Wojna chocimska/Pieśń XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Krasicki
Tytuł Dzieła Krasickiego
Podtytuł Wojna chocimska
Data wydania 1830
Wydawnictwo U Barbezata
Miejsce wyd. Paryż
Źródło skany na Commons
Indeks stron
PIEŚŃ XII.


Rozpacz Osmana. Skinder chce jeszcze boju doświadczać. Wojsko bisurmańskie nalega o pokój. Skinder wyznaczony do traktowania zabija się. Chodkiewicz umiera. Turcy korzystając z śmierci wodza, uderzają na obóz polski, ale zgromieni od Lubomirskiego, o pokój proszą.


Jest Bóg, wyniosłych co zuchwałość karze.
Jest Bóg, co wspiera w sobie zaufanych:
Próżno się dumni srożyli mocarze,
Próżno w przegróżkach nie raz powtarzanych
Niecili pożar; spełzli w swym pożarze:
W radość się trwałą zmienił płacz stroskanych:
A dawca losu, gdy się z względy śpieszył,
Sługi swe wierne wsparł, wzmógł i pocieszył.

Dał dumie tamę; a jak brzeżne skały
Szum przerazliwy wiatrów rozjuszonych
Daremnym czynią; zwracają się wały,
Zżyma się impet bałwanów śpienionych,
Próżnie się zżyma; wyrok wiecznotrwały
Żywioł w granicach cieśni zamierzonych:
Ten, co w bezdenność duchy wietrzne wpycha,
Rozkaże morzu, i morze ucicha.

Nie moc i liczność dzielne roty wsparła,
Duch mężny postać okropną przemienił:
Zgnębiona hardość, co się rozpostarła,
Spodlał ten, co się zbyt wyniośle cenił.
Im się zjadliwej bezbożność rozżarła,
Tym dzielniej wódz się w odporze nie lenił.
Duch mężny, w sercach co prawych przebywa.
Znękał zuchwalec, a Polska szczęśliwa.

Nieopłoniony Osman w swoim wstydzie,
Żarł się w rozpaczy z pognębioną zgrają;
Groźna potęga została w ohydzie,
Trwożne go zewsząd tłumy otaczają.
Na dywan smutne grono baszów idzie:
A gdy na srogie losy narzekają,
Ten, co tłumaczem pierwszym Alkoranu,
Tak się odezwał ku radzie i panu:

«Bóg losy daje, ale daje godnym,
«Krnąbrne pognębia, zasmuca i karze;
«Dawał zwycięztwo, ale nieodrodnym,
«Szczęścił, co czcili prawo i ołtarze.
«Zniżył nas, podał w pogardę swobodnym,
«Za nasze zbrodnie, gwałty i potwarze.
«Poprawa zmiękczy wyrok srogi nieba,
«Od tej zaczynać każde dzieło trzeba.

«Zacznijmy.» Przerwał Skinder: «Rzesza podła
«Niezliczonymi przygnębiona klęski;
«Czerń, co się ledwie z kryjówek wywiodła,
«W które ją zagnał nasz oręż zwycięski,
«Odnosi tryumf! Daremna tu modła,
«W rozpaczy szuka zamsty umysł męski,
«Tym, co zwycięztwy przywyknęli słynąć,
«Dwie tylko drogi, zwyciężyć, lub zginąć.»

Już do ostatniej rozpaczy się brało,
Gdy wrzask okropny radzących potrwożył:
Okropny odgłos echo przyczyniało;
A gdy się coraz straszliwiej powtórzył,
Chcąc wiedzieć, co się w stanowiskach działo,
Szedł Osman. Nowy widok się otworzył.
Strwożonej rzeszy umysł niespokojny
Przegraża buntem, pragnąc końca wojny.

Jęknął bezbożny, a łzy zajadliwe
Pełne rozpaczy z oczu mu wypadły;
Coraz się wrzaski wzmagały straszliwe:
Poniżon, zdręczon, a zemstą rozjadły,
Darmo chciał tłumić bunty zapalczywe;
Więc pełen złości, drżący i wybladły
Skłonił kark dumny: wyznaczono posły,
Coby wstyd jego w podłej prośbie niosły.

Skinder, gdy imie swe słyszał i zoczył,
Wpadł wpośród rzeszy, a pałając wzrokiem:
«Niech idzie, krzyknął, kto pierwszy wykroczył;
«Niech się haniebnym upodla wyrokiem
«Kto z drogi wiernych Muzułmanów zboczył,
«I śmie sromotnym deptać honor krokiem:
«Kto zniesie, by go wstyd ostatni tropił,
«Niech idzie!» — Wtem miecz wśród serca utopił.

Jak piorun w trzasku, tak śmierć walecznego
Przelękłe tłuszcze zarazem ujęła:
Jęk powstał; widok rycerza wielkiego,
Pamięć na jego heroiczne dzieła,
Mnożyła boleść. Wśród zgiełku strasznego
Powszechną wolą ta rada stanęła;
Spahów, Janczarów groźny poczet wrzasnął:
Żebrać pokoju. — Kto go miał dać, zgasnął.

Próżne tam zwycięztw pienia i odgłosy,
Gdzie ostateczną czas się zbliża chwilą:
Te, co bujały w dostawaniu, kłosy,
Pod sierp dojrzałe niżą się i chylą.
Już czas przychodził, aby ten, co ciosy
I złą odwrócił od ojczyzny chwilą,
Spełnił swój wyrok: a dusza swobodna
Tam odpoczęła, kędy spocząć godna.

Płaczliwe rzesze otaczają łoże,
W którem obrońca ojczyzny spoczywał.
Widzi płaczących, i jeszcze się wzmoże,
Rzucił blask płomień, który dogorywał:
«Wielbmy, rzekł, wielbmy miłosierdzie boże;
«Zjścił Pan wiernym to, co obiecywał.
«Niechaj się dumni mocy jego boją,
«Zgnębił mocarstwa świętą ręką swoją.

«Nie płaczcie! — Radość niech w sercach przebywa,
«Miła ojczyzna kiedy ocalała.
«Jeszcze na wiernych jej synach nie zbywa:
«Was, jeśli wzrusza jej godność i chwała,
«Znajdzie obrońców, i będzie szczęśliwa.
«A gdy cios taki dzielnie wytrzymała,
«Znać, że zastępów Pan, który ją broni,
«Wyrwie i potem, choć z najgłębszej toni.

«Miejcie w pamięci, żeście prawowierni,
«I święte boże zachowujcie prawa.
«Bądźcie monarchom waszym zawsze wierni,
«A pamiętajcie, iż je Bóg nadawa,
«Bracia jesteście, możni, czy mizerni,
«Chowajcie równość, jak każe ustawa.
«Ojczyzno!» — Zamilkł. — A gdzie cnota wiodła,
Tam duch odpoczął wśród istności źródła.

Tak cedr, co w niebo wzniosł wierzch okazały,
I cieniem swoim doliny zasłaniał;
Próżno nań groźne wiatry powstawały;
Trwał: młode drzewka, krzewiny ochraniał.
Doznał nakoniec, iż nie wiecznotrwały:
I gdy się chwiejąc ku upadku skłaniał,
Padł. — Wstrząsł się Hermon, a Libanu skały
Odgłosem spadku jego zajęczały.

Wzmógł się niewierny, a ostatnie siły
Wywarł, chcąc zmazać hańbę, którą znosił;
Po smutnych jękach groźby nastąpiły:
A który zgnębion o przymierze prosił,
Nowe go zemsty duchy orzeźwiły:
Odgłos się wojny natychmiast podnosił.
Wsparci nadzieją wodzowie i basze,
Wiedli swe tłumy na okopy nasze.

W nich zacne, dotąd umieszczone zwłoki
W najokazalszem miejscu spoczywały.
Poutwierdzane nadbrzeżne opoki,
Zmocnione straże szańców pilnowały,
Opatrzon obóz żywnością bez zwłoki,
Wódz Lubomirski, przezorny i śmiały,
Godzien następcą zostać Chodkiewicza,
Przemysłem twierdzom obrony użycza.

Stanął najpierwszy wówczas, gdy tłum dziki
Na obóz całą potęgą uderzył;
Stanęły w miejscach swoich wojowniki,
A gdzie się impet pohańców zamierzył,
Pomimo groźby i okropne krzyki,
Wszędzie go odpór waleczny uśmierzył.
Wszędzie odparci, wstyd swój jawnie baczą,
Wracają z hańbą i wściekłą rozpaczą.

Tyś, Lubomirski, w dzień ów zawołany,
Stanął ojczyźnie za wybawiciela;
Odporem twoim Bisurman zmięszany
Tryumfalnego przymnożył wesela.
Z hańbą od szańców naszych odegnany;
A zgnębionego grom nieprzyjaciela
Wzniósł sławę polską: niewinnych obrońca,
Bóg wsparciem swojem zasilał do końca.

Ci, co z szacownej nas wyzuć swobody,
I w podłe jarzmo swoje wprzęgnąć mieli;
Upokorzeni na nowe zawody,
Żebrać pokoju sromotnie musieli.
Stanął; czas przyszedł wspaniałej nagrody,
W wiecznej ją chwale nasi osiągnęli.
A sława, która bystrym lotem leci,
W obronie matki uwielbiła dzieci.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Krasicki.