunety pochodowi armji rossyjskiej przez most. Widnokrąg wyjaśniał się. W słońca promieniach można było opatrzeć łacniej wszystko. Zdawało się, że blaski słoneczne, rozdzierające ponure chmur szmaty, wlewają nowe życie w każdego żołnierza, napełniając mu piersi nadzieją i dobrą otuchą.





VII.

Dwie kule armatnie, wyrzucone przez działa nieprzyjacielskie, przeszły powyżej mostu. Na moście zaś roiło się od tłoczących się żołnierzy. W samym środku oparty o poręcz, stał Neświcki, śmiejąc się ze swego kozaka, który nie wiedział jak sobie radzić w tym tłoku z dwoma końmi, swoim i Neświckiego, które trzymał za uzdy. Ilekroć chciał biedny luzak postąpić o krok naprzód, fala ciał ludzkich lub furgon nadjeżdżający z bagażami pułkowemi, przypierał go napowrót wraz z końmi do poręczy.
— Hej, kamracie! — przemawiał kozak do żołnierza jadącego z furgonem, który rozpychał kołami zbitą masę piechurów. — Hej człecze! zaczekaj trochę. Przypnę z tyłu do woza konie jeneralskie...
Żołnierz jednak, głuchy nawet na magiczne słowa: — „konie jeneralskie“ — krzyczał ze swej strony na ludzi zastępujących mu drogę.
— Hej tam, swojaki! Hej, na lewo!... Hej, hej!...
Ale „swojaki“ tak samo nie zwracali uwagę na jego rozpaczliwe nawoływanie. Szli dalej zbici w jeden kłąb, ramię obok ramienia i zaplątując bagnety jeden o drugi. W dół spojrzawszy Neświcki ujrzał fale rzeki płynące szybko jedna za drugą, pokryte białą pianą i potrącające z łoskotem mostu arkady murowane z kamienia ciosowego. Jeżeli zaś oglądnął się w koło siebie, widział znowu przepływające fale głów ludzkich, niby w pościgu, tak jak tamte u dołu; tłoczące się z pospiechem gorączkowym, byle dalej... byle most minąć!... Był to istny las bagnetów, kaszkietów okrytych ceratą, tornistrów i mantelzaków, twarzy ogorzałych, z mocno wystającemi kośćmi w chudych policzkach, z wyrazem bezmyślnym a zmęczonym. Szli oni niby stado baranów na rzeź prowadzonych, mięsząc stopami błoto na moście nagromadzone. Kiedy niekiedy, wyższy oficer, przebijał się przez te żywe fale, torując sobie drogę przemocą, tak zupełnie jak owa piana płynąca po wodnych falach. Częstokroć piechota unosiła z sobą bądź huzara bez konia, wysłanego z raportem, bądź luzaka z innego pułku konnicy, bądź cywilistę, dążącego ku miastu, lub z miasta uciekającego. Wyglądali oni tak samo wśród tego morza głów, jak lekkie trzaski z drzewa, unoszone prądem rzeki i płynące po wierzchu fal. Czasem znowu ukazał się furgon cały skórą okryty, zaprzężony czwórką lub nawet w sześć koni. Ten płynął majestatycznie, samym środkiem mostu, podtrzymywany falą ciał ludzkich, zupełnie jak ciężki kloc drzewa, wodą unoszony.
Hospody pomyłuj! — westchnął kozak nieszczęśliwy, nie mogąc ruszyć się z miejsca — leje się to i leje, nieprzymierzając, jak woda kiedy przerwie groblę!... Hej ludzie! a dużo was tam jeszcze?
— Miljon bez jednego! — zażartował jakiś dowcipniś w humorze podnieconym, mrugając oczami i ocierając się o luzaka w swoim długim obszernym u dołu szynelu. W tropy za owym młodzikiem rozweselonym, szedł stary wiarus, z miną ponurą, mówiący półgłosem do swojego towarzysza:
— Jak tamci zaczną walić w most, to człekowi nie dadzą się nawet po łbie poskrobać...
I przepływały fale żywe za falami. Za niemi tłoczył się furgon saperów. Jeden z nich siedział na wozie i szperał za czemś pod fartuchem skórzannym, gniewnie wykrzykując:
— Gdzie oni do stu djabłów wpakowali śrubsztak!... gdzie śrubsztak do pioruna!
I furgon przez most przejechał. Nadchodzili żołnierze mocno rozweseleni, mający widocznie na sumieniu kilka kropelek wódki za wiele.
— Jak on mu serdeńko, wpakował ślicznie kolbę pomiędzy zęby! — pośmieszkiwał się jeden, podnosząc poły od szynelu.
— Dobrze mu tak, temu tłustemu połciowi — parsknął śmiechem jego towarzysz.
I przeszli szczęśliwie. Nieświcki zaś nie zbadał już nigdy, kto właściwie i od kogo dostał tak gracko kolbą w zęby, jak też do kogo stosował się przymiotnik: — połcia tłustego.
— Czego oni tak pędzą na złamanie karku? — mruknął jeden z podoficerów. — Że im tamci trochę prochem zakadzili po pod nos, wyobrazili sobie bydlaki, że od razu wszyscy popadają.
— Gdy mi kula armatnia świsnęła koło ucha, czy wiecie stareńki, żem nie mógł zrazu odetchnąć... Oj! strach ma wielkie oczy! — wynurzał się rekrut nowozaciężny, przed żołnierzem z głową siwą jak mleko. Młodzik rozdziawiał gębę od ucha do ucha, śmiejąc się głupkowato, sam ze siebie, jakby się cieszył i szczycił strachem doznanym.
Przeszli i tamci. Teraz ukazał się wóz na moście, nie podobny w niczem do poprzednich. Był zaprzężony tylko parą koni rosłych i ogromnie spasionych, na sposób niemiecki. Konie prowadził młody niemczyk, idąc obok wozu pieszo. Wóz wyładowano najrozmaitszemi rupieciami. Piękna krowa, czarna z białem, była z tyłu do woza za łańcuch upięta. Na olbrzymim stosie pierzyn i poduszek, siedziała matka z niemowlęciem u piersi, staruszeczka z twarzą żółtą i pomarszczoną, tudzież młoda przystojna dziewczyna, rumiana, hoża, z dużemi jasnoniebieskiemi oczami i lnianym sutym warkoczem. Ci wychodźcy postarali się byli widocznie o specjalną przepustkę. Dwie młode kobiety, podczas gdy wóz ledwie się posuwał, wśród tłoku na moście, ściągnęły na siebie uwagę żołnierzy, którzy nie szczędzili im drwinek i płaskich dowcipów.
— Oho! i ty gruba, niemiecka kiełbaso, wybierasz się w drogę? — krzyknął jeden na woźnicę.
— Sprzedaj nam tę kobietkę — zaśmiał się drugi żołnierz, klepiąc niemca poufale po ramieniu. Ten przestraszony patrzał w ziemię ponuro, nic nie odpowiadał, i radby był umknąć czemprędzej.
— To ci wystrojone niemkinie! a pulchne jak kluski pszeniczne... Chciałbyś Fedku stać u takich na kwaterze, co? — Zadrwił inny. — Ho, ho! widziało się nie takie, bratku.
— Dokąd jedziecie? — spytał oficer od piechoty, jedząc jabłko.
Niemiec dał do poznania że nie rozumie ani słowa. Oficer spojrzał z uśmiechem na ładną dzieweczkę.
— Chcesz jabłko? to weź — podał jej resztę. Przyjęła, szczerząc do niego białe, duże zęby. Wszyscy, nie wyłączając samego Neświckiego, odprowadzali wzrokiem zaciekawionym oddalający się wóz z kobietami. Za niemi, toczyła się nieprzerwanie fala unosząca piechurów, furgonów i luzaków konie prowadzących. Można było słyszeć dalej słowa urywane pomiędzy żołnierzami. Naraz wszystko stanęło, jak pod zaklęciem czarownika. Spowodował tę przerwę koń od furgonu, który skacząc i wierzgając, zaplątał się w lejce, upadł i musiano zatrzymać się, nim zdołano go wyplątać i nazad postawić na nogi.
— Hej! czego stajecie bydlaki!... Na co czekacie?... Do kroćset piorunów!... Nie pchajcie się... Do djabła taka trzoda niesforna!... Co to będzie, jak zacznie Francuz walić w most!... Gwałtu! zdusicie oficera!... — krzyczano i nawoływano z wszystkich stron, a mimo tych łajań i złorzeczeń, cisnął się jeden przez drugiego, na nic i na nikogo nie zważając.
Naraz Neświcki usłyszał tuż obok siebie hałas niezwykły. Coś wielkiego przeleciało mu z hukiem i szumem po nad głową, tonąc w wodzie z łoskotem.
— Oho! aż tu zaleciało djabelstwo — mruknął ponuro jeden ze starszych żołnierzy, odwracając głowę ku nurtom rzeki.
— Ba! podbiczowują nas umyślnie, abyśmy nie marudzili, tylko wynosili się czemprędzej — dodał drugi z pewnym niepokojem.
Neświcki zrozumiał, że to była pierwsza bomba.
— Hej! podaj mi konia! — krzyknął gromko na kozaka. — A wy ustąpcie się do kroćset piorunów!
Nie bez trudu dostał się do konia, pomimo, że nie żałował kułaków na prawo i lewo, ani przekleństw dosadnich. Żołnierze ściskali się ile mogli, aby go przepuścić, zaraz ich jednak spychano, a nogi Neświckiego były jakby w śruby ujęte.
— Neświcki, Neświcki! Bałwan z ciebie skończony!
Neświcki oglądnął się w koło słysząc ten głos zachrypnięty, i zobaczył o jakich piętnaście kroków od siebie, oddzielonego niby murem chińskim, tą masą zbitą z ciał ludzkich, Denissowa, z włosami rozburzonemi, z kaszkietem na karku, z dolmanem przerzuconym junacko przez ramię.
— Powiedz raz tym djabelskim synom, żeby nas przepuścili! — wrzeszczał Denissow na całe gardło, pieniąc się ze złości bezsilnej i wywijając młyńca pałaszem, z pochwy wyciągniętym.
— To ty, Waśka? — zaśmiał się wesoło Neświcki. — Co robisz na moście?...
— Paradne pytanie!... Chcę przejść z moim szwadronem na drugą stronę, do kroćset piorunów! — klął dalej powstrzymując ile możności w zapędach swojego ognistego rumaka, karosza czystej krwi arabskiej, który strzygąc niespokojnie delikatnemi uszkami, okryty pianą, żuł niecierpliwie wędzidło, tupał po deskach mostu i byłby gotów wskoczyć w rzekę przez poręcz i przez te wszystkie zawadzające mu głowy ludzkie, skoroby mu był na to pozwolił siedzący na nim jeździec.
— A to stado baranów... głupich, prawdziwych baranów!... Zrobić miejsce!... Hej! ty tam z twoim djabelskim furgonem... Ustąpicie się czy nie? djabelskie nasienie... Inaczej posiekam w czambuł... na kapustę!...
Zaczął na prawdę obracać pałaszem po nad głowami tłumu z szybkością błyskawiczną. Żołnierze przerażeni, zdołali się tak ścisnąć, że Denissow nie przestając swojego młyńca złączył się z Neświckim.
— Ejże! tyś dziś na prawdę trzeźwiuteńki! — wykrzyknął Neświcki ze zdziwieniem.
— A czy miałem czas upić się? — machnął ręką. — Od świtu przepędzają nasz pułk z miejsca na miejsce, to w prawo, to w lewo... Bić się, no to bić! I owszem! Ale kazać nam huzarom grać w ślepą babkę, tego, co prawda, trochę za wiele... A co nadto, to niezdrowo... Sam djabeł straciłby głowę w tym chaosie.
— Ależ wystroiłeś się — zauważał Neświcki, oglądając jego mundur i piękny czaprak na koniu.
Denissow uśmiechnął się, wyciągnął z kieszonki wiszącej przy pałaszu chustkę do nosa, z której rozchodziła się woń balsamiczna, niby z bukietu kwiatów, a przytykając ją do nosa kolegi:
— Jak z pudełka. Niepodobna inaczej, mój drogi. Któż wie czy dzisiaj bić się nie będziemy? A więc, jak na rendez-vous z kochanką. Świeżo ogolony, zęby szczoteczką wyczyszczone, włosy wypomadowane, cały zlany paryskiemi perfumami.
Postawa kolosalna Neświckiego i takaż jego kozaka, jak nie mniej wytrwałość Denissowa, w wywijaniu pałaszem po nad głowami tłumu, wywołały skutek pożądany.
Zdołali nakoniec przecisnąć się przez most, a Neświcki odszukawszy pułkownika od huzarów, odraportował mu rozkaz otrzymany i wrócił nazad do głównego sztabu.
Gdy raz wyłom był zrobiony, i przejście utorowano, Denissow zajął stanowisko na końcu mostu. Wstrzymywał niedbale jedną ręką swojego niecierpliwego wierzchowca, który grzebał ziemię i gryzł wędzidło, drugą zaś podkręcał wąsik junacko, patrząc na swój szwadron przez most defilujący czwórkami, z oficerami na przedzie. Piechury zatrzymani chwilowo na drugim brzegu, stojąc w błocie powyżej kostek, przypatrywali się z zazdrością huzarom hardym i strojnym, mierzyli ich wzrokiem szyderskim i złośliwym, jak to zwykle bywa u żołnierzy innej broni, gdy spotkają się jedni z drugimi.
— To laleczki, paniczyki... Wyelegantowali się jakby mieli prosto jechać na Podnowinskoju...[4] Ot dobre do parady... Ale jak przyjdzie wziąć się za łby, to pożal się Panie Boże...
— Hej tam piechury! Nie zbijać kurzu — żartował jeden z huzarów, którego wierzchowiec obryzgał błotem biednego żołnierza.
— Gdyby ci kazano iść kilka mil z mantelzakiem na plecach, ty synu djabelski, nie świeciłyby się tak w słońcu twoje pętlice — mruknął żołnierz gniewnie, ocierając rękawem błoto z twarzy. — To nie ludzie... to sokoły na koniach.
— Tak, tak, Likine... Ale ty siedziałbyś na koniu, jak mysz na pudle! — zażartował kapral z żołnierza, niesłychanie małego wzrostu, który uginał się prawie do samej ziemi, pod ciężarem ładunku na plecach.
— Zresztą — zadrwił jeden z huzarów — włóż sobie kij pomiędzy nogi, a będziesz i ty na koniu.





VIII.

Przechodziły resztki piechoty z najwyższem pospiechem. Furgony już przejechały, już nie było na moście tak wielkiego ścisku, nareszcie przeszedł ostatni bataljon wojska. Jedynie szwadron huzarów, pod komendą Denissowa, nie mógł dostrzedz kolumn nieprzyjacielskich, które ci, co stali na pagórkach, tak po jednej, jak po drugiej stronie, widzieli najdokładniej. Huzarzy, stojąc w wąwozie, dość stromym pagórkiem mieli zakryty widnokrąg. Na pierwszy plan, roztoczył się step nagi, porosły gdzie niegdzie kępkami mchu i niskiemi krzewami leśnemi.
Nagle na drogi zakręcie, ukazała się wprost przed nimi artylerja i obce mundury. Byli to Francuzi. Oficerowie i żołnierze ze szwadronu Denissowa, usiłowali na pozór rozmawiać o tem i owem, całkiem obojętnie, rozglądając się w koło od niechcenia. Każdy z nich jednak myślał o tem wyłącznie, co przygotowywało się tam za górą? Badali oni mimowolnie, z uwagą wytężoną, plamy czarne, rysujące się w dali, na tle nieba. Wiedzieli doskonale, że te ruchome czarne punkty, to... nieprzyjaciel.
Po objedzie wyjaśniło się niebo najzupełniej. Słońce przed zachodem zsyłało ziemi swoje blaski najcudowniejsze. Nad Dunajem i w górach ciemnych, które rozsiadły się nad jego brzegami, panował spokój niczem nie zmącony, jak zwykle bywa pod wieczór cichy a pogodny. Tylko kiedy niekiedy, przerwał tę błogą ciszę odgłos trąbki, wygrywającej pobudkę w obozie nieprzyjacielskim, a czasem także wstrząsały powietrzem krzyki i nawoływania Francuzów. Po stronie francuskiej zaprzestano strzelać. Na przestrzeni kilkuset metrów było pusto, ledwie tu i owdzie migały nieliczne patrole. Każdy odczuwał w obec tej odległości niezbadanej a groźnej, trwogę nieokreśloną, nie dającą się ani słowami opisać, ani zupełnie opanować, doznajemy jej bowiem zawsze przed czemś nieznanem i tak samo tajemniczem, jak przestrzeń, dzieląca dwie armje nieprzyjacielskie. Co się tam znajduje po za tą linją niewidzialną, która dzieli żywych od umarłych? która nastręcza myśli ponure o innych światach?... Może bole i straszne cierpienia, dotąd niedoświadczane? A może śmierć?!... Co tam nas spotka, po za tem polem, tem drzewem, tym dachem w słońcu połyskującym? Nie wiemy tego, a radzibyśmy odgadnąć... Mimowolnie dreszcze nami wstrząsają, lękamy przejść po za tę linję, a z drugiej strony, radzibyśmy przekroczyć ją jak najrychlej, rozumiejąc, że prędzej czy później, zmuszą nas do tego. Wtedy dowiemy się, co kryje się tam w dali, jak odsłonią się przed nami tajemnice pozagrobowe, gdy raz rozstaniemy się z życiem doczesnem, ziemskiem... Czujemy się w tej chwili pełni sił, zdrowia, wesołości i animuszu. Tak samo czują się i ci, co nas otaczają, dziarscy i odważni!
Takie są uczucia i myśli każdego człowieka, gdy stanie oko w oko z nieprzyjacielem. Wywołują one w umyśle ludzkim dziwną jasność, dziwne podniecenie wszelkich władz, dziwną wrażliwość i pojmowania wlot tego wszystkiego, co roztacza się w koło nas, podczas tych chwil błyskawicznych, a pamiętnych do końca życia, choćby do wieku najsędziwszego.
Na jednym z pagórków, ukazała się lekka chmurka dymu, i kula armatnia przeleciała świszcząc po nad głowami huzarów Denissowa. Oficerowie, skupieni razem, porozjeżdżali się natychmiast, każdy na swoje stanowisko; żołnierze stanęli w ściśnionych szeregach. Zapanowało głuche milczenie. Oczy całego szwadronu skierowały się na Denissowa, oczekiwano na komendę. Drugi i trzeci pocisk, tak samo przeleciał z świstem piekielnym w powietrzu i padł po za nimi.
Strzelano do nich widocznie, ale na szczęście kule przenosiły nad ich głowami im samym szkody nie wyrządzając. Huzarzy nie oglądali się po za siebie, ale po każdym wystrzale, podskakiwali na siodłach jakby na komendę, poczem wszyscy razem spadali nazad z nogami w strzemionach. Każdy z żołnierzy spozierał ukradkiem na swojego sąsiada najbliższego, jakby go chciał wybadać i podchwycić wrażenie, jakiego tamten doświadczył na odgłos kanonady nieprzyjacielskiej. Zacząwszy od Denissowa, a skończywszy na trębaczu pułkowym, każdemu drgały nieznacznie usta i broda, co świadczyło o wewnętrznej walce i nerwowem podnieceniu. Wachmistrz, ze swoją chmurną fizjognomją, przenosił wzrok ponury z jednego żołnierza na drugiego, jakby miał ich za chwilę ukarać surowo. Junker Mironow, gołowąsy młodzieniaszek, schylał głowę, ile razy świsnęła mu kula nad uchem. Rostow, stojąc na lewem skrzydle, na swoim Kruczku, połyskującym w blaskach słonecznych, niby kruk prawdziwy, ze skrzydłami czarnemi jak heban, wyglądał szczęśliwy i zadowolony, jak student, gdy jest pewny że zda egzamin dojrzałości „z odznaczeniem“, w obec licznie zebranej publiczności. Patrzał wesoło, bez cieniu trwogi, z miną junacką na towarzyszów, biorąc niejako na świadków, że zachowuje spokój zupełny w obec ognia nieprzyjacielskiego. Jednak i na jego czole dotąd gładkiem, bez troski, zarysowała się bruzda mimowolna, świadcząca, że i on doznaje wrażenia nowego, które całej fizjognomji nadaje wyraz poważniejszy, robiąc starszą najmniej o lat dziesięć.
— A tam kto tak salutuje każdą kulę? Hej! Mironow! to nie wypada młodzieńcze! Popatrzno mi prosto w oczy! — zawołał Denissow, który nie mogąc ustać na miejscu, objeżdżał w koło szwadron jak w maneżu.
Denissow nie zmienił się ani na włos. Oczy mu błyszczały, nos zadarł do góry, wyszczerzył białe i ostre zęby, w ręce małej ale silnej, trzymał rękojeść pałasza, drugą kierował wprawnie swoim ognistym i niesfornym arabczykiem. Był to on, taki sam, jak dnia każdego, a raczej każdej nocy, po wypróżnieniu dwóch butelek. Był tylko jeszcze bardziej czerwony. Nagle wyrzucił w tył głowę kędzierzawą, na wzór ptaka gdy pije, wspiął ostrogami bez miłosierdzia swego dzielnego beduina, i popędził jak wicher ku lewemu skrzydłu. Tu głosem zachrypniętym, wydał rozkaz, żeby każdy oglądnął pistolety. Następnie zwrócił się do Kirsteina, który zbliżał się stępo, na klaczy starej i nader spokojnej.
— I cóż będzie dalej? — spytał nowoprzybyły, serjo jak zawsze ale z wzrokiem błyszczącym. — Czy mamy tak stać wiecznie, z rękami założonemi?... Zobaczysz, że każą nam cofnąć się bez jednego wystrzału.
— Djabli nadali takie miłe położenie — mruknął przez zęby Denissow. — Ah! to ty, Rostow — zawołał weselej, zobaczywszy twarz rozradowaną młodego chłopaka. — Jakbyś był na balu, co?
Rzeczywiście Rostow czuł się w tej chwili szczęśliwym najzupełniej. Na moście ukazał się jenerał dywizji. Denissow pomknął ku niemu.
— Ekscellencjo, pozwólcie nam tych tam zaatakować! Jak wpadniemy na nich znienacka, przewrócą koziołka, ręczę za to słowem oficerskiem.
— Tylko tego brakowało! — jenerał podniósł brwi w górę, jakby chciał spędzić z czoła muchę uprzykrzoną. — Po co w ogóle stoicie tu dotąd? przednie poczty cofają się. Odprowadzić nazad szwadron.
Pierwszy i drugi szwadron przeszedł przez most napowrót, oddalając się tym sposobem, od miejsca, gdzie padały pociski nieprzyjacielskie. Udali się na wzgórze, nie straciwszy ani jednego człowieka. Ostatnia sotnia kozaków, opuściła również brzeg rzeki przeciwległy.
Pułkownik Karol Bogdanicz zbliżył się do szwadronu Denissowa, jadąc dalej stępą. Ocierał się prawie o konia Rostowa, nie troszcząc się wcale o podwładnego, którego zobaczył po raz pierwszy, od owej sprzeczki spowodowanej kradzieżą Teljanina. Rostow, na swojem tak jeszcze podrzędnem stanowisku, czuł się w mocy tego człowieka, zdanym na jego łaskę i niełaskę. I do tego poczuwał się w chwili obecnej, że zawinił w obec pułkownika. Jakaś siła niezależna od jego woli, przykuwała wzrok młodego człowieka, do tych pleców atletycznych, do tej szyi czerwonej i do karku grubego jak u porośniętego gęstym, jasnym jak len włosem. Zdawało mu się, że Bogdanicz udaje umyślnie, jakby go nie widział, że po to jedynie przybył, aby wypróbować Rostowa odwagę; prostował się też na siodle coraz bardziej, patrząc w koło z całą swobodą, sądził również, że pułkownik, dla tego tylko nie odjeżdża, żeby przed junkrem popisać się swoją zimną krwią. Wyobraził sobie w końcu w bujnej fantazji, że gotów, byle zemścić się na nim, pchnąć cały szwadron na przepadłe, kazać mu wykonać jakąś wściekłą szarżę. Po szarży zaś, zbliży się do ciężko rannego młodzieńca, i pierwszy uściśnie mu dłoń na znak przebaczenia i pojednania.
Gerkow, znany jak zły szeląg w pułku Pawłogrodzkim, zbliżył się teraz do Bogdanicza. Wypędzony ze sztabu głównego, nie został jednak w pułku. Powiedział sobie, że nie głupi nadstawiać skóry, kiedy może nic nie ryzykując, przyczepiony do jakiegokolwiek sztabu, awansować a nawet złapać przy sposobności orderek. Potrafił tedy wśrubować się zręcznie do świty księcia Bagrationa, jako oficer ordynansowy. I oto wysłał go baśnie dowódzca arjergardy, z rozkazem do Gerkowa dawnego przełożonego.
— Panie pułkowniku! — przemówił salutując z miną ponurą i niesłychanie uroczystą, przyczem rzucił spojrzenie wymowne swoim towarzyszom — rozkazują wam most spalić.
— Któż jest, ten „rozkazujący?“ — pułkownik mruknął gniewnie.
— Czy ja wiem? — odrzucił Gerkow zawsze z tą samą powagą. — Książe Bagration... tyle tylko doszło do mojej wiadomości... kazał mi odraportować, żeby huzarów zawrócić, i kazać im spalić most.
Zjawił się wkrótce z tym samym rozkazem oficer z głównego sztabu, w towarzystwie grubego i tęgiego Neświckiego. Obaj przygalopowali z najwyższym pospiechem.
— Jakto panie pułkowniku, mówiłem przecie najwyraźniej, żeby most zapalić... Znowu nieporozumienie... Wszyscy głowy potracili, czy co? Nikt niczego pojąć nie może.
Pułkownik wstrzymał zwolna konia i skinął również na żołnierzy żeby się zatrzymali. Potem zwrócił się do Neświckiego:
— Mówiliście mi tylko o palnym materjale. O spaleniu zaś mostu ani wzmianki nie było.
— Jakto, tatku kochany! nie wspominałem wam o spaleniu mostu? — Neświcki zdjął kaszkiet rozgrzebując włosy palcami, mokre od potu i do czoła przyklejone. — Skoro była mowa o palnym materjale, więc...
— Najprzód nie jestem waszym „tatkiem”, panie oficerze od głównego sztabu, i nie powiedzieliście mi — „Spal most!” — Znam służbę i mam zwyczaj wykonywać dosłownie rozkaz odebrany. Powiedzieliście: — „most spalą”. — Chyba zatem przez Ducha Świętego mogłem się domyśleć, kto właściwie miał go podpalić.
— To zawsze tak... jakby na złość... mruknął pod nosem Neświcki niecierpliwie. — I ty tutaj? — zwrócił się do Gerkowa.
— Przybyłem z tym samym co ty rozkazem... Aleś mokry jak gąbka! Chcesz? to cię wykręcę.
— Powiedzieliście mi, panie oficerze od głównego sztabu... — chciał mówić dalej Bogdanicz obrażony.
— Spieszcie się, panie pułkowniku — nie dał mu dokończyć drugi oficer, wysłany przez Kotuzowa — inaczej skartaczuje nas nieprzyjaciel!
Pułkownik zmierzył ich po kolei od głowy do stóp w milczeniu i zmarszczył brwi groźnie:
— Most spalę! — rzekł uroczyście, jakby tem składał dowód, że potrafi spełnić powinność, choćby stanęły mu na przeszkodzie wszystkie moce piekielne.
Wspiął konia ostrogami, jakby biedne zwierzę coś w tem zawiniło i podjechał do szwadronu Denissowa, aby mu powtórzyć rozkaz, tyczący się spalenia mostu.
— Nic innego, tylko chce mnie wypróbować — pomyślał Rostow.
Serce ścisnęło mu się, krew cała rzuciła się do skroni.
— Niechże patrzy staruch! Zobaczy czy ze mnie tchórz! — szepnął sam do siebie.
Zadrgały znowu usta i twarze pobladły u żołnierzy w szwadronie. Rostow nie spuszczał oczu z Bogdanicza, chcąc wyczytać w jego fizjognomji potwierdzenie swoich domysłów. Pułkownik jednak nie spojrzał nań ani razu, przeglądając dalej szeregi okiem badawczem, z miną ponurą.
Usłyszano nakoniec jego komendę.
— Prędzej! prędzej! — nawoływano się nawzajem.
Pałasze zaczepiały się o cugle, dzwoniły ostrogi jedna o drugą, nareszcie huzarzy pozsiadali z koni, sami nie wiedząc, co mają robić. Kilku przeżegnało się po trzy razy, i Rostow przestał patrzeć na swego wroga, bo już nie miał na to czasu. Bał się zostać w tyle, ręce mu drżały, gdy rzucał cugle żołnierzowi, który miał mu konia potrzymać. Słyszał serce uderzające mu jak młotem. Denissow, w tył przegjęty, przeleciał koło niego, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego. Rostow widział jedynie biegnących co tchu huzarów, zaplątanych w ostrogi i brzęczących pałaszami.
— Nosze! — usłyszał czyjąś komendę po za sobą, nie zdając sobie sprawy na razie, na co owe nosze mogły być potrzebne.
Leciał dalej, byle być zawsze na przedzie. Naraz potknął się wchodząc już na most, i upadł na ręce w błoto śliskie a mocno ubite. Zanim zdołał stanąć na nogi, wyprzedzili go wszyscy towarzysze.
— Z dwóch stron od razu i na środku rotmistrzu! — zawołał pułkownik siedząc na koniu i stanąwszy tuż koło mostu. Twarz miał rozweseloną i tryumfującą.
Rostow otarł sobie ręce z błota o skórzanne rajtuzy, a spojrzawszy na swego wroga, pędził dalej na oślep, pomyślawszy, że im bardziej wysunie się naprzód, tem więcej tamtemu męstwem zaimponuje. Bogdanicz tymczasem krzyknął gniewnie wcale go nie poznawszy:
— Kto tam leci po moście jak szalony? Hej! junker! nazad! i wy rotmistrzu — zwrócił się do Denissowa, który przez brawurę niepotrzebną, wjechał był konno na most — nie narażajcie się lekkomyślnie. Proszę was zsiądźcie z konia.
Denissow z siodła zeskakując mruknął:
— Widzicie go! wiecznie mu niedogodnie.
Gdy to działo się na moście, trzech oficerów stało z daleka, nie narażając się na pociski nieprzyjacielskie i patrzało na garstkę ludzi w mundurach ciemno zielonych z pętlicami, w żółtych kaszkietach, w pantalonach granatowych, którzy krzątali się żywo, most podpalając. To znowu wzrok przenosili na drugi brzeg, gdzie można już było dojrzeć gołem okiem zbliżających się żołnierzy francuzkich, a za nimi idące konie, które łatwo było poznać, jako należące do artylerji.
— Spalą, czy nie spalą mostu? Kto pierwszy most opanuje? Ich ogień, czy francuzkie kartaczownicze, które ich wszystkich zmiotą? — Każdy z mnogich widzów tej sceny, rozgrywającej się po środku dwóch armij potężnych, skoncentrowanych, na pagórkach, po obu brzegach rzeki, zadawał sobie mimowolnie to pytanie, widząc wszystko jak na dłoni, skąpane w złotych blaskach słońca zachodzącego.
— Oh! — zawołał pierwszy Neświcki. — Biedacy! Wygarbują naszym huzarom skórę co się zowie. Wystrzelają ich jak kaczki.
— Za wielu wziął z sobą pułkownik — wtrącił oficer przysłany z głównego sztabu.
— Zapewne — przywtórzył Neświcki — dwóch zuchów byłoby to załatwiło.
— Oh! Ekscellencjo! Ekscellencjo! — krzyknął Gerkow, nie odrywając wzroku od huzarów.
Miał zawsze do tego stopnia minę naiwno-głupkowatą, że każdy pytał się w duchu, czy ten człowiek drwi, czy też mówi całkiem serjo?
— Co za dziki pomysł! Posłać tylko dwóch zuchów na most! Któżby nas w takim razie obdarował Św. Włodzimierzem z rozetką, w butonierce?... O to mniejsza, że ich tam trochę skartaczują. Przynajmniej będzie można sprezentować ile zostanie z całego szwadronu i każdy z oficerów może spodziewać się na pewno dekoracji Ho! ho! pułkownik wie, co robi.
— Oto kartaczownice — bąknął oficer od głównego sztabu, wskazując palcem na armaty nieprzyjacielskie, które zwracano ku mostowi.
Ukazał się dym białawy na raz w trzech miejscach, a w chwili, kiedy pierwszy strzał wstrząsnął powietrzem, gotowano się już i do czwartego.
— Oh! — Neświcki chwycił się za piersi, jakby uczuł nagle ból fizyczny. — I porwał za ramię stojącego obok oficera. — Popatrz tam! padł! padł już jeden...
— Dwóch... trzech nawet o ile mi się zdaje — odrzucił tamten dość obojętnie.
— Gdybym był monarchą, nigdybym wojny nie prowadził. — Neświcki odwrócił się w inną stronę grozą przejęty i blady jak ściana.
Nabijano szybko działa francuzkie i znowu pokazał się dym w różnych punktach. Piechota francuzka już biegła, chcąc most zdobyć, który tymczasem okrył grad kartaczy, huczących i brzęczących przeraźliwie. Tym razem Neświcki już nic więcej nie zobaczył. Dym gęsty zasłonił wszystko i wszystkich. Huzarom udało się nareszcie most zapalić, i baterje francuzkie strzelały na chybił trafił, dla tego jedynie, że były nabite, bo już na palącym się moście nie było nikogo.
Francuzi potrafili jednak dać trzy salwy, zanim huzary popowracali do swoich koni. Dwie pierwsze, źle wymierzone, przeszły po nad głowami; ostatnia atoli trafiła w gromadkę żołnierzy i kładnąc trupem jednego z nich, dwóch innych ciężko zraniła.
Rostow zajęty dotąd wyłącznie swoim fatalnym stosunkiem z Bogdaniczem, zatrzymał się na środku mostu, nie wiedząc co ma dalej robić. Nie było nikogo na moście do porąbania. Siec na prawo i lewo, oto jak on sobie bitwę wyobrażał w młodzieńczej naiwności i niedoświadczeniu. Ponieważ nie zaopatrzył się jak inni żołnierze, w skrętki słomy do podpalania, nie mógł im pomódz do wzniecenia pożaru. Stał więc tak, wahający i niepewny, gdy nagle coś zadudniło, jakby kto na most nasypał dużych orzechów, a te zaczęły huczeć i trzaskać same od siebie. Tuż przy nim zwalił się z nóg jeden z huzarów z jękiem serce rozdzierającym. Rostow przypadł do niego; zawołano tragarzy z noszami, i kilku ludzi porwali do góry rannego.
— Oh! dobijcie mnie! dobijcie! jeżeli Boga w sercu macie! — krzyczał biedny w niebogłosy.
Nikt jednak nie zważał na te krzyki i nikomu się nie śniło uczynić zadość jego rozpaczliwej prośbie. Ponieśli rannego czemprędzej do ambulansu. Rostow się odwrócił. Wzrok jego utonął w dalekiem przestworzu. Mogło się zdawać, że stara się coś tam odszukać. Potem spojrzał bliżej siebie, na Dunaj, na niebo, na słońce. Jak to niebo wydało mu się lazurowem, spokojnem i niezgłębionem. Jak słońce zachodziło pełne blasku i świetności. Jak nurty Dunaju połyskiwały złotem i purpurą, wietrzykiem lekko poruszane... Tam dalej, w głębi, te góry majestatyczne, tajemnicze, z tylu przesmykami nikomu dotąd nie znanemi, ten klasztor, te bory tonące w mgle wieczornej.. Tam był spokój, tam było szczęście... — Ah! gdybym tam mógł żyć, niczego bym więcej nie żądał — pomyślał Rostow — niczego więcej... Czuję w sobie tyle żywiołów, mogących szczęście zapewnić... a w dodatku to cudne słoneczko boże... ten świat taki piękny... tu zaś... krzyki bolu i rozpaczy... trwoga... chaos... pospiech szalony... znowu czegoś krzyczą... cofają się, i ja biegnę razem z nimi... oto śmierć... śmierć... tuż, tuż nademną... Jeszcze sekunda jedna, a może już nigdy nie zobaczę, ani tego słońca, ani tych fal modrych, ani tych gór wspaniałych...
Słońce zaszło za chmurę. Niesiono drugie nosze przed Rostowem. Strach przed śmiercią i przed temi noszami wstrętnemi, pragnienie życia i tych blasków słonecznych, wszystko splątało i zlało się w jego sercu w jedno uczucie niewypowiedzianego bolu i tęsknoty:
— Boże! mój Boże! Ty, patrzący na mnie z góry, strzeż mnie, przebacz mi, i nie wypuszczaj z pod Twoich skrzydeł opiekuńczych — szepnął Rostow z ciężkiem westchnieniem.
Huzarzy dosiedli swoich koni. Ich głosy były teraz wyraźniejsze i mniej drżące. Nosze zniknęły im z oczu.
— A cóż, mój drogi? Powąchałeś prochu? — rzucił mu w przelocie Denissow.
— Skończyło się wszystko! Ale ze mnie tchórz! tchórz! — pomyślał Rostow z rozpaczą, wskakując również na siodło. — Czy to były kartacze? — spytał Denissowa.
— Ba! ba! i jakiego kalibru — zapytany machnął ręką — mieliśmy djabelną robotę! Aleśmy się też spisali doskonale! Było nam gorąco! Szarża, to rozumiem! w to mi graj! Ale tu walili w nas jak w tarczę na strzelnicy.
I Denissow złączył się z garstką oficerów, którzy otaczali Neświckiego i jego towarzyszów.
— Zdaje mi się, że nikt nic nie zauważył — pocieszał się w myśli Rostow. I tak było rzeczywiście. Każdy badał sam siebie, wiedząc z własnego doświadczenia, jakie odniósł wrażenie przy pierwszym chrzcie ogniowym.
— Fiu! fiu! co to będzie za raport wspaniały — bąknął Gerkow. — Może i mnie przy tem upiecze się grzanka. Kto wie czy mnie awans nie spotka?
— Proszę księciu zameldować, że most spaliłem — pułkownik uśmiechnął się tryumfująco.
— A jeżeli spyta o straty w ludziach?
— Ba! nic nie znaczące — bąknął pułkownik swoim niskim basem. — Dwóch huzarów ciężko rannych, a jeden padł trupem — dodał, nie starając się bynajmniej zamaskować uśmiechu zadowolenia wewnętrznego. Kładł nawet nacisk pewny na te słowa „padł trupem“, jakby go one szczególniej uszczęśliwiały.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Trzydzieści pięć tysięcy wojska, pod dowództwem Kotuzowa, obsaczani i gonieni przez stu tysięczną armją francuzką, z Bonapartem na czele, natrafiali jedynie w swoim pochodzie na niechęć i najzupełniejszy brak życzliwości ze strony mieszkańców w całym kraju. Niemcy przestali ufać swoim sprzymierzeńcom. Wojsko rosyjskie było jak najgorzej zaopatrzone w artykuły spożywcze. Nikt nie dbał, nikt nie pytał się, czem też żyją żołnierze rosyjscy? Zmuszeni po części do bezczynności, zupełnie innemi warunkami rozpoczętej kampanji, niż ktokolwiek z nich mógł spodziewać się i przewidywać, cofali się z najwyższym pośpiechem. Trzymali się brzegów Dunaju, przystając kiedy niekiedy, aby stoczyć mniejsze utarczki z nieprzyjacielem, osłabiając w ten sposób cokolwiek jego siły.
Postępowali w tem jednak z wielką ostrożnością. Nie zaczepiali nigdy Francuzów, chyba że to było niezbędnem, aby utorować sobie drogę do dalszego cofania i nie oddać w ręce nieprzyjaciela wszelkich bagaży. Takie potyczki stoczono pod Lambach, Amstetten, Melck, a mimo odwagi i wytrwałości Rosjan, którym oddawali sprawiedliwość nawet sami ich przeciwnicy, ostatecznym wynikiem tej wojny nieszczęsnej była najfatalniejsza rozsypka! Austrjacy umknąwszy z Ulmu, gdy miasto poddało się nieprzyjacielowi, połączyli się byli z Kotuzowem w Braunau. Opuścili go jednak wkrótce, zostawiając własnym siłom, wycieńczonym najokropniej. Obrona Wiednia była czystem niepodobieństwem; wbrew bowiem planowi, wypracowanemu tak szczegółowo i z taką mozołą, według wszelkich reguł strategicznych, który rada wojenna przysłała była z Wiednia Kotuzowowi; jeżeli jenerał rosyjski nie miał podzielić smutnego losu Mack’a i oddać w niewolę Francuzom reszty sił swoich, rad nie rad musiał zaniechać kampanji zaczepnej, jak stało w owym planie, a tylko cofając się jak najspieszniej, mógł starać się połączyć z posiłkami, nadesłanemi z Rosji.
W dniu 28 października, Kotuzow przeszedł na lewy brzeg Dunaju i tam zatrzymał się po raz pierwszy, rozdzielony rzeką od głównej armji nieprzyjacielskiej. Trzydziestego października, zaatakował i pobił szczęśliwie oddział pod dowództwem Mortier’a, który znajdował się również na lewym brzegu rzeki. Pierwsze trofea, zdobyte wtedy na nieprzyjacielu, stanowiły dwie armaty, jeden sztandar i dwóch jenerałów. Po raz pierwszy, cofając się bez przerwy, od dwóch tygodni, Rosjanie rozprószywszy Francuzów, zostali panami na placu bitwy. Zwycięstwo odniesione szczęśliwie nad Mortier’em, podniosło wielce i wzmocniło ducha w armji rosyjskiej, pomimo jej wycieńczenia, braku żywności i najniezbędniejszych części ubrania. Straciła ona prawie trzecią część żołnierzy, tak zabitych, jak chorych, rannych i okaleczałych maroderów. Kotuzow zostawiał ich po za sobą, polecając listem własnoręcznym, względom i miłosierdziu tak mieszkańców, jak i armji nieprzyjacielskiej. Ambulanse przenośne nie były w stanie, choć było ich bardzo wiele, pomieścić tych wszystkich biedaków. A jednak wśród tak niefortunnych warunków, to zatrzymanie się w Krems i zwycięstwo odniesione, powtarzamy: moralnie, wzmocniło ogromnie armję rosyjską i wlało otuchę w serca zrozpaczone.
Krążyły wieści, podawane z ust do ust, niesłychanie pomyślne, ale najfałszywsze w świecie, wymykając się ukradkiem z głównego sztabu i tonąc następnie w szeregach żołnierzy. Opowiadano sobie na ucho o nadejściu ogromnych posiłków z Rosji, o zwycięstwie odniesionem jednocześnie przez Austrjaków, a w końcu o cofaniu się pośpiesznem cesarza Napoleona.
Książe Andrzej Bołkoński znalazł się był podczas tej ostatniej rozprawy u boku austrjackiego jenerała Schmidt’a, który tam został zabity. Pod nim również ubito konia, a prócz tego dostał lekką kontuzję w ramię od kuli nieprzyjacielskiej. Aby okazać Bołkońskiemu swoją wielką życzliwość, Kotuzow wysłał go kurjerem do Berna, z wiadomością o zwycięztwie odniesionem; tam bowiem przebywał wtedy dwór austrjacki, uciekając z Wiednia, zagrożonego przez armję francuzką. W nocy po stoczonej walce, podniecony nerwowo, ale nie czując wcale zmęczenia, bo mimo szczupłej budowy ciała, Bołkoński znosił lżej trudy najwyższe, niż nie jeden siłacz rosły i szeroki w barach jak niedźwiedź, dosiadł konia, aby zdać raport Dokturowa Kotuzowowi. Tam w głównej kwaterze wysłano go natychmiast kurjerem, co zapowiadało awans najpewniejszy, a prawdopodobnie i jaką dekorację.
Noc była ciemna, niebo jednak mrugało rozsianemi po niem gwiazdami. Droga rysowała się czarną smugą wśród pól pokrytych pierwszą, cieniutką warstwą śniegu, który spadł był w wilją potyczki. Książę Andrzej, unoszony szybko wózkiem pocztowym, przechodził w myśli wszystkie uczucia, które pierś mu rozsadzały podczas utarczki z nieprzyjacielem. Przypominał sobie pożegnanie z Kotuzowem i ze swoimi rozweselonymi zwycięstwem towarzyszami. Wyobrażał sobie żywo, jak korzystne wrażenie wywoła we wszystkich sferach wiadomość o zwycięstwie odniesionem. Odczuwał wewnętrzne zadowolenie i radość człowieka, któremu, po długiem oczekiwaniu, błyśnie nareszcie tak bardzo pożądany szczęścia promyczek. Skoro przymknął powieki, dzwoniły i huczały mu w uszach salwy z ręcznej broni, jak i warczenie podobne do grzmotu, kul armatnich, zmięszane z turkotem kół wózka, na którym siedział. Niby w kalejdoskopie, przesuwały mu się rozmaite obrazy z pola walki. To widział uciekających Rosjan, to siebie leżącego trupem na pobojowisku. Wtedy budził się nagle ze snu, a ocknąwszy, czuł się nad wyraz szczęśliwym, że to był tylko sen przykry, a nie rzeczywistość. Potem usypiał na nowo, rozkoszując się mimowolnie krwią zimną i odwagą, którą okazywał podczas bitwy. Po ciemnej nocy nastąpił słoneczny poranek. Śnieg topniał zwolna, konie galopowały, a po każdej stronie drogi mijały w przelocie lasy, pola i wsie całe.
Na jednej ze stacji pocztowych, gdzie mu konie przeprzęgano, zetknął się z konwojem rannych. Oficer, który prowadził, rozciągnięty na pierwszym wozie, wrzeszczał i lżył żołnierzom na czem świat stoi. Na innych wozach nagromadzono mnóstwo rannych. Wyglądali przerażająco. Z twarzami sinemi, wykrzywionemi bólem a częstokroć i kurczem przedśmiertelnym, brudni, z ranami, które nakrywały szmaty krwią nasiąkłe, podskakiwali na wozach toczących się po drodze pełnej dziur i wybojów. Jedni rozmawiali, inni gryźli kawał chleba stęchłego i spleśniałego, ci zaś, którzy byli najbardziej osłabieni, patrzali z zajęciem naiwnem, ale spokojnem, na wózek pocztowy, mijający ich galopem.
Książę Andrzej kazał zatrzymać się swojemu woźnicy, i spytał żołnierzy, kiedy zostali ranieni.
— Przedwczoraj, podczas bitwy nad Dunajem — odpowiedział z nich jeden. Andrzej wydobył z sakiewki trzy imperjały, i te im podał.
— Dla wszystkich — przemówił do oficera, prowadzącego konwój, dodając tonem łagodnym. — Starajcie się wyleczyć jak najprędzej, moi kochani. Roboty będziemy jeszcze dość mieli. Potrzeba nam takich jak wy zuchów.
— A jakie tam wiadomości, panie adjutancie? — podchwycił oficer od konwoju, szczęśliwy, że może do kogoś przemówić.
— Dobrze! jedź! — krzyknął Andrzej na woźnicę.
Noc już zapadła, gdy Bołkoński wjeżdżał do Berna, i zobaczył się otoczonym wysokiemi kamienicami, magazynami wspaniale oświetlonemi, płonącemi po ulicach rewerberami i mnóstwem pięknych ekwipażów, toczących się po bruku. Znalazł się w owej atmosferze ożywionej wielkiego miasta, tak ponętnej dla wojskowego, który przybywał prosto z obozu. Mimo szybkiej jazdy i nocy bezsennej, czuł się jeszcze bardziej podnieconym, niż wczoraj. Gdy zbliżał się do pałacu, oczy błyszczały mu gorączkowo, a myśli napływały do głowy, z jasnością nadnaturalną. Wszystkie szczegóły bitwy stoczonej, przeszedłszy niby przez retortę, streszczały się w jego myśli układając się w zwięzły raport, z którym chciał wystąpić przed cesarzem Franciszkiem. Zdawało mu się, że słyszy zadawane sobie pytania i własne odpowiedzi. Był przekonany, że wprowadzą go natychmiast do cesarza. Tymczasem, przed główną bramą cesarskiej rezydencji, zatrzymał go jakiś urzędnik ubrany po cywilnemu, a poznawszy w nim kurjera, poprowadził do bocznej bramy.
— Przez korytarz na prawo „Euer Hochgeboren“, tam znajdziecie adjutanta służbowego, który was zaprowadzi do pana ministra wojny.
Adjutant odszukany szczęśliwie, poprosił księcia Anrzeja, żeby raczył chwilkę zaczekać i poszedł zapowiezieć przybycie kurjera panu ministrowi. Powrócił niebawem, a skłoniwszy się najuprzejmiej, puścił księcia przodem.
Przeszedłszy przez długi korytarz, wprowadził go do gabinetu, gdzie zastali pana ministra przy pracy. Oficer austrjacki chciał (tak przynajmniej mogło się zdawać) przez swoją grzeczność nadzwyczajną, wznieść zaporę, któraby go uchroniła od zbytniej poufałości ze strony rosyjskiego adjutanta. Im bliżej znajdował się książę Andrzej wysokiego dygnitarza, tem bardziej osłabiało się i zacierało prawie w jego duszy uczucie radosnego zadowolenia, którego doświadczał jeszcze tak niedawno. Natomiast odczuwał coraz silniej jakby wyrządzoną mu zniewagę osobistą. To wrażenie, przekształcało się mimowolnie i wywołało nawzajem u niego dumne lekceważenie, prawie pogardę. Jego umysł gorączkowo podniecony, przedstawił natychmiast wszystkie powody, które nadawały mu prawo pogardzać tak ministrem, jak jego adjutantem. — „Bitwa wygrana, wyda się czemś łatwem, prostą zabawką, im, którzy w życiu swojem prochu nie powąchali!” — Oto co pomyślał, wchodząc do gabinetu umyślnie z przesadzoną opieszałością i jakby od niechcenia. To wewnętrzne rozdrażnienie, spotęgował jeszcze widok ministra. Wysoki ten dygnitarz siedział przy biurku, pomiędzy dwoma świecami, z głową łysą, pokrytą nader skąpo włosami siwemi i spuszczoną nad jakiemiś papierami. Przeglądał je, odczytywał, robił na boku notatki, ignorując najzupełniej obecność kurjera rosyjskiego.
— Proszę to wziąć — pan minister podał kilka dokumentów swojemu adjutantowi, nie zwracając wcale uwagi na Andrzeja.
— Czy rzeczywiście — pomyślał Bołkoński — armja Kotuzowa, tyle go obchodzi, co śnieg przeszłoroczny, czy tylko chciałby mi oczy zamydlić, bym w to na ślepo uwierzył?
Poskładał i uporządkował ze starannością drobiazgową papiery po biurku rozrzucone. Wtedy dopiero podniósł głowę i raczył pokazać księciu Andrzejowi twarz pełną inteligencji, z wyrazem energicznym i znamionującym wytrwałość we wszystkiem. Skoro jednak zwrócił się ku Andrzejowi, nadał swojej fizjognomji ów wyraz zdawkowy, pospolity, uśmiechnięty bezmyślnie, prawie głupkowato, zwykły u człowieka przyjmującego co dzień niezliczony zastęp proszących.
— Od jenerała Kotuzowa?... Cóż? spodziewam się, że z dobrą nowiną?... Potyczka z Mortier’em... Zwycięstwo... Czas był na to, i wielki!...
Minister rozłożył depeszę, i zaczął ją czytać.
Herr Gott! — wykrzyknął po niemiecku, chwytając się oburącz za głowę. — Schmidt padł! Co za nieszęście, co za nieszczęście! — a przebiegłszy do końca depeszę oczami, odłożył ją na bok z miną ponurą i żałowaną. — Ah! jakie wielkie nieszczęście! — powtórzył raz jeszcze. — Pan utrzymujesz zatem, że potyczka była rozstrzygającą? Jednak Mortier nie dostał się do niewoli. — I dodał po chwili milczenia: — Jestem rad pańskim dobrym wiadomościom, chociaż opłacamy je bardzo drogo, śmiercią Schmidta. Najjaśniejszy cesarz, zechce zapewne sam widzieć się, i rozmówić z panem, nie teraz jednakże. Dziękuję panu w cesarza imieniu. Proszę wypocząć po trudach, a jutro chciej pan znaleźć się na drodze cesarza, po skończonej paradzie... zresztą dam panu znać. Do zobaczenia... Na pewno, cesarz będzie pragnął widzieć się z panem osobiście — powtórzył odprowadzając kurjera do drzwi.
Gdy książę Andrzej opuszczał cesarską rezydencją, zdawało mu się, że zostawił po za sobą, w rękach ministra jak głaz obojętnego i jego nadto uniżonego adjutanta, całe głębokie wzruszenie, i całe szczęście, którego doznawał po dokonanem zwycięztwie. Usposobienie jego umysłu zmieniło się najzupełniej, a przebieg bitwy, rysował się w jego pamięci słabemi zaledwie konturami, niby dalekie, niesłychanie dalekie wspomnienie.





IX.

Książę Andrzej wysiadł w Bernie u jednego ze swoich dobrych znajomych i współziomka, sekretarza rosyjskiej ambasady Bilibina.
— Ah! chciej wierzyć książe kochany, że nic na świecie, nie mogło zrobić mi większej przyjemności — dyplomata przyjął go temi słowy serdecznemi. — Franz! — zawołał na służącego, który niósł księcia rzeczy — zanieś to wszystko do mego pokoju sypialnego. Jesteś tedy książę zwiastunem zwycięztwa, prześlicznie! Co do mnie, jestem chory niestety! jak widzisz.
Zmieniwszy podróżne ubranie, książę Andrzej połączył się z gospodarzem domu w tegoż gabinecie, urządzonym z elegancją i komfortem. Zastał tu już stół nakryty i objad dla gościa na prędce zastawiony. Bilibin usiadł tymczasem naprzeciw Andrzeja przy kominku.
Odszukiwał, co prawda z wielkiem zadowoleniem, w tem otoczeniu wytwornem i pełnem komfortu, owe żywioły, prawie niezbędne do życia, których nie brakowało mu dotąd nigdy, od kiedy mógł sobie zapamiętać. Tem boleśniej odczuwał brak w obozie tego wszystkiego, do czego nawykł od lat dziecięcych, a teraz musiał wziąć z tem rozbrat zupełny. I to sprawiało mu wielką przyjemność, po przyjęciu austrjackiem, że mógł rozmawiać, wprawdzie nie po rosyjsku, tylko po francusku, ale nie mniej z rosjaninem czystej krwi, który podzielał (tak przynajmniej można było przypuszczać), wstręt Bołkońskiego do Niemców, i do ich ojczyzny.
Bilibin miał lat przeszło trzydzieści. Dotąd nie żonaty, należał urodzeniem i wychowaniem, do tych samych sfer towarzyskich, co i książe Andrzej. Poznali się początkowo w Petersburgu. Później odszukali się i zbliżyli jeden do drugiego, podczas bytności Andrzeja w Wiedniu, gdy Kotuzow wybrał go sobie na towarzysza, z pomiędzy wszystkich adjutantów. Obaj posiadali po temu zdolności i przymioty odpowiednie, aby każdy z nich, w obranym zawodzie, mógł zrobić karjerę świetną, nie czekając na nią zbyt długo. Bilibin, choć młody latami, był już poważnym, wytrawnym dyplomatą. Miał bowiem ledwie lat szesnaście, kiedy go już oddano pod wyłączną opiekę ambasadorowi rosyjskiemu i przyłączono do poselstwa. Przybył do Wiednia, poprzednio zaś bawił w Paryżu i Kopenhadze, gdzie również zajmował stanowisko wcale niepoślednie. Kanclerz i ambasador rosyjski w Austrji, poznali się na jego wielkich zdolnościach i umieli takowe ocenić należycie. Nie był on w niczem podobny do owych biernych dyplomatów, których cała umiejętność na tem polega, żeby się chroń Boże z czem nie wygadać i nie skompromitować i mówić biegle po francusku, ile możności paryskim akcentem. Należał do kategorji ludzi rzeczywiście zamiłowanych w pracy. Mimo lenistwa wrodzonego, zdarzało mu się często, przepędzić noc całą przy biurku. Przedmiot pracy był mu zupełnie obojętnym. Co go pociągało i zajmowało, to nie pytanie: — „Dla czego? i na co?“ — ale — „W jaki sposób ułożyć, żeby dobrze wypadło?“ — Znajdował szczególną przyjemność i wewnętrzne zadowolenie, ilekroć powiodło mu się napisać w sposób interesujący, stylem zręcznym i eleganckim, bądź jakie memorandum, raport, a choćby też po prostu pierwszy lepszy okólnik. Prócz usług, które piórem oddawał, przyznawano mu również talent niepospolity i umiejętność postępowania z taktem, w sferach wysokich. Podziwiano w nim niemniej sposób rozmawiania, dowcipny, lekki i zawsze w miarę sarkastyczny.
Bilibin wtedy tylko lubił rozmowę, jeżeli ta mu nastręczała sposobność powiedzenia czegoś niezwykłego; rozsiania wśród rozmowy pereł dowcipu ciętego, a zawsze oryginalnego. Złośliwi utrzymywali, że przygotowywał on naprzód w swojem laboratorjum, owe frazesy delikatnie zaostrzone, niby łucznik strzały. Bądź co bądź, dowcipy jego były tak doskonałe, a tak łatwe do pojęcia, że nawet głowy najbardziej zakute, zatrzymywały je w pamięci. Te „strzały“ wychodzące z jego arsenału, oblegały później wiedeńskie salony najarystokratyczniejsze, wywierając wpływ częstokroć, i to bardzo przeważny, na bieżące wypadki.
Twarz Bilibina o cerze żółtej, chuda i mimo lat młodych mnogiemi zmarszczkami poorana, była codziennie tak starannie wymyta, że każdy z tych zmarszczków świecił niby kość słoniowa, lub koniec palca, jeżli pobieleje przez długie w wodzie moczenie. Gra jego fizjognomji spoczywała głównie w ciągłej zmianie owych zmarszczków, które to tu, to tam, pogłębiały się mniej lub więcej. To czoło fałdowało się w kilka bruzd głębokich, to brwi podnosiły się w górę, i nazad w dół opadały, to policzki, a nawet nos, marszczyły się drobniutko, niby na igłę nabrane. Temu wszystkiemu towarzyszył zawsze rzut oka bystry, otwarty i wesoły.
— A teraz książę kochany, opowiedz mi cokolwiek o twoich czynach rycerskich — zagadnął po obiedzie Bołkońskiego.
Zaczął mu więc Andrzej opowiadać, nie wysuwając siebie zanadto na pierwszy plan, szczegóły potyczki, a potem jak został przyjęty przez ministra.
— Przyjęto mnie i moją wiadomość o zwycięztwie, jak psa w kręgielni! — machnął ręką niecierpliwie.
Uśmiechnął się na to Bilibin.
— Koniec końców, mój drogi książe — wtrącił od niechcenia, wpatrując się z pewnej odległości w swoje paznogcie misternie wypolerowane i przemykając z lekka oko lewe — mimo wysokiego poważania dla armji rosyjsko-prawosławnej, to wasze zwycięztwo, nie wydaje mi się znowu tak nadzwyczajnie, tak rozstrzygająco... zwycięzkiem.
Mówił ciągle po francuzku, rzadko mięszając pewne rosyjskie wyrażenia, które zwykł był podkreślać w sposób dość pogardliwy.
— Jakto, zgnietliście całym waszym ciężarem, tego biedaka Mortier’a, który miał tylko jednę dywizją, a i ten sam Mortier wymknął wam się w dodatku... Gdzież to wasze wielkie zwycięztwo, pytam?
— Nie chwaląc się zbytecznie, przyznasz mój drogi, że ono trochę więcej warte, niż cała z Ulmem historja, co?...
— Ale dla czego nie było wziąć w niewolę marszałka, bodaj jednego, ot tak! na pokaz?
— Dla czego? Bo wypadki podczas bitwy, nie układają się według naszego widzimisię i nie dadzą się naprzód obliczyć, jak ewolucje własnymi żołnierzami na wojskowej „paradzie“. Spodziewaliśmy się na pewno zajść mu z tyłu o siódmej rano, a przybyliśmy w to miejsce dopiero o piątej po obiedzie.
— Czemu więc nie uczyniliście tego o siódmej z rana? Trzeba było wybrać się wcześniej.
— A dla czego, wy, panowie dyplomaci, nie podszepnęliście Bonapartemu, że mądrze by zrobił, gdyby opuścił Genuę? — odrzucił Andrzej w tym samym tonie żartobliwym.
— Oh! wiem ja doskonale — roześmiał się Bilibin — żeś sobie książę pomyślał w tej chwili: — „Łatwo mu deklamować o braniu w niewolę marszałków; mieszczuchowi, siedzącemu wygodnie i bezpiecznie pod piecem!” — To prawda, ale zawsze szkoda wielka, żeście Mortier’a z rąk wypuścili. Nie dziwcież się teraz moi panowie, że idąc za przykładem tutejszego ministra wojny, tak nasz car najmiłościwszy, jak i cesarz Franciszek, nie będą zbyt zachwyceni i zbyt wdzięczni wam za owe zwycięstwo. Nawet ja sam, nędzny i nic nie znaczący sekretarz ambasady, nie czuję potrzeby nieprzezwyciężonej, okazywać czemkolwiek mego uwielbienia, choćby naprzykład: czynem tak wzniosłym, jak obdarowanie mego „Franca” całym, srebrnym talarem, razem z pozwoleniem udzielonem mu wspaniałomyślnie, by szedł na spacer do Prateru ze swoją Liebchen... Ach! zapomniałem, żeśmy nie w Wiedniu, i że w Bernie nie ma Prateru. — Spojrzał drwiąco na Andrzeja, nagle czoło wygładzając z bruzd i zmarszczków.
— Teraz na mnie kolej, mój drogi, spytać dla czego tak ma być, a nie inaczej. Może to są jakieś delikatne odcienia dyplomatyczne, które przewyższają moją słabą inteligencję, dość na tem, że tego wszystkiego nic a nic nie rozumiem, szczerze to wyznaję... Mack zaprzepaszcza całą armję, arcyksiążęta Ferdynand i Karol, nie dają znaku życia, i popełniają błąd za błędem. Jeden Kotuzow stacza bitwę otwarcie, wygrywa ją, zrywa czar osłaniający dotąd Francuzów, a pan minister wojny, nie ciekawy nawet szczegółów potyczki, i odniesionego przez nas zwycięstwa.
— W tem właśnie tkwi rozwiązanie zagadki, książę kochany! Bo widzisz, hurra dla cara! dla świętej Rosji! dla naszej armji prawosławnej! Wszystko brzmi pięknie i wzniośle, cóż to jednak nas obchodzi?... Chciałem powiedzieć, co obchodzą dwór austrjacki wasze zwycięstwa? Przywieźcie nam pomyślną wiadomostkę, o powodzeniu takiego arcyksięcia Karola lub Ferdynanda, jeden wart tyle właśnie co i drugi, jak wiemy. Dajmy na to, że pobili oddział pompierów Bonapartego. Zmieniłaby się sytuacja, wszystko wzięłoby inny obrót; ogłoszonoby zwycięstwo Urbi et Orbi, przy odgłosie dzwonów i surm bojowych! Wasze jednak malutkie zwycięstwo, może nam się tylko nie podobać! Jakto, arcyksiążęta nie dają znaku życia, wy zaś opuszczacie Wiedeń bez wystrzału, jakbyście chcieli nam powiedzieć: — „Wprawdzie Bóg jest z nami, ale możecie i wy udać się do Niego, żeby pobłogosławił wam i waszej stolicy!” Podczas rozprawy z Mortier’em, pozwalacie na zabicie Schmidta, jenerała, który był nas wszystkich ulubieńcem, i każecie nam się cieszyć ze zwycięstwa? Gdyby kto postawił się na głowie, nie mógłby wynaleźć niczego, coby nas bardziej drażniło! Jakby na przekor nam, jakby naumyślnie. Zresztą, przypuściwszy nawet, żeście odnieśli świetne zwycięstwo, że tak samo pobił i rozgromił arcyksiąże Karol pierwszą lepszą francuzką dywizję, czyż to zmieni w czemkolwiek fatalny bieg wypadków? Teraz to wszystko jest musztardą po obiedzie! W Wiedniu bowiem gospodarują Francuzi.
— Jakto? Czyżby na prawdę zajęli Wiedeń?
— Nie tylko zajęli, ale Bonaparte rezyduje w Schönbrunnie, a nasz kochany hrabia Wrbna, udaje się tam, aby odebrać od niego rozkazy.
W skutek zmęczenia, rozmaitych wrażeń odniesionych w podróży, przyjęcia u ministra, nakoniec wpływu objadu i kilku kieliszków dobrego wina, Bołkoński zaczynał odczuwać pewny chaos w głowie, i nie zdawał sobie dokładnie sprawy, z ważności i doniosłości, udzielonych mu szczegółów.
— Hrabia Lichtenfeld, którego widziałem dziś rano — mówił dalej Bilibin — pokazywał mi list pełen opisów rewji odbytej w Wiedniu przez Francuzów. Jest tam dużo o Muracie i jego całem otoczeniu. Pojmujesz zatem kochany książę, że nie mamy powodu cieszyć się tak bardzo z odniesionego przez was zwycięstwa, i nie możemy przyjmywać was jako wybawicieli!
— Z mojej strony, mogę zaręczyć że mi te objawy wdzięczności są najzupełniej obojętne — bąknął książę Andrzej, który przejrzał nakoniec i zdawał sobie sprawę z małej wartości potyczki pod Krems, w porównaniu z faktem tak ważnym, jak opanowanie stolicy przez armją nieprzyjacielską. — Okropność! Jak to się stało, że Wiedeń zajęty? A ów sławny most? A książę Auersperg, któremu powierzono obronę stolicy?
— Książę Auersperg jest po naszej stronie, aby nas bronić, z czego również wywiązuje się dość licho ku powszechnemu niezadowoleniu. Wiedeń zaś został po tamtej stronie. Co się tyczy owego mostu sławnego, nie wzięto go dotąd, i w Bogu nadzieja, że go wcale nie wezmą. Podłożono miny pod niego, z rozkazem wysadzenia w powietrze. Inaczej, bylibyśmy już gdzieś w górach czeskich, wy zaś z waszą całą armją mielibyście nie lada twardy orzech do zgryzienia, i znaleźlibyście się w tarapatach prawie bez wyjścia, wzięci po prostu we dwa ognie!
— Czyżby to miało znaczyć, że kampanja już skończona? — spytał Andrzej zaniepokojony.
— Mnie by się zdawało, że skończona. I nasze matadory myślą tak samo, tylko nie śmieją odezwać się z tem głośno. Stanie się to, com przepowiadał od samego początku kampanji. Kwestję rozstrzygną, nie wasza mało znacząca potyczka pod Diernsteinem, i nie proch, wogóle, ale tacy, którzyby go wymyślili, gdyby tego nie uczyniono już przed nimi.
Bilibin powtórzył jeden ze swoich najefektowniejszych frazesów, z tych, które obiegały zwykle po całym Wiedniu, podawane z ust do ust. Po chwili rzekł czoło wygładzając:
— Wszystko zależy obecnie od spotkania się cara Aleksandra, z królem pruskim w Berlinie. Jeżeli Prusy wejdą do trójprzymierza, sforsują Austrję, i wojnę będą dalej prowadzili. Gdyby zaś to nie nastąpiło, nic nie pozostaje, jak rozpocząć rokowania, i umówić się o punkt zborny, dla nowego Campo-Formio!
— Co to za gieniusz nadzwyczajny i jakie ma szczęście szalone! — wykrzyknął książe Andrzej, uderzając pięścią w stół.
— Bonaparte? — spytał od niechcenia Bilibin marszcząc czoło na nowo, co było zawsze zapowiedzią jakiegoś dowcipu efektownego — Buonaparte? — powtórzył, kładnąc nacisk na „u“. — Ale, ale, skoro rezyduje w Schönbrunn, dyktując z tamtąd prawa Austrji, sądzę, że można mu już darować owe „u“! Ja przynajmniej postanawiam odtąd, pominąwszy „u“, nazywać go po prostu Bonaparte.
— Dajmy raz pokój żartom i powiedz mi serjo, czy uważasz kampanję za skończoną?
— Oto moje szczere wyznanie wiary, i moje zapatrywanie osobiste: Austrja tym razem, odegrała smutną rolę, owej kotki wyciągającej dla kogo innego kasztany z ognia. Nie nawykła do czegoś podobnego, i postara się o odwet prawdopodobnie. Była zaś kotką, po pierwsze: że jej prowincje są zniszczone, przyznasz, mój drogi, że nasi prawosławni rycerze, do czego, jak do czego... ale do rabunku są niezrównani, jej armja zdziesiątkowana, stolica w rękach nieprzyjaciół, a to wszystko dla pięknych oczu króla sardyńskiego! Po drugie: czuję przez skórę, mój drogi, że nas oszukują i chcą pięknie, ładnie w pole nas wyprowadzić. Mam nos doskonały! niech się schowa wyżeł najlepszy. Otóż przewąchałem, mówiąc między nami: rozmaite konszachty, umowy, które odbywają się cichaczem i projekta pokoju z Francją, zawartego w największym sekrecie, w cztery oczy. Poczem nas puszczą w trąbę.
— Czyste niepodobieństwo! Byłoby to coś nadto brudnego!
— Ha! kto dożyje, ten zobaczy — odrzucił Bilibin.
Poczem książe Andrzej, pożegnawszy się z nim, udał się do pokoju dlań wyznaczonego.
Skoro znalazł się na pościeli miękkiej i śnieżnej białości, z głową tonącą w puchowych poduszkach, pachnących fiołkami, książę Andrzej czuł coraz bardziej i mimowolnie, że bitwa, o której przywiózł wiadomość, zaciera się w jego pamięci i prawie znika mu z przed oczów. Myślał obecnie o przymierzu z Prusami, o przypuszczalnej i możebnej zdradzie ze strony Austrji, o nowym tryumfie Napoleona, o rewji i audjencji u cesarza Franciszka nazajutrz. Nareszcie sen skleił mu powieki, i natychmiast usłyszał grzmiącą kanonadę, mniej huczne salwy z ręcznej broni, i turkot kół po bruku. Widział żołnierzy drapiących się pod górę, to z góry spadających; był sam na przedzie, przy boku jenerała Schmidta; kule świstały mu aż miło koło uszów, a serce jego rozpierało uczucie dotąd nieznane, pełne jakiejś dzikiej rozkoszy. Czuł, że żyje w całem znaczeniu tego słowa! Tak nie żył, odkąd siebie zapamiętał... Zbudził się nagle:
— Tak, tak — mruknął w pół we śnie. — Tak było...
Zasnął napowrót szczęśliwy; z uśmiechem dziecięcym na ustach; snem kamiennym, jakim śpi się tylko w latach młodocianych.





X.

Nazajutrz obudził się późno. Zbierając myśli rozpierzchłe, przypomniał sobie najpierw, że ma się przedstawić dnia tego cesarzowi Franciszkowi. Naraz wszystko stanęło mu przed oczami; wszystkie odniesione wczoraj wrażenia. Posłuchanie u ministra, udana grzeczność jego adjutanta, i rozmowa z Bilibinem. Przywdział mundur najparadniejszy, którego nie miał na sobie od dawna. Odświeżony, wypoczęty, wesół, z ręką na temblaku, wstąpił przechodząc do Bilibina, gdzie zastał kilku młodych dyplomatów, pomiędzy innemi, księcia Hipolita Kurakina, którego udało się ojcu wśrubować jako nadliczbowego attaché do rosyjskiej ambasady. Tego Bołkoński znał od dawna. Trzech innych przedstawił mu Bilibin. Byli to młodzi ludzie, należący urodzeniem i wychowaniem do najwyższych sfer towarzyskich. Bogaci, szykowni, lubiący bawić się i goniący za rozrywkami, tak tu, jak i w Wiedniu, stanowili oni kółko osobne, którego duszą był Bilibin, a o którem wspominając, zwykł był mawiać: — „Nasze kółko”.
To wyłączne towarzystwo, złożone prawie tylko z młodych dyplomatów, miało swoje cele odrębne, po za wojną, a nawet po za całą polityką. Bez porównania więcej zajmowało ich życie wielkoświatowe, stosuneczki miłosne z kilkoma pięknemi kobietami, i rozrywki wszelkiego rodzaju, o ile im na to pozwalała służba kancelaryjna. Ci panowie wyświadczyli ten niezwykły zaszczyt księciu Bołkońskiemu, że go przyjęli od razu, z otwartemi ramionami, jako do nich należącego. Z grzeczności, niby wstęp do rozmowy i rozpoczęcia znajomości, raczyli zadać mu kilka pytań, co do odniesionego świeżo zwycięztwa i obecnego stanu armji rosyjskiej. Przerzucili się jednak niebawem na pole ulubione, rozmowy lekkiej i ożywionej, pełnej złośliwych uwag, dowcipów i krytyk tchnących sarkazmem.
— Możecie sobie wyobrazić, jaką zrobił na to głupią minę — kończył jeden z nich anegdotkę o koledze, którego spotkał zawód wielce nieprzyjemny — gdy mu oświadczył sam kanclerz, jako powinien uważać za awans i za łaskę specjalną, przeniesienie go do Londynu. Mówię wam, że o mało nie parsknąłem mu w nos śmiechem.
— Ja zaś, panowie, oskarżam przed wami Kurakina, tego strasznego, niezwyciężonego Don Żuana, który korzystając z cudzej niedoli, wziął natychmiast piękną Adelę, w spuściźnie po nieobecnym.
Hipcio kołysał się niedbale w dużem krześle poręczowem à la Voltaire, z nogami zarzuconemi z jednej i z drugiej strony na poręcz krzesła.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się głośno. — Opowiadajże, mój drogi, bom ja sam tego ciekawy.
— O! Don Żuanie! O wężu zdradziecki! — reszta chórem wykrzyknęła.
— Nie doszło zapewne do twojej wiadomości, Bołkoński — wtrącił Bilibin — że w kąt wszelkie okropności dokonywane przez armję francuską... przepraszam! chciałem powiedzieć przez zwycięzką armię rosyjską, w obec spustoszenia straszliwego, jakie sprawia ten niegodziwiec pomiędzy naszemi paniami.
— Na to stworzona kobieta, aby była towarzyszką mężczyzny! — odezwał się Hipcio z namaszczeniem, patrząc przez monokl na swoje długie nogi, kołyszące się w powietrzu.
Bilibin i reszta „naszych“ wybuchnęli śmiechem szalonym. Książę Andrzej mógł się teraz przekonać naocznie, że ów Hipcio, o którego, trzeba wyznać, był prawie zazdrosny, był po prostu celem żartów i pośmiewiskiem całego towarzystwa.
— Muszę zaprezentować ci w całej jego glorji Kurakina — szepnął mu do ucha Bilibin. — Jest rozkoszny i niezrównany! w swoich poglądach politycznych. Usłyszysz z jaką powagą i zarozumiałością...
Zbliżył się do Hipolita z czołem mocno zmarszczonem rozpoczynając żywą dysputę nad bieżącemi wypadkami w dziedzinie polityki, która zwróciła natychmiast uwagę wyłączną całego towarzystwa.
— Gabinet berliński, nie może dać poznać, że radby był zawrzeć trójprzymierze — zaczął dowodzić Hipolit patrząc z góry i prawie lekceważąco na swoje audytorjum — nie wyraziwszy... nie wyraziwszy... jak w swojej ostatniej nocie dyplomatycznej... no! przecie rozumicie?... Zrozumieliście?.. Zresztą, jeżeliby nasz pan najmiłościwszy, nie chciał odstąpić, od... od... swoich stałych zasad... nasze przymierze... nasze... czekajże — jeszcze nie skończyłem.
A porywając za rękę Andrzeja.
— Spodziewam się — dodał z patosem — że interwencja będzie silniejszą od bierności w tych sprawach!... i... i... nie będą mogli zarzucić nam, jakoby wcale nie odebrali naszej depeszy z dnia dwudziestego ósmego listopada... oto jak się wszystko zakończy!...
Tu wypuścił z uścisku dłoń Bołkońskiego.
— Demostenesie, Demostenesie! poznaję cię złotousty, po kamyku schowanym w głębi twojego podniebienia! — wykrzyknął Bilibin, który chcąc wyrazić dosadniej swoje najwyższe zadowolenie, nasunął na czoło całą swoją czuprynę zwichrzoną.
Hipcio śmiejąc się jeszcze głośniej i serdeczniej od innych, miał minę, jakby mu ten śmiech ból sprawiał, tak konwulsyjnie twarz wykrzywiał, która, zwykle miała wyraz najzupełniej bezmyślny.
— Panowie! — przemówił po chwili Bilibin — Bołkoński jest moim gościem; idzie mi więc bardzo o to, aby dać mu użyć wszelkich rozrywek i przyjemności. W Wiedniu, poszłoby mi to jak z płatka, tu jednak, w tej nieznośnej dziurze morawskiej, w tem Bernie, muszę was wszystkich wezwać na pomoc. Trzeba robić mu honory połączonemi siłami. Wy zajmijcie się wprowadzeniem go do teatru, i za kulisy, ja biorę na siebie zapoznanie go z naszem towarzystwem. Co się ciebie tyczy Kurakin, zostawiam ci dział najponętniejszy, płeć piękną, o ty niezwyciężony zdobywaczu serc niewieścich!
— Wprowadzisz go do czarującej, boskiej Adeli! — zawołał jeden z „naszych“, całując z zachwytem palców koniuszki.
— Tak, tak, tego wojaka krwią dyszącego, trzeba natchnąć bardziej ludzkimi uczuciami — dodał Bilibin.
— Trudno mi będzie panowie korzystać na razie z waszych łaskawych chęci i z waszej dla mnie uprzejmości. — Bołkoński spojrzał na zegarek — muszę bowiem odejść natychmiast.
— Gdzież to?
— Do cesarza.
— Ho, ho! A więc do widzenia książę kochany!
— Do widzenia, mój drogi.
— Do widzenia! — powtórzyli drudzy — spodziewamy się, że książę zjesz z nami objad, a potem już się tobą zajmiemy całem sercem.
— Posłuchaj mnie — szepnął Bilibin odprowadzając go do przedpokoju. — Dobrze zrobisz, jeżeli podczas audjencji u cesarza nie wspomnisz ani słowa o intendenturze tutejszej, chyba chwaląc dostawę żywności i kwatery, które wam wyznaczają na popasach.
— Mogę o tem nie wspominać, jeśli mnie sam cesarz nie spyta, nie byłbym jednak w stanie chwalić tego, co na pochwałę nie zasługuje.
— W takim razie mów za dwóch, radzę ci szczerze. Cesarz lubi namiętnie udzielać posłuchań, a nie może nigdy wymyśleć, co ma komu powiedzieć. Sam przekonasz się o tem mój drogi.





XI.

Książę Andrzej umieszczony w miejscu, którędy cesarz przechodził, pomiędzy licznie zebranymi oficerami austrjackimi, dostąpił zaszczytu, że monarcha raczył zwrócić na niego uwagę, nawet odkłonił mu się osobno, swoją długą głową osadzoną na tak samo długiej szyi. Po skończonej paradzie, ten sam adjutant ministra wojny, przyszedł z najuprzejmiejszem oświadczeniem, że najjaśniejszy pan, raczy udzielić mu posłuchania. Cesarz Franciszek przyjął go stojący, na środku swojego gabinetu. Na samym wstępie, uderzyło Andrzeja, pewne zakłopotanie i jakby niepewność od czegoby tu zacząć? Cesarz poczerwieniał i zdawać się mogło, że go coś w gardle dławiło.
— Proszę mi powiedzieć, o której godzinie rozpoczęło się starcie? — spytał szybko.
Książę Andrzej zadowolniwszy pod tym względem jego ciekawość czuł się zmuszonym odpowiadać na cały szereg pytań równie czczych jak naiwnych.
— Jak się miewa Kotuzow? Kiedy opuścił Krems? — i tak dalej... i dalej...
Cesarz zdawał się mieć ten cel jedynie, żeby zadać jak największą ilość pytań. Co do odpowiedzi, te go widocznie nader mało interesowały.
Spytał powtórnie o której godzinie rozpoczęto bitwę.
— Miałem już zaszczyt oznajmić waszej cesarskiej mości — skłonił się nisko Bołkoński — że tego dokładnie oznaczyć nie mogę. W chwili, kiedy czoło wojska atakowało, ja znajdowałem się w Diernstein i nas wezwano dopiero na pole bitwy o godzinie szóstej wieczór.
Postanowił wręczyć cesarzowi opis szczegółowy i miał takowy w zanadrzu.
Cesarz wpadł mu w słowo pytając z uśmiechem:
— Ile mil?...
— Zkąd i dokąd Sire?
— Z Diernstein do Kremsu?
— Trzy i pól mili, Sire.
— Czy Francuzi opuścili brzeg lewy?
— Według ostatnich doniesień szpiegów przez nas wysłanych, oddziały francuzkie przeszły rzekę jeszcze tej samej nocy na tratwach.
— Czy dość macie furażu w Krems?
— Bardzo niedostatecznie...
— O której godzinie padł jenerał Schmid? — przerwał mu znowu cesarz.
— Zdaje mi się, że o siódmej wieczór.
— O siódmej wieczorem?... To smutne... bardzo smutne!
Po tych słowach, podziękowawszy mu za udzielone sobie wiadomości, grzecznie go pożegnał. Książę Andrzej wyszedł z gabinetu, i został natychmiast otoczony przez świtę cesarską. Teraz każdy z dworaków miał do niego słówka najpochlebniejsze i spojrzenia pełne życzliwości. Sam pan adjutant zaczął mu wymawiać niesłychanie, że nie raczył zamieszkać w pałacu. Byłby mu przecież najchętniej odstąpił własną kwaterę. Minister wojny winszował mu serdecznie krzyża Marji Teresy trzeciej klasy, którego cesarz raczył mu udzielić. Szambelan cesarzowej namawiał go, żeby prosił i ją o posłuchanie. Tak samo pragnęła go poznać arcyksiężniczka. Nie wiedział komu ma pierwej odpowiadać, i starał się wpierw zorjentować w tym chaosie, gdy ktoś dotknął się z lekka jego ramienia. Ambasador rosyjski, wziął go pod rękę a pociągnąwszy za sobą w okna zagłębienie, zaczął z nim cichą i poufną rozmowę.
Wbrew pesymistycznym przewidywaniom Bilibina, przyjęto z radością wiadomość o zwycięztwie, a nawet nakazano odśpiewać w kościołach solenne Te Deum. Kotuzowa mianowano kawalerem wielkiego krzyża Marji Teresy, a cała armja rosyjska miała dostać wynagrodzenie. Dzięki zaproszeniom, które sypały się na niego jak z rogu obfitości z wszystkich stron, Bołkoński musiał poświęcić cały ranek na wizytowanie najwyższych dygnitarzy austrjackich. Gdy skończył nareszcie wizyty, było już późno, około piątej po południu. Powracał zatem do Bilibina, układając w myśli przez drogę list, który chciał ztąd wysłać do ojca. Miał mu w nim opisać wszystkie wypadki dni ostatnich, jak niemniej swój pobyt w Bernie. Osłupiał na razie widząc stojącą wielką i ładowną brykę przed pomieszkaniem Bilibina, napełnioną już do połowy rozmaitemi rupieciami, Franza zaś, sługę Bilibina, starającego się z wysiłkiem nadludzkim wpakować w nią jeszcze jeden olbrzymi tłumok. Książe Andrzej wstąpił do księgarza po kilka dzieł, które chciał przeczytać, i tam jeszcze zatrzymał się trochę dłużej.
— A to co znaczy?! — wykrzyknął z najwyższem zdziwieniem.
— Ah! wasza ekscellencjo! — Franz machnął ręką rozpaczliwie — uciekamy dalej w świat!... ten zbój znów nam na pięty następuje.
— Co się dzieje? — zapytał Andrzej Bilibina, którego twarz zwykle tak obojętna i nieprzenikniona, okazywała jednak pewne wzruszenie, gdy wyszedł na powitanie Bołkońskiego.
— Przyznaj, mój drogi, że to historja zachwycająca z tym mostem... Przeszli przez niego bez wystrzału.
Andrzej słuchał nie rozumiejąc ani słowa.
— A ty zkąd przybywasz książę kochany, że nie wiesz o tem, o czem już gwarzą między sobą fiakry tutejsi.
— Wprost od arcyksięcia, tam zaś nie dowiedziałem się o niczem.
— I nie zwróciłeś na to uwagi, że każdy zbiera na gwałt swoje manatki?
— Nie! — rzucił się niecierpliwie. — Czy dowiem się nareszcie co się stało?
— Co? Tylko tyle! Francuzi przeszli most, broniony przez Auersperga, którego mimo wyraźnego rozkazu Auersperg nie wysadził w powietrze; Murat leci galopem drogą ku Bernowi i jeżeli nie dziś, to jutro będzie tu na pewno.
— Jakto? którędy? Ależ skoro most był podminowany, dla czegóż nie wysadzono go w powietrze?
— Ha! możebyś ty mi rozwiązał tę zagadkę, książę kochany? bo zdaje mi się, że nikt, nawet sam Bonaparte, nie wie i już się chyba nigdy nie dowie, dla czego tak się stało, a nie inaczej.
Bołkoński wzruszył gniewnie ramionami.
— Skoro przeszli przez most, armja zgubiona! Zamkną jej odwrót.
— Ba! W tem sęk właśnie... Posłuchaj tylko, mój drogi! Francuzi zabierają Wiedeń jak ci wspominałem, wszystko jest w należytym porządku. Nazajutrz, to jest wczoraj pod wieczór, panowie marszałkowie Murat, Lannes i jenerał Belliard, wsiadają na koń, aby most zbliska oglądnąć. Trzech Gaskończyków, chciej zwrócić uwagę na tę ważną okoliczność... — Panowie! — przemówił jeden z nich — wiecie doskonale, że ów most jest podminowany, z tej i z tamtej strony, że go broni w dodatku piętnaście tysięcy żołnierzy, którzy mają rozkaz wysadzić most w powietrze aby nam drogę zagrodzić. Ponieważ atoli byłoby więcej niż przyjemnie naszemu panu i cesarzowi zająć ten most, idźmy w trójkę i zdobądźmy go!
— A chodźmy! — odpowiedzieli tamci. — I oto jadą po moście, niby na przechadzkę, biorą go w posiadanie a za trójką wali przez Dunaj cała armja, za nimi w tropy, aby wam przeciąć wszelką komunikację.
— Może byłoby dość tych żartów niewczesnych? — oburzył się Bołkoński. — Zdaje mi się, że przedmiot jest aż nadto smutny i poważny.
A jednak, mimo ciężkiej troski, zadanej mu przez tak fatalne wiadomości, doznawał pewnego zadowolenia. Odkąd dowiedział się o rozpaczliwem położeniu swojej armji, zdawało mu się, że jemu Opatrzność poleciła, wyratować wojska rosyjskie z grożącej mu zagłady. Miało go to na wierzch wydobyć, z tłumu ciemnego i pospolitego reszty towarzyszów i otworzyć drogę do sławy. Jednem uchem słuchał Bilibina, już widział siebie przybywającego do obozu, udzielającego uwag i przestróg, na pełnej radzie wojennej i przedstawiającego plan, który mógłby jedynie armję wyratować. Rzecz naturalna, że jemu by w takim razie powierzono planu wykonanie.
— Ani mi w głowie nie postały żarty! — potrząsł głową Bilibin. — Nic prawdziwszego i nic nad to smutniejszego. Ci panowie wchodzą tedy na most, powiewając białemi chustkami i zaręczają najuroczyściej, że istnieje zawieszenie broni i że oni, marszałkowie francuzcy, idą konferować z księciem Auerspergiem. Oficer stojący na straży, wpuszcza ich do baszty na końcu mostu. Opowiadają mu rzeczy niestworzone, kłamią bezczelnie, że wojna już skończona, że cesarz Franciszek zaprosił do siebie cesarza Napoleona, a co do nich samych, dążą oni prostą drogą na konferencję do księcia Auersperga... i tysiąc podobnych banialuk... Oficer daje znać o tem Auerspergowi. Ci panowie ściskają najserdeczniej swoich nieprzyjaciół, przekamarzają się z nimi najweselej, wsiadają jak na konia na ich armaty, a tymczasem oddział Francuzów, chyłkiem, milczkiem, podchodzi do mostu i rzuca do wody wory z palnemi materjałami. Zjawia się w końcu nasz kochany książę Auersperg von Nautern.
— Drogi nam nieprzyjacielu! kwiecie rycerzy „bez trwogi i bez zarzutu!“ bohaterze z kampanji tureckiej, zakończmy naszą nieprzyjaźń, możemy podać sobie nawzajem dłoń pojednawczą! cesarz Napoleon pała chęcią poznania księcia Auersperga... Jednem słowem, ci panowie, którzy nie darmo urodzili się Gaskończykami, tak mu mydlą oczy słówkami pięknemi, on zaś ze swej strony tak czuje się zaszczyconym stosunkiem serdecznym i poufałym z marszałkami Francji, tak go olśniewają płaszcz purpurowy i strusie piura na Murata kapeluszu stosowanym, że wśród tych błyskawic zapomina najzupełniej o ogniu, którym powinien był przyjąć nieprzyjaciela.
Mimo żywości w opowiadaniu, Bilibin zatrzymał się na chwilę w tem miejscu, aby zostawić czas księciu Andrzejowi do należytego ocenienia frazesu wielce dowcipnego, który udało mu się stworzyć.
— Oddział francuzki wchodzi zatem bezkarnie do twierdzy, zagważdża działa i bierze most w posiadanie. Ale najciekawszy szczegół schowałem na koniec — mówił dalej Bilibin, uspokajając się zwolna po zbytniem wzruszeniu, taką przyjemność sprawiały mu jego własne dowcipy. — Sierżant postawiony przy armacie, która miała dać sygnał, kiedy mają most wysadzić w powietrze, widząc nadbiegających Francuzów, już przykładał lont zapalony, gdy Lannes chwycił go za ramię. Sierżant sprytniejszy widocznie od swojego jenerała, podchodzi do Auersperga mówiąc mu mniej więcej te słowa:
— Oszukują nas książę! Nadchodzą Francuzi...
Murat lękając się, żeby w chwili ostatniej cała sprawa nie została odkrytą i zniweczoną, podchwytuje te słowa ze zręcznością prawdziwego Gaskończyka i wykrzykuje zgorszony, zwracając się do Auersperga:
— Nie poznaję w tem tyle sławionej karności w armji austrjackiej! Czy to możebnem, książę, żebyś pozwalał przemawiać do siebie w ten sposób, jednemu z twoich podwładnych?... — A co? Czy nie genjalny pomysł? — Książe Auersperg dotknięty do żywego tą złośliwą uwagą, chcąc sobie naprawić reputacją, każe aresztować sierżanta. Przyznaj sam, mój drogi, że to coś zachwycającego, ta cała historja z mostem.
— To ani głupstwo, ani podłość... raczej zdrada! — wykrzyknął Andrzej, wyobrażając sobie rannych padających, kłęby dymu, kanonadę i sławę nań czekającą.
— Bynajmniej! choć przez ten fatalny zbieg wypadków, dwór cały znajduje się w tarapacie nielada... Nie nazwałbym tego ani głupstwem, ani podłością, ani zdradą, to zupełnie jak w Ulmie... to... to — zatrzymał się szukając po głowie dowcipnego określenia, — To w guście Mack’a. Jesteśmy po prostu zmackowani! — zakończył z tryumfem, dumny, że udało mu się znaleźć nowe, a tak trafne wyrażenie, jedno z tych, które miały być podawane z ust do ust i obiegnąć wszystkie salony. Wygładził czoło z wielkiego zadowolenia, i spojrzał z uśmiechem na paznogcie. — Dokąd idziesz? — spytał Andrzeja, gdy ten wstał z fotelu.
— Odjeżdżam.
— Dokąd?
— Do armji.
— Chciałeś przecie zostać z nami dni kilka.
— Niepodobna w obecnych warunkach. Odjeżdżam natychmiast.
I książę wydawszy stosowne rozkazy, wrócił nazad do gabinetu, w którym zostawił Bilibina.
— Słuchaj, mój drogi — zagadnął go Bilibin. — Po co ty właściwie odjeżdżasz?
Andrzej za całą odpowiedź wypatrzył się na niego zdziwiony.
— Ależ ma się rozumieć, po co ci jechać? Wiem co myślisz, że jest twoją powinnością wracać do armji, skoro jej grozi tak wielkie niebezpieczeństwo... Rozumiem ciebie. Jest to po prostu bohaterstwem.
— Ależ wcale nie.
— Tak, jesteś filozofem, bądźże nim w całem tego słowa znaczeniu. Przypatrz się tej sprawie z innej strony, a przekonasz się, że jest przeciwnie twoją powinnością, zachować się zdala od wszelkiego niebezpieczeństwa. Niech ci się narażają, którzy nie przydadzą się na nic innego. Nie rozkazano ci wracać, tu zaś puścić cię nie zechcą. Możesz więc bezpiecznie zostać z nami, i udać się tam, gdzie nas zapędzi los nieszczęśliwy. Dwór, ile się zdaje, spieszy na pobyt do Ołomuńca. Utrzymują, że to wcale ładne i przyjemne miasteczko. Moglibyśmy zajechać aż na miejsce w mojej karetce najwygodniej w świecie.
— Na miły Bóg! przestań raz żartować Bilibin.
— Mówię całkiem na serjo i jako twój szczery przyjaciel. Sam osądź. Po co jechać, skoro możesz tu zostać? Z dwóch rzeczy jedna, albo nastąpi pokój, zanim ty złączysz się z armją, lub też ona pójdzie w rozsypkę, a w takim razie podzielisz ten wstyd z całem wojskiem i jego wodzem naczelnym Kotuzowem.
I Bilibin wygładził czoło, przekonany, że jego rozumowanie jest niezbite.
— Nie mogę sądzić o tem! — odpowiedział książę Andrzej lodowato. A pomyślał w głębi serca: — Jadę, aby uratować armję od zagłady.
— Książę kochany! — jesteś bohaterem — wykrzyknął Bilibin.





XII.

Po audjencji pożegnalnej u pana ministra wojny, Bołkoński odjechał tej samej nocy, aby połączyć się z armją rosyjską. Nie wiedział jednak gdzie jej szukać i lękał się, żeby nie wpaść przypadkiem w ręce Francuzów.
W Bernie, dwór gotował się do odjazdu, a nawet już wyprawiono do Ołomuńca większą część pakunków.
Gdy znalazł się w okolicy Etzelsdorfu, zobaczył się nagle książę Andrzej pośrodku armji rosyjskiej, która cofała się z wielkim pospiechem i bezładnie. Mnogie furgony, tak drogę zabarykadowały, że jego wózek pocztowy nie mógł jechać dalej. Książę Andrzej, ginąc prawie z głodu i ze zmęczenia, poprosił dowódzcy kozaków o konia i jakiego przewodnika, a wskoczywszy na siodło, wyprzedził wkrótce cały transport z bagażami, aby odszukać główno-dowodzącego. Po drodze obijały mu się o uszy wieści najsmutniejsze, a nieład straszliwy, który go uderzał na każdym kroku, potwierdzał w zupełności to, o czem z cicha przebąkiwano.
„Owa armja rosyjska, którą złoto angielskie, sprowadziło z kończyn świata, podzieli los wojsk austrjackich“ (pod Ulmem). Wyraził się Napoleon w swoim dziennym rozkazie na początku kampanji. Przypominając sobie nagle te wyrazy, Andrzej uczuł mimowolnie podziw szczery dla tego wielkiego genjusza, ale do podziwu przyłączało się także niezadowolenie, dumy narodowej dotkniętej do żywego, i błoga nadzieja odwetu w niedalekiej przyszłości, za tę obelgę rzuconą im w oczy.
— A choćby nic nam więcej nie pozostawało, jak zginąć? — pomyślał. — Ha! to zginiemy razem, ja niegorszy od innych.
Patrzał z najwyższą pogardą na te szeregi niezliczone powózek, furgonów z amunicją, które zaplątywały się i wpadały jedne na drugie. Jak okiem zasięgnął, wszędzie był ten sam nieład najstraszniejszy. Spychano się i potrącano w błoto nawzajem, jadąc po trzy i cztery wozy z frontu, na drodze dość szerokiej, ale grząskiej niesłychanie. Z przodu, z tyłu, z boków, słyszało się jedynie turkot kół przygłuszony, parskanie i rżenie koni, wrzaski woźniców, chcących tym sposobem przyspieszyć chód swego zaprzęgu, złorzeczenia żołnierzy, służących i oficerów. Po drodze można było spotkać się co chwila z końmi nieżywemi. Niektóre już były nawet odarte ze skóry. Ze wsi przydrożnych wychodziły całe bandy żołnierzów najrozmaitszej broni, ciągnących przemocą, ci barana, szczęśliwsi krowę, nawet wołu za rogi, lub duszące pod pachą gęś, prosiaka, kurę, co dało się na prędce ułowić. Nie brakło na drodze wozów połamanych, które jeszcze bardziej przejazd utrudniały. Gdy przyszło jechać pod górę, a tembardziej z góry, każdy walił się jeden na drugiego, krzykom zaś i przekleństwom końca nie było. Kilku żołnierzy, brnąc w błocie po same kolana, bądź wozy podpierało, bądź wyciągało z błota przody armat. Bicze świstały w powietrzu, konie ślizgały się i padały, zrywając uprząż na sobie, a krzyki tak się wzmagały, że trudno było zrozumieć, jak mogą ludzkie piersi nie popękać od takiego wysiłku. Oficerowie pilnujący konwoju, galopowali to w tył, to naprzód. Ich twarze uznojone, świadczyły wymownie o niemożności utrzymania jakiego takiego ładu i porządku. Ich dosadne przekleństwa i wściekła komenda, tonęła w piekielnym tartasie wzburzonych bałwanów tłumu niesfornego.
— Oto nasza kochana armja prawosławna! — mruknął Bołkoński, przypominając sobie dowcipne określenie Bilibina. Podjechał do jednego z furgonów, aby dowiedzieć się coś o Kotuzowie.
Uderzył go rodzaj półkrytej bryczki, a raczej powoziku, dziwnie zbudowanego, i z materjałów tak różnorodnych, że można było domyśleć się na pierwszy rzut oka, iż wyszedł z domowej fabryki. Widocznem było, że powozik sklecono byle z czego. Jednego, chudego jak szkielet konia, prowadził za uzdę żołnierz, sam idąc obok pieszo. Pod budką i pod fartuchem skórzanym, starannie pozapinanym, dostrzegało się postać kobiecą, tak chustkami poowijaną, że ledwie można było zobaczyć oczy i koniec jej nosa. W chwili, kiedy rzucał komuś pytanie, książę Andrzej usłyszał krzyki rozpaczliwe owej kobiety siedzącej w powozie. Oficer jadący na czele konwoju, okładał pletnią po grzbiecie jej woźnicę, za to, że starał się wyprzedzić innych. Kilka uderzeń, przed któremi udało się umknąć woźnicy, spadły z głuchym łoskotem na fartuch skórzanny, z przodu powozu. Ujrzawszy księcia Andrzeja, kobieta wytknęła głowę, a przywołując go obiema rękami, zawołała:
— Panie adjutancie! na miły Bóg! panie adjutancie! Miej litość nademną! Broń mnie przed tą napaścią! Czego oni chcą odemnie? Czego na mnie napadają? Jestem żoną lekarza z siódmego pułku strzelców. Nie chcą nas przepuścić! Zapoźniliśmy się! Zgubiliśmy naszych!
— Stój! albo kości nie pozbierasz łajdaku! — klął i wrzeszczał oficer, waląc żołnierza w najlepsze.
— Ratuj mnie nieszczęśliwą, panie adjutancie! Ratuj, jeżeli masz Boga w sercu! — jęczała kobieta ze swojej strony.
— Przepuścić powóz! — bąknął książę Andrzej, zwrócony do oficera. — Widzicie przecie, że w nim siedzi kobieta.
Oficer zmierzył go wzrokiem chmurnym, nic nie odpowiadając, i dalej krzyczał na żołnierza:
— Aha! puszczę ciebie bydlaku!... Niedoczekanie twoje i tej twojej marmozeli...
— Ja zaś mówię panu, żebyś ich puścił! — Andrzej zaczynał się niecierpliwić.
— A któż ty jesteś? — zawołał oficer, tracąc przytomność z gniewu wściekłego. I położył nacisk na słowie „ty“. — Czy ty tu dowodzisz? Mnie kazali transport prowadzić, nie tobie, rozumiesz?... A ty ścierwo rekruckie! — tu zamierzył się na biednego woźnicę doktorowej — ani mi się waż ruszyć, bo ubiję cię jak psa!
— A to mu dał bobu! — zaśmiał się ktoś w tłumie.
— Dobrze mu tak, panu adjutancikowi od głównego sztabu!
Oficer doszedł był do takiego stopnia wściekłości, w którym człowiek nie wie co robi, ani nie oblicza doniosłości słów swoich. Odczuł instynktowo książę Andrzej, że jego wdanie się w tę sprawę trąci śmieszną donkiszoterją, czemś czego obawiał się najbardziej. I jego atoli gniew szalony opanował, a krewkość wrodzona wzięła górę nad wszelkiem zastanowieniem. Podniósł tedy szpicrózgę, a grożąc nią oficerowi, syknął przez zęby, skandując każdą sylabę:
— Prze... pu... ścić...
Oficer machnął ręką i oddalił się jak najspieszniej, mrucząc pod nosem:
— To tak zawsze z tymi paniczykami od głównego sztabu. — Gdzie ich nie posiejesz, zejdą, a wszędzie tylko piwa nam nawarzą, i narobią bigosu, aż miło! Ale co mi tam! róbcie sobie, co chcecie.
Oddalił się równie spiesznie i książę Andrzej, nie spojrzawszy nawet na ową kobietę, która nazywała go swoim zbawcą. Galopując ku wsi najbliższej, gdzie powiedziano mu, że prawdopodobnie spotka się z Kotuzowem, przechodził w myśli tę całą głupią scenę, zły sam na siebie, że wdał się w coś podobnego. Gdy do wsi dojechał, zsiadł z konia, chcąc poszukać czegokolwiek dla zaspokojenia głodu, który mu okropnie dokuczał. Pragnął zresztą odpocząć i uporządkować w głowie myśli chaotyczne, które mózg mu rozpierały.
— To banda niesforna rabusiów, a nie wojsko regularne — mruczał sam do siebie, gdy nagle usłyszał głos znajomy, wołający go po imieniu.
Obrócił się i zobaczył w małem okienku Neświckiego, który coś gryzł i przeżuwał, przyzywając go obiema rękami.
— Bołkoński! Cóż to, nie słyszysz mnie? Chodź prędko!
W domku zastał Neświckiego i jeszcze drugiego adjutanta, którzy właśnie zasiedli byli do śniadania. Spytali natychmiast, strwożeni i zafrasowani, jakie przywozi wiadomości.
— Gdzie Kotuzow? — spytał nawzajem Andrzej, zamiast im odpowiedzieć.
— Tu, w tym samym domu — objaśnił go ów nieznany mu adjutant.
— Cóż? Czy sprawdza się wiadomość o zawartym pokoju i kapitulacji? — badał dalej Neświcki.
— Prędzej ja bym mógł spytać was o to! Nie wiem o niczem, jadę wprost z Berna. Ledwie w tym popłochu was odszukałem.
— Ah! mój drogi, dzieją się u nas rzeczy straszliwe... Zaczynam już odmawiać ze skruchą Confiteor... Drwiliśmy w najlepsze z Mack’a, a z nami stokroć gorzej... Siadajże tymczasem, i jedz coś zastał — dodał Neświcki.
— Nie będziesz mógł książę odszukać obecnie furgonu z rzeczami. Co do Petra poczciwego, Bóg raczy wiedzieć gdzie się ten obraca.
— Gdzież jest właściwie główna kwatera?
— Mamy nocować w Znaim. — Co do mnie — wtrącił Neświcki — wpakowałem na dwa konie wszystkie moje manatki. Zrobiono mi doskonałe juki, któreby nawet wytrzymały, gdyby nam przyszło wędrować i drapać się po czeskich, niedostępnych górach i wąwozach... Źle z nami, mój drogi... Ale cóż ci to? Czyś nie chory przypadkiem?... Zdaje mi się że dreszcze tobą wstrząsają?...
— Nic mi nie jest — bąknął Andrzej wymijająco.
W tej chwili przypomniał sobie śmieszną i niemiłą awanturę z żoną lekarza pułkowego i z oficerem prowadzącym transport.
— Cóż tu robi właściwie Kotuzow?
— Czy ja wiem? — Neświcki wzruszył miłosiernie ramionami. — Wogóle przestałem rozumieć cokolwiek z tego, co się dzieje z nami.
— Ja zaś widzę tylko to jedno, że położenie nasze jest rozpaczliwe — szepnął głucho książę Andrzej.
Udał się następnie do Kotuzowa. Zauważył przechodząc mimo, jego karetę zaprzężoną przed domem, i całą świtę, tak co do koni, jak i co do ludzi, zziajaną, zmordowaną, na nic zbitą. Otaczał ją oddział kozaków i dworscy pachołcy. Wszyscy rozmawiali głośno, jakby w tym popłochu rozluźniła się wszelka karność wojskowa — i znikła cześć należna główno dowodzącemu jenerałowi. Kotuzow siedział w drugiej izdebce nędznej chaty z Bagrationem i jenerałem Weirothec. Tego przysłała na miejsce nieboszczyka Schmidta Kotuzowowi austrjacka Rada wojenna. W sieniach, malutki Kozłowski, z twarzą bladą od nocy bezsennych i trudów nad siły, siedząc na ziemi, dyktował jakieś rozkazy jednemu z sekretarzy. Ten machał piórem z pospiechem gorączkowym, pisząc na dużej beczce, przewróconej dnem do góry. Kozłowski rzucił okiem na wchodzącego, ale nie miał nawet tyle czasu, żeby się z nim przywitać.
„Do... Cóż napisałeś?... Pułk grenadjerów kijowskich... pułk”...
— Niepodobieństwo pisać tak prędko, panie adjutancie — bąknął kwaśno sekretarz.
Usłyszano w tej samej chwili, przez drzwi odchylone, głos grzmiący i gniewny Kotuzowa, na co odpowiadał ktoś drugi, głosem zupełnie Andrzejowi nieznajomym. Główno-dowodzący był widocznie z czegoś mocno niezadowolonym. Hałas sprawiony burzliwą rozmową, roztargnienie Kozłowskiego, nieuszanowanie ze strony sekretarza, któremu nareszcie zabrakło sił i cierpliwości, to dziwne biuro zaimprowizowane z beczki, tuż pod bokiem Kotuzowa, śmiechy kozaków pod oknami, wszystkie te szczegóły, przekonywały Andrzeja, że zaszło coś niezwykłego a najfatalniejszego.
Zasypał też pytaniami, towarzyszącego mu adjutanta:
— Zaraz książę... po porządku — uśmiechnął się tamten. — Więc... Bagrationowi polecono rozlokowanie wojska...
— A kapitulacja?
— Nie istnieje... przygotowują się do stoczenia bitwy...
Książę Andrzej puścił się ku drzwiom do izby obok, zanim jednak wszedł do środka, na progu ukazał się Kotuzow, z swoim nosem orlim, z policzkami pełnemi i odstającemi. Andrzej znalazł się naprzeciw niego, o krok zaledwie. Główno-dowodzący patrzał jednak na Bołkońskiego jakby go wcale nie poznawał. Po spojrzeniu zamglonem, nieokreślonem, jego oka jedynego, można się było domyśleć z łatwością, że tak go zajmują wyłącznie troski ciężkie i kłopoty, iż po za tem kołem zaklętem, świat zewnętrzny, przestał prawie istnieć dla niego.
— Skończone? — spytał Kozłowskiego.
— Natychmiast! wasza Ekscellencjo...
Za Kutuzowem szedł Bagration. Wzrostu małego, chudy jak szczypa, młody jeszcze, twarzą przypominał typ wschodni. W jego rysach wybitnych, czytało się spokój i niezłomność.
— Ekscellencjo!...
Książę Andrzej podał dużą kopertę Kotuzowowi, z głębokim ukłonem.
— Ah! z Wiednia?... dobrze...
Kotuzow z Bagrationem wyszli na ganek.
— Żegnam cię zatem, książę kochany — przemówił do Bagrationa. — Niech cię ma w opiece, nasz Pan i Zbawiciel. Błogosławię ci na tę wielką i ciężką przeprawę.
Rozrzewnił się. W jego oku łza zalśniła; objąwszy go w pół lewem ramieniem, ręką prawą nakreślił krzyż nad czołem Bagrationa, co zresztą czynił dość często, i podał mu twarz do pocałowania. Bagration rzucił mu się na szyję, nie mogąc zapanować nad wzruszeniem, i uściskał najprzód jak druha serdecznego, a potem schylił się i rękę ucałował, jakby żegnał się z ojcem.
— Bóg niech będzie z wami — szepnął...
Kotuzow wsiadł do karety.
— Jedź ze mną — skinął na Andrzeja.
— Radbym przydać się tu na co wasza Ekscellencjo — rzekł nieśmiało. — Może mógłbym zostać przy boku księcia Bagrationa?...
— Siadaj, siadaj — machnął ręką Kotuzow widząc wahanie się Bołkońskiego. — I mnie potrzeba przy boku tęgich, jak ty, oficerów. Gdyby jutro złączyła się z nami dziesiąta część jego oddziału — dodał ciężko wzdychając, jakby sam do siebie, moglibyśmy całem sercem Bogu podziękować.
Wzrok Andrzeja spoczął przelotnie na oku wystrzelonem i głębokiej bliźnie rysującej się na skroni Kotuzowa. Była to podwójna pamiątka po kuli tureckiej.
— Tak — pomyślał — kto sam narażał się z krwią zimną na wszelkie niebezpieczeństwa, ten ma prawo mówić z całym spokojem o stracie tylu żołnierzy.
— Dla tego właśnie, błagam waszą Ekscellencję, żebyś i mnie tam wysłać raczył — dodał głośno.
Kotuzow głęboko zadumany nic nie odpowiedział. Zdawać się mogło, że zapomniał zupełnie, z kim, i o czem mówił. Kołysząc się z lekka, na miękkich poduszkach karety, zwrócił po chwili ku Bołkońskiemu twarz najspokojniejszą w świecie, na której darmoby kto szukał śladów jakiegokolwiek wzruszenia. Tonem żartobliwym i ucinkowym, wyciągał Andrzeja na opowiadanie szczegółowe posłuchania u cesarza, na ploteczki, obiegające o potyczce stoczonej pod Kremsem; wypytywał go nawet z ciekawością o skandaliki wiedeńskiego świata i pół-światka, interesując się wielce niektóremi pięknemi paniami, które znali na wylot obydwaj.





XIII.

W dniu 1go listopada Kotuzow dostał raport od jednego ze swoich szpiegów, według którego osądził, że armja rosyjska była zgubiona bez ratunku. Francuzi, przeszedłszy przez most (tak stało w raporcie) posuwali się szybko i z wielkiemi siłami, aby go odciąć od posiłków nadesłanych mu z Rosji. Jeżeliby Kotuzow zdecydował się pozostać w Krems, stopięćdziesiąt tysięcy armji Napoleona przecięłyby mu wszelką komunikację, otaczając jego garstkę, liczącą zaledwie czterdzieści tysięcy, zmęczoną i wycieńczoną. Wtedy znalazłby się w tem samem rozpaczliwem położeniu, co Mack w Ulm. Gdyby opuścił bity gościniec, na którym jedynie mógł połączyć się z posiłkami, musiałby chyba cofać się w niedostępne i nieznane mu góry czeskie, opędzając się co chwila od nieprzyjaciela, ścigającego krok za krokiem nieszczęśliwych rozbitków. Ostatecznie jeźli się zdecyduje na cofanie ku Ołomuńcowi, narazi się na tę fatalność, że mogą go wyprzedzić Francuzi, i zmuszą do przyjęcia bitwy, podczas marszu, w chwili, kiedy wszystkie jego bagaże będą w tyle, a nieprzyjaciel będzie trzy i cztery razy silniejszy od niego. Wybrał jednak tę ostatnią drogę.
Francuzi posuwali się rzeczywiście marszem pospiesznym ku Znaimowi a więc na drodze, którą cofał się Kotuzow. Byli jednak o jakie sto wiorst oddaleni dotychczas od niego. Jeżeliby im pozwolił wyprzedzić siebie, armja rosyjska byłaby zgubioną bezpowrotnie i musiałaby kapitulować najhaniebniej, tak samo jak Mack w Ulm. Jedną miał tylko szansę uratowania armji, jeżeliby dotarł do Znaimu przed Francuzami. Było to jednak więcej niż wątpliwem, uwzględniając znużenie tak ludzi, jak koni i taką liczbę do przeprowadzenia. Czterdzieści tysięcy! Droga którą posuwali się Francuzi z Wiednia do Znaimu, była o wiele prostszą, niż owa, po której cofał się Kotuzow z Krems do Znaimu.
Bagrationowi udało się zrobić 45 wiorst przez góry, drogami leśnemi, wśród nocy burzliwej z żołnierzami zgłodzonymi i prawie bosymi. Ledwie bowiem dostał ów raport, Kotuzow natychmiast wysłał Bagrationa tędy, z awangardą około czterech tysięcy ludzi liczącą ku Znaimowi. Dostał on rozkaz maszerować bez wytchnienia w ten sposób, żeby mieć Wiedeń naprzeciw siebie a Znaim za sobą. Jeżeliby jego gwiazda szczęśliwa, pozwoliła mu dojść tam przed Francuzami, miał wstrzymywać nieprzyjaciela jak najdłużej, aby zostawić czas Kotuzowowi, do cofnięcia się i zajęcia Znaimu z całym transportem amunicji i resztą bagaży.
Rzeczywiście Bagration wysunął się z wąwozu Hollabrünn, na drodze z Wiednia do Znaimu, na kilka godzin przed Francuzami. Pogubił po drodze prawie trzecią część żołnierzy, jako maruderów niezdolnych do służby. Aby zostawić Kotuzowowi przynajmniej tych dwadzieścia cztery godzin, niezbędnych do osiągnięcia celu zamierzonego, miał on wstrzymać armję stutysięczną w Hollabrünn, swoją garstką niedobitków, zgłodniałych i opadających na siłach, i tym sposobem ratować od zagłady wojsko rosyjskie. Było to proste niepodobieństwo. Fortuna jednak, niedocieczona w swoich zwrotach kapryśnych, uczyniła to możebnem. Powodzenie nadzwyczajne, owej chytrej sztuczki, która oddała w ręce Francuzów bez wystrzału, punkt najważniejszy, ów most pod Wiedniem, poddało myśl Murat’owi, użyć tej samej pułapki i teraz. Spotkawszy na drodze nieliczny oddział Bagrationa, sądził on, że ma przed sobą całą armję Kotuzowa. Przekonany z góry, że zgniecie ją, skoro nadejdą oczekiwane przezeń posiłki, zaproponował zawieszenie broni na trzy dni podczas których mieli zostać obaj na zajętych względnie stanowiskach. Dla tem pewniejszego zyskania rozejmu na ten krótki przeciąg czasu, potwierdził niejako głuche wieści, co do punktów przedugodnych pokoju, który miano wkrótce zawrzeć. Pocóż zatem mają daremnie krew rozlewać. Jenerał austrjacki Nostitz, postawiony na samym przodzie, uwierzył mu na słowo i cofając się odsłonił garstkę Bagrationa. Drugi parlamentarz zawiózł do obozu rosyjskiego te same kłamliwe zapewnienia. Na to odpowiedział Bagration, że nie może ani przyjmować ani odrzucać zawieszenia broni, musi bowiem odnieść się z tem do główno-dowodzącego, do którego wysłał swojego adjutanta. Ta propozycja uratowała armję rosyjską od zupełnej zagłady; Kotuzow posłał też natychmiast swojego adjutanta, Wintzengerode, upoważniając go, nie tylko do zawarcia żądanego zawieszenia broni, ale do postawienia nawet warunków kapitulacji. Porozsyłał jednocześnie rozkazy na wszystkie strony, aby przyspieszyć pochód armji, o której nie wiedział dotąd nieprzyjaciel. Posuwała się ona cichaczem, pod słabą zasłoną kilku zaledwie tysięcy Bagrationa, stojących nieruchomo, w obec sił nieprzyjacielskich, liczących ośmiu ludzi na jednego żołnierza rosyjskiego. Sprawdziły się przewidywania Kotuzowa. Propozycje kapitulacji nie obowiązywały go do niczego, a zyskiwał przez to na czasie, co stanowiło zbawienie armji. Czuł on instnyktowo że błąd Murat’a zostanie wkrótce odkryty. I tak stało się rzeczywiście. Zaledwie dostał Napoleon w Schönbrunnie, gdzie stanął główną kwaterą, raport Murat’a z pod Hollabrunn o projekcie zawieszenia broni i kapitulacji, zrozumiał, że tenże został po prostu oszukanym i odpisał mu list tej treści:
Do księcia Murat’a.
Schoenbrunn, 25 brumaire’a (16 listopada) roku 1805 o ósmej rano“.
„Niepodobna mi znaleźć dość dosadnych określeń, aby wyrazić moje najwyższe niezadowolenie. Książę dowodzisz li małą awangardą, i nie masz prawa zawierać jakiegokolwiek zawieszenia broni bez mego rozkazu. Z twojej łaski tracę wszelkie korzyści, z obecnej kampanji. Rozkazuję zerwać natychmiast zawieszenie broni i uderzyć bez zwłoki na nieprzyjaciela. Wytłumaczysz książę parlamentarzowi, że jenerał, podpisujący punkta przedugodne kapitulacji, nie miał tak samo prawa do tego, jak i ty. To prawo przysłuża jedynie carowi wszech Rossji“.
„Gdyby car miał rzeczywiście potwierdzić ową kapitulację i jam gotów takową podpisać, ale to sztuczka tylko, na którą dałeś się książę złapać.“
„Adjutant jest po prostu... Oficerowie nic nie znaczą w ogóle, jeżeli nie mają pełnomocnictwa od swoich monarchów, ten zaś go nie posiada. Żądam żebyś zaatakował armję rosyjską i zniszczył ją... możesz to uczynić, nabierając jej amunicję i wszystkie bagaże. Austrjacy dali ci się wywieść w pole na moście pod Wiedniem, a ciebie teraz, książę, wodzi tak samo za nos, jakiś tam adjutancik!“

„Napoleon“.

Gdy kurjer wysłany z tym listem piorunującym, galopował na złamanie karku, Napoleon w obawie, żeby mu się z rąk nie wysunęła zdobycz aż nadto łatwa, nadciągał pospiesznie, z wszystkiemi siłami, aby stoczyć walną bitwę. Tymczasem jednak, biedne niedobitki Bagrationa zapalały radośnie ognie w obozie, grzały się przy nich, raz pierwszy, od trzech dni marszu forsownego i gotowały swoją nędzną strawę, ani przeczuwając burzy, która miała wkrótce spaść na nich.





XIV.

Jeszcze nie wręczył Murat’owi listu goniec wysłany przez Napoleona, gdy przybył do obozu Bagrationa książę Andrzej, o czwartej po południu, uprosiwszy to sobie u główno-dowodzącego. Spotkał się z samym Bagrationem w Grounth. Rozmawiano tam o mającym nastąpić pokoju, nie całkiem jednak wierząc tej pomyślnej wiadomości, przypuszczano również, że przyjść może do bitwy z nieprzyjacielem. Bagration przyjął ulubionego adjutanta Kotuzowa z uprzejmością uprzedzającą. Zapowiedział z góry Andrzejowi, że wkrótce zapewne przyjdzie do spotkania z nieprzyjacielem i zostawił mu wolny wybór, czy chce zostać podczas bitwy przy jego boku, czy też będzie pilnował rejterady tylnej straży, co również jest sprawą bardzo ważną.
— Na dziś, nie spodziewam się jeszcze starcia — dodał Bagration, jakby chciał uspokoić księcia Andrzeja. Powiedział zaś sobie w głębi duszy: — Jeżeli to tylko pospolity chłystek z głównego sztabu, wysłany umyślnie, aby mógł łatwym sposobem zarobić na dekoracją, tak samo zdobędzie ją w arjergardzie. Skoroby jednak wolał zostać przy moim boku, widocznie zuch z niego! Tem lepiej zatem! ja bowiem potrzebuję mieć pod ręką tęgich oficerów.
Książę Andrzej nie odpowiadając na razie, na tę podwójną propozycją, prosił Bagrationa o pozwolenie rozlokowania wojska, aby mógł zorjentować się w danej chwili. Oficer z jednego oddziału, będący właśnie na służbie, ofiarował mu się za przewodnika. Był to bardzo piękny młody człowiek, z ułożeniem wielce dystyngowanem. Na palcu miał sygnet z dużym brylantem, mówił wprawdzie nie najlepiej po francuzku, ale widocznie z wielką chęcią i przyjemnością.
Przejeżdżając spotykali wszędzie oficerów przemokłych do koszuli, jak też żołnierzy ciągnących drzwi, ławki i koły z płotów powyłamywane.
— Widzi książę, nie jesteśmy w stanie pozbyć się takich hultajów — bąknął oficer z kwaśną miną, wskazując ręką na namiot markietanki. — Dowodzący są do zbytku pobłażliwi, pozwalając im gromadzić się tutaj... Rano porozpędzałem na cztery wiatry tę hołotę i oto znowu ich pełno, jak śledzi w beczce. Pozwól książę, żebym zrobił z nimi porządek.
— I owszem — odrzucił Andrzej — i ja kupię cokolwiek przy tej sposobności, bo dotąd nie pomyślałem jeszcze o jedzeniu.
— Gdybym był przeczuł coś podobnego, byłbym księcia poprosił, żebyś raczył ze mną podzielić bodaj... chleb z solą.
Zsiedli z koni i weszli do namiotu. Kilku oficerów widocznie znużonych, ale z twarzami pałającemi raczyli się sutemi libacjami i jedli coś niecoś przy tej okazji.
— Na miły Bóg, panowie! — odezwał się oficer służbowy tonem pełnym wyrzutu, który dowodził, że nie pierwszy dopiero raz im to mówił. — Wiadomo wam przecie, że książę Bagration, nakazał najsurowiej, żeby nikt nie śmiał opuszczać wyznaczonego mu stanowiska i zbierać się tłumnie tutaj. — Tu zwrócił się specjalnie z mową do wyższego oficera artylerji wzrostu małego, chudego i wielce zaniedbanego pod względem ubrania. Ten stał z uśmiechem nieśmiałym i pełnym zakłopotania, gdyż był bez butów. Suszyła je właśnie nad płomieniem markietanka. — I pan tutaj, kapitanie Tonszyn! Czy nie wstyd wam? Jako dowodzący oddziałem artylerji powinnibyście właśnie świecić przykładem. A pan tymczasem siedzisz tu bez butów. Gdyby tak nagle uderzono w bębny na alarm, ślicznie byś pan wyglądał! Chciejcie mi panowie zrobić tę przyjemność i wracajcie na wasze stanowiska, wszyscy bez wyjątku! — dodał tonem ostrej komendy.
Książę Andrzej nie mógł wstrzymać się od uśmiechu, spojrzawszy na Tonszyna, który stojąc dotąd zmięszany, przestępował szybko z nogi na nogę, milczący i zakłopotany. Oczy jego poczciwe i pełne inteligencji, patrzyły serdecznie, to na jednego, to na drugiego z nowoprzybyłych, jakby błagając o przebaczenie.
— Żołnierze utrzymują, że o wiele wygodniej bez botów — odpowiedział Tonszyn prawie z pokorą, chcąc wydobyć się przy pomocy żarciku z fałszywego położenia. Zmieszał się jednak do reszty, spostrzegłszy, że jego żarcik niewinny, przyjęto nader niełaskawie.
— Proszę wracać na stanowiska! — powtórzył groźnie oficer służbowy, starając się zachować minę serjo.
Książę Andrzej zmierzył raz jeszcze wzrokiem artylerzystę. Był to typ odrębny, trochę śmieszny co prawda, nie miał w sobie nic a nic, z cech odznaczających stan wojskowy, wywierał jednak na pierwszy rzut oka wrażenie nader sympatyczne.
Skoro wyjechali po za wieś, spotykali co krok tak żołnierzy, jak i oficerów różnej broni. Na lewo zobaczyli szaniec z gliny czerwonej, który zaczęto sypać. Kilka oddziałów w koszulach, mimo wichru północnego, który mroził do szpiku i kości, pracowało przy nim, niby wielkie mrowisko. Przypatrzywszy się z uwagą ich robocie, puścili się galopem w dalszą drogę pnąc się pod górę naprzeciw.
Z tego wzgórza zobaczyli kolumny francuskie.
— Tam nasza baterja, należąca właśnie do owego oryginała bez butów. Jedźmy książę na wzgórek. Punkt to najwyższy, z tamtąd wszystko dokładniej zobaczymy.
— Dzięki stokrotne, potrafię już teraz sam drogę znaleźć — bąknął Andrzej od niechcenia, pragnąc pozbyć się z karku towarzysza. — Nie trudź się pan dalej, proszę bardzo.
I rozdzielili się, każdy dążąc w inną stronę.
O jakie dziesięć wiorst od Francuzów, na drodze do Znaimu, którą jechał książę Andrzej tego samego dnia z rana, panowało zamięszanie i nieład nie dający się opisać. Już w Gronth, czuł w powietrzu pewien niepokój i niezwykłe poruszenie. Tu przeciwnie, im bardziej zbliżał się do nieprzyjaciela, przekonywał się, ku najwyższemu swojemu zadowoleniu, że panował wszędzie wzorowy porządek i nie można było niczego zarzucić żołnierzom. Wszyscy byli ubrani w szare szynele, stojąc w ściśnionych szeregach, w prostej linji wyciągnięci, jak pod sznur, przed oficerami i kapitanami. Ci liczyli swoich ludzi, przykładając każdemu palec do piersi. Ostatniemu żołnierzowi, kazano podnosić ramię do góry w każdym oddziele, na znak, że rachunek skończony. Kilku znosiło kloce drzewa i gałęzie, żeby sobie zbudować na prędce szałasy. Śmiano się i żartowano wesoło. W koło ogniska potworzyły się grupy. Jedni byli zupełnie ubrani, inni na pół nadzy, suszyli nad ogniem koszule, naprawiali buty i szynele siedząc przykucnięci na ziemi. W jednym z oddziałów, dogotowywała się zupa w kotle olbrzymim, a żołnierze wyglądali z niecierpliwością chwili uroczystej, kiedy sierżant powróci od oficera, któremu poniósł naprzód zupę do skosztowania, według przepisu i zacznie im porcje rozdawać.
W innym oddziele, nierównie szczęśliwszym (bo nie wszędzie znalazła się wódka), żołnierze cisnęli się jeden przez drugiego do podoficera, z twarzą mocno ospowatą i z barami szerokiemi jak u niedźwiedzia. Ten miał przed sobą sporą beczułkę z okowitą i wlewał każdemu z nich, mierząc równo, do pokrywki od garnka blaszannego, który każdy z żołnierzy niósł w tornistrze. Żołnierze podnosili blaszankę z namaszczeniem, usta wódką przepłókiwali a połknąwszy ją ocierali usta rękawem. Każdy z nich wracał na miejsce z zadowoleniem przykrywając nazad garnek. Tak byli apatyczno-spokojni, że nikt z ich miny nie byłby się domyślił obecności nieprzyjaciela prawie o dwa kroki. Mogło się raczej zdawać, że odpoczywają podczas manewrów, na popasie we własnym kraju, niż że są w przededniu bitwy, w której połowa z nich prawdopodobnie, padnie na placu boju. Książę Andrzej, przejechawszy obok pułku strzelców, dotarł do ścieśnionych szeregów grenadjerów kijowskich. I oni, zachowując postawę marsową, imponującą, byli tak samo zatrudnieni spokojnie, jak i ich towarzysze z innej broni. Tuż blisko szałasu, w którym mieszkał komendant szwadronu, spostrzegł garstkę grenadjerów, przed którymi leżał tęgi chłop, obnażony i rozciągnięty na ziemi. Dwóch ludzi trzymało go za głowę i za nogi, dwaj drudzy, smagali mu plecy, uderzając w takt prętami z leszczyny, cieńkiemi a elastycznemi. Skazany na chłostę krzyczał w niebogłosy; major zaś budowy atletycznej, przechadzał się tymczasem, tam i nazad, licząc razy z krwią najzimniejszą i powtarzając te słowa:
— Wstyd dla żołnierza kraść, ale wstyd jeszcze większy okradać swojego towarzysza! Żołnierz powinien być uczciwy i odważny. Złodziej nie ma ambicji, jest więc łajdakiem! Jeszcze! jeszcze! a bijcie z całej siły, żeby hultaj nauczkę popamiętał...
Razy padały a bity wrzeszczał coraz głośniej.
Młody oficer przechodzący tamtędy na którego twarzyczce gołowąsej, i delikatnej jak u panienki, malowało się współczucie mimowolne dla winowajcy, spojrzał zdziwiony na księcia Andrzeja, poznawszy po mundurze, adjutanta jenerała Kotuzowa.
Andrzej zrównawszy się z forszpanami, przeglądnął je szczegółowo. Linja tyraljerów nieprzyjacielskich i rosyjskich, oddalona znacznie od siebie, na skrzydle lewem i prawem, w samym środku, była o wiele bliżej. W tem samem miejscu, ukazał się dziś rano parlamentarz. Tak były do siebie te linje zbliżone, że żołnierze mogli rozpoznawać barwę munduru i rysy twarzy, a nawet rozmawiać jedni z drugimi. Wielka liczba ciekawych cywilów, wcisnąwszy się pomiędzy żołnierzy, przypatrywała się i gapiła na tych nieprzyjaciół, dotąd niewidzianych, a tak dziwnie wyglądających. Mimo surowego rozkazu oficerów, żeby oddalili się natychmiast, chłopi i mieszczanie okoliczni stali w miejscu, jak przykuci. Żołnierzom rosyjskim, sprzykrzyło się prędko to widowisko; żaden z nich ani spojrzał więcej na Francuzów. Skracali sobie czas stojąc na warcie, strojeniem żarcików z nowo przybyłych. Książę Andrzej zatrzymał się, chcąc również przypatrzeć się nieprzyjacielowi.
— Słuchaj no! słuchaj! — zaśmiał się jeden z żołnierzy, trąciwszy w bok swojego sąsiada, a pokazując na innego towarzysza, który wysunięty naprzód z szeregu, rozmawiał żywo, wymachując przytem rękami, z grenadjerem francuzkim, dalej ciągnął: — Jak ten ci trzepie tym psim językiem! nieprzymierzając, jakby urodził się Francuzem... Tamten nie może mu nastarczyć! Cóż ty na to, Sidorow?
— Zaczekaj... niech wsłucham się lepiej... Do kroćset djabłów! pytluje jak w młynie — machnął ręką Sidorow, uchodzący za najlepszego francuza w pułku.
Żołnierz, podziwiany z powodu swojej biegłości w francuzczyźnie, był to Dołogow. Nadchodził od lewego skrzydła razem ze swoim kapitanem.
— A no jeszcze, jeszcze — zachęcał go kapitan, wyciągnąwszy szyję naprzód jak żuraw, aby nie stracić ani jednego słowa z rozmowy, dla niego zupełnie niezrozumiałej. — Mów do niego, mów... Co on ci tam plecie?
Dołogow mocno zajęty dysputą z grenadierem francuzkim, nic mu na razie nie odpowiedział. Rozmawiali o kampanji. Francuz mieszając Austrjaków z Rosjanami, utrzymywał uparcie, że ci ostatni poddali się i uciekli z Ulmu; Dołogow natomiast starał się przekonać uparciucha, że Rosjanie wręcz przeciwnie, pobili Francuzów i ani im się śniło poddawać.
— A teraz, jak tylko nam rozkażą, wyrzucić was ztąd — przechwalał się Dołogow — rozpędzimy wszystkich na cztery wiatry!
— No! no! uważajcie raczej — zaśmiał się Francuz — żebyśmy was nie wzięli w niewolę jak stado baranów.
Dołogow parsknął również śmiechem.
— Nie doczekanie wasze! Potańczycie po naszej muzyce, jak za czasów Suwarowa!
— O czem on tam śpiewa, ten Moskal? — spytał inny grenadjer francuzki.
— Eh! — machnął pierwszy ręką lekceważąco. — Coś tam prawi o historji starożytnej — sądził bowiem, że Dołogow wspomina o wypadkach wojen odwiecznych.
— Cesarz pokaże figę waszemu Suvara, jak i innym pokazał...
— Bonaparte? — spytał Dołogow, przerwał mu jednak Francuz dotknięty do żywego:
— Nie ma żadnego Bonapartego, rozumiesz?! Jest tylko nasz cesarz sacre nom!...
— A djabli by porwali was wszystkich, razem z waszym cesarzem! — Zaczął Dołogow kląć prawdziwie po moskiewsku, a zarzuciwszy karabin na ramię oddalił się bąknąwszy gniewnie: — Chodźmy, panie kapitanie! Nie dogadamy się z tym błaznem!
— To ci naplótł Francuzowi! — cieszyli się żołnierze, w ręce klaszcząc — aż mu gdzieś w uszach zadźwięczało! Teraz kolej na ciebie, Sidorow...
I Sidorow, nie dając się długo prosić, mrugnął oczami do Francuzów, aby zwrócić ich uwagę na siebie. Potem zaczął sypać jak z rękawa słowa bez sensu ni związku: jak naprzykład: — „cari, mata, tafa, safi, muter, casca“... starając się nadać głosowi swojemu coraz inne intonacje, pełne wyrazu i znaczenia. Żołnierze otaczający go, wybuchnęli śmiechem tak szczerym, tak wesołym, że przeszedł aż za linję i udzielił się Francuzom. Można było przypuścić, patrząc na to zdaleka, że potrzeba tylko było wystrzelić w powietrze naboje i zabrać się do domu, tak z jednej jak i z drugiej strony. Karabiny jednak zostały nabite, okna w domach, służące za strzelnice i okopy zachowały swoją groźną fizjognomję, a i działa również, zwrócone wylotami ku nieprzyjaciołom, stały ponure i straszne w swojej nieruchomości.





XV.

Książę Andrzej przejechawszy w ten sposób linię bojową, aż do lewego skrzydła, zaczął piąć się na wzgórek, na którym ustawiono działa, a zkąd, jak twierdził adjutant Bagrationa, można było, jako z punktu najwyższego, objąć okiem cały teren zajęty przez armją nieprzyjacielską. Zsiadł z konia i zatrzymał się na końcu baterji, przy czwartem i ostatniem dziale. Artylerzysta stojący na warcie chciał broń sprezentować. Na znak wstrzymujący go w tym zapędzie, księcia Andrzeja, odwrócił się, aby przechadzać się dalej krokiem miarowym, jednostajnym. Po za armatniemi wylotami znajdowały się przodki, jeszcze trochę dalej, stały konie uwiązane za uzdy do kołów i widać było ognisko artylerzystów. Na lewo, niedaleko od ostatniego działa, wznosił się szałasik niziutki, sklecony na prędce z kołów wbitych w ziemię, i z gałęzi oplatających je w około. Z wnętrza szałasu wydobywały się głosy ożywione kilku oficerów.
Z tego pagórka można było rzeczywiście objąć wzrokiem prawie całą linję bojową tak rosyjską jak i większą część armji francuzkiej. Na drugim pagórku, naprzeciwko, rysowała się na tle nieba, niepewnemi konturami wieś Schöngraben. Na prawo i lewo, można było dojrzeć gołem okiem, w trzech punktach odrębnych, wyłaniające się z pomiędzy dymów ognisk porozpalanych w obozie francuzkim, wojsko nieprzyjacielskie, którego część przeważna, była rozlokowana we wsi i za pagórkiem. Na lewo, po za domami, wśród chmur dymu, przebłyskiwała niewyraźnie niby wielka plama ciemna; prawdopodobnie baterja dział nieprzyjacielskich, o ile można było o tem sądzić, gołem okiem z tak znacznej odległości. Rosyjskie prawe skrzydło, rozciągało się dość wysoko, górując nad linją bojową nieprzyjaciół. Było ono zajęte przez piechotę i oddział dragonów, których widziało się dokładnie na brzegu płaszczyzny. Z centrum, gdzie znajdowała się obecnie baterja kapitana Tonszyna i gdzie bawił chwilowo książę Andrzej, szła drożyna wijąc się ślimakowato z góry na dół, aż ku małej rzeczce raczej strumieniowi, który przedzielał wojsko rosyjskie od wioski Schöngraben. Na lewo, siły rosyjskie, zajmowały całą przestrzeń, aż do lasów, których krawędź gąszczem pokrytą, oświetlały zdala łuną od nich bijącą rosyjskiej piechoty. Linja bojowa wyciągnięta przez Francuzów, była o wiele dłuższą i było widocznem, że w danym razie, mogliby oskrzydlić z dwóch stron naraz garstkę wojska rosyjskiego. Wąwóz ścięty prostopadle, rozciągał się w tyle, po za linją bojową rosyjską, czyniąc prawie niemożliwą rejteradę tamtędy tak konnicy jak artylerji. Książę Andrzej oparty o działo, oznaczał na prędce, w swojej notatce, pozycją zajmowaną przez jego wojsko. Podkreślił dwa miejsca, na które pragnął zwrócić szczególniejszą uwagę Bagrationa. Chciał mu przedstawić plan, według którego skoncentrowanoby artylerją rosyjską w samym centrum, przeprowadzając piechotę na drugi brzeg wąwozu. Książę Andrzej, przydzielony od początku kampanji do boku główno-dowodzącego, nawykł zdawać sobie szybko sprawę i orjentować się na pierwszy rzut oka w poruszeniu się całej masy wojska i jakby je można rozlokować z największą korzyścią. Dużo czytał i pracował w tym kierunku, studjując bacznie opisy historyczno-strategiczne stoczonych bitew. W potyczce, do której gotowały się obie strony, uderzały go jedynie rysy główne i zastanawiał się głęboko, jakie może pociągnąć za sobą następstwa ten lub ów ruch wojska, i jaki wpływ wywrze na całość starcie się z nieprzyjacielem?
— Jeżeli nieprzyjaciel — pomyślał sobie — zaatakuje najpierw prawe skrzydło, będą zmuszeni bronić swojej pozycji grenadjerzy kijowscy i strzelcy z Podola, póki ich nie wzmocnią rezerwy z centrum. W takim razie, mogliby dragoni wykonać szarżę z boku na nieprzyjaciela, i rozbić go w puch. Jeżeliby zaś zaatakowali najprzód nasz środek, który zresztą jest zasłonięty od głównej baterji, skoncentrujemy lewe skrzydło, na tej tu wysokości i będziemy cofali się zwolna ku wąwozowi, tak, żeby jedna część wojska zasłaniała drugą.
Zatopiony w tych planach, które w głowie układał, słyszał nie zwracając na ich słowa najmniejszej uwagi, rozmowę oficerów w szałasie zgromadzonych. Jeden z tych głosów uderzył go jednak szczerością, którą czuło się mimowolnie w jego brzmieniu. Zaczął słuchać teraz uważniej.
— Nie, mój drogi — mówił ów głos dziwnie sympatyczny i znajomy mu o ile się zdawało — powtarzam raz jeszcze, że gdybyśmy mogli wiedzieć naprzód i z całą dokładnością, co nas czeka po śmierci, niktby się jej nie obawiał. I to jest tak a nie inaczej, wierz mi kochany przyjacielu.
— Czy boimy się jej, czy nie, na jedno wyjdzie — dał się słyszyć głos inny, młodszy widocznie. — Nie ominie ona nas i przybędzie prędzej, czy później...
— Tak, zapewne... tymczasem jednak boimy się śmierci i kwita.
— Ah! wy mądrzy filozofowie! — wykrzyknął głos trzeci, o dźwięku basowym, prawdziwie męzkim. — Łatwo wam filozofować! Wy, artylerzyści, dla tego tylko tak plujecie mądremi sentencjami, że u was w jaszczykach obok amunicji, nie braknie nigdy dobrej wódeczki i czegoś do zjedzenia. Gdy żołądek pełny, znajdzie się i rozum z większą łatwością.
Był to widocznie żarcik, puszczony przez piechura.
— Wszystko to dobre i piękne, a koniec końcem, każdy z nas lęka się tego, co mu jest nieznanem. Niech nam prawią co chcą o duszy idącej po śmierci do nieba... czy my wiemy jak ono wygląda?... Uczą nas przecie, że ten błękit nad nami, to tylko otaczająca nas atmosfera i że...
— Ot! potraktowałbyś nas raczej Tonszyn, twoim absyntem, zamiast prawić nam ni to ni owo! — wpadł mu w słowo ów głos basowy.
— To jest zatem ten sam kapitan — pomyślał Andrzej, poznając z przyjemnością do kogo należał ów głos tak mu sympatyczny — którego zastaliśmy boso u markietanki, suszącego sobie buty nad ogniskiem.
— Oh! i owszem, potraktuję was najchętniej. Co do zrozumienia życia pozagrobowego...
Nie skończył frazesu rozpoczętego, w tej samej bowiem chwili, usłyszano świst przeraźliwy w powietrzu, i kula armatnia lecąc z szybkością odurzającą, zaryła się w ziemię z hukiem i hałasem, rozrzucając w koło siebie piasek i glinę. Obok szałasu stojący uczuli, jakby lekkie trzęsienie ziemi. Tonszyn wyleciał jak z procy, trzymając w zębach niedopaloną fajeczkę na krótkim cybuszku. Jego twarz inteligentna i z wyrazem najpoczciwszym w świecie, pobladła cokolwiek. Za nim, w tropy, wybiegł oficer od piechoty, z głosem stentorowym. Dopinał po drodze resztę guzików w mundurze, spiesząc na łeb na szyję do swojego oddziału.





XVI.

Książę Andrzej siedząc na koniu, wytężył wzrok, aby dopatrzeć się na szerokim widnokręgu, zkąd pocisk z taką siłą został wyrzucony. Spostrzegłszy lekkie falowanie, w owej ciemnej masie, która dotąd stała nieruchomo. Była to rzeczywiście francuzka baterja, tak jak się tego domyślał na pierwszy rzut oka. Dwóch jeźdców na koniach pędziło galopem, u której podnóża, maszerował niewielki oddział nieprzyjacielski, z widocznym zamiarem wzmocnienia swoich forpoczt. Jeszcze unosił się dym w powietrzu, kiedy padł strzał drugi i znowu podniósł się słup dymu. Zaczęto bitwę. Książę Andrzej popędził co koń wyskoczy nazad do Grounth, aby połączyć się z Bagrationem. Za nim coraz bardziej wzmagała się kanonada; odpowiadano na nią dzielnie po stronie rosyjskiej. Po środku, w miejscu którędy przechodził parlamentarz, zaczynano ogień z ręcznej broni.
Lemarrois wysłany kurjerem, wręczył Murat’owi list piorunujący Napoleona. Murat zawstydzony fatalnym zbiegiem okoliczności, pragnąc, żeby mu błąd przebaczono, kazał w tej samej chwili uderzyć wojsku na centrum rosyjskie. Żywił nadzieję, że jednocześnie oskrzydli Rosjan z dwóch stron, i zgniecie garstkę niedobitków, zanim cesarz Napoleon zdąży przybyć do obozu.
— Bitwa zaczęta! — pomyślał Andrzej, a serce uderzało mu jak młotem. — Gdzież ja jednak znajdę mój Tulon?
Gdy mijał galopem owe oddziały, zajęte najspokojniej przed kwadransem jedzeniem zupy u ognisk, spostrzegał wszędzie to samo gwałtowne poruszenie. Żołnierze porywali za karabiny, spiesząc do szeregu; a na ich twarzach wyczytał to samo gorączkowe podniecenie, które targało jego własnemi nerwami. Każdy z nich zdawał się w duchu powtarzać, przez pół ze strachem, a przez pół z radością:
— Zaczęto nareszcie!
Nie daleko od szańca, którego nie zdążyli dokończyć, zobaczył dążących ku niemu dwóch jeźdźców. W pomroku wieczornym, który tak wcześnie w jesieni zapada, a szczególniej jeżeli powietrze jest mgliste od rana, nie mógł ich z razu rozpoznać. Ten, który jechał na przedzie, na pięknym siwym koniu, odziany w ciemną burkę był to sam książę Bagration. Skoro poznał w nadjeżdżającym Bołkońskiego, skinął mu głową przyjaźnie. Andrzej pośpieszył udzielić mu swoich spostrzeżeń, co do ataku ze strony nieprzyjaciela.
Bagration słuchał go, patrząc wprost przed siebie, a Bołkoński pytał w duchu niespokojny i zaciekawiony, jakie myśli, jakie uczucia drzemią za tą masą nieprzeniknioną, w tych rysach wybitnych wprawdzie, ale takich dziwnie zaspanych i apatycznych?...
— Dobrze! — rzekł wódz krótko, potakując ruchem głowy, jakby to wszystko sam przewidział od dawna.
Książę Andrzej zadyszany jazdą szaloną, mówił niesłychanie szybko. Bagration przeciwnie, wypuszczał zwolna słowo po słowie, akcentem przeciągłym, śpiewającym, po wschodniemu. Dał ostrogi koniowi, nie okazując jednak pospiechu zbytecznego i udał się z całą swoją świtą wprost do baterji, którą dowodził Tonszyn. Towarzyszyli mu: Adjutant jeden i drugi, Andrzej, Gerkow, ordynans, oficer będący dnia tego na służbie i jeden w ubraniu cywilnem, w randze audytora wojskowego. Ten z ciekawości prosił, żeby mu było wolno przypatrywać się bitwie i Bagration udzielił mu żądanego pozwolenia. Cywil był mocno otyły, z twarzą jak księżyc w pełni. Siedział na koniu bardzo niezgrabnie i podskakiwał w górę na siodle twardem, które z bagażów wojskowych wyciągnięto dla niego. Owinął się cały w gruby płaszcz sukienny o podwójnej pelerynie i patrzał w koło z uśmiechem naiwnym a wielce zadowolonym. Człowiek ten odbijał dziwnie od huzarów, kozaków i adjutantów, otaczających Bagrationa.
— Powiedźcie tu komu, że ten głupiec kwadratowy, wyjeżdża z amatorstwa patrzeć na bitwę, jakby na jakieś ciekawe widowisko — szepnął Gerkow do Bołkońskiego, wskazując na owego tłustego cywilistę. — Ręczę że już teraz ma kolki w żołądku tak się strząsł, tylko wstyd mu przyznać się do tego. A co, panie? Jeszcze krzyże nie bolą? — spytał go wprost Gerkow.
— Wolne żarty, pana oficera! — zaśmiał się grubas, jakby cieszył się niezmiernie że służy za cel do drwinek Gerkowowi.
Zbliżali się właśnie do baterji Tonszyna, gdy kula armatnia padła od nich o jakie dziesięć kroków.
— A to co? — wykrzyknął zdziwiony cywilista.
— Placuszek maślany, wypiekany przez Francuzów — bąknął Gerkow od niechcenia.
— Jakto i zabija? — pierwszy potrząsł głową z niedowierzaniem. Czy był rzeczywiście tak bardzo ograniczony, czy tylko udawał głupszego, niż był na prawdę, trudnoby odgadnąć.
Zaledwie spytał się, gdy usłyszano świst przeraźliwy i ogłuszający. Jeden z kozaków zsunął się z konia i padł o krok od audytora. Gerkow i reszta oficerów usunęli się trochę na bok i dalej pojechali. Jeden audytor zatrzymał się przed kozakiem przypatrując mu się nader uważnie. Kozak już nie żył, trafiony w serce, koń zaś jego rzucał się jeszcze w przedśmiertnych konwulsjach.
Spojrzał i Bagration po za siebie. Odgadł co sprawiło to pewne zamięszanie i poruszenie. Machnął ręką i odwrócił się z krwią najzimniejszą, jakby chciał powiedzieć:
— Czyż warto zatrzymywać się dla takich drobnostek?
Gdy zbliżali się do baterji, zatrzymał i on konia, przechylił się zręcznie w tył na siodle, jeździł bowiem na koniu znakomicie, i wyciągnął szpadę z pod burki. Była to stara broń, dziwnego kształtu, zupełnie odmienna od nowoczesnych. Darował mu ją niegdyś Suwarow we Włoszech. Książę Andrzej, przypomniawszy sobie ów szczegół, uważał to za pomyślną wróżbę. Zbliżywszy się do baterji na wzgórku, Bagration spytał kanoniera stojącego przy jaszczykach:
— Która kompanja? — A miał taką minę, jakby chciał go właściwie wybadać: — Czy nie boisz ty się przypadkiem, mój kochasiu?
Kanonier jakby to w ten sam sposób zrozumiał, odpowiedział wesoło, z animuszem, wyciągając się jak struna:
— Kapitana Tonszyna, na usługi waszej Ekscellencji!
— To dobrze! dobrze — skinął ręką Bagration i jechał dalej, aby dotrzeć do ostatniego działa, gdy to właśnie wystrzeliło z hukiem straszliwym. Skoro dym przerzedził się cokolwiek, zobaczył uwijających się kanonierów, aby działo przygotować czemprędzej do drugiego strzału. Żołnierz Nr. 1, wysoki i barczysty, który trzymał w ręce wycior, cofnął się ku kołom; żołnierz zaś Nr. 2. nakładał nabój nowy w ogromną paszczę armatnią. Tonszyn, mały i przysadkowaty, kołysząc się na lawecie, na którą wsiadł jak na konia, patrzał w dal, dłonią oczy sobie przysłoniwszy. Dotąd nie spostrzegł wcale Bagrationa.
— Posuńcie wylot jeszcze o dwie linje, a będzie zupełnie dobrze — wykrzyknął swoim cieńkim głosikiem, któremu starał się nadaremnie nadać brzmienie groźne i marsowe. Nie byłoby ono zresztą stosowne do jego drobnej figurki.
— Drugie działo...
Bagration przywołał Tonszyna. Ten zbliżył się natychmiast, przykładając nieśmiało trzy palce do daszka od czapki, ruchem podobniejszym do błogosławieństwa, którego ksiądz udziela po mszy, niż do ukłonu wojskowego. Zamiast zmiatać szeregi nieprzyjacielskie na płaszczyźnie, do czego właściwie była przeznaczoną ta baterja, posyłano bomby zapalne w sam środek wsi Schöngraben, gdzie roiło się od wojsk francuzkich.
Nikt nie powiedział wyraźnie Tonszynowi, gdzie i czem ma strzelać. On jednak poradziwszy się swojego sierżanta Zacharczeńka, dla którego miał wielki szacunek, i którego zdanie cenił wysoko, zadecydował z nim do spółki, że postarają się przedewszystkiem, wzniecić pożar w Schöngraben.
— Bardzo dobrze — pochwalił Bagration plan kapitana i pojechał dalej dla obejrzenia pola bitwy.
U podnóża pagórka niewielkiego, gdzie stał pułk grenadjerów kijowskich, słychać było żwawą strzelaninę z ręcznej broni; trochę dalej na prawo, po za dragonami, można było dojrzeć ścieśnioną kolumnę nieprzyjacielską, która starała się obejść skrzydło rosyjskie. Na lewo bór ciemny i wysokopienny widnokrąg...
Bagration rozkazał dwóm bataljonom z centrum, aby poszły wzmocnić prawe skrzydło. Na to ośmielił się zauważyć jeden z wyższych oficerów, z głównego sztabu, że w takim razie baterja zostanie zupełnie odsłoniętą. Bagration spojrzał na niego swoim wzrokiem błędnym i jakby zaspanym, zostawiając tę kwestję bez odpowiedzi. Uwaga była słuszną, nie można było tego nie przyznać. W tej samej chwili nadleciał galopem adjutant pułkowy, wysłany z pułku, który bił się nad brzegiem rzeczki. Ten zwiastował wieść fatalną, że Francuzi maszerują całą massą po płaszczyźnie, że jego pułk już rozbity, cofa się w nieładzie, aby połączyć się z grenadjerami kijowskimi. Znowu Bagration skinął głową potakująco, słowa nie wymówiwszy. Był to znak, że krok ten pochwala. Posunął się dalej ku skrzydłu prawemu, wydając rozkaz dragonom, żeby poszli do ataku. Mniej więcej w pół godziny, wrócił adjutant wiozący ten rozkaz, z raportem, że dragoni tymczasem już się cofnęli za parów, aby uchronić się przed prażącym ich bez miłosierdzia ogniem nieprzyjacielskim. Chcieli tym sposobem uniknąć strat bezowocnych, tak w ludziach jak w koniach.
— Dobrze — bąknął krótko Bagration, odjeżdżając od baterji. Słychać było strzelanie pod lasem. Ponieważ lewe skrzydło było nadto oddalone, aby główno-dowodzący mógł tam zdążyć na czas, przeto Bagration wysłał Gerkowa, aby powiedział dowodzącemu oddziałem, że ma cofnąć się czemprędzej za parów, ponieważ skrzydło prawe, nie będzie mogło wytrzymać dłużej nacisku o tyle silniejszego nieprzyjaciela. Tym sposobem o Tonszynie zapomniano najzupełniej i jego baterja pozostała bez żadnej osłony.
Książę Andrzej przysłuchiwał się uważnie i z ciekawością rozkazom wydawanym przez Bagrationa i rozmaitym zarzutom, których pozwalali sobie wobec niego inni oficerowie.
Dziwiło go niesłychanie, że właściwie główno-dowodzący, nie udzielał żadnych rozkazów, dając tylko do zrozumienia każdemu, że jego przekonanie osobiste było w zupełnej zgodzie, z tem wszystkiem, co wypływało ostatecznie ze zbiegu okoliczności, z własnej woli jego podwładnych i zależało od kaprysów pani fortuny, których nie można było z góry obliczyć. A jednak, mimo że wypadki brały obrót wręcz przeciwny jego chęciom i przewidywaniom, książę Andrzej przyznawał w duchu, że taktowne postępowanie Bagrationa było nieocenionem. Ilekroć spojrzano na twarz spokojną, marmurową główno-dowodzącego, wstępowała otucha w serca najbardziej przerażone, każda kurczowo fizjognomja drgająca, wygładzała się nagle, i uspokajały się strachem przejęte umysły. Tak oficerowie, jak i prości żołnierze, salutowali z miną wesołą swojego naczelnika i radziby byli popisać się przed nim, i prześcignąć jeden drugiego w waleczności.





XVII.

Bagration dotarł do rosyjskiego skrzydła prawego, i zjechał na płaszczyznę, gdzie słychać było dalej ogień z ręcznej broni. Tu ruch cały obu wojsk, zasłaniał gęsty obłok dymu, w którym utonął wkrótce sam głównodowodzący z całą swoją świtą. Dotąd nie widzieli jeszcze nic wyraźnie, czuli jednak za każdym krokiem, coraz żywiej, że zbliżają się do miejsca, gdzie bitwa wre już w całem tego słowa znaczeniu. Spotykali co chwila rannych. Jednemu z nich bez czapki, z głową zakrwawioną, którego podtrzymywali dwaj żołnierze, krew buchała strumieniem nosem i ustami. Ten dogorywał, kula bowiem przeszyła mu gardło na wylot. Inny bez karabina, z miną raczej wystraszoną, niż cierpiącą, szedł jeszcze żwawo potrząsając pod wpływem bolu całkiem świeżego, ręką okropnie pokaleczoną, z której również krew ciekła strumieniem, plamiąc mu szary szynel. Przejechawszy bity gościniec, zaczęli spuszczać się w dół po stromej ścieżce, na której również leżało kilka trupów. Trochę dalej żołnierze dotąd zdrowi i cali, pięli się ku nim po wzgórzu, krzycząc i wymachując rękami. Nie zważali nawet na obecność główno-dowodzącego. O kilka kroków z tamtąd, wyłaniały się już z chmur dymu szare szynele, i jeden z oficerów spostrzegłszy Bagrationa, puścił się za uciekającymi żołnierzami, chcąc ich zmusić do powrotu w szeregi.
Główno-dowodzący zbliżył się do szeregów, zkąd padały co chwila strzały głuche, tłumiąc gwar głosów ludzkich i grzmiącą komendę. Twarze żołnierzy, chociaż czarne od prochu, były nie mniej ożywione i pełne animuszu. Jedni wkładali stemple w lufy karabinowe, drudzy sypali proch na panewki wyciągając naboje z ładownic, jeszcze inni strzelali machinalnie, na chybił trafił, w środek chmur dymu gęstego i nieruchomego, którym przesiąkło powietrze. Kiedy niekiedy, grzmot dziwny i świst przeciągły zupełnie odrębnej natury, drażnił słuch nader nieprzyjemnie. — Co to być może? — pomyślał Andrzej zbliżając się do tego tłumu zbitego... — Nie tyraljery przecie, bo ci się tak nie skupiają i nie atak, gdyż nie ruszają się z miejsca, i nie formują czworoboku.
Dowódzca pułku, stary wojak, wyglądający bardzo źle, z twarzą żółtą, chudą i pomarszczoną, któremu powieki nabrzmiałe zasłaniały oczy do połowy, zbliżył się do Bagrationa, przyjmując go życzliwym uśmiechem, jako gościa wielce miłego. Wytłumaczył mu, że jego pułk zaatakowany przez francuzką konnicę, odparł ją wprawdzie, ale stracił przytem połowę ludzi. Nazwał to atakiem po wojskowemu, w rzeczywistości jednak, sam nie zdawał sobie sprawy dokładnej, co działo się z jego oddziałem, przez te pół godziny. Czy odparto konnicę nieprzyjacielską, czy ona przeciwnie rozbiła pułk jego? Pewnym i namacalnym był jedynie grad kul i kartaczy, dziesiątkujący jego ludzi, od chwili, kiedy wznieśli okrzyk: — „Oto konnica!“ — Ten okrzyk był hasłem do walki zaciętej, i wtedy zaczęli strzelać, nie już do konnicy, ale do piechoty francuzkiej, ukazującej się w dolinie.
I znowu Bagration skinął głową potwierdzająco, jakby ten raport zawierał w sobie wszystko, czego mógł pragnąć, i co z góry przewidział. Zwróciwszy się do swego adjutanta, rozkazał, aby zeszły z góry dwa bataljony 6go pułku strzelców, które widział w przejeździe.
W tej samej chwili uderzyła niesłychanie księcia Andrzeja zmiana nagła w fizjognomji główno-dowodzącego. Twarz Bagrationa wyrażała teraz postanowienie silne, niezłomne i z siebie zadowolone. Wyglądał na człowieka, który w upalny dzień letni, rzuca się naprzód po raz ostatni, aby ochłodzić ciało rozkosznie w zimnej kąpieli. Znikł bez śladu ów wzrok błędny i zaspany, ta maska nienaturalna, jakby ten, który ją przywdział, nic nie wiedział o bożym świecie. Jego oczy okrągłe, błyszczące i wytrzeszczone jak ślepie u krogulca, patrzyły bystro przed siebie, nie zatrzymując się dłużej na żadnym przedmiocie, z rodzajem pogardliwego lekceważenia wobec groźnej sytuacji. W ruchach zaś zachował dawną powolność i spokój niewzruszony.
Pułkownik błagał go, żeby usunął się z miejsca tak niebezpiecznego: — „Na miły Bóg! racz tylko spojrzeć Ekscellencjo“ — perswadował, wskazując na grad kul świszczących i pękających z trzaskiem dokoła.
W jego słowach odczuwało się ton przekonywujący cieśli, któryby ujrzał swoją siekierę, w dłoni delikatnej i wypieszczonej wielkiego pana:
— My, chudziaki, do tego nawykli, ale pan daj sobie pokój z siekierą! Ponabijałaby ci tylko nagniotków na dłoni!
Co do Bagrationa, ten był widocznie przekonany, że kule ominą go szczęśliwie. Nadaremnie bowiem poparła prośbę pułkownika i reszta oficerów od głównego sztabu. Nic im nie odpowiadając na ich błagania, Bagration kazał zaprzestać strzelania, i ustawić się w szeregi, aby zrobić miejsce nadchodzącym bataljonom. Podczas jego przemowy, zdawać się mogło, że jakaś ręka niewidzialna uchyla jeden róg zasłony z dymu, maskującej samą nizinę, i wzrok wszystkich skierował się w górę, która zaczynała występować coraz wyraźniej przed nimi, a po której pochyłości schodziła kolumna nieprzyjacielska. Można już było rozróżnić bermice futrzane grenadjerów, oficerów od żołnierzy i dopatrzeć sztandar zwijający się około drzewca.
— Jak oni szybko maszerują — odezwał się ktoś w świcie Bagrationa.
Czoło kolumny nieprzyjacielskiej, dotykało już brzegu parowu i starcie było nieuniknionem, z tej strony pochyłości. Resztki niedobitków, pozostałych z pułku całego, który był niedawno temu wystawiony na atak nieprzyjacielski, zaczęły zbierać się szybko, a ustawiwszy się jako tako w szeregi, usunęli się w prawo. Gdy to się działo, dwa bataljony strzelców nadchodziły, pędząc przed sobą maroderów; krokiem ciężkim, równym, miarowym. Na lewem skrzydle, po stronie Bagrationa, maszerował komendant oddziału. Był to mężczyzna postawy okazałej, którego twarz szeroka i czoło wysokie, naprzód wydane, świadczyły o niepoślednej inteligencji, ale i o porządnej porcji zarozumiałości. Był to ten sam oficer, z głosem niskim, basowym, który wypadł był z szałasu, zaraz drugi za kapitanem Tonszynem. Było widocznem, że w tej chwili nie myślał o niczem innem, jak tylko żeby przejść z pewną niewymuszoną układnością i z miną junacką, obok swojego naczelnika. Kołysał się od niechcenia, na nogach tęgich i muszkularnych, i wyciągał się jak struna, nie wysilając się zbytecznie. W ręku trzymał pałasz z pochwy wyciągnięty, z klingą doskonale wyostrzoną i zakrzywioną cokolwiek. Patrzał to na Bagrationa, to na tych, którzy szli za nim, nie zmyliwszy taktu i dotrzymując kroku żołnierzom. Powtarzał prawie za każdym krokiem, wywijając na wszystkie strony swoje giętkie członki: — „W lewo, w lewo, w lewo!“ — A mur żywy posuwał się w takt za nim, i każdy z tych ludzi, z twarzami ponuremi, ale tak niepodobnemi jedna do drugiej, mimo że każdy dźwigał na sobie karabin i ciężki tornister, był przejęty tą samą co on myślą, i zdawał się powtarzać za nim: — „W lewo, w lewo, w lewo!“
Gruby major dysząc ze zmęczenia, zgubił krok, zatrzymany przez jakiś krzak przydrożny, który musiał obejść. Inny znowu maroder, przerażony swojem opóźnieniem i niedbałością, pędził na złamanie karku, aby połączyć się z oddziałem.
Przeleciał granat po nad głowami Bagrationa i jego świty, i padł w samym środku kolumny strzelców:
— Ścieśnić szeregi! — krzyknął zawadyjacko komendant oddziału. Żołnierze rozsunęli się w miejscu, gdzie padł granat, a podoficer, stary, wysłużony wojak, który zatrzymał się był przez chwilę przy zabitych, stanął natychmiast w szeregu, spiesząc się aby nastarczyć kroku żołnierzom. Kiedy niekiedy oglądał się jednak po za siebie z miną wielce zafrasowaną.
— Przeszliście dziarsko moje dzieci, po pod sam nos nieprzyjacielowi — zawołał Bagration z pochwałą. Rozległ się okrzyk: — „Na usługi waszej Ekscellencji!“ — Jeden tylko żołnierz spojrzał na niego ponuro i w milczeniu, jakby chciał powiedzieć: — „Wiemy o tem lepiej od ciebie!“ — Inny znowu, nie oglądając się po za siebie, w trwodze śmiertelnej szedł dalej, ale krzyczał w niebogłosy, jakby ten krzyk miał kule odstraszyć.
Wydano rozkaz zatrzymania się i zrzucenia tornistrów.
Bagration przebiegł szeregi, które przed nim defilowały, zsiadł z konia, rzucił uzdę kozakowi razem z burką, i nogi wyciągnął. W tej chwili ukazało się na brzegu parowu czoło kolumny francuzkiej, z oficerem dowodzącym na przedzie.
— Na przód dzieci! i niech nam Bóg dopomoże! — krzyknął Bagration głosem dźwięcznym i silnym, zwracając się twarzą ku swoim szeregom. Szedł krokiem niepewnym kawalerzysty, po gruncie nierównym i śliskim. Książę Andrzej czuł się porwany siłą niezwyciężoną, niewstrzymaną i był tem uszczęśliwiony po nad wszelkie wyrazy.
Francuzi byli tuż blisko. Mógł rozpoznać dokładnie ich twarze, pasy skórzanne, czerwone szlify i starego oficera, który z wielką mozołą, ledwie wlokąc nogami ujętemi w kamasze, drapał się pod górę.
Padł strzał... jeden, drugi, trzeci, kolumnę nieprzyjacielską na nowo dym przysłonił: rozpoczął się gęsty ogień karabinowy. Kilku ludzi padło po stronie rosyjskiej, między innymi ów oficer, który zadawał sobie tyle pracy, aby popisać się przed Bagrationem.
Po pierwszym strzale, Bagration krzyknął. — „Hurra!“ — Odpowiedziano mu grzmiącem — „Hurra!“ — na całej linji; i wyprzedzając jego samego, resztę oficerów, jeden żołnierz drugiego, wojsko rosyjskie puściło się radośnie w pogoń za Francuzami, których szeregi zdołano szczęśliwie przełamać.





XVIII.

Atak 6go pułku strzelców, zapewnił rejteradę skrzydłu prawemu. Po środku pożar wzniecony w Schöngraben przez baterję Tonszyna, (o której zapomniano najzupełniej,) wstrzymywał pochód Francuzów. Zajęli się oni gaszeniem ognia, który wicher rozmiatał na wszystkie strony, zostawiając Rosjanom czas i wolne pole do cofania się w jakim takim porządku. Centrum posuwało się szybko wzdłuż parowu, ile możności bez hałasu, ale z pewnym ładem. Za to lewe skrzydło, zaatakowane i odcięte przez wojsko o wiele silniejsze pod komendą Lannes’a, które składały pułki piechoty Azowskiej i Podolskiej, szło w rozsypkę. Bagration wysłał Gerkowa z rozkazem do komendanta, aby lewe skrzydło natychmiast wycofał.
Gerkowr, z palcami u daszka, odsalutowawszy podług regulaminu, puścił się galopem. Skoro jednak stracił z oczów Bagrationa, zawiodła go odwaga. Zdjęty trwogą szaloną, nie był wstanie jechać dalej w stronę gdzie groziło największe niebezpieczeństwo. Zaczął więc szukać jenerała i reszty oficerów, tam gdzie ich znaleźć nie mógł; z czego wynikło, że rozkazu wcale nie odebrano.
Jenerał dowodzący lewem skrzydłem, był to ten sam pułkownik, awansowany tymczasem, któregośmy widzieli w Braunau, i w którego pułku służył Dołogow. Na drugim końcu lewego skrzydła, dowodził naczelnik pułku Pawłogrodzkiego, w którym to pułku był junkrem Mikołaj Rostow. Dwaj dowódzcy srodze zagniewani jeden na drugiego, z czego wypływało nieporozumienie, tracili czas na obelżywem zwalaniu winy jeden na drugiego, w chwili kiedy skrzydło prawe, biło się od dawna z nieprzyjacielem, nawet Francuzi zaczynali się zwolna wycofywać.
Pułk kawalerji, jak i pułk strzelców, nie był wcale po temu usposobiony aby wziąć udział w bitwie. Od żołnierzy, aż do jenerała, kłócono się zawzięcie i bezustanku. Obecnie piechota zajęta była najspokojniej w świecie, grzaniem rąk i nóg zziębniętych nad ogniskiem, a kawalerja rozdawała furaż koniom.
— Jenerał jest wprawdzie starszym rangą odemnie — odpowiadał czerwony z gniewu i zasapany niemiec, pułkownik huzarów, adjutantowi wysłanemu z rozkazem. — Ale dla jego widzimisię, ja nie mogę poświęcić mego pułku... Niech się i na głowie postawi, to mnie mało obchodzi... Trębacze... zatrąbić do odwrotu...
Walka jednakże wrzała coraz zawzięciej. Grzmiały działa, nie ustawał również ogień karabinowy. Na prawo i po środku, tyraljerzy Lannes’a posuwali się po grobli koło młyna, i wyciągnęli się długą linją, przed Rosjanami, zaledwie na odległość dwóch wystrzałów karabinowych. Jenerał dowodzący oddziałem, wlazł z ciężkim trudem na konia, i prostując się w całej swojej długości, udał się sam do pułkownika kawalerji. Odsalutował jeden drugiego na pozór z rycerską grzecznością, w ich jednak minach ponurych i w spojrzeniach piorunujących, które na siebie ciskali, malowała się dosadnie ich wzajemna nienawiść.
— Nie mogę przecież panie pułkowniku, zostawić połowy moich ludzi w lesie, na boskiej opatrzności! Proszę zatem — położył nacisk na to słowo — proszę zająć wyznaczone mu stanowisko, i być gotowym do ataku.
— A ja proszę pana jenerała, żeby nie mieszał się w sprawy nie moje... Gdybyś pan dowodził konnicą...
— Nie jestem kawalerzystą, panie pułkowniku, za to mianowano mnie rosyjskim jenerałem; jeżeli to nie doszło dotąd do jego wiadomości...
— Wiem o tem doskonale, Ekscellencjo — pułkownik z czerwonego stał się purpurowym, tak mu z wielkiej irytacji krew cała do głowy uderzyła. — Czy nie raczyłby jednak pan jenerał towarzyszyć mi do naszych forpocztów? Przekonałby się wtedy naocznie, że ta pozycja jest wprost niemożliwą, to też nie poszlę na rzeź moich ludzi, dla pańskiego widzimisię!
— Niech się pan pułkownik nie zapomina! Taki jest plan bitwy, a nie moje własne widzimisię, i nie pozwolę, żeby mi ktokolwiek śmiał ubliżać...
Wspiął konia przyjmując wyzwanie na ten rodzaj turnierów, w których mieli obydwaj popisać się odwagą. Z piersią na przód wydaną, z brwiami groźnie ściągniętemi, udał się razem z pułkownikiem w stronę tyraljerów, jakby ich spór zacięty, nie mógł rozstrzygnąć się gdzieindziej, tylko pod gradem kul nieprzyjacielskich. Gdy tam przybyli, kilka kul świsnęło im nad głowami. Milczeli obydwaj. Nie zobaczyli tam właściwie nic nowego. Tak samo z miejsca, które opuścili, można było objąć wzrokiem teren, pełen zarośli i wklęsłości, po którym było czystem niepodobieństwem dla kawalerji iść do ataku. Również i to nie podpadało najmniejszej wątpliwości, że Francuzi manewrowali w taki sposób, żeby otoczyć lewe skrzydło, i niedopuścić mu do rejterady. Komendanci patrzyli ostro jeden na drugiego, niby dwa zawzięte na siebie koguty, które gotując się do walki, czekają daremnie na jakąkolwiek oznakę słabości u przeciwnika. Obaj wyszli z honorem z tej próby ogniowej, i byliby tak stali w nieskończoność, dla zadowolenia miłości własnej, żaden z nich bowiem nie chciał pierwszy opuścić niebezpiecznego stanowiska, gdyby w tej samej chwili, nie zaczęto sypać kulami, o dwa kroki wstecz, przy akompaniamencie krzyków przeraźliwych.
Francuzi napadli na garstkę żołnierzy, zatrudnionych zbieraniem w lesie paliwa. Nie było więcej mowy o tem, żeby huzarzy mogli cofać się razem z piechotą, byli bowiem odcięci od drogi na lewo, przez forpoczty nieprzyjacielskie. Musieli więc wykonać szarżę na nieprzyjaciela, mimo prawie niemożliwego terenu, aby sobie do rejterady drogę utorować.
Szwadron Rostowa, który miał ledwie czas wskoczyć na siodło, znalazł się oko w oko z nieprzyjacielem. W tej chwili, tak samo jak na owym moście w Enns, nie było nic więcej pomiędzy nimi a nieprzyjacielem, jak tylko niewielka przestrzeń, pełna trwogi przed czemś nieznanem, owa przestrzeń dzieląca żywych od umarłych, którą każdy odczuwał instynktowo, pytając się w ducha skrytości z mimowolnem wzruszeniem, ażali przebędzie ją zdrów i cały?... Pułkownik stanął przed frontem w wściekłym humorze, odpowiadając niechętnie na pytania oficerów. Było widocznem, że postanowił działać na własną rękę. Nareszcie rzucił im coś nakształt rozkazu. Nie było w tem jeszcze nic wyraźnego, jednak pewne nieokreślone poruszenie, pozwalało domyślać się, że pójdą niebawem do ataku. Usłyszano nagle komendę: — „Ścieśnić szeregi!“ — brzęk pałaszy wydobytych z pochew. Dotąd nikt się nie ruszał. Uderzało każdego wahanie się i niepewność komendantów, co też udzieliło się wkrótce całemu oddziałowi.
— Ah! gdyby to już mogło nadejść prędzej, prędzej! — pomyślał Rostow, odczuwając w chwili ataku, owe rozkoszne podniecenie, o którem tyle mu się naopowiadali starsi od niego towarzysze.
— Naprzód dzieci, i niech nam Bóg dopomaga! — krzyknął Denissow — Truchtem zrazu... marsz! marsz!
Zafalowały grzbiety końskie. Pomknął i Kruk Rostowa żwawo naprzód.
Na przedzie, po prawej ręce, miał Rostow pierwsze szeregi huzarów, a w głębi przed sobą, wyciągniętą linję ciemną, z której na razie nie umiał sobie zdać sprawy. Tą linją było wojsko nieprzyjacielskie. Słychać było w oddali strzały karabinowe.
— Kłusem...
Rostow idąc za popędem konia rozgrzanego, uczuł w sobie ten sam zapał z szałem graniczący. Drzewo rosnące samotnie, a które według jego obliczenia, stało po środku tej przestrzeni tajemniczej, znajdowało się już w tyle za nimi.
— A więc linja przebyta, i nie ma dotąd nic strasznego, przeciwnie zaczyna mi się wszystko przedstawiać coraz zabawniej, i coraz weselej. Oh! z jakąż rozkoszą zacznę siec, rąbać! — szepnął sam do siebie, ściskając mocno w dłoni rękojeść pałasza.
W tyle po za nim, zagrzmiało — „Hurra!“ — potężne...
— Żeby mi się tylko który nawinął pod rękę — pomyślał.
Puścił się galopem wspiąwszy konia ostrogami. Jednocześnie jakby na komendę, śmignęły w całym szwadronie szpicrózgi. Rostow podniósł prawe ramię, gotując się do rąbania w prawo i w lewo. Spostrzegł nagle żołnierza Nikiteńkę, który tuz przed nim galopował, jak oddalał się coraz bardziej od niego, i uczuł się unoszonym niby we śnie z szybkością odurzającą, nie ruszając się wcale z miejsca. Jeden z huzarów przeleciał obok lotem strzały, spojrzawszy na niego ponuro.
— Cóż się stało? Nie posuwam się naprzód, czym upadł? — Czym już nieżywy?
Pytania i odpowiedzi mózg mu rozpierały. Był sam wśród pola; nie widział ani koni galopujących, ani huzarów. W koło niego była tylko ziemia wilgotna, nieruchoma i ściernisko na płaszczyźnie po zbożu zżętem. Ściekało tylko coś ciepłego, krew, kropla po kropli.
— Nie, ja nie jestem ranny, ale zabito mego biednego konia!
Kruk próbował dźwignąć się, upadł jednak nazad, przywalając jeźdźca całym swoim ciężarem. Z jego łba delikatnego, kształtnego, sączyła się krew i rzucał się w kurczach przedśmiertnych. Rostow starał się stanąć na nogi, ale upadł zaczepiwszy o siodło swoją torbeczkę wiszącą przy pałaszu.
— Gdzie nasi? Gdzie Francuzi? — pytał w duchu.
Nic nie wiedział... Nie widział nikogo...
Gdy zdołał wreszcie wydobyć się z pod konia, stanął na nogi.
— Gdzież podziała się owa linja, rozdzielająca tak wyraźnie dwie armje? Czy zaszło ze mną coś nadzwyczajnego? Czy to zawsze odbywa się w ten sposób? I co ja teraz mam począć z sobą?...
Uczuł niepojęty ciężar w lewem ramieniu, zupełnie ubezwładnionem. Sama ręka zdawała się nie należeć wcale do niego, tak mu ścierpła, a jednak nie było na niej ani śladu krwi.
— Ah! nadchodzą jacyś ludzie, oni mnie poratują — pomyślni ucieszony.
Pierwszy ku niemu nadbiegający, z cerą smagłą, prawie barwy miedziannej, z nosem mocno zakrzywionym, w mundurze szafirowym, miał na głowie czako dziwnego kształtu. Przemówił do drugiego żołnierza, w języku, którego Rostow wcale nie rozumiał. Reszta żołnierzy ubranych tak samo, prowadziła huzara z jego pułku.
— To pewno ich jeniec?... Czy i mnie wezmą w niewolę? — pomyślał Rostow oczom własnym nie wierząc. — Czyżby to byli Francuzi?
Przypatrywał się uważnie nadchodzącym, a mimo że przed chwilą czuł się tak pełnym animuszu i radby ich był wszystkich w pień wyciąć, obecnie to bliskie z nimi sąsiedztwo krew mu w żyłach zmroziło i trwożyło niewypowiedzianie.
— Gdzie oni idą?... Czy chcą mnie napaść?... Może mnie zabiją?... A za co?... Mnie, którego kocha świat cały?...
I przypomniała mu się miłość macierzyńska, jak również całej jego rodziny. Tak mu byli wszyscy życzliwi, dlaczegożby ci go mieli zabijać?
Stał na miejscu jak przykuty, nie zdając sobie sprawy dokładnej z położenia. Tymczasem ów Francuz z nosem jak dziób sępa, z twarzą taką dziwną, dysząc z biegu prędkiego i którego widział już teraz doskonale, zbliżał się ku niemu z nałożonym bagnetem. Rostow porwał za pistolet, lecz zamiast dać ognia do przeciwnika, rzucił tylko nim gwałtownie i uderzył Francuza kolbą w głowę, przyczem wziąwszy nogi za pas, zaczął zmykać z całej siły, aby skryć się czemprędzej w gęstwinie.
Jakże dalekiem było teraz od niego owe uczucie gorączkowe, podniecone, pragnące walki, którego tak żywo doświadczył na moście w Enns! Biegł pędem, niby zając goniony przez charty. Instynkt zachowawczy, chęć namiętna uratowania swego życia tak młodego, a które dotąd spędzał swobodnie i najszczęśliwiej, skrzydła mu prawie do nóg przypinały. Przesadzał rowy, przeskakiwał skiby ze zwinnością kocią, jak w latach dziecięcych. Często zwracał wstecz swoją twarz poczciwą a bladą, dreszcz zaś trwogi nim wstrząsającej podniecała i zdwajała jego siły.
— Lepiej nie patrzeć po za siebie — pomyślał. —
Skoro jednak znalazł się pomiędzy pierwszemi krzakami, przystanął na chwilę. Francuzów daleko za sobą zostawił, a ten pierwszy, który napadł na niego z bagnetem w rękach, zwalniał również kroku i zdawał się zwoływać na naradę swoich towarzyszów.
— Nie! To niepodobna!... Oni mnie nie chcą zabić! — pomyślał znowu.
Ramię jednak ciężyło mu coraz bardziej, zdawało mu się że dźwiga na niem najmniej dwa centnary. Nie mógł prawie iść dalej. Francuz mierzył do niego widocznie. Przymknął oczy i przykucnął pod krzakiem. Zaświtała mu koło ucha jedna... druga kula... Resztę sił wytężył a podtrzymując prawą ręką zwisłe ramię lewe, pomknął dalej w gąszcz leśną. Tam było zbawienie, tam stali rosyjscy tyraljerzy!





XIX.

Piechota napadnięta z nienacka w lesie, uciekała z niego galopem, w rozsypce najzupełniejszej. Jeden z żołnierzy, przejęty trwogą, wymówił te słowa, mające tak straszne w bitwie znaczenie:
— Odcięto nas! Otoczono!...
Na te słowa złowrogie, wszystkim naraz krew w żyłach zlodowaciała z nadmiaru przerażenia.
— Otoczeni!... Odcięci!... Zgubieni!... — krzyczeli w niebogłosy uciekający.
Po pierwszych strzałach, usłyszawszy krzyki, komenderujący oddziałem, domyślił się, że stało się coś fatalnego. Uderzony tą myślą straszliwą, że on, oficer w służbie dotąd nieskazitelny, punktualny w wypełnianiu danych mu rozkazów, może podpaść ostrej naganie i być posądzonym przez Bagrationa o niedbalstwo i zupełną nieudolność, zapomniał w tej chwili o swojej wysokiej godności, którą pysznił się jak paw nadęty, zapomniał o swoim rywalu i podwładnym, nie znającym się na karności wojskowej, a nawet o grożącem mu zewsząd niebezpieczeństwie. Trzymając się siodła oburącz, dał ostrogi koniowi i popędził galopem, aby stanąć na czele oddziału, pod gradem kul, z których na szczęście żadna go nie dosięgła. Pragnął tego jedynie, aby dowiedzieć się, co się stało, naprawić błąd o ile możności i stanąć czystym w obec wodza naczelnego, on, który liczył już lat dwadzieścia kilka służby, wolnej od zarzutu i skazy wszelakiej.
Przebył wreszcie linją nieprzyjacielską najszczęśliwiej i wpadł z drugiej strony lasu w sam środek uciekających, którzy pędzili na przełaj, przez pole, nie chcąc już słuchać żadnej komendy. Była to owa chwila straszliwa, wahania się i niepewności, która częstokroć rozstrzyga o losie bitwy. Czy ten motłoch oszalały z trwogi usłucha głosu wodza, tak dotąd poważanego, czy też będzie dalej uciekał bez zastanowienia? Niestety, nic ich wstrzymać nie zdołało. Lecieli dalej jak opętani mimo desperackich nawoływań jenerała, mimo że ochrypł w końcu z krzyku, nie zważając na jego gesta pełne wściekłości, na usta zapienione, na pięście groźnie zaciśnięte. Szala przechyliła się, trwoga zwyciężyła wszelkie inne względy, kość była rzucona, fatalności nie można było odwrócić.
Jenerał dusił się prawie z krzyku, dym go oślepiał, stanął wreszcie zrozpaczony i bezradny. Wszystko zdawało się stracone bezpowrotnie, gdy Francuzi goniący dotąd za uciekającymi, nagle jak się na razie mogło zdawać, bez powodu wyraźnego, zaczęli sami uciekać i skryli się nazad w lesie, zkąd naraz wyszli rosyjscy tyralierzy. Był to oddział Tymokina, który jeden stał dotąd porządnie, nie złamawszy swoich szeregów. Schowany w leśnej gęstwinie, zaatakował teraz z tyłu Francuzów. Tymokin wywijając swoją małą szabelką, wypadł na nieprzyjaciela tak gwałtownie i z taką odwagą niesłychaną, że Francuzi przerażeni, uciekli, broń rzucając po za siebie. Dołogow biegnący tuż obok kapitana, jednego Francuza położył trupem na miejscu. On też pierwszy wziął w niewolę wyższego oficera francuzkiego. Zatrzymali się rosyjscy uciekinierzy, sformowano nazad bataljony, a nieprzyjaciel, który o włos byłby przeciął odwrót rosyjskiemu skrzydłu lewemu, biorąc je we dwa ognie, został rozbity i odepchnięty. Wódz naczelny stał na moście, z majorem Ekonomowem i był przytomny rejteradzie każdej kompanji po kolei, gdy jakiś żołnierz podszedł do jego konia, chwycił za strzemię, i przycisnął się cały do jego nogi. Ten żołnierz niósł w ręce szpadę oficerską, przez ramię zaś przewiesił bluzę szafirową i francuzką ładownicę. Głowę miał obwiązaną; był zresztą bez czaka i bez tornistra na plecach. Uśmiechał się mimo bladości śmiertelnej i znużenia okropnego. Jego duże, wyraziste oczy patrzały śmiało na jenerała, który nie mógł wstrzymać się, żeby nie spojrzeć na niego, mimo że zabierał się właśnie do wydawania rozkazów majorowi.
— Ekscellencjo, oto dwie zdobycze na nieprzyjacielu — wołał Dołogow pokazując szpadę i ładownicę. — Wziąłem w niewolę oficera, wstrzymałem całą jednę kompanję... (oddychał z trudnością zadyszany i zziajany. Mówił słowami urywanemi)... Cała nasza kompanja może to zaświadczyć, błagam... niech wasza Ekscellencja raczy o tem pamiętać...
— Dobrze, dobrze — odrzucił jenerał, nie przerywając rozmowy z majorem.
Dołogow pociągnął go za ramię, a zdjąwszy bandaż z głowy, pokazał mu w dodatku krew skrzepłą i do włosów przylepioną:
— Rana od bagnetu — zauważył. — Byłem ciągle na przedzie, proszę o tem nie zapomnieć... Ekscellencjo...
Powiedzieliśmy już wyżej, że zapomniano najzupełniej o baterji Tonszyna. Bagration, słysząc nieustającą kanonadę w centrum, posłał tam najprzód oficera z głównego sztabu, później wyprawił tamże księcia Andrzeja, z rozkazem do Tonszyna, żeby cofnął się natychmiast. Dwa bataljony, które miały bronić i osłaniać baterję, na jakiś rozkaz, spadły nie wiedzieć zkąd i od kogo, wzięły udział w bitwie, a baterja strzelała dalej. Francuzi zbici z tropu tym ogniem tak energicznym i nieustającym, przypuszczając, że w tej stronie właśnie skupiły się przeważnie siły rosyjskie, próbowali dwa razy zdobyć baterję. Odparto ich jednak za każdym razem, kartaczując bez miłosierdzia, temi czterema paszczami ognistemi, samotnemi, opuszczonemi i zapomnianemi na wzgórku najwyższym...
Wkrótce po odjeździe Bagrationa, udało się Tonszynowi wzniecić pożar w Schöngraben.
— Patrzajcie, jakie tam ze wszech stron buchają płomienie, a jakie chmury dymu!... Pali ci się jak hubka wesoło... Lecą na złamanie karku Francuziska gasić ogień!... Tośmy im dali bobu!... — wołali żołnierze uszczęśliwieni, że tak im się świetnie powiodło.
Wszystkie działa wymierzono w tym kierunku, a każdą salwę kanonierzy przyjmowali okrzykami radości. Płomienie wichrem podsycane, rozlewały się coraz szerzej i groźniej. Francuzkie szeregi opuściły wieś Schöngraben, i ustawiły od niej na prawo dziesięć dział, które odpowiadały na salwy Tonszyna.
Radość dziecinna, ogarniająca umysły i rozgrzewająca serca kanonierów Tonszyna, na widok pożaru przez nich wznieconego, tak ich odurzyła, że zrazu wcale nie zwrócili uwagi na baterję ustawiającą się naprzeciw nich. Spostrzegli się wtedy dopiero, gdy najprzód dwa a później coraz większa ilość pocisków, zaczęły padać pomiędzy ich działa. Jednemu z kanonierów nogę urwało, i dwa konie padły. To jednak nie ostudziło bynajmniej ich żarliwości; nadało jej tylko inną cechę. Konie zastąpiono innemi, rannych usunięto, a cztery działa skierowano wprost na baterję nieprzyjacielską. Ów podoficer, tak lubiony i ceniony przez Tonszyna, zginął jeden z pierwszych. Z czterdziestu ludzi, obsługujących działa, siedmnastu los jego podzieliło w przeciągu godziny niespełna. Ci zaś, którzy tamtych przeżyli, uwijali się dalej żwawo i radośnie, spełniając swoją powinność.
Malutki kapitaś z ruchami niezgrabnemi i dziecinnie nieśmiałemi, kazał tylko nakładać swemu pachołkowi fajkę jednę za drugą, i co chwila wysuwał się naprzód, aby przyglądać się uważnie Francuzom, przyczem zawsze przysłaniał sobie oczy dłonią.
— Pal! pal! — krzyczał bez ustanku, sam porywając za koła armatnie i ustawiając działa, aby lepiej wymierzyć.
Wśród dymu gęstego, ogłuszony ciągłym hukiem, który wstrząsał jego drobną figurką za każdym wystrzałem, Tonszyn biegał od jednego działa do drugiego, z fajką w zębach. To sam celował, to liczył pozostałe naboje, to kazał zmieniać konie w zaprzęgach. Wśród huku i łoskotu piekielnego, rzucał co chwila rozkazy, głosikiem słabym i cieniutkim. Twarz rozpromieniała mu się coraz bardziej. Tylko wtedy mieniła się i drgała kurczowo, gdy padł obok niego który z jego ludzi ranny lub zabity na miejscu. Wtedy odwracał się od niego, krzycząc i hałasując na żyjących, że nie dość pospiesznie usuwali na bok trupy i ranionych żołnierzy. Kanonierzy, jak to zdarza się często w artylerji, chłop w chłopa, rośli i barczyści, nie o jednę, ale o dwie głowy wyżsi od swojego dowódzcy, wytrzeszczali jednak oczy, wpatrując się w niego, jakby dzieci nieletnie, gdy znajdują się w trudnem i niebezpiecznem położeniu. Wyraz, jaki malował się na twarzy kapitana, odzwierciedlał się wiernie w ich fizjognomjach ostrych, wybitnych, ale strasznie bezmyślnych i apatycznych.
Dzięki temu grzmotowi nieustannemu, temu harmiderowi, Tonszyn nie uczuwał ani cieniu trwogi. Nie przypuszczał wcale, żeby mógł być rannym lub zabitym. Zdawało mu się, że od pierwszego strzału, wymierzonego na nieprzyjaciela, upłynęło sporo czasu; że stoi tu od wczoraj, i że ta mała przestrzeń kwadratowa zżyła się z nim, a on z nią, że jest mu dobrze znaną i ma już do niej pewne przywiązanie. O niczem nie zapominał, wydawał rozkazy z krwią najzimniejszą, jakby dowódzca w bojach posiwiały, a jednak znajdował się w stanie takiego rozdrażnienia nerwowego, jak ktoś pijany lub mający wpaść w obłąd.
Wśród tego chaosu, wśród ogłuszającego huku dział, gęstych chmur dymu, bomb nieprzyjacielskich padających co chwila, to na człowieka, to na konia; z pomiędzy owych żołnierzy uwijających się z pośpiechem gorączkowym, z czołem potem zroszonym; w głowie Tonszyna powstawał i tworzył się świat odrębny i dziwnie fantastyczny, a napełniający go nieznaną dotąd rozkoszą. W tym śnie na jawie, armaty nieprzyjacielskie wydawały mu się olbrzymiemi fajkami, z których ktoś niewidzialny wypuszczał kłęby dymu.
— Oho! już tamten faję zapalił — mówił półgłosem sam do siebie, na widok nowego słupa dymu białawego, który wiatr unosił. — Złapmy kulę Francuzowi i odeślijmy mu ją nazad.
— Co rozkaże Wasza Miłość? — spytał kanonier stojący obok kapitana, nie dosłyszawszy dokładnie jego szeptu.
— Nic! nic! — machnął ręką wymijająco. — Idź do nich! idź nasza Matuszka! — dodał wskazując na działo największego kalibru, a bardzo starożytne, które stało ostatnie w szeregu, i zostało nazwane przez Tonszyna Matuszką. — Przemów do nich, jak to ty jedna umiesz!...
Francuzi wydawali mu się olbrzymiem mrowiskiem, rozsypującem się w koło dział. Piękny, rosły kanonier, trochę podchmielony, który obsługiwał drugie działo od przodu, przedstawiał w Tonszyna świecie fantastycznym, jakąś wymarzoną postać — „wujaszka”. — Tego wujcia ruch każdy zajmywał go w szczególności, a odgłos kanonady, uderzał słuch kapitana, niby oddech istoty żyjącej. Liczył też bacznie każde jej westchnienie.
— Oho! już zaczyna ciężko wzdychać! — szeptał. Sam sobie, wydawał się olbrzymem, ciskającym obiema rękami bomby na nieprzyjaciela.
— No, moja droga Matuszko! Spełń tak dobrze, jak zazwyczaj swoją powinność.
Tylko skończył czułą przemowę do swego działa ulubionego, usłyszał za sobą głos nieznany:
— Kapitanie! Kapitanie Tonszyn!...
Odwrócił się przestraszony. Wołał na niego oficer ze sztabu głównego, wysłany przez Bagrationa.
— Czyś oszalał kapitanie? Już dwa razy przysłano ci rozkaz wycofania się z tego miejsca!
— Ja... ja... tego to... nic właściwie... — jąkał się biedak zmięszany najokropniej, przykładając dwa palce do daszka od czapki wojskowej.
— Ależ przecie...
Nie dokończył oficer z głównego sztabu. Kuta armatnia padając tuż koło niego, tak go spłoszyła, że położył się jak długi na koniu. Zaczynał frazes na nowo, gdy kartacz świsnąwszy mu koło ucha ścisnął go po wtórnie za gardło, niby kleszczami. Zawrócił konia czemprędzej, uciekając galopem. Na odjezdnem rzucił Tonszynowi:
— Cofać się natychmiast...
Artylerzyści kładli się prawie od śmiechu. W tropy za pierwszym oficerem, zjawił się drugi z tym samym rozkazem.
Był nim książę Andrzej. Pierwszym przedmiotem, który go uderzył, gdy wstąpił na płaszczyznę, był koń, z nogą urwaną. Krew buchała z niego strugą szeroką; biedak rżał żałośnie, obok swoich towarzyszów stojących dotąd w zaprzęgu. Nieopodal leżało kilku ludzi zabitych.
Przelatywały mu po nad głową z świstem złowrogim, kule armatnie, jedna za drugą. Za każdym razem czuł dreszcz przebiegającą od głowy do stóp. Sama myśl jednak, że mógłby się bać czegokolwiek, pomogła mu odzyskać odwagę. Zsiadł wolno z konia, wśród dział, i na miejscu rozkaz odraportował. Postanowiwszy w duchu, że muszą działa wycofać w jego obecności, choćby pod gradem kul nieprzyjacielskich, pomagał dzielnie Tonszynowi, przeskakując trupy rozciągnięte na ziemi.
— Przed chwilą odwiedziła nas jakaś matadora, ale uciekła jeszcze prędzej — zaśmiał się jeden z kanonierów. — Nie tak, jak wasza miłość — dodał patrząc z podziwem na Andrzeja.
Bołkoński nie zamienił dotąd jednego słowa z Tonszynem. Zatrudnieni obydwaj, zdawali się nie widzieć wcale jeden drugiego. Skoro im się udało wsadzić działa na przodki, zaczęli zjeżdżać z góry, zostawiwszy na miejscu jedno działo zagwożdżone a drugie pęknięte.
— Do zobaczenia — zawołał Andrzej.
I wyciągnął rękę do kapitana.
— Do zobaczenia, mój drogi przyjacielu! moja dobra, najmilsza duszyczko!
Tonszynowi, gdy żegnał księcia Andrzeja, oczy zaszły łzami, sam nie wiedział dla czego?





XX.

Wicher ustawał. Ciężkie chmury na widnokręgu tak nisko zwisały po nad ziemią, że łączyły się z białemi chmurami, powstałemi z dymu po strzałach i z dopalających się zgliszczy we wsi Schöngraben. Na ciemnym tle widnokręgu, odbijały ponuro i tem wyraźniej, łuny purpurowe z dwóch pożarów. Kanonada ustała zupełnie. Za to ogień karabinowy odzywał się jeszcze w tyle i z prawej strony, wzmagając się i przybliżając, w miarę jak z góry w dół wojska schodziły. Zaledwie wyprowadził swoje armaty z pod prażącego ich ognia nieprzyjacielskiego i wstąpił w parów, Tonszyn spotkał się z częścią oficerów z głównego sztabu, między innymi był i ów adjutant wysłany do niego z rozkazem cofnięcia się, i Gerkow, którego wysyłano wprawdzie dwa razy, ale ten nie mógł jakoś nigdy trafić do miejsca gdzie stała Tonszyna baterja. Wszyscy zgodnym chórem, wpadając w słowo jeden drugiemu, obsypywali go rozkazami wręcz przeciwnemi, którą drogą ma się cofać, i obarczali biedaka srogiemi wyrzutami i najostrzejszą krytyką.
Co do niego, on siedząc na swojej nędznej i chudej szkapinie, zachowywał głuche milczenie; czuł bowiem, że za pierwszem słowem, nerwy wypowiedziałyby mu posłuszeństwo, i nie byłby w stanie zapanować nad straszliwem rozdrażnieniem. Kazano mu wprawdzie opuścić rannych. Kilku z nich wlokło się przecież, a nawet pełzało na czworakach, błagając z jękiem serce rozdzierającym, o litość i o zabranie ich na armaty. Ów elegancki i wymuskany oficer od piechoty, który przed kilku godzinami wyleciał jak z procy z szałasu Tonszyna, leżał teraz rozciągnięty na łożu matuszki, z kulą w żołądku. Junker z pułku huzarów, blady i mogący zaledwie wlec nogami, z wielkiego osłabienia, prosił również o jaki kącik choćby najciaśniejszy.
— Panie kapitanie — jęczał — przez miłosierdzie Boże! pozwól mi się przyczepić gdziekolwiek! Mam ramię kontuzjonowane i czuję że siły moje są najzupełniej wyczerpane!
Było widocznem, że musiał już tak prosić kilka razy, ale zawsze bez skutku. Głos mu drżał, jakby płaczem tłumionym, mówił zaś tonem tak nieśmiałym, i tak błagającym:
— Na Boga! nie odmawiajcie mi!...
— Umieścić go, umieścić!... Podłóż twój szynel pod niego, moje serdeńko — przemówił Tonszyn do jednego ze swoich artylerzystów, którego lubił najwięcej. — A gdzież się podział ranny oficer?
— Zdjęli go... skonał — mruknął ktoś zcicha.
— Usiądź, usiądź mój przyjacielu — zachęcał junkra poczciwy Tonszyn — podłóż mu Antonow płaszcz po zmarłym oficerze... Czyś ranny biedaku? — spytał kapitan.
— Nie, otrzymałem tylko kontuzją.
— Zkądże ta krew na mundurze?
— To z nieboszczyka, wasza miłość — bąknął kanonier, ocierając łoże armatnie własnym rękawem, jakby chciał tym czynem wyprosić sobie przebaczenie, że działo poruczone jego pieczy zostało krwią splamione.
Działa popychane z tyłu przez piechotę, wciągnięto wreszcie na górę z wielką mozołą. Gdy przybyły do wsi Gunthersdorf, tam się zatrzymały. Tak już było ciemno, że o dziesięć kroków nie można było rozróżnić mundurów żołnierzy. Zwolna, zwolna ustawał ogień z ręcznej broni. Naraz, tuż blisko, na prawo, usłyszano gęste strzały. Była to ostatnia próba Francuzów, ale ta im się również nie powiodła. Rosyjscy żołnierze, odpowiedzieli na nią taką samą strzelaniną, wybiegłszy z domów, gdzie zaczynali rozgospodarowywać się po trochę. Tonszyn zaś ze swoimi niedobitkami, nie mogąc posuwać się dalej, stał w miejscu, czekając w milczeniu na zmiłowanie Boże, i na rozkazy z góry.
— A tośmy Francuzom kurtę skroili, co się zowie! Nie zechce im się tak prędko o nas ocierać — przechwalał się jeden z piechurów.
— Zdrów jesteś Petro? Nic ci nie brakuje? — spytał drugi.
— Ależ to ciemno, choć oko wykol — bąknął trzeci. Słuchajcie no braciszkowie? Nie ma tam który bodaj kropelki, zakropić gardło?
Francuzów odparto ostatecznie i działa Tonszyna odjechały tonąc w ciemnościach okiem nieprzebitych, wśród wrzasków i nawoływań nadciągającej piechoty.
Można było przypuścić że to jakaś rzeka ciemna i niewidzialna, toczy fale potężne a wzburzone. Szum fal zastępowały w tym wypadku ludzkie głosy pomięszane, niby dalekie grzmotu warczenie, dźwięki głuche podków końskich i turkot kół. Z pomiędzy tego chaosu, występywały ostro i wyraźniej: jęki i skargi żałośne rannych, które zdawały się same w sobie wypełniać te ciemności i łączyć się z niemi w jedną całość ponurą i przerażającą. O kilka kroków dalej dało się nagle czuć pewne poruszenie w tym zbitym tłumie ciał ludzkich. Przejechał jeździec na siwym koniu, otoczony liczną świtą, rzucając tu i owdzie po kilka słów:
— Co wam powiedział? Gdzie idziemy? Czy mamy się zatrzymać? Czy komu podziękował?
Gdy te pytania krzyżowały się w powietrzu, masa zbita w kłąb, uczuła się w tył popchniętą. Kazano bowiem stanąć pierwszym szeregom, i rozłożyć się obozem po środku drogi błotnistej.
Pozapalano ognie i prowadzono dalej wesołą gawędę. Kapitan Tonszyn, rozłożywszy swój tabor, posłał jednego z żołnierzy po wóz ambulansowy i po jakiego lekarza, żeby poratowali biednego junkra, trzęsącego się z zimna i z rozbierającej go gorączki, wskutek trudów, nad jego młodziutkie siły i kontuzji otrzymanej. Sam zaś usiadł przy ognisku. Biedny Rostow, jego to bowiem wsadzono na łoże armatnie, przywlókł się pod bok Tonszyna. Drżał z bolu, zimna i wilgoci; sen nieprzezwyciężony kleił mu powieki. Nie mógł jednak usnąć, tak mu dokuczało ramię skontuzjonowane. To przymykał oczy, to wlepiał je bezmyślnie w ognisko, które wydawało mu się purpurowem i jakiemś strasznem, jakby piekła czeluście. Czasem zwracał wzrok błagający na małą, przysadkowatą figurkę Tonszyna, który przykucnąwszy na nogach po turecku, patrzał również na młodego chłopaka z rzewnem współczuciem, oczami poczciwemi, pełnemi inteligencji i wzbudzającemi żywą sympatję. Rostow zrozumiał to doskonale, że kapitaś radby był z duszy poratować go w niedoli, ale nie mógł.
Z wszystkich stron odzywały się głosy i nawoływania. Słychać było hałaśliwe rozkładanie się obozem piechoty. Konie rżały, parskały i wyrzucały błoto kopytami. Z lasu dolatywał głuchy łoskot siekier i toporów drzewo ścinających.
Nie była to już rzeka niewidzialna i hucząca zdala. Zamieniła się teraz w morze toczące z trzaskiem i wrzaskiem bałwany spienione. Rostow patrzał na to wszystko i słuchał, nie zdając sobie dokładnie sprawy, z tego, co działo się w około. Jakiś stary wojak zbliżył się do ogniska, przysiadł na ziemi, wyciągnął nad płomieniem obie ręce skostniałe, a zwracając ku Tonszynowi wzrok pytający, bąknął nieśmiało:
— Czy wasza miłość raczy pozwolić? Gdzieś mi się mój pułk zawieruszył i nie mogę go odszukać!
Oficer prowadzący konwój piechoty, z twarzą przewiązaną bandażem, udał się z prośbą do Tonszyna, aby kazał działa cokolwiek usunąć, bo stoją w poprzek drogi, którą muszą przejść jego furgony. Po oficerze nadeszło dwóch żołnierzy kłócących się zawzięcie i wyrywających jeden drugiemu wiązkę siana.
— Tyś ją podniósł? ty?! kłamco jakiś! — wrzeszczał jeden głosem chrapliwym.
— Ty sam łżesz jak pies! — drugi odpowiadał, grożąc tamtemu pięścią zaciśniętą.
Znowu zbliżył się jakiś żołnierz, z szyją obwiązaną szmatą brudną i całą zakrwawioną. Ten odezwał się do kanonierów głucho i z widocznym wysiłkiem:
— Wody, wody, na miły Bóg! Czyż przyjdzie człowiekowi biednemu zginąć marnie, jak psu pod płotem?
Tonszyn kazał mu natychmiast przynieść wody. Nadbiegł w tej chwili jakiś wesoły dowcipniś, który potrzebował zarzewia, aby rozpalić ognisko dla piechoty:
— Ognia! ognia! — wołał z daleka. — Ale takiego, żeby się palił płomieniem!... Daj wam Boże szczęście swojaki! dziękuję za ogień; oddamy go przy okazji z lichwą Francuzom! — krzyczał niknąc w ciemnościach z głownią gorejącą w prawej dłoni.
Z kolei nadeszło czterech żołnierzy. Ci nieśli coś ciężkiego rozciągniętego na płaszczu oficerskim. Jeden z nich potknął się o kłodę drzewa:
— Do stu djabłów! — zaklął. — Bydlaki zostawiają na drodze takie drzewo doskonałe...
— Nie żyje, po cóż my go ciągniemy właściwie? — mruknął inny niechętnie. — Wiecie co? Ja bym...
I czterej ludzie utonęli również w ciemnościach, razem ze swoim ciężarem.
— Cierpisz biedny młodzieńcze, nie prawdaż? — spytał Tonszyn po cichu Rostowa.
— Okropnie! — jęknął zapytany.
— Wasza miłość! — wpadł im w słowo jeden z kanonierów, salutując kapitana. — Nasz jenerał książę, Bagration, chce widzieć waszą miłość.
— Idę natychmiast, kochanku!
Wstał i oddalił się zapinając na sobie mundur z pospiechem. Bagration był właśnie przy objedzie w jednej z chat o kilka kroków od ogniska artylerzystów i rozmawiał z kilkoma dowódzcami pojedynczych oddziałów, których zaprosił do swego stołu. Pomiędzy innymi znajdował się również i ów stary pułkownik, z powiekami nabrzmiałemi i opadającemi na oczy. Ten resztą zębów, które mu w szczęce pozostały, obrabiał kość ogromną z baraniej pieczeni, z wilczym apetytem. Był i jenerał, mający po za sobą dwadzieścia dwa lat służby nieskazitelnej, z twarzą mocno zarumienioną od trunków i dobrego jadła; oficer z głównego sztabu, z pięknym brylantem w pierścieniu, Gerkow mierzący biesiadników wzrokiem niespokojnym, w końcu książę Andrzej, blady, z ustami zaciśniętemi, z blaskiem gorączkowym w oczach pałających.
W jednym kącie izby złożono sztandar zdobyty na Francuzach. Audytor w cywilnem ubraniu, macał i miął w rękach tkaninę, z której sztandar był uszyty. Potrząsał przy tem głową miłosiernie. Czy materjał sztandaru wydał mu się zbyt lichym, czy też ów stół nakryty, do którego nie był zaproszonym i głodny żołądek, tak go usposabiały melancholijnie?
W chacie obok umieszczono wziętego w niewolę pułkownika francuzkiego. Otoczyli go rosyjscy oficerowie. Starali się, ale nadaremnie, coś z niego wyciągnąć.
Bagration dziękował serdecznie wszystkim komendantom, i kazał sobie opowiadać szczegółowo cały przebieg bitwy, jako też straty poniesione przez wojsko rosyjskie. Jenerał, któregośmy poznali w Braunau pułkownikiem, tłumaczył księciu szeroko i długo, jak zaraz na początku bitwy, pozbierał w szeregi żołnierzy po lesie rozproszonych, którzy zajęci byli rąbaniem drzewa. Kazał im się ustawić w dwa bataljony i poszedł z nimi na bagnety, rozbijając do szczętu kolumny nieprzyjacielskie.
— Skoro spostrzegłem, Wasza Ekscellencjo, że pierwszy batalion zaczyna jakoś mięknąć pod gradem kul, usunąłem go trochę na bok, mówiąc sobie w duchu: — „Puśćmy teraz naprzód tych drugich: przyjmiemy za to nieprzyjaciela salwą karabinową!” — I tak też uczyniłem...
Jenerał tak serdecznie pragnął atak wykonać, że w końcu sam uwierzył, jako w ten sposób wszystko się odbyło.
— Pozwolę sobie zauważyć — dodał jenerał, mając na myśli rozmowę z Kotuzowem — że podczas ataku na bagnety, szeregowiec Dołogow, wziął w niewolę w moich oczach francuzkiego oficera i odznaczył się w ogóle podczas bitwy męstwem nadzwyczajnem.
— W tej to właśnie chwili, Wasza Ekscellencjo, wziąłem i ja udział w szarży wykonanej świetnie przez pułk Pawłogrodzki — bąknął od niechcenia Gerkow, myszkując oczyma tędy i owędy. Rzeczywiście nie widział on dnia tego huzara, choćby na pokaz! i wiedział o szarży jedynie z opowiadań innych oficerów. — Rozbili oni w puch, Wasza Ekscellencjo, dwa czworoboki piechoty francuzkiej.
Uśmiechnęli się nieznacznie oficerowie z pułku huzarów, którzy należeli również do gości Bagrationa. Czekali po tych słowach na jeden z owych doskonałych i trafnych zawsze dowcipów Gerkowa. Gdy jednak po tem kłamstwie wierutnem, nie nastąpił żaden żarcik wesoły, a kłamstwo opiewało tryumf ich pułku, milczeli przybrawszy teraz minę nader poważną.
— Dziękuję wam wszystkim panowie! — przemówił serdecznie Bagration. — Wszystkie bronie bez wyjątku, piechota, konnica i artylerja, zachowały się w tym dniu pamiętnym dla nas, bohatersko! Jak się to jednak stać mogło, że zapomniano na wzgórzu o dwóch działach z centrum? — spytał jakby szukając kogoś wzrokiem po izbie.
O to ani spytał główno-dowodzący, co się zrobiło z baterją na lewem skrzydle, opuszczoną przez wszystkich od samego początku bitwy.
— O ile pamiętam, wydałem rozkaz, aby działa zabrać z tamtąd? — dodał zwracając się do oficera służbowego.
— Jedno było zagwożdżone — oficer zmięszany odpowiedział niepewnie i wymijająco — co się tyczy drugiego... na prawdę... nie wiem... nie pojmuję... Byłem tam obecny przez cały czas... powtórzyłem rozkaz otrzymany i... było tam djabelnie gorąco... — dodał od niechcenia, z miną nader skromną.
Ktoś zauważył, że posłano właśnie po kapitana Tonszyna.
— Wszak i ty tam byłeś książę? — Bagration spytał Bołkońskiego.
— Ma się rozumieć — potwierdził oficer z głównego sztabu. — Tylko żeśmy się przypadkiem rozminęli.
Tu pan oficer uśmiechnął się jak mógł najmilej.
— Nie miałem przyjemności, widzieć tam pana — odciął Andrzej krótko i ostro, jak to było u niego w zwyczaju.
Zapanowało na chwilę milczenie. Ukazał się właśnie w drzwiach izby Tonszyn, który przemykał się nieśmiało pomiędzy temi wszystkiemi matadorami wojskowemi. Jak zwykle zmieszany i zaniepokojony ich widokiem, potknął się na drzewcu od sztandaru, a jego niezgrabność wywołała w gronie oficerów śmiechy na pół tłumione.
— Jak się to stać mogło, że zostawiono na wzgórku dwa działa? — spytał Bagration marszcząc brwi. Przechylał się raczej ku partji Gerkowa, która z nim razem gotowała się więcej wydrwić i wziąć na fundusz Tonszyna, niżby miała skarcić niewczesnych żartownisiów, ujmując się za dzielnym kapitanem.
Teraz dopiero, wśród tego poważnego aeropagu, zaczynał pojmować biedny kapitaś, jak wielkiego dopuścił się błędu, opuszczając dwa działa! Dla czegóż raczej nie został i on zabitym! Straszliwe wypadki, które działy się w koło niego, przez kilka godzin; tylu jego żołnierzy położonych trupem na pobojowisku, zatarły w jego pamięci tę fatalną okoliczność. Stał niemy, spiorunowany przed wodzem naczelnym, i dopiero po dłuższej chwili zdołał wybełkotać:
— Nie wiem, Wasza Ekscellencjo... doprawdy... może... brak ludzi... koni...
— Czemuż nie użyłeś kapitanie owych dwóch bataljonów, zasłaniających twoją baterję?
Tonszyn mógł na śmiało odpowiedzieć, że przy jego baterji nie było nawet cienia jakichkolwiek bataljonów, i byłoby to szczerą prawdą. Bał się jednak skompromitować tem jakiego dowódzcę, któremu może wydano taki rozkaz, a on go nie wykonał. Stał więc dalej milczący, z wzrokiem wlepionym bezmyślnie w Bagrationa.
Milczenie przedłużało się, a sędzia Tonszyna, nie chcąc widocznie okazać się zbyt surowym, nie wiedział co ma dalej mówić. Książę Andrzej patrzał z pod oka na biednego kapitana, który miał minę nieszczęśliwą studenta wyłapanego na jakiejś psocie. Usta do krwi zagryzając, ściskał pięści kurczowo w najwyższem rozdrażnieniu. Wybuchnął nareszcie nie mogąc się dłużej pohamować:
— Wasza Ekscellencjo! — przerwał milczenie tonem ostrym i stanowczym — wysłany z rozkazem do baterji kapitana Tonszyna, zastałem ludzi jego w trzech częściach zabitych. Z koni również została mu zaledwie mniejsza połowa. Dwie armaty były roztrzaskane, a co się tyczy bataljonów, te ulotniły się bez śladu!
Bagration i Tonszyn pożerali wzrokiem mówiącego.
— Jeżeli Wasza Ekscellencja raczy mi pozwolić, to powiem otwarcie, że mojem zdaniem, powodzenie dzisiejszej potyczki z nieprzyjacielem zawdzięczamy głównie bohaterskiej dzielności, wytrwałości i męstwu nieustraszonemu, tak samego kapitana Tonszyna, jak i całej jego kompanji!
Nie czekając na odpowiedź wstał od stołu. Bagration spojrzał na Tonszyna, a nie chcąc uchodzić w tej sprawie drażliwej za niedowiarka, skinął głową potwierdzająco i powiedział Tonszynowi, że może już odejść.
Za kapitanem w tropy wyszedł z izby książę Andrzej.
— Dzięki stokrotne! — Tonszyn ścisnął rękę jego najserdeczniej w obu dłoniach — wyratowałeś mnie książę kochany z tarapaty nie lada!
Książę Andrzej nic mu już na to nie odpowiedział. Oddalił się, patrząc ze smutkiem na zacnego, a tak zapoznanego kapitana. Ciężar nieznośny serce mu przygniatał... Tak mu się wszystko dziwnem wydawało! tak było odmiennem od tego, czego spodziewał się i co sobie wyobrażał...
— Co to za jedni? Co oni robią? Kiedy to skończy się nareszcie? — pytał w duchu Rostow, śledząc wzrokiem gorączką zamglonym, cienie snujące się bezustannie w koło niego.
Ramię go bolało, coraz bardziej morzył go sen. Przed oczami latały płatki czerwone. Wszystkie wrażenia odniesione dnia tego, ten gwar głosów ludzkich, te nieznane mu postacie, to uczucie samotności, opuszczenia... wszystko, wszystko tonęło niejako w bolu fizycznym, który pozbawiał go chwilami wszelkiej przytomności... Tak, tak, to ci ranni żołnierze przygniatają go całym swoim ciężarem... zamęczają na śmierć... inni znowu wyciągają mu bez miłosierdzia ramię ze stawów... a jeszcze inni przypiekają mu ciało nad płomieniem... Aby pozbyć się ich wszystkich, zamknął oczy i zapomniał na chwilę o nieznośnem cierpieniu. W tej przelotnej sekundzie przesunęły się przed nim rozmaite osoby niby widma wywołane siłą magnetyczną. Zobaczył matkę z jej rączkami białemi i delikatnemi, potem Sonię, z szyjką cieniutką i wąziutkiemi ramionami podlotka. Następnie uśmiechały się do niego wesołe usteczka i oczka błyszczące Nataszki... dalej... dalej... widział przed sobą Denissowa, Teljanina, Bogdanicza i całą historją, którą z nimi przeszedł. Tę zaś nie miłą historję uosobistniał niejako w jego wyobraźni podnieconej gorączkowo, ten tam... ot! niedaleko... ten żołnierz z głosem tak przeraźliwym, z nosem zakrzywionym, jak dziób u sępa drapieżnego, który tak mu dokuczał, i tak niemiłosiernie ciągnął go za ramię bolące!
Starał się, ale nadaremnie, wydobyć ramię z tych ostrych szponów, które taką straszną mękę mu zadawały! Gdyby ten żołnierz okrutny, nie był mu go tak zmiażdżył bez litości, ramię byłoby zostało nietkniętem, i nie bolałoby go tak jak teraz boli nie do zniesienia.
Otworzył oczy: po nad łuną bijącą od dopalających się zgliszczy ogniska, rozciągał się czarny pas nocy; a w tej światłości, po nad ogniskiem, coś migało w powietrzu, niby piasek srebrny. Polatywał śnieg, jak puszek lekki i biały. Nie było ani lekarza, ani Tonszyna! Prócz jakiegoś biednego, chudego wojaka, który rozebrawszy się do naga, suszył mokre ubranie i bieliznę, rozgrzewając przytem członki skostniałe nad ogniskiem, nie było przy nim nikogo więcej.
— Nie jestem nikomu na nic potrzebnym — myślał Rostow z żałością serce przenikającą. — Nikt mnie nie chce poratować, nikt mnie nie pożałuje, a przecie niegdyś w domu byłem silny, zdrów, wesół, otoczony zewsząd miłością i najczulszem staraniem.
Westchnął, a westchnienie przeszło w jęk na pół stłumiony.
— Co ci to biedaku?... Cierpisz, nieprawdaż? — spytał ów żołnierz, roztrzepując nad ogniskiem mokrą koszulę, i dodał nie czekając na odpowiedź: — Co też dzisiaj biednych ludzi nakaleczono! narąbano! ni to trzasek w lesie, aż strach pomyśleć!
Rostow już go nie słyszał. Patrzał bezmyślnie na płatki śniegu, kręcące się w powietrzu coraz gęściej; i marzył o zimie w swojej ojczyźnie, o domu rodzicielskim, takim ciepłym, tak dobrze zaopatrzonym, tak pięknie co wieczór oświetlonym, o swojem futrze takiem miękkiem, o saneczkach eleganckich, mknących po śniegu na wyścigi z wiatrem, i widział siebie tak swobodnym, pełnym życia w tem rozkosznem otoczeniu...
— Po com ja wlazł samochcąc w to piekło? — szepnął z najwyższem rozgoryczeniem...
Francuzi nie powtórzyli nazajutrz ataku na wojsko rosyjskie i niedobitki pod dowództwem Bagrationa połączyły się niebawem z armją Kotuzowa.


KONIEC TOMU DRUGIEGO.





Tom III
I.

Książę Bazyli nie układał nigdy planów naprzód, tem mniej w głowie mu nawet nie postało, popełnić coś złego, by ciągnąć z tego na przyszłość korzyści. Był to po prostu człowiek wielkiego świata, któremu dotąd wiodło się wszystko, do czego tylko rękę przyłożył, uważał zatem każde w życiu powodzenie, za coś zwyczajnego i koniecznego.
Działał stosownie do okoliczności, do stosunków z tymi lub owymi. Do tej stałej zasady, naginał i zastosowywał rozmaite kombinacje, które budziły w nim najwyższe zajęcie i były celem jedynym jego życia. Jednakże sam przed sobą nie zawsze zdawał sobie sprawę, czemu postępuje tak, a nie inaczej? Miał jednocześnie dziesięć planów w głowie. Niektóre z nich zostawały niewykonanemi jako projekta rysujące się dopiero w umyśle, nieokreślone ścisłemi konturami. Inne przychodziły do skutku; a jeszcze inne nie udawały się i jemu, chybiając celu. W takim razie przechodził nad niemi do porządku dziennego, i zapominał o nich najzupełniej. Naprzykład: nie powiedział sobie nigdy z góry: — „Ten i ten, jest teraz u szczytu władzy, powinienbym zaskarbić sobie jego przyjaźń i starać się zyskać jego zaufanie, aby otrzymać za jego pośrednictwem to, lub owo“. — I tego naprzód nie powiedział nawet samemu sobie: — „Z Piotra zrobił się teraz pan miljonowy, postaram się wciągnąć go do mego domu, aby poślubił moją córkę i pożyczył mi na razie czterdzieści tysięcy rubli, których potrzebuję nieodzownie“. — Ilekroć jednak ten, lub ów, mogący dopomódz mu w jakikolwiek sposób znalazł się przypadkiem na jego drodze, instynkt zachowawczy podszepnął mu zawsze, w jaki sposób ów jegomość mógłby stać się dla niego pożytecznym, i jaką on, książę Bazyli, mógłby z tej znajomości korzyść wyciągnąć. Zbliżał się zatem do tego kogoś, wchodził z nim w stosunki najserdeczniejsze, w sposób najnaturalniejszy w świecie, pochlebiał mu, i umiał stać się dlań niezbędnym. Tak samo, niczego z góry nie układając, prawie bezmyślnie, śledził każdy krok Piotra w Moskwie. Dzięki jego wpływom, zamianowano hrabiego Bestużewa carskim szambelanem. W owej epoce była to ranga, równająca się radcy stanu. Następnie namówił Piotra, żeby powrócił z nim do Petersburga, i zamieszkał jak przedtem w jego domu. Trzeba przyznać, że książę Bazyli urządzał wszystko w ten sposób, żeby zbliżyć młodych i wydać córkę za hrabiego Bestużewa; robił to jednak z pewną niedbałością, jakby od niechcenia, niby sam nie domyślając się celu tego postępowania i przekonany szczerze, że inaczej przecież stać się nie mogło, tylko tak, jak się właśnie stało. Gdyby książę Bazyli był cokolwiek i kiedykolwiek naprzód układał; gdyby który z jego planów miał czas dojrzeć, nie mógłby był działać z taką dobrodusznością, z taką prawie naiwną prostotą, z jaką zwykle występywał w stosunkach tak z niższymi od siebie, jak i z tymi, którzy stali wyżej od niego. Jakaś siła niewidzialna popychała go zawsze ku tym, którzy byli bogatsi, lub mieli większe wpływy od niego. Umiał zaś ze zręcznością zadziwiającą schwycić w lot chwilę najsposobniejszą, aby z nich wyciągnąć dla siebie korzyść największą. Zaledwie Piotr został bogatym i hrabią Bestużewem, musiał pożegnać się ze swoją samotnością, a więc i swobodą, której dotąd używał w całej pełni. Ujrzał się otoczonym, i tak umiano zająć go sprawami najrozmaitszemi, że nie tylko nie mógł pomyśleć spokojnie, ale nie zostawiano mu prawie czasu odetchnąć. Musiał podpisywać jakieś dokumenta, biegać po sądach i biurach, o czem dotąd miał ledwie słabe wyobrażenie; musiał konferować ze swoim głównym zarządcą i pełnomocnikiem, zwidzać dobra leżące w okolicach Moskwy, i przyjmować mnóstwo ludzi, jemu najobojętniejszych, którzy dotąd udawali że nie wiedzą wcale, czy jakiś tam Piotruś na świecie istnieje. Gdyby teraz chciał się był uwolnić od tej nieznośnej dla niego pańszczyzny, i nie przyjmował tych intruzów, byliby się czuli obrażeni śmiertelnie. Sędziowie, prawnicy, dalecy krewni, znajomi, nawet nieznajomi, byli równie uprzejmi i nadskakujący w obec młodego dziedzica. Wszyscy zdawali się być głęboko przeświadczeni, o nadzwyczajnych i wzniosłych przymiotach Piotra. Obecnie obijało mu się co chwila o uszy: — „Dzięki pańskiej dobroci niewyczerpanej“ — albo — „dzięki pańskiemu sercu wspaniałomyślnemu“ — lub też — „Pan, który jesteś tak wzniosłym w swoich czynach“... „Ba! gdyby on miał pańską inteligencją“... „Cóż kiedy przewyższasz go rozumem, o całe niebo“ — i tak dalej... i tem podobnie... W końcu uwierzył sam w swoją „niewyczerpaną dobroć“, w „swoje wielkie czyny i pierwszorzędną inteligencję“. Co do tego zresztą, był on oddawna przekonany, że ma serce poczciwe, dla drugich wylane, i nie jest wcale ograniczonym. Ci nawet, którzy niegdyś byli mu najgorszymi wrogami, i prześladowali go na każdym kroku, stali się nagle w obec niego najmilszymi i najżyczliwszymi. Najstarsza z księżniczek, z figurą wysoką i chudą jak tyka, z usposobieniem cierpkiem i nieznośnem, z włosami przylepionemi do skroni, jak peruczka na głowie lalki; przyszła oświadczyć mu zaraz po pogrzebie, z oczkami skromnie spuszczonemi, z minką pokorną i twarzą rumieńcem pałającą, że nie może dość odżałować nieporozumień dawniejszych, że wprawdzie nie ma prawa do niczego, ośmiela się jednak błagać go jak o łaskę, żeby mogła po ciosie, który ją spotkał, przebyć jeszcze bodaj kilka tygodni w domu, tak przez nią ukochanym i gdzie poświęcała się przez tak długi przeciąg czasu. Zobaczywszy tonącą we łzach tę osobę tak zwykle apatyczną i na wszystko obojętną, Piotr ujął ją z całą serdecznością za obie dłonie, prosząc nawzajem o przebaczenie, choć właściwie nie wiedział za co ją przeprasza? Od tego dnia pamiętnego, księżniczka zaczęła robić dla niego na drutach szalik ciepły na szyję z włóczki w cienie.
— Zrób coś dla niej mój drogi! — wstawiał się za księżniczką Bazyli — wiesz przecie ile wycierpiała przy nieboszczyku, jaki był dokuczliwy i wymagający.
Przy tych słowach podsunął Piotrowi papier, w którym darowywał jej trzydzieści tysięcy rubli, z kapitałów w banku złożonych. Książę powiedział sobie w duchu, że trzeba i księżniczce dać bodaj kostkę do obgryzienia, aby zamknąć jej usta co do roli haniebnej, jaką on, książę Bazyli, odegrał w owej sprawie ze sławnym pugilaresem. Piotr poczciwy podpisał dokument bez wahania, po czem sucha i długa księżniczka, zaczęła otaczać go jeszcze czulszemi staraniami. Młodsze siostry poszły za dobrym przykładem danym przez najstarszą, szczególniej ta ładna z pieprzykiem. Zdarzało się często że Piotr był zażenowany i zakłopotany, jej uśmieszkami zalotnemi i rumieńcami, któremi płonęła na jego widok, skoro spotkali się gdziekolwiek sam na sam.
To ogólne przywiązanie do jego osoby, wydawało się Piotrowi tak naturalnem, że ani mu się przyśniło posądzić kogokolwiek o nieszczerość pod tym względem. Nie miał zresztą i czasu zastanawiać się głębiej i badać sam siebie co do tej kwrestji, tak był upojony czarem tych wrażeń zupełnie nowych dla niego. Czuł, że był niejako punktem, w koło którego krążyły sprawy wielkiej wagi, że oczekiwano i spodziewano się po nim czynności nieustannej. Jego bezczynność byłaby szkodliwą dla niejednego. Rozumiał doskonale, że mógłby obecnie zdziałać wiele dobrego, a jednak nie robił nic na własną rękę, wypełniając jedynie ściśle to, o co go proszono. Co do reszty, spuszczał się na traf, na zbieg okoliczności, które miały w przyszłości urzeczywistnieć jego chęci i marzenia.
Książę Bazyli zawojował z kretesem Piotra i wziął na siebie ogólny zarząd jego dobrami, nie mniej prowadzenie jego interesów. Chociaż czasami zdawać się mogło, że goni ostatkiem sił, jednak zdecydował się na to, aby tylko nie puścić samopas dziedzica tak wielkiego majątku, syna swego najlepszego przyjaciela, i nie oddać go na pastwę intrygom i wyzyskiwaniom rozmaitych łotrów i szalbierzy. W pierwszych dniach po śmierci hrabiego Bestużewa, kierował każdym krokiem Piotra i wskazywał mu co ma robić, nieledwie co ma komu powiedzieć. A czynił to głosem zmęczonym, który miał oznaczać:
— Wiesz, żem obarczony własnemi interesami. Jeżeli zajmuję się tobą, to li z chrześćjańskiego miłosierdzia. Sam zresztą powinieneś zrozumieć, że to, co ci proponuję, jest w tym wypadku rzeczą nieodzowną.
— A więc mój drogi, odjeżdżamy jutro — przemówił do Piotra dnia pewnego, przymykając oczy ze zbytku znużenia, tonem tak stanowczym, jakby ten projekt był oddawna ułożony między nimi. Przytem, jak to było u niego w zwyczaju, głaskał rękę Piotra swojemi trzema palcami. — Jedziemy tedy, a ja ofiaruję ci z największą przyjemnością miejsce w mojej podróżnej karecie. Tu już z grubszego udało mi się wszystko załatwić, a w Petersburgu czekają na mnie sprawy nader ważne i zwłoki nie cierpiące. Oto, com dostał świeżo od kanclerza. Zamianowano cię carskim szambelanem, i członkiem ciała dyplomatycznego.
Mimo tonu nader poważnego, i który nie znosił jakiejkolwiek opozycji, Piotr, zastanawiając się oddawna, jaki zawód ma obrać, chciał najenergiczniej zaprotestować przeciw temu mianowaniu. Książę Bazyli nie dopuścił go jednak do słowa. W wypadkach nadzwyczajnych, przemawiał głosem niskim, stłumionym, jakby z grobu wychodził:
— Ależ mój drogi, zrobiłem to sam dla siebie, aby mieć spokojne sumienie. Nie masz mi za co dziękować. Nikt jeszcze w życiu nie narzekał, że go zbyt kochają. Zresztą jesteś wolny najzupełniej, i porzucisz służbę kiedy zechcesz. Osądzisz to sam najlepiej stanąwszy w Petersburgu. Dziś sprawą dla nas najważniejszą, jest oddalenie się od tych wspomnień tak okropnie bolesnych...
Tu westchnął ciężko...
— Twój kamerdyner, mój drogi — dodał po chwili, tonem mniej uroczystym — pojedzie za nami w twoim powozie... Ale, ale, byłbym na śmierć zapomniał... Miałem pewne rachunki z twoim ojcem. Zatrzymałem też dochód z twoich dóbr Riancow. Tobie niepotrzebna ta sumka drobna... później przedłożę ci cały rachunek...
I rzeczywiście, ugrzęzły w kieszeni księcia Bazylego kilka tysięcy rubli, które wypłacano za dzierżawę owego majątku.
Atmosfera przesiąknięta czułością i wielbieniem, która otaczała Piotra w Moskwie, nie odstąpiła go również w Petersburgu. Sam uznał, że było czystem niepodobieństwem, nie przyjąć ofiarowanego mu urzędu, tem bardziej, że nie wymagano od niego żadnej roboty. Mnogie znajomości, zaproszenia spadające na niego ze wszech stron, utrzymywały go jeszcze bardziej niż w Moskwie w owym dziwnie błogim stanie snu na jawie; w tem ciągłem poruszeniu i pod wpływem szczęścia niewypowiedzianego, którego on w końcu zaznał w całej pełni.
Dawni towarzysze jego hulaszczych wybryków, rozpierzchli się po świecie. Gwardja maszerowała właśnie ku granicy. Dołogow służył w wojsku jako prosty szeregowiec; Anatol Kurakin był przydzielony do środkowego korpusu armji, a zaś Andrzej Bołkoński gdzieś już wojował... To też Piotr nie spędzał więcej nocy na swywolnych hulankach, co niegdyś sprawiało mu taką wielką przyjemność; nie miał nikogo pod ręką, z owych druhów serdecznych, z którymi gawędziło mu się tak miło, tak swobodnie. Cały czas pochłaniały bale, proszone objady, na które udawał się zawsze w towarzystwie księcia Bazylego, jego otyłej i wielce imponującej małżonki i ich córki, przepięknej księżniczki Heleny.
Jedną z pierwszych w Petersburgu, która dowiodła, jak niesłychanie zmieniło się usposobienie towarzystwa w obec Piotra, była panna Scherer.
Niegdyś, ilekroć znalazł się w obecności Anny Pawłówny, czuł instynktowo że wszystko, z czem się wyrwał, nie miało wiele sensu, że nie umiał postępować z taktem, według światowych reguł i konwenansów. Tak zdania jak i ocenianie bądź osób w towarzystwie, bądź bieżących wypadków, które w jego umyśle przedstawiały się jako nader trafne i świadczące o wyższej inteligencji, robiły się wprost głupiemi, skoro ośmielił się takowe głośno wypowiedzieć. Natomiast frazesa idjotyczne księcia Hipolita, przyjmowano z góry, jako kwintessencją rozumu i dowcipu. Dziś przeciwnie, cokolwiek Piotr wypowiedział, było uznane za coś „zachwycającego!“ Jeżeli Anna Pawłówna, wstrzymywała się czasem z wylewem swojego uwielbienia, to jedynie przez wzgląd na Piotra skromność znaną i uznaną.
Na początku zimy z roku 1805 na 1806, Piotr dostał zaproszenie na bilecie różowym, a w przypisku te słowa:
„Znajdziesz u mnie hrabio kochany, naszą prześliczną Helenkę, na którą nikomu nigdy nie naprzykrzyło się patrzeć i podziwiać“.
Przy czytaniu bileciku uczuł po raz pierwszy, że istnieje między nim a Heleną Kurakin pewien węzeł, który zwrócił widocznie uwagę wielu osób. Przeraziła go ta myśl. Pociągała ona za sobą rozmaite zobowiązania, do spełnienia których nie czuł najmniejszej ochoty. Zabawiło go i rozśmieszyło jednocześnie to przypuszczenie, tak zupełnie bezpodstawne.
Herbatka u panny Scherer, była podobniuteńką do wieczorku w zeszłem lecie. Różnicę jedyną stanowiła okoliczność: że tym razem nowalijką, ofiarowaną gościom dla zachęty, nie był Mortemart, lecz jakiś młody dyplomata świeżo przybyły z Berlina. Opowiadał on niesłychanie zajmująco, ciekawe i najnowsze szczegóły o pobycie cara Aleksandra w Poczdamie, gdzie dwaj dostojni przyjaciele, zaprzysięgli solennie jeden drugiemu sojusz wieczny, celem pogromienia i zniszczenia „wroga ludzkości!“ Anna Pawłówna przyjęła Piotra z lekkim odcieniem smutku, który nakazywała jej świeża strata, jaką poniósł w osobie ojca. Była to ta sama minka żałośna jaką zwykle przybierała, ilekroć zdarzyło jej się wspomnieć nawiasem o carowej Marji Fedorównie. Z taktem jej właściwym, potworzyła z swoich gości grupy rozmaite. Grupę główną stanowiło kilku jenerałów i książę Bazyli. Ci używali na nowalijce, i delektowali się młodym dyplomatą. Drugie mniejsze kółko, zgromadziło się przy stoliku z herbatą. Panna Scherer była w stanie podniecenia nerwowego, jakiego zwykł doznawać wódz naczelny na polu bitwy, w którego mózgu krzyżują się plany mistrzowskie, a brak mu czasu, żeby mógł wszystkie z nich wykonać. Spostrzegłszy że Piotr dąży w stronę pierwszej grupy, dotknęła się lekko jego ramienia:
— Zatrzymaj się hrabio kochany! Upatrzyłam dla ciebie na ten wieczór coś niezwykłego...
Spojrzała w stronę Heleny z uśmiechem wielce znaczącym:
— Moja śliczna i najlepsza Helenko, bądź miłosierną dla mojej biednej cioci, która cię uwielbia i pójdź zabawić ją przez jaki kwadransik. Oto nasz miły i kochany hrabia, chce podzielić z tobą to poświęcenie.
Zatrzymała Piotra przez chwilę, jakby mu chciała zwierzyć się z czemś:
— Nieprawdaż jaka zachwycająca? — szepnęła wzrokiem wskazując od niechcenia Helenę „płynącą“ majestatycznie ku „cioci“. — Jakie ułożenie królewskie, jaka powaga u tak młodziutkiej panienki. Stokroć szczęśliwy komu dostanie się ten skarb... Człowiek który ją poślubi, choćby pochodził z najniższej sfery, może być pewien, że dojdzie najwyżej... Czy podzielasz w tem moje zdanie hrabio kochany?...
Piotr odpowiedział łącząc pochwały własne, do uwielbień przesadzonych, jak zwykle, u panny Scherer, dla pięknej Heleny. Jeżeli kiedy o niej pomyślał, to uderzało go najpierw ułożenie pełne dystynkcji i brak zupełnej kokieterji w tej piękności pierwszorzędnej. Dotąd atoli nie odurzała go ona wcale i na jej widok serce nie zabiło ani raz żywiej w jego piersi.
„Ciocia“ wciśnięta jak zawsze w swój kącik, nie zdawała się tak nadzwyczajnie uszczęśliwioną widokiem „nadpływającej“ Heleny. Rzuciła nawet swojej siostrzenicy spojrzenie wystraszone, jakby ją pytała, co ma zrobić z tym fantem? Nie zważając na minę starej ciotuni, Anna Pawłówna przemówiła głośno do Piotra na odchodnem:
— Spodziewam się, że dziś hrabio kochany, chyba nie powiesz, że u mnie można się znudzić, co?
Helena uśmiechnęła się jakby zdziwiona przypuszczeniem czegoś podobnego. Czyżby mógł znudzić się ktokolwiek, komu dostało się w udziele szczęście nadzwyczajne podziwiania jej i rozmawiania z nią? Ciocia odchrząknąwszy raz i drugi, aby sobie głos oczyścić, zaczęła wynurzać Helenie po francuzku, ile znajduje przyjemności w jej towarzystwie. Zwróciwszy się do Piotra, powtórzyła słowo w słowo ten sam frazes. Podczas gdy rozmowa wlokła się leniwo, rwąc się i kulejąc co chwila, Helena obdarzyła Piotra jednym ze swoich uśmieszków najrozkoszniejszych i najbardziej promienistych, któremi zresztą szafowała hojnie, nie skąpiąc ich nikomu. Piotr tak do nich nawykł, że wcale na to uwagi nie zwrócił. Ciocia zaczęła się wypytywać, ile zostało tabakierek po jego ojcu? Kazała mu przy tej sposobności podziwiać swoją, bardzo misternie wyrabianą z portretem jej nieboszczyka męża na złocie emaljowanym.
— To pewno robota V.? — spytał Piotr wymieniając nazwisko sławnego w owym czasie miniaturzysty.
Pochylił się nad stoliczkiem, aby wziąć w rękę tabakierkę. Nudna rozmowa z ciocią, nie przeszkadzała mu wcale wytężać słuch, aby pochwycić cośkolwiek z rozprawy dyplomatyczno-politycznej, prowadzonej w głównem kole. Chciał właśnie powstać, gdy ciocia podała mu tabakierkę po nad głową Heleny. Ta pochyliła się, zawsze z tym samym czarownym uśmieszkiem. Miała na sobie według mody ówczesnej, staniczek mocno wycięty, na piersiach i na plecach. Jej gors prześliczny, pełny białości olśniewającej, zdał się Piotrowi wykutym z marmuru. Był tak blisko niego, że pomimo krótkiego wzroku mógł dopatrzeć żyłek najdrobniejszych na tej cudnej szyjce łabędziej, mógł podziwiać biustu linje klasyczne. Potrzebował tylko schylić się cokolwiek, aby dotknąć się ustami tych pulchnych ramion. Odczuwał instynktowo ciepło bijące od jej ciała, zmięszane z wonią perfum paryskich, któremi była zlana obficie. Podniecony nerwowo, słyszał trzeszczenie rogów w sznurówce, za każdem Heleny poruszeniem. Tym razem atoli nie uderzało go głównie piękno tego posągu marmurowego. Odgadywał on wdzięki rozkoszne ciała smukłego, giętkiego, które okrywała lekka gaza. Gwałtowność żądz czysto zmysłowych, które w tej chwili przeniknęły i wstrząsnęły nim do głębi, zatarła na zawsze pierwsze, mniej namiętne wrażenia. Nie mógł już wrócić do nich, tak samo jak nikt z nas nie może odszukać ułud wieku młodzieńczego, gdy raz je utraci.
— Nie uważałeś więc dotąd, jak jestem piękną? — zdawała się przemawiać do niego Helena. — Nie przyszło ci zatem nigdy na myśl, żem kobietą, — kobietą, którą każdy może posiąść, a ty jeszcze łatwiej od innych?
Piotr zrozumiał nareszcie mowę tajemną tych oczów fiołkowych, tego uśmiechu rozkosznego, tego ciała wyginającego się z gracją niezrównaną. Powiedział sobie w tej chwili, że nie tylko Helena mogłaby zostać jego żoną, ale będzie nią najniezawodniej. Tak był tego pewnym, jakby już odchodzili od ołtarza, przez księdza złączeni nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Jak to się stanie, dla czego? Tego jeszcze nie pojmował. Czy będzie z nią szczęśliwy? I z tego nie zdawał sobie sprawy. Przeczuwał raczej, że to będzie nieszczęściem dla niego, ale nie mniej wiedział z góry, że stać się to musi.
Spuścił oczy i podniósł je na nowo, starając się widzieć w niej znowu ową piękność lodowatą, imponującą, pełną dystynkcji, która do dziś dnia, zostawiała go tak spokojnym i najzupełniej obojętnym. Nie mógł odszukać owych wrażeń pierwotnych. Poddawał się bez oporu wpływowi magnetycznemu tej czarodziejki, czując, że jedyną zaporę między nim, a piękną księżniczką Heleną, mogłaby stanowić chyba jego własna wola.
— Zostawiam cię nadal, hrabio kochany, w twoim kąciku... Widzę, że ci tam bardzo dobrze — rzuciła mu w przelocie panna Scherer tonem żartobliwym.
Piotr przerażony, pytał się w duchu, czy nie popełnił jakiej nieprzyzwoitości, czy nie zdradził się przypadkiem z namiętnym niepokojem, który go na wskroś przenikał? Wstał natychmiast, i złączył się z głównem kółkiem, w którem punktem dośrodkowym był młody dyplomata.
Tu chwyciła go znowu, niby przypadkiem Anna Pawłówna:
— Powiadają — spytała od niechcenia — że hrabia upiększasz twój pałac w Petersburgu?
Tak było rzeczywiście. Budowniczy przez Piotra wezwany, zapowiedział zmiany niezbędne w urządzeniu pałacu, i on przystał z góry na wszystko.
— To bardzo dobrze, ale mimo to nie wyprowadzaj się hrabio od księcia Bazylego. Nic w życiu nam nie zastąpi takiego serdecznego, zaufanego przyjaciela. Mogłabym coś i ja o tem powiedzieć... — panna Scherer spojrzała czule i z uśmiechem w stronę księcia Bazylego. — Jesteś jeszcze hrabio tak młody... potrzeba ci rady kogoś doświadczonego... Wszak nie weźmiesz mi za złe, że korzystam z przysługującego mi przywileju jako starej kobiety, mówienia prawdy każdemu...
Zatrzymała się cokolwiek, czekając na komplement, na grzeczne zaprotestowanie, co mówi się zwykle kobietom, gdy wspomną o swoim wieku.
— Jak ożenisz się hrabio — kończyła z dość kwaśną minką, zawiedziona w nadziei — wtedy zmieni się zupełnie postać rzeczy.
Po tych słowach objęła oboje, Piotra i Helenę, jednym rzutem oka. Nie patrzyli na siebie, a jednak Piotr czuł bliskość Heleny i to go przerażało... Zamruczał jakąś odpowiedź banalną i niezrozumiałą.
Gdy wrócił późno w nocy do siebie, nie mógł długo zasnąć. Myślał i myślał ciągle o tem, czego doświadczył tam, w salonie panny Scherer. Teraz dopiero zrozumiał, że ta kobieta, którą znał dzieckiem, i mówił o niej najobojętniej w świecie: — „Jest piękną rzeczywiście“ — wznieciła w nim zmysłową pożądliwość, i że mógłby ją dostać każdej chwili.
— Ależ ona taka głupia! Zawsze przecież to mnie uderzało — mówił sobie w duchu. — Jest więc coś złego, coś prawie zakazanego w uczuciu, które we mnie wzbudziła. Czyż mi nie opowiadano pod sekretem, że była jakaś miłostka między nią, a tym oczajduszą Anatolem? Z tego nawet powodu miano go wyprawić czemprędzej z Petersburga. Jej drugi brat, to ten idjota Hipolit. Ojciec, książę Bazyli... Niedobrze wszystko się składa... Oj! nawet bardzo źle...
Mimo tych uwag niefortunnych, świadczących o nader lichej wartości moralnej, tak samej Heleny, jak i jej całej rodziny, Piotr nie mógł wstrzymać się od marzeń rozkosznych, gdy wyobraził sobie Helenę, jako swoją żonę. Łudził się błogą nadzieją, że pokochałaby go wtedy szczerze... To, co o niej głucho szeptano, mogło być tylko obmową, fałszem wierutnym. Taka piękna! czyż nie mogła wzbudzić zawiści, w tych, które natura nie tak hojnie w wdzięki wyposażyła? I znowu widział przed sobą nie księżniczkę Helenę, dystyngowaną i majestatyczną, ale jej ciało prześliczne, woniejące, osłonięte niby mgłą, lekkiemi draperjami gazy białej...
— Dla czegóż dotąd nie dopatrzyłem w niej tego wszystkiego?... — pytał się w duchu, znajdując, że ten związek małżeński, byłby czemś wstrętnem, czemś nieuczciwem, czemś ubliżającem godności jego, i wyrzucał sobie słabość nie do przebaczenia!
Przypominał sobie słowa, spojrzenia swoje własne, jak i pół-słówka, uśmiechy i aluzje nader przeźroczyste, tak panny Scherer, jak i księcia Bazylego. Zastanawiał się z trwogą śmiertelną, czy już nie posunął się zadaleko? Czy nie będzie zmuszony zbiegiem fatalnym okoliczności, uczynić coś złego widocznie, skoro wyrzuca mu to własne sumienie?... Wydając sam na siebie wyrok tak surowy, widział dalej majaczącą mu przed oczami i nęcącą ku sobie czarowną postać Heleny, opromienioną odurzającemi i zdradliwemi wdziękami.





II.

W roku 1805 we wrześniu, kazano księciu Bazylemu obejrzeć cztery gubernje. Wyprosił sobie u rządu tę missją, aby przy tej sposobności, nie tylko grosza z kieszeni nie wydając, ale grubo zarobiwszy na podobnej inspekcji, przejechać się po własnych dobrach, mocno zniszczonych i wyssanych. Po drodze chciał również przychwycić Anatola i zawieźć go do księcia Mikołaja Bołkońskiego, w celu ożenienia tego „syna marnotrawnego“, z córką jedyną starego dziwaka, skąpiarza, ale siedzącego nie mniej na miljonach. Zanimby jednak wdał się i rozpoczął tę nową kampanję, trzeba było skończyć raz z Piotrem i pokonać jego wahanie. Piotr przepędzał dni całe w domu księcia Bazylego, i był wiecznie ten sam, głupi, zmięszany i zakłopotany (zwykły zresztą stan u młodzików rozkochanych) wobec Heleny. Stał dotąd w jednem i tem samem miejscu, ani o krok nie posunąwszy się naprzód, nie decydując się ani tak, ani owak.
— Wszystko pięknie i dobrze, ale muszę raz porządek z tem zrobić — powiedział sobie pewnego ranka książę Bazyli z uśmiechem pełnym melancholji. Zaczynał znajdywać, że Piotr, który mu tak wiele zawdzięczał, nie postępował po formie w tym wypadku: — „Taka to młodość! płocha, nierozważna! Niech go Bóg ma w swojej opiece — myślał dalej — ale tak dłużej być nie może... Trzeba skończyć z tą sprawą. — Tu uśmiechnął się dobrodusznie, dziwiąc się własnej wspaniałomyślnej wybaczliwości. — Tak! tak! trzeba żeby się skończyło... Pojutrze Heleny urodziny: zgromadzę kółko naszych najserdeczniejszych... Jeżeliby jeszcze nie dorozumiał się co mu czynić wypada, sam będę nad tem czuwał... Jest to moją świętą powinnością jako ojca...
Minęło sześć tygodni od owego wieczoru u panny Scherer i od owej nocy spędzonej bezsennie, podczas której Piotr zawyrokował ostatecznie, że małżeństwo z Heleną byłoby jego zgubą, i że wypadało mu wyjechać czemprędzej, aby uniknąć tej niedoli. A jednak nie opuścił dotąd domu księcia Bazylego i czuł przerażony, że przykuwają go do Heleny pęta coraz silniejsze. Nie mógł już teraz zdobyć się na obojętność w jej obecności. Z drugiej zaś strony, nie miał również dość siły i stanowczości oderwać się od niej i widział się zmuszonym poślubić osobę, z którą przeczuwał to z góry, szczęścia wcale nie zazna. Byłby się może i wycofał jeszcze, gdyby nie przezorność księcia Bazylego. Ten nie przyjmując dotąd w domu prawie nikogo, teraz otwierał co wieczór swoje gościnne salony. Ile razy Piotr usiłował uwolnić się od tych zebrań w kółku najściślejszem, niemal rodzinnem, zawsze go gwałtem zatrzymywano, wmawiając weń, że popsułby tem gościom całą przyjemność, bo wszyscy cieszą się z góry na jego towarzystwo. Byłby to zatem zbyt bolesny zawód, gdyby jego brakowało w salonie księstwa. Podczas chwil krótkich, które książę Bazyli w domu spędzał; nie omieszkał nigdy bąknąć nawiasem, podając Piotrowi do pocałowania twarz świeżo ogoloną: — „Do zobaczenia, mój drogi, dziś przy objedzie“ — lub — „dziś wieczór! Jeżeli zostaję w domu, to wyłącznie dla ciebie Piotrusiu kochany! Chciej mi wierzyć“... — A jednak mimo tych zapewnień, że tylko dla Piotra zostaje, prawie nie widział go przez cały wieczór, rzucając młodego człowieka na pastwę wyłączną Helenie.
Piotr nie miał odwagi rozwiać jego nadziei. Powtarzał sobie z dnia na dzień:
— Postaram się poznać ją lepiej. Omyliłem się może w sądzie o niej... Czyżbym raczej teraz widział wszystko fałszywie?... Teraz nie wydaje mi się wcale ograniczoną... Jest przeciwnie zachwycającą! Mówi niewiele, to prawda, nie powie jednak nigdy nic niedorzecznego i wygląda zawsze pewna siebie, bez cieniu zmięszania lub zakłopotania.
Próbował czasem wciągnąć ją w jaką dysputę w kwestjach naukowych. Odpowiadała niezmiennie głosikiem pieszczonym, tonem najłagodniejszym, coś takiego, co świadczyło jak mało interesu przedstawiała dla niej ta kwestja; a częstokroć rzucała na Piotra spojrzenie i uśmiech tak słodki i upajający, że Piotr przyznawał w ducha pokorze, iż go przewyższa o całe niebo. Miała zresztą słuszność najzupełniejszą uważać jego mądre dysertacje za bzdurstwa wierutne; bo i czemże one były w porównaniu z jej uśmiechem? A miała dla Piotra w zapasie uśmieszek wyłączny, dziwnie promienisty i okazujący ufność bezgraniczną. Był on inny, w niczem niepodobny do owych uśmiechów konwencjonalnych, pospolitych, któremi świat cały obdarzała. Piotr wiedział od dawna, że czekają na słowo jego, na krok przekraczający pewną granicę, wiedział również i o tem, że będzie zmuszony granicę przekroczyć, pomimo trwogi nieokreślonej a niepokonanej, która go opanowywała ilekroć o tem pomyślał. W przeciągu tych sześciu tygodni, czuł się pociągniętym bezwiednie, nad sam brzeg owej przepaści, i pytał się w duchu:
— Gdzież moja siła, moja stałość i energja? Czyż dam się wiecznie wodzić na pasku?
W tych strasznych walkach mogło zdawać się rzeczywiście, że zamierała w nim wszelka siła, wszelka samodzielność. Piotr należał do tej nielicznej kategorji ludzi, którzy dopóty są silni i działają z całą energją, póki nie czują żadnego ciężaru na własnem sumieniu. W chwili jednak, gdy pochylony nad ową nieszczęsną tabakierką „cioci“, uczuł się pochwyconym i opanowanym przez szatana żądzy cielesnej, siła jego i samodzielność zostały ubezwładnione przeświadczeniem o własnej jego winie.
Małe kółko krewnych i najserdeczniejszych przyjaciół, (tak przynajmniej utrzymywała księżna Bazylowa), zgromadziło się na wieczór u Kurakinów, aby uczcić dzisiejszą solenizantkę. Na samym wstępie dano gościom zręcznie do zrozumienia, że tego wieczora mają rozstrzygnąć się przyszłe losy księżniczki Heleny. Księżna Kurakin, niegdyś piękność pierwszorzędna, dziś jeszcze imponująca, mimo że rysy twarzy rozlały się cokolwiek, a kibić popsuła zbyteczna otyłość, siedziała na głównem miejscu przy wieczerzy. Po jednej i drugiej stronie miała gości najznakomitszych: jakiegoś jenerała z żoną i pannę Scherer. Dalej pousiadali inni goście; Piotr, ma się rozumieć, obok Heleny. Książe Bazyli nie jadał nic na wieczór, nie usiadł więc przy stole, tylko przechadzał się po sali, rzucając po słówku od niechcenia, to jednemu, to drugiemu z zaproszonych.
Był w doskonałym humorze, każdemu prawił grzecznostki, prócz Piotra i Heleny, do których ani się odezwał, jakby wcale nie spostrzegał ich obecności. Stół jadalny był rzęsiście oświetlony. Mnóstwo świec płonących odbijało się jaskrawo, w pysznej zastawie z srebra, kryształów i kosztownej sewrskiej porcelany. W koło stołu kręciła się służba, w liberji ponsowej, suto szamerowanej złotemi galonami. W sali panował gwar niesłychany. Słychać było ze wszech stron szczęk nożów i widelców, brzęk szklanek, kieliszków, talerzy, i głosy pomięszane rozmawiających. Pewien stary i łysy szambelan, zapewniał żartobliwie, równie niemłodą baronowę, siedzącą obok niego, o swojej dla niej namiętnej miłości. Staruszka odpowiadała mu na te oświadczyny płomieniste, wybuchem śmiechu szalonego. Inny gość opowiadał najnowszy skandalik, który zdarzył się w budoarze najulubieńszej aktorki, Marji Wiktorówny. Książę Bazyli znowu ściągał ogólną uwagę dam, opisując im w sposób niesłychanie komiczny, ostatnie posiedzenie Rady państwa. Wśród posiedzenia, wręczono nowo zamianowanemu gubernatorowi w Petersburgu, z nakazem odczytania w głos, sławny manifest cara Aleksandra, wydany do armji. W tym manifeście monarcha wspominał nader łaskawie, o mnogich dowodach wierności i przywiązania, które ludy jego składają mu w dani, i raczył zapewnić, że najmilszemi będą mu zawsze owe, składane przez sam Petersburg u stopni jego tronu, że czuje się dumnym, iż może panować nad takim narodem, i postara się dowieść czynami, że jest godnym piastować berło tak potężne.
— Manifest zaczynał się od tych słów — opowiadał książę Bazyli: „Sergjuszu Kuśmiczu, dochodzą nas wieści ze wszech stron“... — i tak dalej, i tem podobnie...
— Jakto? — spytała jedna z pań śmiechem wybuchając — i nie czytał dalej?
— Ani jednego słowa więcej... „Sergjuszu Kuśmiczu, ze wszech stron... ze wszech stron Sergjuszu Kuśmiczu“... i na tem utknąwszy biedny Wiaśmitynów, nie był wstanie czytać dalej — książę Bazyli sam trzymał się za boki od śmiechu. — Zaczynał czytać kilka razy, ilekroć jednak wymówił głosem drżącym „Sergjuszu Kuśmiczu“, łzy zaczynały go dławić, a przy słowach: „ze wszech stron“ tak już łkał, że nie było mowy o dalszem czytaniu. Wyciągał czem prędzej chustkę z kieszeni, obcierał łzy rzęsiste i nos siąkał z hałasem... W końcu musiał ktoś inny ofiarować się do odczytania carskiego manifestu.
— Nie bądź książę takim złośliwym! — pogroziła mu panna Scherer, śmiejąc się nie mniej od innych — to taki zacny i poczciwy, ten nasz kochany Wiaśmitynów!
Wszyscy ginęli od śmiechu, prócz Piotra i Heleny. Ci wstrzymywali się z wielkim trudem, starając się zapanować nad uśmiechem w innym rodzaju, rozpromienionym i jednocześnie nieśmiałym, który wywoływały co chwila na ich usta uczucia tajemne, rozpierające im serca i popędzające do głowy krew wzburzoną.
Mimo wesołej gawędy w koło nich; mimo że śmiano się i żartowano przy stole; zjadano z wielkim apetytem pasztety, lody, ciasta; zapijano wina reńskie i francuzkie, niby na nich wcale nie patrząc; odczuwali oboje instynktownie, po szybkich rzutach oczu tego, lub owego, po śmiechu wybuchach, po anegdotce o „Sergjuszu Kuśmiczu“, że to wszystko było komedją, i że cała uwaga towarzystwa skierowana jest ku nim coraz bardziej, mimo, że za przykładem samego gospodarza, goście udają, jakoby ich wcale nie widzieli. Naśladując głos drżący i łkanie „Sergjusza Kuśmicza“, książę Bazyli patrzał z pod oka na córkę i mówił w duchu:
— Dobrze idzie... dziś sprawa musi się rozstrzygnąć!
W oczach Anny Pawłówny, gdy mu groziła paluszkiem figlarnie, czytał wyraźnie życzenia składane mu z okazji przyszłego córki małżeństwa. Księżna matka, obrzucając córkę wzrokiem gniewnym i proponując tonem smętnym kieliszek wina siedzącej obok niej jenerałowej, zdawała się jej mówić: — Tak, tak, moja droga! Nic nam już w życiu nie zostaje, jak chyba wypić kieliszek wina słodkiego. Teraz kolej na młodsze pokolenie i na ich zuchwale miłostki! na ich szczęście, którem nas tylko drażnią!
— Oto są prawdziwe w życiu rozkosze — myślał ów młody dyplomata, spozierając kiedy niekiedy na parę zakochaną. — Jakże suchemi i niesmacznemi wydają się mnie samemu owe brednie polityczne, których tyle dziś naplotłem, obok tamtych dwojga milczenia tak wymownego!
Wśród spraw drobiazgowych i sztucznie wyśrubowanych, które zajmowały i poruszały to całe towarzystwo, odróżniało się zwycięzko i wysuwało się na pierwszy plan, uczucie naturalne. Był niem pociąg niepohamowany dwojga ludzi młodych, przystojnych, pełnych sił żywotnych i jędrności. To uczucie górowało w sposób prawie przygniatający, rozwalając sztuczną budowę, spraw i interesów urojonych. Nie tylko rodzice Heleny i goście, byli zajęci młodą parą, mającą się wkrótce skojarzyć węzłem nierozerwalnym. Służba nawet kręcąca się w koło stołu, zatrzymywała się w pół drogi, zagapiona i zapatrzona w twarze szczęściem promieniejące Piotra i Heleny.
Piotr płonąc co chwila rumieńcem, był jednocześnie dumnym i pomięszanym, gdyż stał się celem powszechnej uwagi. Znajdował się w położeniu człowieka tak zatopionego w jednym przedmiocie, że staje się prawie głuchym na resztę swojego otoczenia. Chwilami tylko coś mu zamajaczy błyskawicznie przed oczami, i znowu świat zewnętrzny zapada w ciemności.
— Wszystko zatem skończone... jak to mogło nastąpić tak prędko?... Bo nie podobna mi już cofnąć się... Niemożliwe... dla niej... dla mnie... dla tych tam wszystkich. Są tak o tem silnie przeświadczeni, że nie mogę zawieść ich nadziei...
Oto, co sobie Piotr mówił w głębi ducha, wpatrując się z rozkoszną dreszczą w biust i ramiona olśniewającej białości, które prawie ocierały się o niego. Czasami wstyd go ogarniał mimowolnie. Ta ogólna uwaga zwrócona ku nim, sprawiała mu przykrość niewypowiedzianą. Wstyd mu było okazywać się tak naiwnie szczęśliwym. Wstydził się również roli Parysa, uwodziciela pięknej Heleny. Czyż ona była stosowną dla takiego jak on niezgraby, nie grzeszącego bynajmniej pięknością fizyczną? Tak jednak miało być i tak będzie. To fatum nieodwołalne, pocieszało go trochę. Przecież ze swojej strony, nie wywołał tego niczem... Wyjechał z Moskwy razem z księciem Bazylim i zatrzymał się chwilowo w jego domu... dla czego nie miałby był tego uczynić?... Potem grywał z nią czasem w karty, podnosił kłębek, lub woreczek z robotą, jeżeli ten upadł na posadzkę, szedł razem na przechadzkę... Kiedyż zaczęło się to właściwie?... A teraz są już prawie narzeczonymi... Ona jest tu, przy jego boku... Widzi ją, odczuwa, poi się jej oddechem, podziwia jej piękność... Nagle głos znany wyrwał go z głębokiej zadumy, powtarzając po raz drugi to samo pytanie:
— Powiedz mi Piotrze kochany, kiedyś miał list ostatni od Bołkońskiego? Pytam i pytam... a tyś głuchy na wszystko... Czemu jesteś dzisiaj tak niesłychanie roztargnionym?...
Piotr zauważył w tej chwili, że całe towarzystwo uśmiechało się znacząco, patrząc na niego i na Helenę.
— Mniejsza o to — pomyślał. — Niech się zresztą domyślają, skoro to jest prawdą niezbitą...
I na jego ustach szerokich, czerwonych, zaigrał uśmiech dobroduszny, prawie dziecinny.
— Kiedyż odebrałeś od niego list ostatni? Czy pisał do ciebie z Ołomuńca?
— Mam-że ja czas myśleć o podobnych drobnostkach? — Piotr powiedział sobie w duchu. — Tak... z Ołomuńca, o ile pamiętam — odrzucił wymijająco.
Gdy wszyscy ruszyli się od stołu, on podał ramię swojej sąsiadce i odprowadził ją do salonu, idąc za innemi parami. Kilka osób odeszło natychmiast, nie pożegnawszy się nawet z Heleną. Niektórzy zbliżali się do niej na sekundę, kładnąc nacisk na to, że nie chcą jej przeszkadzać. Każdy z osobna błagał ją, żeby go nie odprowadzała.
Dyplomata odchodził smutny i zafrasowany. Jakże błahą wydała mu się jego cała karjera, mimo że ją tak świetnie rozpoczynał, w obec szczęścia tych tam dwojga młodych ludzi. Stary jenerał zapytany przez żonę, czy nie odzywają mu się przypadkiem bole reumatyczne, mruknął jakąś kwaśną odpowiedź, a szepnął sam do siebie: — Głupia stara! Mówcie mi o Helenie Bazylównie. To wcale inny gatunek! Ta będzie jeszcze piękną i w latach pięćdziesięciu.
— O ile mi się zdaje, mogę ci z serca powinszować księżno kochana! — szepnęła słodziutko na odchodnem Anna Pawłówna do matki Heleny, ściskając ją najczulej. — Gdyby nie moja nieszczęsna migrena, zostałabym dłużej z wami.
Księżna nic nie odpowiedziała. Zazdrościła córce. Gdy się tak żegnano i gości odprowadzano jednych za drugimi, Piotr znalazł się sam na sam z Heleną, w małym saloniku. Nieraz ich tam samych zostawiano, a jakoś dawniej nie przyszło mu nigdy na myśl i nie zebrała go ochota mówić jej o miłości. Czuł że nadeszła chwila stanowcza, a jednak nie mógł odważyć się na ten krok ostateczny. Wstydził się samego siebie. Zdawało mu się, że zajmuje miejsce przy Helenie, przeznaczone zupełnie dla kogo innego.
— Nie dla ciebie to szczęście! — słyszał w głębi duszy jakiś głos tajemny. — Jest ono dla tych, którzy nie posiadają tego co ty.
Trzeba jednak było przerwać milczenie. Spytał czy była zadowoloną z dzisiejszej zabawy? Odpowiedziała ze zwykłą u niej prostotą, bez cieniu przesady, że nigdy jeszcze w życiu nie spędziła dnia urodzin tak przyjemnie, jak w tym roku. Krewni najbliżsi rozmawiali dotąd w głównym salonie. Książę Bazyli wszedł na chwilę do saloniku, zbliżył się do Piotra mimochodem, a ten nie znalazł nic lepszego do zrobienia, jak zerwać się na równe nogi, oświadczyć, że jest już bardzo późno. Padło na niego ojca spojrzenie piorunujące i badawcze zarazem, czem dawano mu do poznania, że słowa jego są zupełnie niezrozumiałe. Natychmiast jednak książę Bazyli zmienił wyraz twarzy, uśmiechnął się słodziutko i dobrodusznie, zmuszając Piotra żeby usiadł napowrót:
— I cóż, kochana moja Helenciu? — przemówił do córki tonem nader czułym, który starał się naśladować, chociaż dzieci wcale nie kochał, uważając je za ciężar w życiu nieznośny. — „Sergjuszu Kuśmiczu, z wszystkich stron...“ — zanucił zcicha drwiąco mnąc niecierpliwie w palcach guzik od kamizelki.
Zrozumiał Piotr, że księciu Bazylemu idzie wręcz o co innego w tej chwili, niż o jakąś tam banalną anegdotkę, a i ojciec Heleny odczuł, że odgadnięto jego tajne myśli i pragnienia. Porzucił ich nagle i wrócił do salonu. Młodemu człowiekowi zdawało się, że spostrzega na twarzy starca głębokie wzruszenie i niepokój. To go rozczuliło. Zwrócił się ku Helenie. Była jakby zawstydzona i pomięszana, a jej wzrok zdawał się mówić:
— Pańska wina!... nie moja!
— To mnie już ominąć nie może! tak być musi!... kiedyż nie jestem w stanie!... powtarzał w duchu, zaczynając mówić o rzeczach najobojętniejszych w świecie. Spytał Helenę między innemi, w czem właściwie tkwi dowcip i sens moralny tej anegdotki o „Sergjuszu Kuśmiczu?“
Helena odrzuciła wymijająco, że nic nie wie, bo wcale nie słyszała ojca opowiadania.
W salonie księżna Kurakin rozmawiała o Piotrze z jakąś damą w starszym wieku:
— Zapewne, jest to świetna partja, ale czy majątek może szczęście zapewnić, moja droga?...
— Hm! hm! — bąknęła staruszka. — Powiadają „że śmierć i żona, od Boga przeznaczona“ — trzeba zatem wierzyć, że tam, w górze, zapisane są małżeństwa...
Książę Bazyli, który w tej chwili wrócił do salonu, usiadł w kącie najciemniejszym i zdrzemnął się na chwilę. Głowa opadła mu naprzód i to go obudziło.
— Sasza! — rzekł do żony oczy otwierając — zobacz co oni tam robią.
Księżna rzuciła okiem od niechcenia w głąb saloniku, przeszedłszy koło drzwi:
— Siedzą jak siedzieli! — odpowiedziała mężowi wzruszając miłosiernie ramionami.
Książę Bazyli zmarszczył brwi. Policzki mu zadrgały, usta wykrzywiły się niemiło. Twarz przybrała wyraz pospolity, prawie brutalny. Otrząsł się ze śpiączki, przetarł oczy i wszedł krokiem zamaszystym do saloniku. Minę miał tak uroczystą i tryumfującą, że Piotr zerwał się przerażony:
— Dzięki Bogu! — wzniósł oczy w górę. — Żona wszystko mi opowiedziała. — Ujął w ramiona najprzód Piotra, potem córkę i uściskał najserdeczniej. Głos mu drżał: — Tak kochałem twego ojca Piotrze!... będzie dla ciebie żoną najlepszą, z poświęceniem!... Niech was Bóg błogosławi!...
Łzy ściekały mu po policzkach.
— Księżno! księżno! — zawołał radośnie. — Chodźże tu!
Znowu uścisnął córkę z wykrzyknikami urywanemi:
— Moja Heleńciu! moje serduszko! co za radość! jakie szczęście!...
Weszła i księżna tonąc we łzach i owa poważna matrona, udawała że obciera z łez oczy suchuteńkie. Wszyscy po kolei ściskali Piotra, Piotr zaś na odwrót im ręce wycałowywał, a najdłużej pozostał z ustami, na białej rączce Heleny. W chwilę później znaleźli się znowu sam na sam.
— Tak miało być i tak jest — Piotr pomyślał. — Nie ma po co pytać teraz, czy stało się dobrze, czy źle?... Raczej dobrze, bo skończyła się raz moja niepewność i moje wahanie.
Trzymał dotąd w dłoni rękę narzeczonej, której pierś podnosiła się i opadała gwałtownie.
— Helenko! — rzekł w głos. I zatrzymał się nagle... — Jest przecież w zwyczaju — pomyślał — powiedzieć cokolwiek w takim wypadku nadzwyczajnym, ale co to się mówi właściwie?...
Nie mógł sobie tego przypomnieć. Spojrzał na nią, ona przysunęła się bliżej płonąc rumieńcem.
— Ah! zdejm je! zdejm! — zawołała wskazując z niechęcią na jego okulary.
Zdjął je natychmiast. Oczy jego miały teraz wyraz dziwny: niepewny, wytrzeszczony i jakby strwożony, zwykły u ludzi przyzwyczajonych do noszenia szkieł. Pochylił się nad jej ręką, gdy tymczasem ona ruchem szybkim i gwałtownym, porwała go oburącz za głowę i usta do jego ust przycisnęła w namiętnym pocałunku. Ta nagła zmiana, jej zwykłej dystynkcji, i obejścia prawie zimnego i pełnego przyzwoitej wstrzemięźliwości, na takie oddanie mu się bezwarunkowe, uderzyła Piotra nieprzyjemnie:
— Źle!... bardzo źle!... nie podoba mi się to wszystko... Ale przepadło!... rzecz skończona!... zresztą... wszak ją kocham... — mówił sobie w duchu.
— Kocham cię, Helenko! — wyksztusił nareszcie z wielkim trudem.
To wyznanie zabrzmiało tak nędznie w jego własnych uszach, że aż wstydem zapłonął.
W sześć tygodni później był już ożenionym i zamieszkał z żoną w świeżo odnowionym pałacu wspaniałym po zmarłym hrabi Bestużewie. Opowiadano sobie o nim, jako o człowieku najszczęśliwszym pod słońcem. Czyż nie posiadał niezliczonych miljonów, i najpiękniejszej kobiety w całym Petersburgu?





III.

Stary książę Bołkoński, dosłał sztafetę od księcia Bazylego. Działo to się w grudniu roku 1805. Książę Bazyli donosił mu w krótkim liście, o przybyciu swoim wraz z młodszym synem, Anatolem.
„Polecono mi inspekcję w kilku gubernjach — pisał książę Bazyli. — Nakładam wprawdzie sto wiorst drogi, ale nie mogę wstrzymać się, żeby nie odwidzieć i nie złożyć winnego uszanowania, mojemu osobliwszemu dobroczyńcy. Towarzyszy mi mój syn; Anatol. Wszak książę raczysz pozwolić, żeby i on wyraził Ci osobiście ową cześć, którą ja mu wpoiłem, dla Twojej, książę, dostojnej osoby“.
— Tem lepiej! — wyrwało się niepotrzebnie roztrzepanej, jak zwykle, księżnie Andrzejowej. — Nie będziemy potrzebowali wprowadzać w świat Maryni... Konkurenci przyjeżdżają, szukać jej i dobijać się o nią na miejscu!
Książę usłyszawszy te słowa nierozważne, zmarszczył brwi groźnie i więcej przez cały objad ust nie otworzył.
W dwa tygodnie po odebraniu listu, zjawił się najprzód cały tabor, poprzedzający księcia Bazylego. Nazajutrz przybył on sam z Anatolem.
Stary książę Bołkoński miał od dawna nie najlepsze wyobrażenie o wartości moralnej księcia Bazylego. Odkąd ten zaczął piąć się wyżej i wyżej, obdarzany tak przez cara Pawła, jak i przez jego następcę, cara Aleksandra, coraz nowemi tytułami i dostojeństwami, zła opinja spotęgowała się w nim i zmieniła prawie w pogardę. Zrozumiał on myśl i pragnienia ukryte pomiędzy linjami; co zresztą potwierdziła mała księżna swojemi niedyskretnemi i niezręcznemi insynuacjami, po co właściwie zjeżdżał Anatol? To wszystko wprawiło starego dziwaka w wściekły humor. Mówiąc o księciu Bazylim i jego synu, klął od wszystkich djabłów. W dniu, w którym się ich spodziewano, zrzędził i piorunował na wszystkich jeszcze więcej, niż zazwyczaj. Czy psuło mu humor w ogóle przybycie księcia Bazylego? Czy zamiary jego, co do swatania syna z księżniczką Marją? Dość, że był w psim humorze.
Kamerdyner Tykon radził nawet budowniczemu, żeby wcale do księcia nie wchodził.
— Czy nie słyszycie jego kroków? — zwrócił uwagę profana w tym względzie, na odgłos kroków księcia w jego pracowni. — Chodzi na samych piętach, a tak niemi wali, jakby chciał w posadzce dziury prześwidrować! My doświadczeni, wiemy co to znaczy!
Mimo złego humoru, o dziewiątej z rana, jak zwykle, książę wyszedł na przechadzkę, w krótkiem futerku aksamitnem, podbitem i obłożonem sobolami. Na głowie miał kołpak z tego samego futra. Wilją padał śnieg obficie. Alea, po której przechadzał się tam i napowrót, aż do oranżerji, była już czysto zamieciona. Powracał właśnie ogrodnik po skończonej robocie, a łopata tkwiła w stosie śniegu zgarniętego, po który miano zajechać niebawem i wywieźć go z ogrodu. Książę obszedł w ponurem milczeniu wszystkie budynki.
— Czy można przejechać saniami? — spytał starego ekonoma, który szedł krok w krok za swoim panem i zdawał się być tegoż kopią najwierniejszą.
— Śnieg był bardzo głęboki, Wasza Ekscellencjo, wydałem też rozkaz przekopania zasp śnieżnych na głównej drodze.
Książę skinął głową w milczeniu i zaczął wstępywać na stopnie kamienne ganku.
— Dzięki niebu! Burza zażegnana! — pomyślał ekonom. Dodał zaś głośno: — Byłoby trudno przejechać Wasza Ekscellencjo... słysząc zaś że minister ma tu zjechać...
Książę odwrócił się szybko, mierząc go wzrokiem rozgniewanym.
— Jaki minister? Co za minister? Kto tu śmie rozkazy wydawać?! — krzyknął głosem na wskroś przenikającym. — To dla księżniczki Marji, mojej córki, drogi nie przekopują, a dla jakiegoś tam ministra!... Żaden minister nie przyjeżdża!...
— Sądziłem, Wasza Ekscellenejo!...
— Tyś ośmielił się sądzić?! — książę tracił z gniewu przytomność. Bełkotał słowa urywane: — Tyś sądził?!... złodzieju!... zbóju!... urwipołciu!... ja cię tu zaraz nauczę sądy wydawać!
Podniósł w górę laskę sękatą i byłby nią najniezawodniej grzmotnął z całej siły po plecach Alpatycza, gdyby ten nie był się w czas cofnął wiedziony instynktem zachowawczym.
Przerażony tym ruchem mimowolnym i tak zresztą naturalnym, Alpatycz schylił napowrót siwą i łysą głowę przed księciem. Ten jednak mimo aktu pokory i poddania się a może właśnie z tego powodu nie podniósł więcej laski na staruszka, tylko wrzeszczał dalej jak opętany:
— Zbóju!... łotrze jeden!... zrzucić mi nazad śnieg na drogę!...
I wszedł do siebie drzwi zatrzaskując.
Księżniczka Marja i panna Bourrienne, czekały jak codzień na księcia z objadem. Wiedziały że jest w psim humorze, ale ładna twarzyczka francuzkiej kobietki nie zmieniła się ani na włos. Na jej ustach igrał zwykły uśmieszek swywolny, który zdawał się mówić:
— Wielka rzecz! Co mnie to obchodzi! Ja nie boję się nikogo i będę zawsze tą samą!
Co do księżniczki Marji, ta chociaż czuła, że powinnaby naśladować te spokojną obojętność, nie była w stanie zdobyć się na nią. Była blada, wystraszona i stała drżąc jak osika z oczami spuszczonemi.
— Jeżeli udam, że nie spostrzegam wcale ojca złego humoru — mówiła sobie w duchu — pomyśli, że nie dbam o niego i nie okazuję mu życzliwości. Gdy będę milcząca i smutna, nazwie mnie nieznośną kapryśnicą, wiecznie chmurną i skwaszoną...
Książę istotnie zmierzył twarz przerażoną córki wzrokiem piorunującym.
— Głupia gęś! — syknął przez zęby zaciśnięte. — A gdzież tamta? Czy już i ją uprzedzono?... Gdzie jest księżna? Czy chowa się przedemną?
— Trochę cierpiąca — odpowiedziała Francuzka ze swoim najsłodszym uśmieszkiem. — To coś tak naturalnego w jej położeniu! Dziś nie przyjdzie na objad...
— Hm, hm! książę odkrząknął siadając ciężko przy stole.
Talerz wydał mu się źle obtarty. Rzucił go po za siebie. Tykon pochwycił go w powietrzu i podał do przetarcia lokajowi.
Mała księżna czuła się zupełnie zdrową, dowiedziawszy się jednak o wściekłym humorze księcia, wolała zostać u siebie i nie pokazać mu się wcale.
— Lękam się o dziecko: Bóg wie coby stać mu się mogło, gdybym przestraszyła się nagle — zwierzała się przed Francuzką, którą pokochała serdecznie. Panna Bourrienne spędzała u księżnej dni całe, a czasem nawet i noce. Liza nie żenowała się jej zupełnie i przed nią nie przestawała wygadywać na swego teścia, krytykując go i osądzając nader surowo, od pierwszej bowiem chwili, wzbudził w niej trwogę i wstręt nie do pokonania.
Ostatnie to uczucie było wzajemne, tylko że u starego księcia, pogarda dla tej laleczki wielkoświatowej, przewyższała jeszcze odrazę, którą w nim wzbudzała.
— Słyszałam, mości książę, że dostaniemy gości — wtrąciła od niechcenia panna Bourrienne, rozkładając z gracją serwetę swojemi delikatnemi, różowemi paluszkami. — Przybywa do nas Jego Ekscellencja książę Kurakin z synem, o ile mi wiadomo?...
— Hm! hm! — mruknął gniewnie Bołkoński. — Ta cała Ekscellencja, to prosty lizun! urwisz. To ja niegdyś, moim wpływem, wkręciłem go do biura ministerjalnego... A ile mnie to kosztowało trudu i zachodu! — książę wpadał w humor coraz gorszy. — Po co zaś przywozi swego gagatka, tego wierutnego lamparta i oczajduszę, Anatola, o tem będą może coś wiedziały księżna Elżbieta Karolówna i księżniczka Marja. Ja o tem nic nie wiem i wiedzieć nie potrzebuję!...
Spojrzał na córkę, która nagle poczerwieniała.
— Możeś i ty chora, co? Czy takie wrażenie i taki strach wzbudza w was przybycie pana ministra, jak się wyraził dziś rano ten osieł Alpatycz?
— Nie, mój ojcze.
Panna Bourrienne źle się wybrała z początkiem rozmowy. Nie straciła jednak rezonu. Plaplała dalej z całą swobodą: o cieplarni, o nowym prześlicznym kwiecie tropikalnym, który zakwitł w nocy, o tem i o owem... tak, że w końcu książę udobruchał się trochę i przestał marudzić.
Po objedzie książę poszedł odwiedzić synowę. Zastał ją przy małym stoliczku gawędzącą najweselej ze swoją garderobianą Maszą. Pobladła na widok teścia. Źle wyglądała. Można było nazwać ją raczej brzydką, niż piękną. Twarz przeciągnęła się nad miarę, oczy były podkrojone sinemi obwódkami, a warga górna, odsłaniała jeszcze bardziej zęby, niż dawniej.
— Nic mi nie jest właściwie, tylko czuję się coraz cięższą — odpowiedziała wymijająco na teścia pytanie, tyczące się jej zdrowia.
— Potrzeba czego?...
— Dziękuję ojcu... nie potrzebuję niczego.
— Skoro tak to dobrze, dobrze!...
Odszedł. Zastąpił mu drogę Alpatycz, gdy przechodził przez przedpokój.
— Zasypana droga?...
— Tak jest, Wasza Ekscellencjo! błagam o przebaczenie... zrobiłem to przez głupotę! i...
Książę przerwał mu z uśmiechem sarkastycznym:
— No! no!... rzecz skończona!...
Raczył wyciągnąć do niego rękę, którą Alpatycz z pokorą ucałował, po czem książę wrócił do swojej pracowni.
Tego samego dnia przybył wieczorem książę Bazyli. Zastał na głównej drodze swoich ludzi, którym udało się nareszcie, wśród krzyków, złorzeczeń i nawoływań, przeprowadzić szczęśliwie przez zaspy śniegowe, umyślnie przygotowane na środku drogi, księcia sanie półkryte.
Dla każdego z gości przygotowano pokój osobny.
Anatol, zrzuciwszy z siebie ubranie, wziął się pod boki i wlepił bezmyślnie wielkie, ciemne, piękne oczy w stół, przy którym usiadł. Życie całe, uważał on za jeden ciąg nieprzerwany przyjemnostek i rozrywek. Nawet i z tej wizyty do starca stetryczałego i do brzydkiej pannicy, ale miljonerki, obiecywał sobie wyciągnąć jakąś korzyść dla siebie. W końcu, ta wizyta, według jego zdania, mogła wypaść wcale zabawnie. Dla czego nie miałby jej poślubić, skoro jest tak bogatą? majątek niczego nie zepsuje! Gdy ogolił się na świeżo, wymuskał, wyperfumował, z tą drobiazgową starannością, z jaką brał się zawsze do ubierania, przejrzał się w źwierciedle z zadowoleniem, podniósł dumnie głowę, z miną zwycięży niepokonanego i poszedł do ojca. Tu zastał aż dwóch lokajów zajętych toaletą księcia Bazylego. Ojciec powitał go uśmiechem i wesołem głową skinieniem, jakby mu chciał powiedzieć:
— Wyglądasz paradnie, mój chłopcze!
— Zatem, ojcze kochany, odłożywszy żarty na bok, jest ona po prostu monstrualną, co? — bąknął Anatol, wracając do przedmiotu, o którym wspominał kilka razy przez drogę.
— Tylko żadnych szaleństw! to sobie z góry wypraszam! O co tu głównie idzie, to o to, żebyś potrafił sobie ująć starego, okazywanem mu najwyższem uszanowaniem i powolnością, nie sprzeciwiając mu się nigdy w niczem.
— Jeżeliby jednak cisnął mi w oczy jaką nadto głupią impertynencję, wyjdę natychmiast. I ja o tem z góry ojca uprzedzam. Nienawidzę w ogóle wszystkich staruchów.
— Pamiętaj, że wszystko zawisło od ciebie samego.
Gdy oni tak rozmawiali, między kobietami, wiedziano już nie tylko o przybyciu ojca i syna, ale powtarzano sobie na ucho najdrobniejsze szczegóły tyczące się ich osoby. Księżniczka Marja zamknięta w swoim pokoju, starała się nadaremnie opanować niepokój, mącący jej myśli:
— Po co oni pisali?... Na co Liza mi o tem wspominała?... To czyste niepodobieństwo!... Takie mam przeczucie!...
I dodawała przeglądając się w zwierciedle:
— Jak ja wejdę do salonu? Nie potrafię nigdy, przenigdy, być taką, jaką jestem zawsze, choćby mi się nawet najbardziej podobał!...
Myśl o ojcu napełniała ją trwogą śmiertelną. Masza tymczasem natrzepała rzeczy niestworzonych przed małą księżną i panną Bourrienne, o ślicznym chłopcu „z twarzą jak krew z mlekiem, z oczami które świdrują na wskroś, że aż tchu w piersiach zabraknie, z brwiami ciemnemi, z wąsikiem junacko podkręconym i włosami czarnemi, w puklach“. Wleciał on jak orzeł na schody, przeskakując po trzy stopnie na raz, ojciec zaś wlókł się za nim mozolnie i przestępował z nogi na nogę.
— Czy wiesz, że już przybyli? — wpadła z nowiną mała księżna do Marji pokoju, razem z Francuzką.
Liza czując się coraz bardziej ociężałą, usiadła zaraz na fotel najbliższy. Negliż ranny zmieniła na strój niezmiernie wytworny. Tak samo jej fryzura była bardzo starannie ułożona. Mimo wielkiego ożywienia gośćmi przybyłymi, twarzyczka jej pozostała wielce zmienioną. Strój elegancki, podnosił raczej i uwydatniał jej mizerność. Panna Bourrienne ze swojej strony wzięła na siebie co miała najlepszego i rzeczywiście wyglądała zachwycająco.
— Jakto? Czy księżniczka nie myśli zmienić ubrania codziennego? — wtrąciła od niechcenia. — Ci panowie zejdą niebawem do salonu i trzeba będzie pójść do nich. Może bym mogła w czem dopomódz?
Mała księżna zadzwoniła natychmiast na Marji garderobianą i zaczęła przyglądać z wesołym śmiechem suknie siostry mężowskiej. Marja wstydziła się sama przed sobą wzruszenia, którego nie mogła opanować i zła była na swoje towarzyszki, że uważały to za coś zupełnie naturalnego. Ona widziała w tem ubliżenie niejako swojej własnej godności. Wyrzucać im to, znaczyło by tyle, co zdradzić się z wewnętrznemi uczuciami; gdyby zaś odmówiła i nie chciała przebrać się, byłaby się naraziła na rozmaite żarciki i przycinki. Oblała się rumieńcem, zagasł blask nadziemski w jej pięknych oczach, na twarz wystąpiły krwiste plamy i jako ofiara na wszystko zrezygnowana, oddała się w ręce bratowej i panny Bourrienne, które teraz zajęły się tem gorliwie, aby ją zrobić koniecznie ładniejszą. Biedaczka była tak brzydką, że ani w myśli żadnej nie postało z nią rywalizować, lub być o nią zazdrosną. Dokładały też wszelkich starań, aby uczynić ją przynajmniej znośną, w tej wierze naiwnej kobiet światowych, że strój piękny, dodaje wdzięków choćby najbrzydszej.
— Doprawdy, Maryneczko, w tej sukni ci nie do twarzy — zawyrokowała mała księżna, odstępując o kilka kroków, aby objąć całość jednym rzutem oka. — Każ przynieść tamtą drugą, różową... Idzie tu może o los całego twego życia... Ah, nie... w tej ci jeszcze gorzej... za jasna...
Sukni nic nie brakowało, ale ta, która miała ją na sobie, była niezgrabną i pozbawioną wszelkich wdzięków. Liza i Francuzka, nie zdawały sobie z tego sprawy dokładnej. Były przekonane, że gdy dodadzą do ciemnej sukni brązowej szarfę jasno-niebieską, gdy lok na głowie podepną inaczej, gdy zrobią na głowie wysoką, modną fryzurę, że wtedy wszystko będzie dobrze. W końcu Liza, gdy obeszła ją w koło dwa razy, żeby jej się lepiej przypatrzeć, wykrzyknęła z rozpaczą:
— Niepodobieństwo! Wolę cię stokroć razy w twojej codziennej szarej sukience i z warkoczami okręconemi na około głowy. Na miły Bóg! przebierz się, zrób to dla mnie!... Katynko, prędko przynieś księżniczce sukienkę popielatą! Zobaczysz — uśmiechnęła się tryumfująco do panny Bourrienne — jak jej to wszystko ułożę artystycznie.
Katynka suknię przyniosła; Marja jednak stała jak wryta przed zwierciadłem. Francuzka zauważyła, że miała oczy wilgotne, usta jej drgały i była gotowa w głos się rozpłakać.
— Droga księżniczko! tylko chwilkę cierpliwości.
Mała księżna wyrwawszy suknię z rąk garderobiany, zbliżyła się do siostry mężowskiej:
— Pozwól kochana Maryneczko. Zobaczysz jak my to zrobimy prędziutko, ładnie i skromniuteńko.
Zaczęły obie na wyścigi śmiać się i szczebiotać jak wesołe ptaszęta.
— Proszę was, zostawcie mnie!
W głosie Marji było tyle powagi, tyle melancholji, że naraz ustały śmiechy i szczebiot wesoły. Zrozumiały po wyrazie błagalnym tych oczów pięknych i promienistych że daremne by były wszelkie ich usiłowania.
— Zmień przynajmniej fryzurę Maryneczko. Mówiłam — tu księżna zwróciła się do panny Bourrienne — że Marynia ma rodzaj fizjognomji, do której nie nadaje się wysoka fryzura, ale to najzupełniej nie! Na miły Bóg! uczesz się inaczej.
— Zostawcie mnie, idźcie sobie! Wszystko to jest mi najzupełniej obojętne!
Jej towarzyszki musiały to w końcu zrozumieć. Wystrojona w ten sposób Marja była brzydszą niż kiedykolwiek, znane im jednak było, to spojrzenie głębokie a smutne, które okazywało u niej przedsięwzięcie stałe i niezmienne.
— Przebierz się inaczej, moja najdroższa! — przemówiła jeszcze na wychodnem mała księżna, ściskając ją czule. Marja jednak pozostała milczącą i niewzruszoną.
Odeszły. Skoro została samą, Marja ani spojrzała w zwierciadło, ani jej w myśli postało, zmienić suknię i uczesanie. Zamyśliła się o przyszłym mężu, o tej istocie silnej fizycznie i moralnie, obdarzonej jakimś czarem nieokreślonym. Ten pan przyszły i małżonek, miał ją przenieść w świat swój, którego ona dotąd nie znała. Ów świat musiał być czemś zupełnie odrębnem, pełnem szczęścia i nadziemskich zachwytów. Pomyślała i o przyszłej ich dziecinie. To swoje własne dziecię, wyobrażała sobie zupełnie podobne do najmłodszej córeczki jej mamki, którą widziała nie dawniej niż wczoraj. Czuła już to dzieciątko uwieszone u piersi... mąż stał tuż blisko... patrzał na nich oboje z czułością...
— Ależ to wszystko niemożliwe! — wykrzyknęła. — Jestem nadto brzydką!
— Herbata gotowa, książę pan wejdzie za chwilę! — zawołała pod drzwiami jej garderobiana.
Drgnęła nerwowo, przerażona własnemi myślami. Nim zeszła, wstąpiła na chwilę do pokoju sypialnego. Wlepiła wzrok błagalny w wizerunek poczerniały Zbawiciela rozpiętego na krzyżu, na który padał blask łagodny lampki płonącej przed Ikonostasem. Złożyła ręce i zaczęła modlić się po cichu. Duszę jej ogartywał niepokój i zwątpienie... Czyż miała zaznać w życiu kiedykolwiek rozkoszy miłości, miłości czysto ziemskiej? W jej marzeniach o szczęściu małżeńskiem snuły się jej zawsze dzieci przed oczami. Jednak snem tajemnym, do którego wstydziła się przyznać sama przed sobą, była chęć poznania i zakosztowania tego uczucia tak słodkiego, miłości wzajemnej... Owo marzenie tem częściej ją dręczyło i nagabywało, im bardziej starała się ukryć te pragnienia przed innemi, a nawet przed samą sobą.
— Boże! — modliła się teraz — jakim sposobem potrafię pokonać w sobie te podszepty szatańskie. Jak uniknę tych myśli zdrożnych, aby poddać się z całą pokorą Twojej woli przenajświętszej?
Zaledwie zaniosła tę prośbę przed tron Boga, znalazła na nią odpowiedź w sercu, własnem: — „Nie żądaj nigdy niczego dla siebie samej. Nie szukaj niczego, nie mięszaj się i nie zazdrość nikomu. Przyszłość musi do pewnego czasu być zakrytą przed twoim wzrokiem, trzeba jednak, żeby cię zastała gotową. Jeżeli Bogu będzie się podobało, doświadczyć cię i obarczyć ciężkiemi obowiązkami małżeńskiemi, niech się stanie i w tem Jego wola!“ — Te myśli, podszeptywane niby przez jakiś głos tajemny, uspokoiły ją teraz. Jednak w głębi duszy, tkwiła żądza tajemna, aby mogło ziścić się kiedy jej marzenie o miłości, którąby podzielał i uczuwał dla niej sercem wybrany. Westchnęła, przeżegnała się nabożnie i zeszła na dół, nie pomyślawszy nawet o sukni, o fryzurze, o tem jak wejdzie i z czem się do kogo odezwie? Jakąż wartość mogły mieć w jej oczach te drobnostki, ta cała nędza światowa, w obec wyroków wszechwładnych Boga, bez woli którego nic się nie dzieje, nawet jeden cienki włos nie spadnie z głowy człowieka!





IV.

Księżniczka Marja zastała już w salonie księcia Bazylego i Anatola, rozmawiających z Lizą i panną Bourrienne. Weszła nieśmiało, niezgrabnie, wybijając ciężko piętami po posadzce. Mała księżna spostrzegłszy ją na progu zawołała:
— Otóż i nasza droga Marynieczka!
Objęła ich wszystkich jednym rzutem oka. Uderzyła ją zmiana w twarzy księcia Bazylego i uśmiech igrający na jego ustach, które przed chwilą zwisały apatycznie i bezmyślnie. Obaj mężczyźni zerwali się aby ją powitać. Widziała dokładnie swoją bratowę powodzącą wzrokiem, aby odgadnąć, jakie też wrażenie zrobi Marja na ojcu i synu, dopatrzyła również jak kokieteryjnie wystrychnęła się Francuzeczka, że ładnie wygląda, jak nigdy przedtem i że oczkami strzela do niego! Jego jednego dotąd nie widziała. Odczuwała tylko instynktowo, że zbliża się do niej coś smukłego, wspaniałego, promienistego i pięknego! Książę Bazyli pospieszył pierwszy ucałować jej rękę, ona zaś, jak to jest jeszcze dotąd w Rosji zwyczajem, a szczególnie było powszechnem w owej epoce, dotknęła się z lekka ustami jego łysej czaszki, przed nią kornie pochylonej. Ona bowiem zastępywała w domu ojca, zmarłą matkę i grała rolę gospodyni w obec gości. Odpowiadając grzecznie na księcia Bazylego komplementa, zapewniała, że poznałaby go była natychmiast. Z kolei zbliżył się Anatol, którego ojciec jej przedstawił. Uczuła rękę swoją uwięzioną w dłoni ciepłej i miękkiej. Dotknęła się ustami i jego czoła gładkiego i białego jak alabaster, nad któremi wiły się gęste pukle ciemnych włosów. Gdy teraz na niego wzrok podniosła, olśniła ją piękność męska, w całem tego słowa znaczeniu. Stał przed nią, z ręką lewą wetkniętą od niechcenia za mundur cokolwiek na piersiach rozpięty. Kołysał się z gracją z nogi na nogę, przeginając w tył kibić smukłą, wciętą w pasie i giętką niesłychanie. Milczał, myśląc o wszystkiem innem, tylko nie o brzydkiej pannicy, którą ujrzał przed sobą. W ogóle Anatol nie grzeszył wcale ani rozumem ani wymową. Posiadał jednak spokój niewzruszony i pewność siebie, czem światu imponował. Młody człowiek nieśmiały, który byłby się czuł zmięszanym i zażenowanym milczeniem tak w tej chwili niestosownem i prawie nieprzyzwoitem, przy pierwszem poznaniu, byłby silił się przerwać takowe, byłby zaczął bąkać ni to, ni owo, pogarszając jeszcze i tak dość nieprzyjemne położenie. Anatol natomiast z miną tryumfatora, nie dbał o nic i nie pytał. Wpatrywał się dalej ciekawie w cudacką fryzurę księżniczki Marji, ani myśląc przemówić do niej cokolwiek.
— Wy sobie gadajcie ile chcecie, nie przeszkadzam wam wcale. Co do mnie atoli, nie czuję po temu najmniejszej ochoty! — zdawał się mówić do nich swoim drwiącym uśmiechem.
Poczucie wyższości i wiara, że żadna mu się nie oprze, skoro na nią skinie jednym palcem, nadawały mu w stosunku z kobietami ton dumny, prawie pogardliwy. To właśnie budziło w nich ciekawość, pewną trwogę i w końcu miłość namiętną. Całem swojem zachowaniem dawał im do poznania najwyraźniej:
— Znam was wszystkich na wylot, wierzcie mi! Po co grać ze mną komedją?... Każda aż drży do tego i niczego nie pragnie goręcej!
Może zresztą o niczem nie myślał, co nawet było łatwem do przypuszczenia, bo wszelkie myślenie uważał za nader ciężką pracę, miał jednak taką minę arogancką i pewną siebie. Księżniczka Marja odczuła to instynktowo i z tego powodu przysiadła się natychmiast do księcia Bazylego, aby z nim wyłącznie rozmawiać. Chciała dać Anatolowi do zrozumienia, że nie czuje się wcale godna zająć jego uwagę. Rozmowa szła żwawo i wesoło, dzięki szczebiotaniu nieustannemu małej księżnej. Ta rada była niezmiernie, kiedy mogła nagadać się, szczerząc przytem do każdego swoje drobne i białe ząbki. Rozpoczęła z księciem jedną z tych pogadanek, u niej zwykłych, które z boku słyszane mogły łatwo dać do zrozumienia, że między tymi ludźmi panowała zażyłość niesłychana, gdyż mieli mnóstwo wspomnień i anegdotek wspólnych. Tymczasem była to tylko zręczna szermierka słowami, lekka tkanina z frazesów strzelających dowcipem, a w gruncie czczych i bez głębszego znaczenia.
Książę Bazyli dzielnie odpierał wszelkie zaczepki, a nawet Anatol odcinał się nieźle, choć prawie jej nie znał. I Francuzka uważała za powinność dorzucać coś ze swojej strony, do tej wymiany wspomnień rozmaitych, mimo że były one jej obce najzupełniej. W końcu wciągnięto i księżniczkę Marję do wesołej gawędki. Śmiała się i bawiła, choć nie bardzo rozumiała, o czem właściwie rozmawiają.
— Teraz przynajmniej użyjemy na twojem towarzystwie, książę kochany — wtrąciła Liza. — Na wieczorkach u Anety, uciekałeś nam wiecznie... Ta nasza poczciwa Anetka!
— Tylko na miły Bóg! nie zacznij mnie księżno mordować polityką, jak to było zawsze w zwyczaju u Anety!
— A nasz stoliczek na boku?...
— A! to prawda...
— Dla czego nie bywałeś pan nigdy, u naszej kochanej Anetki? — spytała nagle Anatola. — Aha, wiem już! Pański brat, książę Hipolit, dość mi się naopowiadał o twoich wybrykach i czynach iście bohaterskich! Ha! ha! ha! — parsknęła śmiechem i dodała grożąc mu palcem figlarnie: — Opowiadał mi i o pańskich sprawkach w Paryżu... Oj! oj! co to się tam niewyrabiało...
— Ale czy też tobie nawzajem opowiedział Hipcio? — książę Bazyli zwrócił się do syna chwytając Lizę za rękę, jakby ją chciał powstrzymać w zapędzie — jak to on usychał z miłości, dla tej tu niebezpiecznej czarodziejki, ta zaś zamykała mu drzwi przed nosem... Oh! bo nasza piękna księżna, jest to cnota niewzruszona, perła prawdziwa pomiędzy kobietami! — dodał skinąwszy głową ku Marji.
Panna Bourrienne, skoro usłyszała to słowo Paryż, skorzystała ze sposobności, aby napomknąć o swoich osobistych wspomnieniach, z miasta tego wywiezionych.
Zaczęła badać Anatola, jakie wrażenie zrobił na nim Paryż.
Anatol odpowiadał jej chętnie, chwaląc wszystko w czambuł, z uśmiechem zalotnym. Powiedział sobie w duchu, że nie znudzi się z pewnością w Łysych Górach, wobec tak szczęśliwego zbiegu okoliczności.
— Wcale smaczny kąsek, panna do towarzystwa — myślał. — Spodziewam się, że ta tam brzydula, weźmie ją z sobą, gdy zostanie moją żoną... Francuzeczka djabelnie ładna!... Warta grzechu sacrebleu!
Stary książę Bołkoński ubierał się tymczasem w swoim gabinecie, nie spiesząc się wcale. Był zły, opryskliwy i co chwila wpadał w głęboką zadumę. Namyślał się co ma zrobić z tym fantem? Przybycie gości niepytanych i nieproszonych, było mu zupełnie nie na rękę i psuło najfatalniej zwykły tryb życia.
— Czego oni chcą odemnie? — mruczał niby niedźwiedź ruszony z legowiska — ojciec kłamca, fanfaron, licha figura, a synalek ma być jeszcze lepszy...
Zawadzali mu ci goście pod tym względem najbardziej, że swojem pojawieniem się, zmuszali go do roztrząsania kwestji, którą starał się, może nawet bezwiednie, usuwać jak najdalej od siebie, chociaż nie chciał przyznać się do tego nawet sam przed sobą. Pytał się w ducha skrytości, czy zdecyduje się kiedykolwiek rozłączyć się z córką? Nigdy jednak nie zastanawiał się nad tem na serjo, czuł bowiem, że gdyby chciał odpowiedzieć zgodnie ze swojem tajemnem życzeniem, nigdyby Marji za mąż nie wydał. Żyć bez niej, wydawało mu się niepodobieństwem, mimo że na pozór wcale nie dbał o nią. Bez niej popsułby się w domu cały porządek: brakowałoby mu córki wszędzie i o każdej dnia chwili.
— Dla czego miałaby koniecznie wyjść za mąż, aby zostać na resztę życia najnieszczęśliwszą? — pytał się w duchu. — Ot Liza naprzykład: Czyż mogła znaleść lepszego męża, niż mego syna?... A czy jest z losu swego zadowoloną?... Marja brzydka i niezgrabna w dodatku, niktby jej nie poślubił dla niej samej. Jeżeli kto się pokusi o jej rękę, to tylko dla majątku i świetnych koligacji. Czyż nie wolałaby zostać panną?
Tak dumał stary książę ubierając się, czuł bowiem z trwogą tajemną, że chwila stanowcza nadeszła. Bazyli wystąpi z deklaracją nie dziś, to jutro... Po cóż przywiózł syna? Zapewne... nazwisko, ojca stosunki byłyby odpowiednie, ale czy ten młodzieniec wart Marji? Czy potrafi ją ocenić? Czy ją pojmie i zrozumie?... Ha! zobaczymy... zobaczymy — dodał głośno.
Wszedł do salonu krokiem pewnym i zamaszystym jak zwykle. Jednym rzutem oka, objął wszystko i wszystkich. Strój wytworny i minkę kokieteryjną małej księżny, kokardy i kwiaty na pannie Bourrienne, potworną fryzurę swojej córki, jej odosobnienie i opuszczenie, uśmieszki nie bez znaczenia, które zamieniali z sobą Francuzeczka i Anatol. Szczegół najdrobniejszy nie uszedł księcia uwagi.
— Głupia! — syknął przez zęby gniewnie zaciśnięte — wykoczkodaniła się najokropniej, zeszpeciła się do reszty, a ci tam dwaj zdają się tego wcale nie uważać.
— Dzień dobry — mruknął podchodząc do księcia Bazylego. — Cieszę się że cię widzę w dobrem zdrowiu.
— Przyjaźń nie zna przeszkód i przestrzeni — odrzucił Bazyli, mówiąc jak zwykle tonem śmiałym i poufałym. — Oto mój syn młodszy... Polecam go twoim względom łaskawym.
— Piękny chłopiec, piękny, ani słowa! — Bołkoński zmierzył wzrokiem Anatola od głowy do stóp. — Chodź-że, pocałuj mnie tu.
Nadstawił mu policzek... Anatol rozkaz wypełnił, przypatrując się ciekawie starcowi najspokojniej w świecie. Czekał na jedno z tych wystąpień dziwacznych i gburowatych, o których ojciec mu wspominał.
Stary książę usiadł jak zwykle w kącie kanapy, przysunąwszy fotel Bazylemu, poczem zaczął go wypytywać, co słychać w dziedzinie polityki. Słuchał na pozór z wielką uwagą, nie odrywając jednak wzroku od córki.
— Aha... to zatem donoszą z Poczdamu? — bąknął, powtarzając ostatnie słowa mówiącego. Zerwał się nagle i przystąpił do córki:
— Czy to do naszych gości tak się wystroiłaś? Ślicznie, ślicznie, nie ma co mówić.. Czy i ta cudacka fryzura zrobiona dla nich?... Otóż na przyszłość, zakazuję ci najsurowiej... także wobec gości ubierać się w tak ohydny sposób, bez opowiedzenia się mnie i bez mego zezwolenia!
— Ja to zawiniłam — wtrąciła mała księżna, biorąc w obronę biedną Marję.
— Pani przysłuża prawo ubierać się jak jej się podoba — odpowiedział ironicznie z niskim ukłonem. — Moja córka atoli niepotrzebuje takich fryzur cudackich, bo i bez tego setnie brzydka...
Usiadł na nowo, nie zajmując się dłużej księżniczką, która ledwie mogła z najwyższym wysiłkiem łzy powstrzymać, cisnące się gwałtem do oczu.
— Ja bo znajduję, że księżniczce bardzo do twarzy z tą fryzurą — rzekł od niechcenia Bazyli.
— No, a teraz mój młody książę — zwrócił się Bołkoński do Anatola, jakby wcale słów tamtych nie słyszał — powiedz mi najprzód jak ci na imię? Potem usiądź bliżej. Musimy przecie poznać się nawzajem.
— Oho! Zaczyna się komedja — pomyślał Anatol, siadając na miejscu wskazanem.
— A więc, mój chłopcze kochany, wychowywano cię za granicą... w owym sławnym Paryżu... gdzie to jednak — „nie robią z owsa ryżu“? — Nie tak jak mnie i twego ojca, których prosty djak uczył czytać i pisać... Inne czasy... inne obyczaje... Służysz zatem w konnej gwardji, o ile słyszałem? — dodał mierząc młodzieńca wzrokiem na wskroś przenikającym.
— Nie... przeniosłem się obecnie do armji — bąknął Anatol, powstrzymując wybuch śmiechu szalonego.
— Ho! ho! to doskonale! Chciałeś zatem służyć carowi i ojczyźnie? Mamy wojnę... taki piękny i dorodny chłopiec powinien służyć... służyć w wojsku regularnem.
— Właściwie... mój pułk już wymaszerował, a ja... ja jestem przydzielonym... proszę ojca do czego to mnie przyczepiono? — spytał księcia Bazylego śmiejąc się w głos.
— Ha! ha! ha! tęgi z niego służbista — wybuchnął śmiechem i Bołkoński. — Pyta się dopiero tatka, mały chłopczynka, do czego i gdzie go przyczepiono... — Naraz przestał się śmiać stary książę marszcząc groźnie brwi: — No! idź już sobie! — skinął ręką.
Anatol śmiejąc się dalej, połączył się z paniami.
— Wszak kształciłeś go zagranicą książę? — spytał szorstko.
— Robiłem co mogłem — zapytany wzruszył miłosiernie ramionami. — Utrzymywano ogólnie, że tam tylko może młody człowiek odebrać staranne wychowanie.
— Tak, tak... wszystko dziś idzie innym trybem... po modnemu.. Ładny chłopak, bardzo ładny... Ale chodź do mnie...
Zaledwie znaleźli się sam na sam w gabinecie Bołkońskiego, książę Bazyli wystąpił z formalnemi oświadczynami o rękę Marji dla swego syna, który gotówby nawet wojsko porzucić, i zamieszkać na wsi wraz z żoną przy ojcu.
— I owszem! i owszem! niech idzie za mąż choćby dzisiaj — ofuknął go starzec gniewnie. — Czyż ja ją trzymam na uwięzi? Czy sądzą że się bez córki obejść nie potrafię?... Tylko chciałbym wpierw poznać cokolwiek mego zięcia przyszłego... Znasz moje zasady. Działajże szczerze ze mną i nie wycinaj kominków, bo to na nic ci się nie przyda. Spytam zaraz jutro, w twojej obecności księżniczkę Marję, czy go chce na męża? W takim razie zostanie z nami czas jakiś, abym go mógł cokolwiek wystudjować...
Starzec mówił coraz głośniej i tonem opryskliwym, jak to było u niego w zwyczaju, tonem tym samym, którym pożegnał Anatola przed chwilą.
— Powiem ci wszystko książę otwarcie — Bazyli przybrał ton słodko pokorny, przekonany z góry, że z takim groźnym przeciwnikiem, wszelkie wykręty spełzną na niczem i chybią celu najzupełniej. — Wiem, że umiesz przejrzeć na wskroś każdego. Anatol nie jest wprawdzie żadnym geniuszem, ale chłopak to najpoczciwszy w świecie! Syn z niego przywiązany, najlepszy!
— Dobrze, dobrze... Zobaczymy... przekonamy się...
Po zjawieniu się Anatola, na ich horyzoncie, trzy kobiety, żyjące dotąd tak samotnie, i pozbawione najzupełniej męskiego towarzystwa, odczuły każda z osobna że dotąd nie żyły, tylko wegietowały. Zmysły wszelkie zaostrzyły się u nich, nagle gdy zobaczyły przed sobą młodego i pięknego chłopca. Zaczęły inaczej czuć, myśleć i zastanawiać się nad wszystkiem. Teraz dopiero wypełniła się próżnia, otaczająca ich dotąd. Teraz rozproszyły się ciemności, w których tonęły apatycznie, i olśniło je światło ożywcze, promieniste!
Księżniczka Marja, zapomniała o swojej brzydkiej twarzy, o nieszczęsnej fryzurze, zapatrzona jak w tęczę, w tego mężczyznę, tak pięknego, tak wspaniałego, tak otwartego, który mógłby zostać jej mężem. Wydawał się jej dobrym, najszlachetniejszym, dzielnym, pełnym energji. Była o tem najmocniej przekonaną i snuła wątek marzeń czarownych, upajających, w swojej bujnej wyobraźni... Nadaremnie starała się stłumić głos serca; myśli rozkoszne o przyszłem szczęściu domowem, mózg jej rozsadzały.
— Możem ja za zimna, za obojętna? — mówiła sobie w duchu. — Ale jeżeli trzymam się na wodzy, to tylko z trwogi żeby nie zdradzić się zanadto, jak on mnie silnie ku sobie pociąga!... Tego jednak on nie może odgadnąć i gotów pomyśleć, że jest mi niemiłym...
Starała się biedaczka okazać mu ile możności, jaką wzbudził w niej sympatją, chciała być wesołą, ożywioną, ale jej się z tem wiodło najfatalniej.
— Ciężko brzydka pannica!... Do stu piorunów, istny koczkodan — myślał o niej Anatol.
Panna Bourrienne ze swojej strony, układała w głowie cały romans, ujrzawszy Anatola. Ładna i przebiegła dziewczyna, mimo że była rzuconą w świat nieznany, samotna, bez ojczyzny, bez rodziny, nigdy nie zwątpiła o swoim przyszłym losie i ani jej w głowie postało, wisieć wiecznie przy starym księciu i przy jego córce. Czekała oddawna na jakiegoś księcia młodszego, któryby ocenił na pierwszy rzut oka jej wdzięki i przymioty, i jej wyższość pod każdym względem, nad rosjankami, brzydkiemi, niezgrabnemi i wyglądającemi przy niej jak kloce z grubszego obciosane. Otóż ten „ktoś“ miał się nią zająć, a zakochawszy się w niej po same uszy, wykraść ją i uciec. W bujnej fantazji, układała dalszą historją swego życia miotanego żądzami namiętnemi, rozdział po rozdziale, na wzór czegoś w tym guście, co jej raz opowiedziała któraś z ciotek. Była to zresztą najzwyklejsza historja, biednej, uwiedzionej dziewczyny, którą matka obarcza następnie srogiemi wyrzutami i złorzeczeniami... Nieraz już, zalewała się łzami, robiąc takie same wyrzuty jakiemuś wymarzonemu, a dotąd nieistniejącemu uwodzicielowi jej samej... Nareszcie ów piękny, młody książę, który miał ją wykraść, zjawił się w postaci Anatola... Zakocha się... porwie ją... ona wystąpi ze „swoją biedną, nieszczęśliwą matką!“... i wszystko skończy się świetnem małżeństwem!... Tak układała w ładnej główce przebiegła Francuzeczka swój własny romans, rozmawiając na pozór całkiem obojętnie o Paryżu i jego osobliwościach. Nie miała wprawdzie dotąd planu gotowego, ale wszystkie te myśli snuły się jej po głowie, otaczając i grupując się w koło Anatola, niby nocne motyle, zwabione światłem lampy. Chciała mu się gwałtem podobać i do tego celu zmierzała, wytężając wszystkie siły.
Co do małej księżnej, ta niby stary rumak, który przeszedł już nie jedną kampanją, a pomimo wieku i osłabienia, strzyże uszami skoro usłyszy pobudkę, gotowała się również z całym arsenałem kokieterji, ot tak sobie, dla przepędzenia czasu weselej, bez żadnej złej myśli... z przyzwyczajenia i pod wpływem wrodzonej lekkomyślności.
Anatol w towarzystwie kobiet miał zwyczaj pozować na człowieka znudzonego i przesyconego ich nadskakiwaniami i przymilaniem pełnem kokieterji. Tym razem jednak uczuł szczere zadowolenie, i pochlebiło to nadzwyczaj jego miłości własnej, gdy postrzegł jakie robi wrażenie na wszystkich trzech naraz. Tem milszem mu to było, że zrodziła się rzeczywiście w sercu jego, owa żądza namiętna, nieokiełznana, na widok ładnej i zaczepnej Francuzeczki. Zwykł on był poddawać się im bezwarunkowo, ani próbując walki z dziką namiętnością. W takich wypadkach, gotów był popełnić czyn najhaniebniejszy, brutalny, byle dopiąć celu.
Po wieczerzy całe towarzystwo wróciło do głównego salonu. Poproszono księżniczkę o grę. Usiadła do fortepianu. Naprzeciw niej stanął Anatol, oparty od niechcenia o fortepian, obok panny Bourrienne. Oczy jego wesołe i promieniste, były wlepione w Marją. Ten wzrok sprawiał jej rozkosz niepojętą, a zarazem czuła dziwny ból w sercu. Jej sonata ulubiona, przenosiła ją na skrzydłach melodji w jakieś światy nadziemskie. Grała piękniej niż kiedykolwiek, z czuciem zdwojonem, podniecona nerwowo, jego spojrzeniem na wskroś przenikającem. A jednak, choć w nią były wlepione te piękne, ciemne oczy, nie widziały jej prawie. Właściwie były zajęte Francuzeczką, której nóżką małą i zgrabniutką, Anatol przyciskał z lekka końcem swego buta. I Francuzka patrzała na Marję grającą, z wyrazem, w którym malowało się dziwne wzruszenie, radość i jakby nadzieja szczęścia.
— Jak ona mnie kocha — myślała Marja. — Jaki Bóg łaskaw, że mnie obdarzył taką przyjaciółką, a teraz zsyła mi takiego męża... Czy „On“ jednak zostanie moim mężem?
Gdy późnym wieczorem każdy odchodził do siebie, Anatol pocałował w rękę Marję, a ta, zdobyła się na odwagę i spojrzała mu w oczy. Tak samo ucałował rękę Francuzki. Nie było to po formie, uczynił to jednak bez wahania, z całą pewnością siebie. Amelja spłonęła rumieńcem przerażona i spojrzała z pod oka na Marję.
— Jak delikatnie z jego strony! — pomyślała księżniczka. — Czyżby Amelka bała się wzbudzić zazdrość we mnie? Czyż sądzi, że nie umiem ocenić jej przywiązania tak szczerego i jej czułości?
Zbliżyła się do Amelji ściskając ją najczulej. Anatol podszedł szarmancko ku młodej księżnej, chcąc i jej rączkę ucałować. Ta jednak ręce ruchem szybkim schowała po za siebie:
— Nie, nie — zawołała grożąc mu palcem figlarnie. — Jeżeli pański ojciec doniesie nam, że zachowujesz się statecznie, wtedy dopiero pozwolę pocałować się w rękę.
Wyszła uśmiechając się zalotnie, tak do ojca, jak i do syna.





V.

Prócz Anatola, który chrapał doskonale, skoro tylko głowę przyłożył do poduszki, nikt tej nocy w zamku oka nie zmrużył, aż gdzieś nad ranem.
— Czyż na prawdę miałby mnie poślubić, ten młody człowiek, tak piękny, dystyngowany i tak dobry, tak szlachetny? — myślała Marja.
Ogarniał ją, strach, niezwykły, przeciwny jej naturze. Lękała się ruszyć, obrócić... Zdawało się jej, że ktoś stoi za jej plecami, w tym ciemnym kącie, za parawanem, a tym kimś był szatan, ten piękny mężczyzna, o czole białem i wyniosłem, z oczami czarnemi, palącemi, z długiemi czarnemi rzęsami a brwiami puszystemi jak aksamit, z ustami jak krew purpurowemi.
Przywołała swoją pokojowę, prosząc, żeby tę noc spała z nią razem.
Francuzka długo, bardzo długo, przechadzała się po ogrodzie zimowym. Czekała nadaremnie na „kogoś“, uśmiechała się w myśli do niego, rozczulając się z góry przy słowach: — „moja biedna matka!“ — która miała robić jej srogie wyrzuty, po upadku.
Mała księżna, złościła się i łajała swoją pokojowę. Łóżko było źle pościelone. Nie mogła leżeć na żaden bok. Wszędzie coś ją gniotło i coś jej dokuczało... Nie łóżko było temu winne, ale ciężar, który w łonie nosiła. Dziś czuła go boleśniej niż kiedykolwiek. Obecność Anatola, przeniosła ją w myśli w ową epokę, kiedy to, lekka jak piórko, fertyczna i zalotna, nie miała innych trosk, prócz obawy, czy suknią krawiec na bal wykończy? Wtedy niby motylek fruwała z balu na bal, z zabawy na zabawę... Mizerna, drżąca od dreszczy, która nią wstrząsała, usiadła na fotelu, w nocnym czepku i nocnym kaftaniku i kazała po raz trzeci łóżko prześcielać, pokojowej zaspanej i lecącej z nóg ze znużenia.
— Mówię ci, że same dziury a między niemi coś twardego, jakby kto do łóżka kamieni nasypał. Wolałabym była usnąć spokojnie, żeby ci się było chciało od razu łóżko przewrócić jak należy, próżniaku wierutny! A teraz dąsasz się jeszcze i milczysz jak mruk. Czy to moja wina, pytam się ciebie?... — wymyślała księżna, tonem płaczliwym dzieciaka rozpieszczonego.
I stary książę nie mógł jakoś usnąć tej nocy. Tykon drzemiący w przedpokoju, słyszał przez sen jednakże, chód niespokojny swojego pana i jego gniewne mruczenie. Zdawało się Bołkońskiemu, że został obrażony w swojej godności i to tem dotkliwiej, ile że ta obraza tyczyła się nie jego bezpośrednio, ale córki jedynej, którą kochał w końcu więcej niż siebie. Daremnie perswadował sam sobie, że powinienby zostawić jej czas dłuższy do namysłu, że bierze tę kwestją za gorąco, nie zastanawiając się dostatecznie, jak ma postąpić. Wszystkie te uwagi gniewały go i rozdrażniały coraz bardziej:
— Zapomniała o wszystkiem dla pierwszego lepszego wiercipięty, który jej się nawinął pod rękę... nawet o starym, zgrzybiałym ojcu!... Błaźnica! fryzuje się dla „niego“, koczkodani! zawraca oczami!... Jakby ją kto odmienił!... Uszczęśliwiona, że będzie mogła porzucić ojca i dom rodzicielski!... Mogła przecie spodziewać się, że nic z tego nie ujdzie mojemu wzrokowi... Prr... prr... prr!... O! ta bezdenna kobieca lekkomyślność... Czyż to ja nie widzę, że ten bydlak wymuskany, smali cholewki do Amelji i tymczasem nim ją gdzie złapie na boku sam na sam, nogę jej butem przyciska? Wypędzę na cztery wiatry francuzką lafiryndę. Żeby też w mojej córce, nie było ani krzty poczucia własnej godności. Czyż naprawdę tak ją oszołomił, że nic nie widzi ani słyszy? Jeżeli nie dla siebie, to dla ojca, powinnaby mieć bodaj trochę dumy i ambicji szlachetnej. Trzeba jej będzie oczy otworzyć i powiedzieć, że ten wisus myśli o Francuzce i tamtę zjada oczami, na nią zaś ani spojrzy... Ani cienia dumy, ambicji!... Powiem jej to! o powiem!
Wiedział, że skoro córka dowie się o miłostkach Anatola z Francuzką, rozwieje to najpewniej jej ułudy i dotknie do żywego jej miłość własną. Wtedy wygra sprawę, czyli mówiąc innemi słowy, zatrzyma Marję przy sobie, co było jego chęcią i pragnieniem tajemnem. Ta myśl uspokoiła go nareszcie. Zadzwonił na kamerdynera i kazał się rozebrać.
— Djabli nadali i mnie ich na kark sprowadzili, niepytanych i nieproszonych! — mruczał pod nosem, gdy Tykon wkładał nocną koszulę na to ciało suche i żółte jak pergamin, na piersiach obrosłe włosem siwym, gęstym i twardym jak szczecina.
— Czy to mnie już długo na tym świecie?... Po co oni tu zjechali?... Po co?... Żeby mi przewrócić cały porządek do góry nogami... Żeby ich djabli wynieśli jak najprędzej.
Tykon był przyzwyczajony i ostrzelany z gniewnym pomrukiem swego pana. Ani okiem też nie mrugnął, jakby nic nie słyszał i nie uważał.
— Czy poszli już spać? — książę dodał głośno. Tykon jako sługa doskonale wytresowany, umiał chwytać w lot myśli swego pana i odgadywać je instynktem.
— Położyli się oddawna i zgasili światło, wasza Ekscellencjo.
— Potrzebni tu byli! O! potrzebni jak dziura w moście! — zamruczał starzec w najgorszym humorze. Wsunął nogi w pantofle, podstawione przez Tykona, otulił się płaszczem żołnierskim, futrem podbitym i wyciągnął się na otomanie, która mu służyła za łóżko.
Chociaż kilka słów zaledwie zamienili z sobą, Anatol i panna Bourrienne, zrozumieli się doskonale co do pierwszej części romansu, mającego zakończyć się groźnem pojawieniem się — „mojej biednej matki.“ — Czuli oboje że mają bardzo wiele sobie do powiedzenia w cztery oczy, to też zaraz nazajutrz od rana szukali tylko sposobności żeby się zejść gdziekolwiek cichaczem. I tak spotkali się „niespodziewanie“ w ogrodzie zimowym, w chwili, kiedy Marja na pół umarła ze strachu, szła do ojca o zwykłej rannej godzinie na „dzieńdobry“. Zdawało się jej, że nie tylko każdy wie, jako jej los ma się dnia tego rozstrzygnąć, ale ona sama jest na to zupełnie przygotowaną. Wyczytała to w twarzy uśmiechniętej błogo starego Tykona i w oczach lokaja księcia Bazylego, który spotkawszy ją w sieniach, gdy niósł wodę gorącą do golenia swojemu panu, oddał jej ukłon głęboki.
Stary książę okazał się nadzwyczaj uprzejmym i pełnym łaskawości względem córki. Znała ona od dawna ów sposób postępowania. Nie przeszkadzało mu to bynajmniej, w minutę później, ściskać pięście z gniewu, skoro nie pojmowała w lot jakiegoś zawiłego zdania matematycznego i zrywać się gwałtownie z krzesła, aby biegać po pokoju w najwyższej irytacji. Dziś zaczął od razu mówić o tem, co mu na sercu ciężyło; ceremonialnie przez trzecią osobę.
— Zrobiono mi pewną propozycję, tyczącą się księżniczki — uśmiechnął się, a raczej usta wykrzywił szydersko. — Domyśliła się zapewne księżniczka, że książę Bazyli, nie przywiózł swojego wychowanka (tak upierał się nazywać Anatola, nie wiedzieć z jakiego powodu) dla moich pięknych oczu. Księżniczce znane moje zasady... Dla tego mówię z nią o tem w tej chwili.
— Jak mam to rozumieć mój ojcze? — Marja odpowiedziała mieniąc się na twarzy.
— Jak to rozumieć? — starzec powtórzył już w gniew wpadając i porzuciwszy ton ceremonialny. — To przecież jasne, jak dwa a dwa cztery!... książę Bazyli uznał cię za stosowną na synowę i prosi o twoją rękę dla swego wychowanka... Jak to rozumieć? Ja właśnie chciałbym dowiedzieć się o tem od ciebie.
— Nie wiem, mój ojcze... jak zapatrujesz się na tę sprawę? — szepnęła nieśmiało księżniczka.
— A w czemże to mnie się ma tyczyć?... Mnie zostaw zupełnie na boku... To nie ja przecież mam wyjść za mąż... Czego ty chcesz i coś pod tym względem postanowiła?... o tem radbym się dowiedzieć od ciebie.
Księżniczka odgadła, że ojcu nie podoba się wcale to małżeństwo. Powiedziała sobie jednak w duchu, że ta chwila decyduje może o losie jej życia całego. Spuściła oczy, aby nie widzieć tego wzroku w siebie wlepionego, przed którym drżała z trwogi i który odbierał jej prawie przytomność, a przynajmniej czynił niezdolną do jakiejkolwiek opozycji.
— Pragnę jedynie mój ojcze działać we wszystkiem podług twojej woli... Gdyby mi jednak wolno było wyrazić moje życzenie...
— Doskonale! — książę przerwał jej szydersko. — Weźmie cię dla posagu, a dla swojej przyjemności, przyczepi do ciebie Amelję. Ona będzie właściwie jego żoną, ty zaś...
Zatrzymał się, widząc że wrażenie piorunujące wywarły jego słowa na księżniczkę. Spuściła głowę blada i drżąca. Gotowa była płaczem wybuchnąć.
— No! no! nie alteruj że się znowu tak bardzo! Żartowałem tylko... Pamiętaj o tem jednem księżniczko: Moje zasady przyznają w zupełności prawo młodej dziewczynie, wybierać męża podług własnego widzimisię. Jesteś zatem wolną co do tego. Nie zapominaj jednak, że od trafnego wyboru zależy cała twoja przyszłość i szczęście domowe... o mnie tu nie idzie wcale, i mnie wypuść z rachuby...
— Nie wiem rzeczywiście...
— O nim nie ma mowy. Ożeni się z kim zechcą, byle miał za co hulać dalej. Ty jednak masz rozum i własną wolę. Pójdź do siebie, namyśl się, zastanów, rozważ wszystko dobrze. Za godzinę poszlę po ciebie, abyś odpowiedziała stanowczo, „tak“ lub „nie“. Odpowiedź musisz dać wprost księciu Bazylemu. Wiem z góry, że zaczniesz się modlić! Nie przeszkadzam ci i nie zabraniam tego bynajmniej... Lepiej byś może zrobiła gdybyś zastanowiła się sama i nie wzywała niczyjej pomocy... Zrobisz zresztą jak zechcesz... Tylko po godzinie żądam kategorycznego „tak“ albo „nie“... „Tak“ lub „nie!“ — powtórzył głośno kilka razy, gdy córka oddalała się krokiem omdlewającym, zaledwie wlokąc nogi za sobą. Czuła, że los jej ma się rozstrzygnąć za godzinę, na dolę lub niedolę życia całego!
Ojca aluzja co do Amelji spiorunowała ją rzeczywiście. Nie mogła przypuścić, żeby Francuzka dopuściła się takiej zdrady haniebnej i była tak fałszywą w obec niej, Marji, obsypującej sierotę bez dachu, bez przytułku, tysiącznemi dobrodziejstwami. Nie była w stanie myśleć o tem z krwią zimną. Wzburzona, nieprzytomna, zamiast pójść prosto do siebie, zboczyła do ogrodu zimowego, aby tam przejść się cokolwiek i odzyskać równowagę. Uderzył ją naraz głos tak znany, Amelji. Stanęła jak wryta. Oczy podniósłszy, zobaczyła o dwa kroki przed sobą, Anatola trzymającego w objęciu Francuzkę i szepcącego jej coś do ucha. Na twarzy Anatola malowały się żądze namiętne, które nim miotały. Zwrócił się ku księżniczce jak nieprzytomny, z wzrokiem błędnym i zamglonym, z ustami gniewnie zaciśniętemi, zapominając nawet wypuścić z ramion Francuzkę. Zdawał się mówić:
— Któż tam znowu? I czemu mi wlazł w drogę?
Marja skamieniała na razie, nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzyła na nich, nie umiejąc sobie zdać sprawy z tego co widziała. Amelja krzyknąwszy przeraźliwie, wyśliznęła się z objęć przyciskających ją, i uciekła jak sarna spłoszona. Jeden Anatol nie stracił rezonu. Ten oprzytomniawszy, ukłonił się księżniczce z miną fanfarona i pewny siebie jak zawsze, uśmiechnął się wzruszając miłosiernie ramionami, poczem z krwią najzimniejszą, krokiem wolnym, odszedł do swego pokoju.
W godzinę później, Tykon wszedł do księżniczki, zapowiedzieć, że ojciec czeka na nią w swoim gabinecie. Zastał Marję w jej pracowni, na sofce. U jej kolan klęczała Francuzka rozszlochana. Księżniczka głaskała ją pieszczotliwie po włosach i twarzy łzami zlanej. Słodkie oczy Marji, odnalazły w tej chwili swój blask łagodny, i swoją piękność nadziemską.
— Nie, nie księżniczko!... jestem na wieki zgubiona! Musisz mną pogardzać i mnie nienawidzieć...
— Dla czego? Kocham cię przeciwnie, więcej niż kiedykolwiek Amelko, i uczynię dla ciebie co tylko będzie w mojej mocy... Uspokójże się kochanko!... Idę teraz do mego ojca...
Książę Bazyli siedział w wielkim karle, z nogami skrzyżowanemi, z tabakierką złotą w ręce, udając niesłychane rozczulenie. Zobaczywszy na progu Marję, zażył czemprędzej szczyptę tabaki i zerwawszy się na równe nogi, pochwycił ją za obie ręce:
— Ah! moja droga, moja anielska księżniczko! los mego syna w twoich dłoniach spoczywa! Moja słodka Maryniu! kochałem cię zawsze jakby własna córkę! — Odwrócił się, aby obetrzeć łzy nieznacznie, które rzeczywiście potrafił sztucznie z ócz wycisnąć.
— Prr!... prr!... — Bołkoński machnął ręką niecierpliwie — po co tu tyle słów niepotrzebnych!... Książę Bazyli pyta się po prostu mówiąc — czy chcesz, lub nie chcesz zostać małżonką księcia Anatola Kurakina? „Tak“ — lub „nie!“ — krzyknął na cały głos. — Potem ja sobie zastrzegam prawo wypowiedzenia otwarcie, co myślę o tym związku... objawię li moje zdanie... nic więcej... — bąknął lodowato, w odpowiedzi na wzrok błagalny księcia Bazylego. — No, i cóż?... „Tak“... czy „nie“?!...
— Mojem życzeniem najgorętszem jest ojcze nie opuszczać cię nigdy, i nie rozłączać się z tobą. Nie chcę w ogóle iść za mąż — odpowiedziała Marja siląc się do uśmiechu, wlepiwszy śmiało swoje piękne oczy w ojca i księcia Bazylego.
— Głupstwa! błazeństwa! głupstwa wierutne! — wykrzyknął Bołkoński, pociągając córkę ku sobie. Ścisnął ją tak silnie za rękę, że aż z bólu krzyknęła.
Bazyli upadł znękany na sofę.
— Maryniu droga! tej strasznej chwili, nie zapomnę przez resztę życia. Może mogłabyś przecie zostawić nam bodaj słaby promyczek nadziei? Czyż mój biedny syn nie zdoła nigdy i niczem wzruszyć twego serduszka, tak czułego, tak szlachetnego? Błagam cię o to jedno słówko: „może“...
— Odpowiedziałam księciu, co mi serce podyktowało. Dziękuję za zaszczyt, który raczyłeś mi uczynić, nie będę atoli nigdy żoną jego syna...
— Sprawa skończona, mój drogi. Bardzom ci rad, rad nieskończenie, że cię widzę w moim domu. Niech księżniczka wróci do siebie... Uszczęśliwiony, że cię widzę, kochany książę! — powtarzał Bołkoński ściskając raz po raz Bazylego.
— Bóg widocznie powołuje mnie do innego szczęścia — myślała Marja znalazłszy się z powrotem u siebie. — Znajdę szczęście i zadowolenie wewnętrzne, przyczyniając się do uszczęśliwienia innych. Choćby mnie to nie wiem ile miało kosztować, nie opuszczę biednej Amelki. Kocha go do szaleństwa, a tak tego żałuje gorzko! tak się wstydzi! Zrobię co będę mogła, aby jej ułatwić związek z nim. Jeżeli on majątku nie posiada, wyposażę Amelkę z mojej strony. Poproszę o to ojca i Andrzeja, i oni mi tego nie zabronią!... Cieszyłabym się szczerze, gdybym mogła skojarzyć to małżeństwo; tak jest smutną, samotną, opuszczoną!... Jak ona musi go kochać, skoro mogła zapomnieć się do tego stopnia? Kto wie, czy i ja w podobnym wypadku, nie byłabym tak samo postąpiła?!





VI.

Rodzina Rostowów nie miała od dawna wiadomości o Mikołaju. Jakoś pod zimę, hrabia doczekał się nareszcie listu, na którego adresie poznał natychmiast pismo syna. Uciekł czemprędzej do swojego gabinetu, idąc na palcach cichuteńko, aby nikt go nie usłyszał, i tam zamknął się, chcąc list drogocenny w spokoju odczytać. W chwilę później wśliznęła się niepostrzeżenie i zapukała do drzwi Anna Michałówna, która musiała wiedzieć o wszystkiem co się w domu działo, a więc i o tem, że hrabia list jakiś odebrał. Gdy jej drzwi otworzył, śmiał się i płakał jednocześnie biedny ojciec, z nadmiaru radości.
— Mój drogi przyjacielu?! — spytała zawracając oczami melancholijnie, gotowa podzielić z nim tak radość, jak i smutek. Mimo hojności Piotra i znacznych ofiar uczynionych tak dla niej, jak i dla Borysa, mieszkała dalej u Rostowów, bo jej tam było najwygodniej.
— List od naszego Mikołuszki... Był rannym... wyobraź sobie moja droga!... raniono to nasze dziecię najukochańsze!... jak to powiemy naszej małej hrabinie?!... zrobiono go oficerem, dzięki Bogu!... tak, tak, moja droga!... ale jak to jej powiedzieć?...
Anna Michałówna usiadła obok hrabiego na otomanie, odebrała mu z rąk list, a otarłszy go z łez, któremi był gęsto przez ojca skropiony, zaczęła czytać z uwagą. I ona oczy tarła, potem zaś oświadczyła, że bierze na siebie przygotowanie matki, na tę wielką nowinę. Rzeczywiście, dla osób tak nerwowych, jaką była pani Rostow, zbytnia radość działa częstokroć piorunująco. Zacznie napomykać zdaleka, ogródkami podczas objadu, a przed wieczorem, będzie już można z listem wystąpić.
Dotrzymała obietnicy. Przy objedzie nie przestawała obrabiać tematu wojennego, zbliżając się zwolna do celu. Po kilka razy pytała, czy nikt z obecnych nie miał listu od Mikołaja? Rzuciła od niechcenia że nadejdzie z pewnością lada moment ów list pożądany, bo mnóstwo osób dostało temi dniami wiadomości z teatru wojny. Ile razy wpadała na ten temat, wlepiała w nią hrabina wzrok badawczy, hrabia zaś spuszczał oczy, i mienił się na twarzy, jak winowajca, który lęka się, żeby go nie schwytano na gorącym uczynku. Wtedy Anna Michałówna, ze zręcznością, którejby jej mógł pozazdrościć nie jeden wytrawny dyplomata, zwracała rozmowę na inne tory. Jedna Nataszka, która była najbystrzejszą z całej rodziny i umiała chwytać w lot, najlżejszy odcień w mowie każdego i każdą zmianę w jego fizjognomji, słuch wytężyła, odgadując, że coś wisi w powietrzu, a to „coś“, odnosi się do jej brata. Domyśliła się również, że ową tajemnicę posiadają wspólnie ojciec i księżna Trubeckoj i że ta ostatnia ma sobie polecone, przygotować matkę na tę wielką nowinę. Mimo całej swojej śmiałości i rezolutności, tym razem przez wzgląd na matki miłość dla Mikołaja, posuniętą do granic ostatecznych, Nataszka nie zadała podczas objadu ani jednego pytania. Kręciła się tylko na krześle, to w tę, to w ową stronę, ku wielkiemu niezadowoleniu siedzącej obok niej nauczycielki. Prawie nic nie jadła, taki miotał nią niepokój. Skoro wstano od stołu, dopadła księżnę, pociągnęła w kąt najciemniejszy, a uwiesiwszy się jej na szyi i ściskając do uduszenia, zaczęła błagać:
— Ciociu! cioteczko najdroższa. Co to się święci?...
— Ależ nic zupełnie, moja mała!...
— Ciociu! duszyczko moja. Ty z tatkiem o czemś wiecie. Nie puszczę cię, póki mi nie powiesz.
Anna Michałówna głową potrząsła:
— Sprytna z ciebie dzieweczka, nie ma co mówić.
— Mikołko pisał, nieprawdaż? — wykrzyknęła Nataszka, czytając w oczach ciotki odpowiedź potwierdzającą.
— Pst! pst! bądź ostrożną... Wiesz jak twoja matka jest rozdrażnioną...
— Ależ będę, będę tak roztropną, jak sam król Salamon. Tylko powiedz już raz cioteczko. Nie chcesz mi powiedzieć, co? No, to biegnę prosto z tem do mamy. Ona potrafi z ciebie wyciągnąć tajemnicę.
Zagrożona w ten sposób, Anna Michałówna opowiedziała jej wszystko w krótkich słowach, raz jeszcze przykazując milczenie i sekret najściślejszy.
— Na Krzyż zaklinam się cioci, że nikomu o tem ani pisnę! — to mówiąc roztrzepanica pocałowała palce w krzyż złożone.
To jej nie przeszkodziło za chwilę później, krzyknąć zdaleka Soni, skoro ją zoczyła, z nadmiaru radości:
— Mikołko ranny!... jest list od niego!...
Sonia pobladła śmiertelnie.
— Mikołaj — szepnęła głosem omdlewającym.
Dopiero teraz Nataszka zrozumiała, jak piorunujące wrażenie wywarły i wywrzeć musiały jej słowa nierozważne na biedną Sonię. Pochwyciła ją w ramiona, zalana łzami:
— Rana była nader lekką... a za to zrobiono go oficerem... Zresztą już musiał wyzdrowieć, skoro sam o tem pisze do tatka!
— Że też wy kobiety, musicie beczeć i mazgaić się byle czego — wtrącił się do rozmowy brat najmłodszy, Pawełek, chodząc po pokoju, o tyle szerokiemi krokami, o ile mu na to pozwalały nóżki króciutkie. Miał przy tem minkę wielce junacką. — Co do mnie, jestem zadowolony, zadowolony niesłychanie, że Mikołaj tak się dzielnie spisał. Z was płaksy nieznośne, które zresztą nic a nic nie znają się na tem.
Nataszka wybuchła śmiechem, mimo że łzy nie oschły jeszcze w jej oczach.
— Czyś list czytała? — szepnęła Sonia.
— Nie czytałam, ale powiedziała mi Anna Michałówna, że wszystko złe przeminęło, a Mikołuszka mianowany oficerem.
— Dzięki Bogu! — Sonia przeżegnała się pobożnie. — Może cię jednak oszukała? Pójdźmy do mamy...
Pawełek chodził dalej po pokoju w milczeniu, z rękami na piersiach skrzyżowanemi.
— Gdybym był na miejscu Mikołki — bąknął od niechcenia — byłbym ich natłukł jeszcze więcej, tych Francuzów, psubratów. Byłbym z ich trupów zrobił cały stos! Tak! tak!... To niegodziwcy i już!
— Siedziałbyś lepiej cicho, ty mały głuptasku!
— Ja nie jestem nim wcale! ale wy jesteście głupie gąski na prawdę, żeby płakać nie wiedzieć czego, zalewać się łzami dla takiej drobnostki!
— Pamiętasz Mikołkę? — spytała Sonię Nataszka po chwili milczenia.
— Czy ja go pamiętam?! — Sonia uśmiechnęła się wzruszając litościwie ramionami.
— Śmiejesz się ze mnie i z mego pytania... widzisz bo Soniu kochana... czy jak przymkniesz oczy widzisz go przed sobą?... Tak całkiem wyraźnie, jak gdyby stał przed tobą?... — tłumaczyła Nataszka wymachując rękami, niby dla lepszego wyjaśnienia. — Ja pamiętam brata... doskonale. Borysa natomiast, nie mogę sobie przypomnieć... ale to całkiem... zupełnie go zapomniałam!
— Jakto? Nie możesz sobie przypomnieć Borysa? — wykrzyknęła Sonia zdziwiona w najwyższym stopniu.
— No! poznać, poznałabym go zapewne, gdyby pojawił się nagle... Wiem przecie jak wygląda... Gdy jednak zamknę oczy widzę brata, ale Borysa...
Przymknęła oczy:
— Nie widzę go... Znikł... rozwiał się gdzieś w powietrzu jego obraz...
— Ah! Nataszko! — Sonia przemówiła w najwyższem uniesieniu, patrząc na nią poważnie, i jakby z politowaniem, że spraw podobnych wcale pojąć nie może. — Kocham twego brata nadewszystko, nad życie i szczęście własne... I cokolwiek by zaszło ze mną, czy z nim, kochać go nie przestanę!
Nataszka wpatrywała się w nią przenikliwie i z ciekawością. Czuła prawdę bijącą ze słów Soni. Zrozumiała, że to była miłość jakiej ona dotąd nie doświadczyła i może nigdy nie doświadczy. A jednak istnieje taka miłość, skoro Sonia tak kochać potrafi.
— Czy napiszesz do niego?
Sonia zamyśliła się głęboko, zanim zebrała się na odpowiedź. Kwestja ta oddawna snuła się jej po głowie i spać jej nie dawała. W jaki sposób pisać do niego? Wogóle... czy wypada, żeby ona do niego pisała? Skoro został oficerem, a w dodatku bohaterem chwili, rannym w bitwie, możeby powinna przypomnieć mu się razem z danem jej przyrzeczeniem?...
— Nie wiem jeszcze.... — odrzuciła wymijająco cała zapłoniona. — Jeżeli do mnie napisze... to mu odpowiem...
— I to nie sprawi ci pewnego zakłopotania?
— Bynajmniej...
— Otóż ja przeciwnie... wstydziłabym się Borysa i ani myślę pisać do niego.
— Czegóż miałabyś się wstydzić?
— Sama nie wiem... dość że czuję, iż wstydziłabym się...
— Ja zaś wiem, czegobyś się wstydziła! — wykrzyknął Pawełek energicznie, rad pomścić na siostrze zniewagę, za nazwanie go głuptaskiem. — Najprzód rozkochała się w tym grubym niedźwiedziu, z okularami niebieskiemi, (tak zawsze nazywał Bestużewa, który jakoś nie był w łaskach u niego). Teraz przyszła kolej na tego tam, dławidudę! — ten przymiotnik pogardliwy tyczył się znowu Włocha, który Nataszkę uczył śpiewać. — I z tego powodu wstydzi się Borysa.
— A to z ciebie głupi dzieciak! — Nataszka wzruszyła ramionami.
— Może mędrszy w każdym razie, niż moja panna siostra — malec zaperzył się, rypostując ostro, niby junak dojrzały.
Hrabina tymczasem czuła się dziwnie wzruszoną Anny Michałówny nadpomykaniem o Mikołaju, mimo że ta czyniła to nader ostrożnie i z daleka... Skoro wróciła do siebie, usiadła przed biurkiem, na którem stała syna miniatura, a wpatrzywszy się w nią, zalała się łzami. Anna w tej chwili stanęła na progu, trzymając list w ręce:
— Teraz niech nikt nie wchodzi — skinęła na hrabiego, zamykając mu bez ceremonji drzwi przed nosem.
Hrabia przykładał do dziurki od klucza to oko, to ucho. Z razu nic nie usłyszał, prócz zwykłej, obojętnej rozmowy. Anna zaczęła następnie jakąś długą perorę... Naraz dał się słyszeć krzyk na pół stłumiony, poczem zaległa w pokoju hrabiny głucha cisza... W chwilę później, Anna drzwi otworzyła pozwalając wejść hrabiemu. Twarz jej wyrażała zadowolenie pełne dumy, biegłego chirurga, gdy uda mu się jaka niebezpieczna amputacja i on radby podzielić się swoim tryumfem z jak najszerszem kołem widzów, aby go podziwiali, oceniając należycie jego zręczność, której złożył tak świetne dowody.
— Udała się sztuka — szepnęła hrabiemu. Zastał żonę, trzymającą w jednej ręce miniaturę syna, w drugiej jego list. Z kolei to list, to portret do ust namiętnie przyciskała. Wyciągnęła do męża ramiona, całując go w łysą głowę. Nie przestała jednak wpatrywać się tymczasem z zachwytem w miniaturę Mikołaja. Następnie odsunęła z lekka męża, aby na nowo ponieść do ust list i portret syna najdroższego. Teraz weszła cała rodzina. Odczytano im list Mikołaja, w którym opisywał w krótkości przebieg dwóch bitew, gdzie był czynnym i zdobył sobie szlify oficerskie. Kończył zaś temi słowy:
„Całuję rączki mamusi i twoje tatku kochany. Błagam o wasze błogosławieństwo. Ściskam także najserdeczniej Wierę, Nataszkę i Pawełka“.
Pozdrawiał przyjaźnie profesora niemca i starą bonę francuzkę panią Chose. Prosił matkę najczulej, żeby pocałowała od niego specjalnie „drogą i najmilszą mu Sonię, którą kocha zawsze i myśli o niej codziennie“. Usłyszawszy to Sonia zrazu pobladła, potem stanęła cała w płomieniach i płaczem wybuchnęła. Nie mogąc znieść spojrzeń obecnych, którzy zwrócili na nią oczy jakby na komendę, uciekła do salonu. Tu obiegła go najprzód w koło galopem, potem zaczęła się kręcić w kółko na jednem miejscu, póki nie zawróciła się jej głowa. Wtedy przysiadła na posadzce, a sukienka wydęła się na niej jak balon. Hrabina zalewała się łzami tymczasem.
— Nie ma powodu płakać mamo — wtrąciła Wiera. — Trzeba raczej cieszyć się, że Mikołaja tak odznaczono.
Uwaga była słuszną, a jednak ojciec, matka, Nataszka, wszyscy obecni, spojrzeli na nią z wyrzutem, zdziwieni i zgorszeni:
— W kogo ona się wdała? — bąknęła matka pół głosem.
List syna najukochańszego odczytywano setki razy. Ktokolwiek pragnął jego treść usłyszeć, musiał udać się z tem do samej hrabiny, ona bowiem nie rozłączała się z listem ani na chwilę. Odkrywała w nim coraz nowe powody do podziwu i najwyższej radości, ile razy odczytywała list, czy to komu z domowników, czy któremu z przyjaciół najserdeczniejszych. Wynajdywała mnóstwo przymiotów w swoim drogim Mikołku. Było to dla niej rzeczywiście czemś nadzwyczajnem, powiedzieć sobie, że ten syn, którego nosiła w łonie przed dwudziestu laty, i który był nieraz powodem jej sprzeczek z mężem, wyrzucającym matce, że chłopca nadto rozpieszcza, że to dziecię, które słyszała tak niedawno szepleniące „ma-ma... tia-tia“... jest teraz w obcym kraju, tak od niej daleko, że postępuje tam jak prawy żołnierz i spełnia sam ze siebie, bez żadnego mentora, czyny bohaterskie. Dla niej nie istniało owe doświadczenie, które nabieramy zwolna, patrząc z dnia na dzień, na rozwój stopniowy naszych dziatek, od kolebki, do wieku dojrzałego. Każdy krok jej syna, stawiany z pewnością i energją mężczyzny, wydawał się jej cudem niemal, jakby nigdy w życiu nie widziała niczego podobnego.
— Co to za styl. Jakie opisy interesujące. A jaka wzniosła dusza. O nim nic prawie... ledwie wzmianka króciutka... Rozpisuje się szeroko i długo, o jakimś Denissowie, jestem atoli przekonaną, że okazał więcej odwagi, niż oni wszyscy razem. Co za serce. Zawsze to utrzymywałam, gdy był jeszcze malutkim, zawsze... i nie omyliło mnie przeczucie macierzyńskie.
Przez cały tydzień, nie zajmowano się w domu niczem innem, jak tylko pisaniem kopij i przepisywaniem tychże, aby listy wyprawić do Mikołaja. Pod nadzorem hrabiny i hrabiego, pakowano rzeczy rozmaite, dla pana oficera. Ojciec posyłał mu w dodatku sześć tysięcy rubli na wyekwipowanie. Anna Michałówna, jako praktyczna kobieta, potrafiła zapewnić synowi plecy i wszelką w armji protekcję. Aby ułatwić z synem korespondencją, wyrobiła sobie pozwolenie, posyłania listów wprost do kancelarji wielkiego księcia Konstantego, dworskim kurjerem. Rostow swoją drogą utrzymywał zawzięcie, że w Rosji taki panuje ład i porządek, iż choćby zaadresować po prostu. — „Do armji rosyjskiej za granicą“ — posyłka dojdzie najniezawodniej. Kobiety postawiły jednak na swojem i wyprawiono wszystko przez kurjera wielkiego księcia, wprost do Borysa, z poleceniem, aby oddał pakiet do rąk własnych Mikołaja. Pisali wszyscy w domu. Rodzice, rodzeństwo, Sonia, nauczyciele i nauczycielki, nawet i rządca tak przez hrabiego ulubiony.





VII.

W dniu 12 listopada, armja Kotuzowa, obozująca w okolicach Ołomuńca, przygotowywała się do wielkiego przeglądu, przy którym mieli być obecni obaj monarchowie: car i cesarz austrjacki. Gwardja, która właśnie nadeszła, rozłożyła się na noc taborem o jakie piętnaście wiorst od Ołomuńca, aby wystąpić nazajutrz o dziesiątej rano w miejscu, gdzie miał się odbyć przegląd.
Mikołaj Rostow dostał w tym samym dniu bilecik od Borysa. Donosił mu tenże, że pułk Izmaiłowski zatrzymuje się o kilka wiorst, i że on, Borys, czeka tam na niego, aby mu wręczyć list i pakiet z pieniędzmi. Potrzeba było Mikołajowi gwałtownie tego zasiłku w brzęczącej monecie. Po kampanji, podczas pobytu w Ołomuńcu, był on wystawiony na pokusy wszelkiego rodzaju, jakie tylko można sobie było wyobrazić, dzięki markietanom i markietankom pułkowym, doskonale we wszystko zaopatrzonym, a jeszcze bardziej dzięki żydkom austrjackim, którzy roili się setkami w obozie i po kwaterach oficerskich. W pułku Pawłogrodzkim bankietowano bez końca i miary. Każdy, kogo odznaczono czemkolwiek, wydawał ucztę z kolei. Ci, którzy nie stali na kwaterze w samem mieście, jeździli tam jak mogli najczęściej. Magnesem przyciągającym była restauracja niejakiej Karoliny, węgierki z rodu, założona specjalnie dla oficerów, w której służbę całą pełniły kobiety. Rostow, ma się rozumieć, wydał bankiet wspaniały, z okazji zamianowania go oficerem.
W dodatku kupił „Beduina“, konia Denissowa. Koniec końców zadłużył się po same uszy u markietanów i u swoich współtowarzyszy. Po dobrym objedzie, zjedzonym w licznem otoczeniu innych oficerów, Mikołaj puścił się na odszukiwanie swego koleżki i przyjaciela jeszcze z lat dziecięcych. Nie miał dotąd ani czasu ani pieniędzy, żeby sprawić sobie mundur oficerski. Nosił więc wciąż jeszcze bluzę mocno wyszarzaną junkra, ozdobioną jedynie krzyżem. Do tego miał pantalony skórzane, szpadę zaś i pas do niej oficerski. Konia kupił na prędce od jakiegoś kozaka. Czako wypukłe, założył z junacką fantazją na bok. Gdy zbliżał się do miejsca gdzie miał spotkać się z Borysem i resztą oficerów z pułku Izmaiłowskiego, nie myślał o niczem innem w swojej dumie i radości tylko o podziwie, który wzbudzi pomiędzy nimi, on, huzar, z wojną obyty, i oswojony z trudami obozowemi. Wszak uczestniczył już w kilku bitwach i przebył dzielnie chrzest ogniowy.
Gwardja natomiast, odbyła raczej przechadzkę, niż marsz forsowny; paradowała też swojem wyglądaniem eleganckiem i mundurkami jak z igły. Tornistry, mantelzaki, jechały na wozach. Gdziekolwiek zatrzymywali się na krótki popas, oficerowie znajdywali przygotowane jadło wyśmienite, o które starali się miejscowi dygnitarze. Pułki wchodziły do miast i miasteczek i z nich wychodziły z muzyką na czele. W ciągu całego marszu, żołnierze, na wyraźny rozkaz wielkiego księcia Konstantego, szli tak wolno, że oficerowie nie opuszczali nigdy ich szeregów. Byli z tego niesłychanie dumni. Odkąd wyjechali razem, Borys nie puszczał się Berga, który został tymczasem kapitanem. Pełnił on tak gorliwie i punktualnie włożone nań obowiązki, że tem zaskarbił sobie łaski i zaufanie przełożonych. Mógł zatem nabijać kaletę coraz lepiej. Borys znowu nie zaniedbał porobić znajomości i nawiązać stosunków, z osobistościami wpływowemi, które mogłyby w danym razie dopomódz mu wielce w nie jednym wypadku. Poznał również księcia Andrzeja Bołkońskiego, któremu oddał list polecający od Piotra hrabiego Bestużewa. Spodziewał się, za jego protekcją, dostać się wkrótce do głównego sztabu, co było od dawna jego marzeniem. Berg i Borys byli obydwaj w galowych mundurkach, jak z pudełka. Odpoczęli już widocznie po trudach podróży i grali w szachy w pokoju czystym, nawet dość ładnie umeblowanym, który im oddano na kwaterę. Berg trzymał poważnie między kolanami długi cybuch od fajki tureckiej, wsadziwszy w usta piękny i duży bursztyn, z którego dym wypuszczał. Borys, swojemi rękami białemi i wypieszczonemi, jak u najpierwszej modnisi, układał wygrane figury w jeden stos, nie spuszczając z oka fizjognomji swego partenera, zapatrzonego w szachownicę.
— No, jakże myślisz wydobyć się z matni? — spytał Borys czekając niecierpliwie na pociągnienie przeciwnika.
— Zobaczymy! — tamten bąknął namyślając się dalej.
W tej chwili drzwi otworzono zamaszyście i z łoskotem:
— Odszukałem cię nareszcie — zawołał Rostow od progu. — Oho! i Berg tutaj?... „Dziateczki! koteczki! idźcież do luli!“ — zanucił Mikołaj jakąś piosneczkę, śpiewaną im w latach dziecięcych przez starą niańkę, która to piosenka miała później ten przywilej, że ile razy ją usłyszeli, parskali śmiechem, tak Mikołaj jak Borys.
— Boże! jakżeś się zmienił, prawie do niepoznania — wykrzyknął Borys, zerwawszy się z krzesła na powitanie przyjaciela. Nie zapomniał jednak objąć okiem całej szachownicy, aby mu Berg z czem nie uciekł. Chciał Mikołaja uściskać po dawnemu, ten atoli na bok odskoczył. Rostow był jeszcze na tyle młodym, że pragnął we wszystkiem czegoś oryginalnego, nadzwyczajnego, nienawidząc instynktowo dróg zwykłych, ubitych. Zamiast uściskać Borysa, byłby go raczej uszczypnął, byle to było czemś odmiennem od formułki światowej, z góry narzuconej. Borys niezważając na ten jego opór, wziął go w ramiona, i pocałował głośno w oba policzki.
Minęło zaledwie pół roku, od kiedy stracili się z oczu, a gdy się nareszcie odszukali, zdumieli się zmianą jaka w nich zaszła. Pochodziła ona widocznie z ich nowego otoczenia.
— Ah! wy przebrzydli salonowcy! — zażartował Rostow. — Wycieracie tylko posadzkę zamiast froterów i przychodzicie wystrojeni i ufryzowani jak laleczki! Tymczasem my biedni wojacy, przymieramy częstokroć z trudów, głodu i wszelkiej nędzy — deklamował Rostow, chcąc gwałtem nadać swojemu cieńkiemu, młodemu głosikowi, dźwięki ostre, basowe, starego wiarusa, z wojną od dawna ostrzelanego. Jakby na przekor elegancikom z gwardji, wszedł w butach i pantalonach zabłoconych.
Przez drzwi odchylone zajrzała do pokoju gospodyni domu, niemka, i cofnęła się natychmiast.
— Ładna? — spytał Rostow mrugnąwszy figlarnie oczami.
— Czegóż tak wrzeszczysz — Borys wzruszył niecierpliwie ramionami. — Pomyślą, że się dom pali... Wiesz co, niespodziewałem się ciebie tak rychło, bo wczoraj dopiero oddałem mój bilet Bołkońskiemu, adjutantowi Kutuzowa, którego poznałem niedawno. Nie spodziewałem się, że będzie na tyle grzecznym i odeszle ci go natychmiast... No! jakże ci się powodzi? Przeszedłeś już próbę ogniową, co?
Rostow za całą odpowiedź, zaczął bawić się krzyżem św. Grzegorza, zawieszonym u pętlicy munduru. Wskazał również na swoje ramię, spoczywające dotąd na temblaku.
— Jak widzisz — bąknął od niechcenia.
— Ho, ho! — Borys uśmiechnął się trochę drwiąco. — My także, mój drogi, odbyliśmy rozkoszną kampanią. Carewicz jechał razem z oddziałem; mieliśmy zatem wszelkie wygody. W Polsce przyjmowano nas wspaniale. Recepcje, bale, objady, szły jedne za drugiemi bez końca... Carewicz był nader uprzejmym dla wszystkich oficerów.
Zaczęli opowiadać sobie nawzajem rozmaite wypadki i szczegóły ich życia: Rostow malował dosadnie trudy obozowe; Borys wynosił pod niebiosa korzyści, jeźli uda się komu wstąpić do gwardji i do tego za wysoką protekcją osób wpływowych.
— Phi! wasza gwardja! Laleczki ufryzowane — machnął Rostow ręką lekceważąco. — Ale daj mi wina.
Borys skrzywił się niemiłosiernie, wydobył jednak rad nie rad sakiewkę z pod poduszek, powleczonych białemi jak śnieg poszewkami i kazał przynieść wina.
— Ale, ale! — wtrącił — oto list do ciebie i koperta z pieniędzmi.
Rostow rzucił pieniądze na kanapę, list zaś szybko rozpieczętował i zaczął czytać chciwie z łokciami na stole. Żenowała go obecność Berga. Czuł na sobie wzrok na wskroś przenikający. Zasłonił się też cały listem szeroko rozłożonym.
— Nie żałowano hrabiemu pieniędzy o ile się zdaje. — Berg zażartował patrząc łakomie z pod oka na spory worek opieczętowany i przez pół wciśnięty w kanapę. — My natomiast nie możemy związać końców i wiecznieśmy goli jak święci tureccy.
— Słuchaj mój drogi! Pierwszy raz, gdy cię zastanę z listem od rodziny w obecności przyjaciela i towarzysza od lat dziecięcych, którego nie widziałeś przez pół roku, a któremu radbyś zadać tysiąc pytań, uwolnię cię natychmiast od mojej osoby. Uczyń że i ty to samo Berguńciu kochany i zniknij łaskawie z horyzontu... czyli mówiąc dosadniej i zrozumiałej: idź sobie do stu djabłów — przemówił Rostow żartobliwie, patrząc przyjaźnie na Berga, aby mu cokolwiek osłodzić gorzką pigułkę i wykręcił nim jak frygą w kierunku drzwi. — Nie weźmiesz mi tego za złe, co? Wszak jesteśmy starzy znajomi.
— O, i owszem, hrabio kochany... rozumiem to doskonale i wynoszę się natychmiast — odrzucił Berg słodziutko, swoim głosem chropowatym i niby wiecznie zachrypniętym.
— Pójdź do naszych gospodarzów — wtrącił Borys. — Zaprosili cię przecie na dziś.
Berg przywdział inny mundur, włosy podczesał na wzór cara Aleksandra i przekonany z góry, o wrażeniu niesłychanem, jakie wywoła swoim strojem starannym, wyszedł z uśmiechem rozkosznym na ważkich ustach.
— Ah! jakie też ze mnie bydle kwadratowe — wykrzyknął Rostow przebiegając list oczami.
— Dla czego?
— Prawdziwe bydlę! Nie napisałem powtórnie, a oni tak się poprzestraszali. Cóż, posłałeś Hawryła po wino? Brawo! Toż to się ududlamy.
Między innemi, w posyłce rodzicielskiej był załączony list rekomendacyjny do księcia Bagrationa. Hrabina idąc za radą Anny Michałówny, wystarała się z wielkim trudem o ten list, od jednej damy znajomej, bliskiej krewnej księcia. Błagała też syna usilnie, żeby poszedł z listem do księcia natychmiast i starał się z tej znajomości wyciągnąć korzyść jak największą.
— Jakie szaleństwo. Niby ja tego potrzebuję? — mruknął Rostow niechętnie odtrącając list ruchem gwałtownym.
— Dla czegóż go odrzucasz?
— Drwię z podobnych rekomendacji.
— Jakże można drwić z czegoś tak ważnego? List przyda ci się bardzo.
— Nie potrzebuję niczego. Ja nie pójdę na pewno żebrać o miejsce adjutanta, choćby nie wiem przy kim.
— A to z jakiego powodu?
— Bo to służba lokajska.
— Ah! widzę żeś ten sam co dawniej — Borys zauważył.
— A i ty na włos się nie zmieniłeś... zawsze kunktator i dyplomata... Mniejsza o to... Opowiadaj mi raczej co się z tobą dzieje?
— Dotąd, jak widzisz, dzieje mi się nie źle. Tylko moim celem wręcz przeciwnie, jest: dostać się jak najrychlej do głównego sztabu na adjutanta i wystąpić z pułku.
— Dla czego?
— Bo rozpocząwszy raz karjerę wojskową, trzeba w niej doprowadzić jak można najwyżej.
— Aha! tędy droga w groch? — Rostow machnął ręką pogardliwie.
Wlepił w Borysa wzrok przenikliwy, jakby chciał zbadać jego myśli najtajniejsze.
W tej chwili wszedł stary Hawryło z winem.
— Powinnibyśmy sprowadzić nazad Alfonsa Karolowicza. Ten by ci dzielnie dopomógł wysuszać szklanki. Na mnie, co do tego nie licz wcale.
— Skoro chcesz koniecznie... Cóż za indiwiduum, to niemczysko? — Rostow wydął usta.
— Człowiek najpoczciwszy pod słońcem, zacny i bardzo miły towarzysz.
Rostow zmierzył wzrokiem na nowo Borysa i westchnął mimowolnie. Berg nie dał się prosić i wrócił, skoro go nazad przywołano. Ożywiła się pogadanka między trzema oficerami, przy gąsiorku dobrego wina. Gwardziści nie przestawali bawić Rostowa opisywaniem przygód i chwil przyjemnych, spędzonych podczas marszu. Jak ich przyjmywano gościnnie i jak wspaniale podejmywano w Rosji, w Polsce a nawet tu, za granicą. Cytowali na wyścigi rozmaite anegdoty o wielkim księciu Konstantym; prawiąc rzeczy niestworzone o jego dobroci, ale i o gwałtowności dzikiej, nieokiełznanej. Berg, który według chwalebnego zwyczaju, nie odzywał się aż wtedy, gdy mógł rozmowę sprowadzić na przedmiot ulubiony i opowiadać coś o sobie, teraz zaczął opisywać szeroko i długo, jak bawiąc w Galicji, dostąpił nie lada zaszczytu, rozmawiał bowiem, a raczej słuchał w milczeniu głębokiem, łajań i wyrzekań carewicza Konstantego. Uniesiony gniewem, złorzeczył, carewicz, że tak wolno posuwają się naprzód i zaczął psioczyć na cały oddział Berga, nazywając komendanta tegoż Arnautem. Było to specjalne i ulubione wyrażenie carewicza, ilekroć gniewał się na kogokolwiek.
— Może wyda ci się to hrabio nieprawdopodobnem, tak byłem jednak pewny, że w niczem nie zawiniłem, iż nie doświadczałem ani cieniu bojaźni. Nie chwaląc się, znam na palcach regulamin i wszelkie rozkazy dzienne pamiętam, jakby „Ojcze nasz“. Nie można też nigdy niczego zarzucić mojej kompanji. Stałem więc przed nim spokojny i z czystem sumieniem.
Po tych słowach wstał opowiadający, chcąc pokazać jak wystąpił przed front i z jaką miną salutował. Trudnoby było zaiste, wyobrazić sobie twarz, wyrażającą więcej uszanowania, a jednocześnie zadowolenia wewnętrznego z własnej osoby.
— Carewicz pieni się ze złości — Berg kończył opowiadanie — odsyła mnie do wszystkich djabłów, obrzuca niby gradem „Arnautami“ i zaczyna mi grozie „Syberją“... Stoję jak mur i ani pary z ust nie wypuszczam. „Czyś ty głuchy? bałwanie!“ wrzeszczy carewicz. Milczę dalej jak zaklęty... I cóż powiesz, hrabio? Nazajutrz w dziennym rozkazie, nie było ani wzmianki o tej scenie, którą mi wyprawił. Oto co się zyskuje, jeżeli ma się głowę nie od kształtu i nie traci się rezonu. Dostałem później pochwałę za dobre wyglądanie i wyćwiczenie należyte mojej kompanji. Tak było, tak! Opowiedziałem dosłownie, hrabio kochany — powtórzył, zapalając na nowo fajkę na długim cybuchu, z której umiał puszczać kółka dymu misterne i regularne.
— Winszuję — mruknął Rostow.
Borys czując przez skórę, że Mikołaj zechce wziąć na fundusz Berga i zacznie drwić z niemca na dobre, zwrócił zręcznie rozmowę na inne tory, prosząc przyjaciela o bliższe szczegóły, kiedy, gdzie i w jaki sposób był rannym. Nie mógł sprawić niczem większej przyjemności Mikołajowi. Ten zaczął też opowiadać, zapalając się coraz bardziej. Opisywał potyczkę pod Schöngraben, nie zupełnie tak, jak się odbywała, tylko jakby on ją sobie był życzył, w swojej bujnej fantazji. Rostow miłował prawdę najniezawodniej, i radby był zawsze być z nią w zgodzie. Jednak oddalał się od niej coraz bardziej, im dalej posuwał się w opowiadaniu, a to prawie bezwiednie. Bo czyż mógł przedstawić im cały obraz sucho, tonem quasi urzędowym? Tyle nasłuchali się o bitwach rozmaitych i tyle naczytali się o nich, że nie byliby mu nawet uwierzyli, gdyby był cokolwiek nie upiększył faktu nagiego. Jakże im mógł powiedzieć, że się wprawdzie puścił galopem razem z innymi, wszelako zaraz na wstępie wywrócił koziołka z konia, wytknął sobie rękę, a później wziąwszy nogi za pas, zmykał aż miło przed Francuzami. Wypowiedzenie nagiej prawdy, wymagałoby było nadto wielkiego zaparcia się z jego strony miłości własnej. Puścił zatem wodze bujnej fantazji i opowiadał rzeczy niestworzone. Jak wśród ognia nieprzyjacielskiego szał go ogarnął, tak, że zapomniał o wszystkiem, wpadł więc niby huragan w sam czworobok piechoty francuskiej, tnąc pałaszem na prawo i na lewo, w czambuł, na kapustę... i tam dalej... i dalej.
— Nie możecie bo sobie wyobrazić, co dzieje się z nami, jaka wściekłość nas porywa, podczas walki, lecąc do ataku!
W chwili gdy kończył szumne opowiadanie, stanął we drzwiach Andrzej Bołkoński. Lubił on protegować młodych ludzi, którzy udawali się pod jego skrzydła opiekuńcze. Borys podobał mu się bardzo i radby był z duszy całej, dopomódz mu i oddać żądaną przysługę. Wstąpił do Borysa po drodze, będąc wysłanym przez Kotuzowa do carewicza z ważnemi papierami. Zmarszczył brwi gniewnie zobaczywszy młodego huzara, rozpłomienionego opowiadaniem swoich czynów bohaterskich. Nie znosił w ogóle młokosów, przechwalających się i kłamiących jak z rejestru. Uśmiechnął się serdecznie, podając rękę Borysowi, a skłoniwszy się lekko dwóm jego towarzyszom, usiadł na kanapie. Nie mogło mu nic sprawić większej nieprzyjemności, niż owo spotkanie u Borysa, towarzystwa, które niepodobało mu się na pierwszy rzut oka. Rostow, odgadując instynktowo myśl Bołkońskiego, zaczerwienił się po same uszy. Pomimo obojętności graniczącej prawie z pogardą, z którą zawsze głośno występywał, gdy wspomniano o panach adjutantach z głównego sztabu, czuł się zażenowanym i onieśmielonym, tonem księcia, drwiącym i ucinkowym. Zauważył również, że Borys wstydzi się go widocznie wobec Bołkońskiego. Nareszcie zamilkł zupełnie. Borys spytał księcia, czy są jakie nowe wiadomości, i czy wolno wiedzieć niepopełniając niedyskrecji, co postanowiono w najbliższej przyszłości?
— Posuniemy się zapewne naprzód — bąknął Bołkoński wymijająco, żeby nie skompromitować się przed obcymi.
Berg skorzystał ze sposobności, aby spytać ze zwykłą u niego obleśną i przesadną grzecznością, czy nie postanowią w głównym sztabie większych porcyj furażu, wydawanych komendantom oddziałów. Książę Andrzej odpowiedział z drwiącym uśmiechem: — „że nie jest wtajemniczony i nie może rozsądzać tak ważnych kwestji stanu“.
— Mam dla pana pomyślną wiadomość, co do sprawy z którą udawałeś się do mnie... Pogadamy o tem późnej... Przyjdź pan do mnie po przeglądzie... Zrobi się, co tylko będzie możliwem... — Przemówił do Borysa. Następnie zwrócił się do Rostowa, niby nie uważając wcale jego miny zakłopotanej i widocznego rozdrażnienia:
— Opowiadałeś pan przed chwilą o potyczce pod Schöngraben... czy byłeś tam?
— Byłem! — odburknął gniewnie Rostow, tonem zaczepnym.
— Oh! co też ludzie nie nawymyślają na ten temat! — wtrącił Bołkoński od niechcenia.
— Zapewne komponują ludzie historje rozmaite. — Rostow rzucił na Borysa i Bołkońskiego spojrzenie piorunujące. — Sprawozdania atoli i opisy dokonywane przez nas, którzy byliśmy w ogniu przez cały czas, wystawieni na pociski nieprzyjacielskie, mają wartość trochę większą od zasług paniczyków wymuskanych i wyelegantowanych z głównego sztabu, którzy biorą nagrody siedząc za piecem i na nic się nie narażając...
— Do rzędu których i ja należę, według pańskiego zdania, co? — przerwał mu Andrzej z krwią najzimniejszą, i z uśmiechem łagodnym.
Rostow uczuł w sobie dziwną mięszaninę zniecierpliwienia, a jednocześnie szacunku głębokiego, jaki w nim wzbudził Bołkoński swoim spokojem niewzruszonym.
— Nie stosuję tego do pana, którego nie mam zaszczytu znać, i nie pragnę co prawda poznawać go bliżej. Mówię ogólnie o wszystkich oficerach z głównego sztabu.
— Ja zaś uważam — Andrzej wpadł mu w słowo, tonem umiarkowanym i najspokojniejszym — że pan chcesz mnie obrazić. Przyszło by ci to najłatwiej w świecie, gdybyś zapomniał o swojej własnej godności. Pozwolę sobie tylko nadmienić nawiasowo, że nie jest po temu ani miejsce, ani chwila obecna. Wszyscy jak jesteśmy, możemy stanąć dziś, jutro, oko w oko z nieprzyjacielem i stoczyć z nim pojedynek wielkiej doniosłości na przyszłość. Nie ma w tem zresztą winy ani mojej ani księcia Trubeckiego, pańskiego towarzysza i przyjaciela z lat dziecięcych jeszcze, że moja fizjognomia nie miała szczęścia podobać się panu. Znane mu moje nazwisko i stanowisko, wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. Proszę o tem jednak pamiętać, że co się mnie tyczy, nie czuję się bynajmniej obrażonym, a jako o wiele starszy od pana wiekiem, ośmielam się udzielić mu rady, żebyś zapomniał o swoim złym humorze i o całem tem zajściu niemiłem. A więc do zobaczenia kochany Borysie, w piątek po rewji. Będę czekał na ciebie...
Bołkoński wyszedł ukłoniwszy się najuprzejmiej tak Bergowi jak Mikołajowi.
Rostow odurzony, nie mógł odzyskać krwi zimnej i równowagi. Wściekał się sam na siebie, że nie umiał na razie odpowiedzieć Bołkońskiemu. Kazał sobie podać konie i pożegnał Borysa dość sucho i ozięble. Czy miał wyzwać tego adjutanta, pozującego na wielkiego człowieka, czy lepiej zrobi jeżeli nie będzie rozmazywał dalej tej głupiej historji? To pytanie męczyło go przez całą drogę. Z kolei wyobrażał sobie, jakąby miał satysfakcję, gdyby ujrzał przed sobą twarz przerażoną, tego dumnego pyszałka; to znowu dziwił się niesłychanie, czując w głębi serca coś nieokreślonego, jakieś żywe pragnienie pozyskania przyjaźni owego pyszałka, którego (tak mu się przynajmniej zdawało) nienawidził z całej duszy!





VIII.

Nazajutrz po spotkaniu się Rostowa z Bołkońskim u Borysa, odbył się przegląd obu armij, przez cara i cesarza austryjackiego. Wystąpiło 80.000 wojska, a w dodatku do oddziałów, które już były w ogniu, przyłączyły się świeże posiłki z Rosji nadesłane. Cara otaczała liczna świta, cesarza Franciszka kilku arcyksiążąt.
Od wschodu słońca wojsko w paradnych mundurach układało się w szeregi naprzeciw murów fortecznych. Cała ta zbita masa ciał ludzkich, z powiewającemi sztandarami, to zatrzymywała się jak wryta w ziemię, to posuwała się na głos komendy oficerów. Formowali to linje długie, to czworoboki, to znowu rozstępowali się, zostawiając wolne miejsce nowym oddziałom nadpływającym w mundurach różnobarwnych. Trochę opodal ustawiono konnicę, w mundurach niebieskich, zielonych i pąsowych. Na czele jechali trębacze, w mundurach suto haftowanych i złotem szamerowanych. Pułki szły jedne za drugiemi, krokiem miarowym w takt muzyki, na koniach karych, siwych i bułanych. Potem następywała artylerja. Wyciągała się ona, niby połyskujące cielsko węża olbrzymiego. Armaty lśniły w promieniach słońca, podskakując na lawetach, gdy je wieziono na miejsce wyznaczone, pomiędzy konnicą a czworobokiem piechoty. Jenerałowie byli również w pełnej gali, z piersiami zasianemi krzyżami i orderami. Oficerowie wyglądali strojnie, jak z pudełka. Żołnierze byli świeżo ogoleni. Wszystko na każdym świeciło się z daleka. Na koniach sierść lśniła w słońcu niby zwierciadło, wygładzona i wyszczotkowana najstaranniej. Grzywy falowały z wiatrem, pokarbowane, jak warkocz wytrefiony u pierwszej lepszej modnisi. Wszyscy czuli i rozumieli, że nastąpi coś wielkiego, ważnego i niezwykłego. Od jenerała do prostego żołnierza, każdy czuł się wprawdzie tylko ziarnkiem piasku w tem morzu żyjącem, odczuwając jednocześnie, swoją siłę i znaczenie, jako cząstka olbrzymiej całości.
Po usilnych staraniach, około dziesiątej rano, wszystko i wszyscy, stali w pogotowiu. Armję podzielono na trzy części: konnica na przedzie, za nią artylerja, na końcu piechota.
Między jedną a drugą bronią, zostawiono dużo miejsca próżnego. Każda broń odosobniała się i odcinała od