Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom III/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom III
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.

Równo z brzaskiem dnia, szesnastego listopada, szwadron Denissowa, który należał do oddziału księcia Bagrationa, opuścił ostatnie miejsce popasu, aby wziąć udział w bitwie. Tymczasem o jaką wiorstę od punktu zbornego, kazano zatrzymać się w pochodzie całemu pułkowi Pawłogrodzkiemu. Rostow widział defilujących kozaków, kilka bataljonów piechoty i artylerji, jenerałów: Bagrationa i Dołgorukowa, wraz z ich adjutantami. Walka wewnętrzna, jaką staczał sam z sobą, aby pokonać trwogę szaloną, opanowującą go w chwili ataku i jego słodkie marzenia, w jaki sposób okaże teraz swoje męztwo i czem się odróżni od innych, rozpływały się w powietrzu niby bańka mydlana. On bowiem należał do rezerwy z całym szwadronem. Dzień wydał mu się wieczyście długim, nudnym i smutno mu było na duszy. O dziewiątej rano usłyszał gdzieś w oddali najpierw strzelaninę, potem przeciągłe „Hurra“, a po końcu ujrzał nosze z rannymi, i między kilkuset kozakami, cały oddział konnicy francuzkiej, wzięty w niewolę. Potyczka widocznie trwała krótko, skończyła się jednak o ile można było sądzić z pozorów pomyślnie dla Rosjan. Oficerowie i żołnierze, opowiadali cuda waleczności, o świetnem zwycięstwie, o zdobyciu miejscowości Wischau i o wzięciu w niewolę całego szwadronu jazdy francuzkiej. Czas był piękny. Słońce świeciło wspaniale, po lekkim przymrozku w nocy. Rozkoszny dzień, pełen blasków słonecznych, mimo późnej jesieni, był dopełnieniem, rzecby można, ogólnej radości i tryumfu. Wszystkie twarze, od jenerałów, do szeregowców, były rozpromienione. Rostowa i te wybuchy radości niecierpliwiły. Czemu jego nie było pomiędzy zwyciężającymi?
— Chodź tu Rostow — przywołał go Denissow, siedząc nad rowem przydrożnym z flaszką sporą wódki i koszem rozmaitych wiktuałów. — Utopmy naszą zgryzotę — dodał żartobliwie — że nas tym razem do tańca nie zaproszono i musieliśmy, jak niepyszni pietruszkę sprzedawać.
Kilku jeszcze oficerów otoczyło ów ponętny kosz z prowiantami.
— Oho! prowadzą jeszcze jednego — odezwał się ktoś z ich grona, wskazując ręką na dragona francuzkiego, którego prowadzili dwaj kozacy. Jeden z nich trzymał za uzdę pięknego i dzielnego konia z pod owego jeńca.
— Sprzedaj mi go! — krzyknął Denissow na kozaka.
— I owszem wasza miłość — kozak odrzucił salutując.
Pozrywali się żywo oficerowie, otaczając kozaków wraz z ich jeńcem. Był nim młody Alzatczyk, mówiący po francuzku z wybitnym akcentem niemieckim. Płonął rumieńcem gorączkowym, usłyszawszy oficerów mówiących jego mową ojczystą. Udawał się do każdego z nich po kolei, tłumacząc, że nie z własnej winy dostał się do niewoli. Jego kapral zawinił tu jedynie; on posłał go po czapraki, chociaż mu perswadował, że po drodze Rosjanie złapią go najniezawodniej. Co kilka słów dodawał tonem prośby usilnej:
— Tylko nie róbcie nic złego mojemu poczciwemu koniowi.
I głaskał konia po szyi i lśniącej grzywie. Nie zdawał sobie sprawy widocznie, gdzie się znajduje i co mówi. To szukał wymówek, że dał się wziąć w niewolę, to znowu popisywał się swoją dokładnością i punktualnością w pełnieniu służby wojskowej, tak zupełnie, jakby stał przed własnym swoim dowódzcą. Dla oficerów rosyjskich, był to okaz ciekawy, żołnierza francuzkiego, którego wówczas prawie nie znali.
Kozacy przyjęli za konia dwa imperjały, które wypłacił im Rostow, gdyż chwilowo, miał on najwięcej pieniędzy z całego tego grona.
— Tylko nie róbcie nic złego memu drogiemu konikowi! — powtórzył jeniec tonem błagalnym.
Rostow upewnił go co do tego i dał mu również trochę pieniędzy.
— No! no! chodźmy dalej! — bąknął kozak do swego jeńca ciągnąc go za rękaw.
— Car! car! — usłyszano głośne nawoływania. Wszyscy poruszyli się i rozbiegli pędem, każdy udając się na swoje stanowisko. Tak samo i Rostow wskoczył raźno na siodło, widząc z daleka kilku jeźdźców z białemi kitkami u kapeluszów. Wszystko znikło w jednej chwili: nuda, zły humor, niecierpliwość, że go zostawiono w rezerwie, wszelkie uczucie tyczące się jego osoby, w obec radości niewypowiedzianej, przenikającej go do głębi, na widok nadjeżdżającego, ukochanego monarchy.
Było to dla niego najzupełniejsze wynagrodzenie, za przykry zawód, który spotkał go dziś rano. Podniecony gorączkowo, niby kochanek, gdy otrzyma od swojej najdroższej raz pierwszy schadzkę upragnioną, nie śmiał się ruszyć, nie śmiał się obrócić, odgadując „jego“ zbliżanie się, nie po odgłosie podków końskich, lecz po gwałtowności uczucia, które mu piersi rozpierało. Cały świat wydawał mu się w tej chwili piękniejszy, opromieniony jakimś blaskiem nadziemskim!
„Słońce“ tymczasem było bliżej... coraz bliżej... Rostow czuł się dziwnie rozgrzanym tem światłem czystem i pełnem majestatu, które od „niego“ płynęło... Usłyszał nagle wśród milczenia grobowego, ów głos słodki, brzmiący tak łagodnie i tak uprzejmie, spokojny, a niemniej imponujący:
— Huzary Pawłogrodzcy, co?
— Rezerwa, najjaśniejszy panie! — odpowiedział jakiś głos ziemski, po tamtym dźwięku niby prosto z nieba pochodzącym.
Car zatrzymał się przed Rostowem. Tym razem uderzyła jeszcze bardziej piękność i regularność linji klasycznych w monarchy twarzy młodziutkiej. Jaśniał on całą krasą pierwszej młodości, z lekkim odcieniem pewnej niewinnej nieświadomości samego siebie. Ten jednak wyraz dziecięcy prawie, nie ujmywał jego twarzy bynajmniej powabu i uroku majestatycznego. Gdy patrzał w ten sposób na szwadron, wzrok jego skrzyżował się na sekundę z oczami Rostowa. Czy odgadł co kipiało i rozpierało serce młodego porucznika? Rostow był o tej prawdzie najmocniej przekonany, uczuł się bowiem jakby pogłaskany spojrzeniem tych pięknych oczów lazurowych.
Nagle car odwrócił wzrok od niego, wspiął konia ostrogą i dalej pogalopował.
Młodziutki monarcha, nie mógł odmówić sobie tej przyjemności, żeby nie miał być przytomnym potyczce, mimo rad i próźb usilnych całego otoczenia. Około południa rozstawszy się z trzecią kolumną, za którą postępował, chciał złączyć się z awangardą, w chwili jednak gdy dotarł do huzarów, kilku adjutantów doniosło mu z pola bitwy o świetnem zwycięztwie i szczęśliwem ukończeniu potyczki.
Ową potyczkę, która ograniczyła się w końcu na wzięcie w niewolę jednego szwadronu francuzkiego, przedstawiono monarsze jako walne zwycięztwo. Nie tylko car, ale armja cała, nim dymy opadły, była przekonaną, że Francuzów pobito na głowę i zmuszono do odwrotu. Niedługo po odjeździe cara, oddział pułku Pawłogrodzkiego dostał rozkaz iść naprzód. Rostow był na tyle szczęśliwym, że zobaczył raz jeszcze cara w miasteczku Wischau. Leżało kilku ciężko rannych i kilku trupów w miejscu gdzie strzelano najgęściej. Nikt nie miał dotąd czasu zabrać tych biedaków. Car otoczony świtą tak wojskową jak cywilną, mając pod sobą konia bułanego, zwracał się to na prawo, to w lewo. Kiedy niekiedy ruchem pełnym gracji podnosił do oczu złotą lornetkę. Naraz wzrok jego padł na żołnierza leżącego w poprzek drogi, bez kaska, z głową krwią ociekłą. Widok ciężko rannego, tak blisko cara, był nader przykrym dla Rostowa. Spostrzegł kurczowe drganie w pobladłej twarzy Aleksandra, i dreszcz wstrząsającą nim całym. Car ścisnął ruchym nerwowym boki konia kolanami, który będąc doskonale ujeżdżonym stał nieruchomy, jakby wrósł w ziemię i skinął na adjutanta. Ten rozkaz odebrawszy, z konia zeskoczył, przywołał ludzi z noszami i sam im pomagał do podniesienia rannego. Ocucony bólem, ranny jęknął.
— Lekko, lekko! czyż nie możecie obejść się z rannym delikatniej? — zawołał car z takiem rzewnem współczuciem, jakby sam był ranny i zbolały.
Odjechał, a Rostow zauważył, że oczy zaszły mu łzami.
— Co za straszna rzecz wojna! — usłyszał Rostow, cara mówiącego po francuzku do księcia Czartoryskiego.
Awangarda rozłożywszy się taborem tuż pod Wischau naprzeciw nieprzyjaciela, który dnia tego ustępywał z placu, nie stawiając wcale oporu, dostała pochwałę od cara. Dziękował wszystkim za oddzielne starcie się z nieprzyjacielem, obiecując mnogie nagrody. Żołnierzom dnia tego rozdano podwójną rację wódki i jadła. Ognie w obozie świeciły jeszcze weselej, niż w wigilją potyczki, a śpiewy żołnierzów rozbrzmiewały w powietrzu. Denissow sprawiał ucztę wspaniałą, z okazji awansu swego na majora. Rostow, mając już trochę w głowie, pod koniec wieczerzy wniósł pierwszy toast na cześć monarchy, nie za zdrowie cara, ale za zdrowie i pomyślność młodego człowieka, pełnego uczuć najszlachetniejszych i uroku, któremu nikt oprzeć się nie zdoła.
— Pijmy za jego zdrowie! — Wykrzyknął z zapałem. — Niech nas zawsze wiedzie na pole zwycięstw i chwały! Jeżeli biliśmy się tęgo pod Schöngraben z Francuzami, cóż to będzie teraz dopiero, gdy „On“ stanął na czele nas? Zginiemy z rozkoszą dla „niego“, nieprawdaż panowie? Może nie umiem tego dość jasno wypowiedzieć, ale czuję to w głębi duszy, a i wy tak samo! Niech żyje Aleksander pierwszy! Hurra!
— Hurra! — krzyknęli chórem oficerowie.
Stary Kirstein wpadł w zapał, jakby młodzik dwudziestoletni.
Toast spełniwszy potłukli szklanki. Kirstein napełnił winem inne i wyszedł z namiotu w koszuli z rękawami podwiniętemi, zdążając ku żołnierzom siedzącym w koło ogniska. Podniósł szklankę wysoko po nad głowę, oświetlony jaskrawo łuną bijącą od płomieni. Wyglądał tryumfująco z siwemi wąsami, nastrzępionemi junacko, z koszulą rozwartą na piersi kosmatej.
— Dzieci, za zdrowie naszego cara i nasze przyszłe zwycięztwo nad nieprzyjacielem! — huknął głosem stentorowym.
Otoczyli go żołnierze, odpowiadając grzmiącem hura!
Gdy rozchodzili się późno w nocy, Denissow uderzył po ramieniu swojego ulubionego Mikołuszkę.
— Ani sposobu nawiązać z kim jakiej miłostki! Co? — zażartował. — Zatem z desperacji kochamy się w carze!
— Waśka, z czegoś podobnego nie godzi się żartować! To uczucie nadto wzniosłe, nadto idealne!
— Tak, tak, mój drogi! Podzielam w tem najzupełniej twoje zdanie!
— Ani mnie nie pojmujesz, ani pojąć nie możesz!
I Rostow zaczął się zwolna przechadzać, pomiędzy ogniskami dogasającemi, marząc rozkosznie o śmierci chwalebnej na polu bitwy w oczach cara. Ani pomyślał w tej chwili o życiu młodem, które ledwie zaczynało się dla niego, o rodzinie, tak do niego przywiązanej. Pierś rozpierał mu zapał. Był pewny świetnego tryumfu wojsk rosyjskich i rozbicia w puch nieprzyjaciela. Nie on jeden tak błogo marzył. Dziewięć dziesiątych żołnierzy, łudziło się tak samo, w przededniu niezapomnianej, sławnej bitwy pod Austerlitz!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.