Wojna chocimska/Pieśń VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Krasicki
Tytuł Dzieła Krasickiego
Podtytuł Wojna chocimska
Data wydania 1830
Wydawnictwo U Barbezata
Miejsce wyd. Paryż
Źródło skany na Commons
Indeks stron
PIEŚŃ VII.


Turcy z licznem wojskiem przypuszczają szturm do okopów. Zawisza, już prawie przemagających, odpiera. Zabija w boju pojedynkowym Karakasa, jednego z dowódców Tureckich, a sam z boku od Hussejna strzałą przeszyty. Żal w obozie polskim po jego zgonie.


Wdzięczne już zorza wschodzić poczynały,
Gdy się tłum zbrojnych pokazał zdaleka;
Wstąpił Chodkiewicz na obronne wały,
A gdy obrotów przeciwnych docieka,
Chrapliwy odgłos trąby wydawały;
Żołnierz się kupi i na hasło czeka,
Starsi je wiodą na wały i szańce,
A wtem przybyły szpiegi i posłańce.

Głoszą: że Osman z niezliczoną zgrają
Coraz się bliżej pod obóz przymyka;
Wszyscy natychmiast wodza otaczają,
A na rzezkiego czele ochotnika
Stawa Zawisza: ochotą pałają,
Zgromić na pierwszym wstępie przeciwnika,
Chwalił Chodkiewicz ochotę wspaniałą,
Wstrzymać ją jednak w tej porze się zdało.

Słychać dźwięk muzyk, a wrzawy hałasów,
Uszy okropnem wyciem przerażały:
Odgłos trąb, kotłów, surm i tułambasów,
Zajadłej tłuszczy pomnażał zapały.
Echa z pomiędzy padołów i lasów,
Stokrotnym jękiem głosy powtarzały.
Bluźnili, Panie! święte imię twoje,
Dumni potęgą, kiedy szli na boje.

Bóg, co się krnąbrnej hardości sprzeciwia,
Pokornych szczęsnym co wzmaga wyrokiem;
Bóg, który wierne sługi uszczęśliwia,
Raczył łaskawem rzucić na nie okiem.
Już je niezmierność tłumów nie zadziwia,
Nieustraszonym szli na odpór krokiem.
Chodkiewicz pierwszy, a za nim w też tropy
Młodzież, starszyzna, biegli na okopy.

Gdy ku obronie wojska się zebrały,
I każdy stanął, gdzie mu poruczono,
Grzmotnym się hukiem działa odezwały,
Bomby, kartacze razem wypuszczono.
Szedł śmiało w ogień Bisurman zuchwały.
Wybrane Spahów i Janczarów grono.
Ledwo widziani przed gęstą kurzawą,
Pod same szańce cisnęli się żwawo.

Tam gdzie Sapieha trzymał mężne roty,
Najpierwszy attak, najżwawsze spotkanie;
Sam Osman swoim dodawał ochoty,
Lecieli oślep na jego wołanie;
Niezmierne działa wydawały grzmoty,
Równe z obozu było odstrzelanie.
Zadrżała ziemia krzyki straszliwemi,
Skryło się słońce przed dymy gęstemi.

Już przystawione do szańców drabiny,
Fossy głębokie już przeprawom zdolne,
Już zewsząd widać zdziałane ruiny,
Od armat baszty słabieją okolne.
Broni Sapieha, sławny swemi czyny,
Męztwo i rozpacz wonczas zobopolne.
A punkt honoru, wstyd bitwy przegranej
Jadem niezwykłym srożył Bisurmany.

Już Mahometa proporzec ozdobny
Blizko się wierzchu okopów unosił,
A odpór w słabych miejscach mniej sposobny
Wygraną wojskom niewiernym ogłosił.
Skoczył na odsiecz Zawisza nadobny,
Niewiernych znaki już tkwiące poznosił:
Za nim odwagą i dzielnością znaczny,
Z zadnieprskim hufcem mężny Sahajdaczny.

Wsparli w pierwiastkach nadto zaufanych,
Zmienił się tryumf i radośne krzyki.
Jęk z srogich ciosów dzielnie zadawanych,
Wydała dzicza okropnemi ryki;
Na nieprzyjaciół z hańbą odegnanych
Padli z stanowisk swoich Lisowczyki.
Cofa się zgraja na pobojowiska,
A miecz zwycięzki nad karki im błyska.

Mężnym zapałem wszystek rozżarzony.
Ściga Zawisza pierzchającą zgrają:
Wyrwał wśród półków sztandar podniesiony.
Oczy mu ogniem jaskrawym pałają.
Śmierć mieczem miota, a na wszystkie strony
Niewiernych tłumy zajęte padają.
Strach objął serca, a owi zuchwali
Sromotnym pędem z boju uciekali.

Na wrzask okropny uchodzącej tłuszcze,
Karakas mężny wywiodł hufce swoje,
Co na odwodzie stały, tam gdzie puszcze:
A świeżym ludem wzmagający boje
Krzyknął: «Żadnemu z zdrajców nie przepuszczę,
«Krwią się nasycę, lub śmiercią ukoję.
«Kogo nieprawa śmiałość ubezpiecza,
«Niech dozna, jakie cięcie mego miecza.»

Dumny pohańcze! ozwał się Zawisza:
«Nie takich nasi gromili mocarze:
Znajdziesz każdego z moich towarzysza,
«Co twoję hardość zgnębi i ukarze.»
Z obustron zatem wrzawa się ucisza,
Oni zaś w dalszym nie bawiąc poswarze,
Zwróciwszy końmi, ku dolinie bliskiéj,
Rzucili na się hartowne pociski.

Szybkiem schyleniem ustrzegł się od grotu
Piękny Zawisza, i raźny i hoży:
A nagłym skokiem rzezkiego obrotu,
Tnie w kark pohańca i trupem położy;
Padł, a chrzęst zbroi podobny do grzmotu
Zdziczałe tłumy, gdy razi i trwoży;
Hussejn, co na bój ku Zawiszy śpieszył,
Z boku go strzałą jadowitą przeszył,

Jako kwiat polny, co mu rosa sprzyja.
Gdy żywą farbą wdzięcznie pasie oczy,
Podcięty kosą zwiędłe kolki zwija;
Tak grot smiertelny słabi go i mroczy,
Na pierś śnieżystą mdła skłania się szyja.
Padł śmierci łupem młodzieniec ochoczy.
Rumiane lice gasną i drewnieją,
Usta, przyjemne uśmiechem, sinieją.

Kto żal, kto rozpacz przytomnych opisze,
Na tak okropne zbiegłych widowisko?
Przypadli tłumem wierni towarzysze,
A zwłoki w puszczą gdy zanieśli bliską,
Tam je w posępną złożyli zaciszę.
Sami zaś biegli na pobojowisko
Mścić się na reszcie pierzchającej rzeszy,
Co trwożna do swych stanowisk się śpieszy.

Zapłakał Wejher, kiedy się dowiedział
O nieszczęśliwej młodzieńca utracie:
Ani się dłużej w okopach osiedział;
Ale o mściwej myślący zapłacie,
Wypadł w tłum dziki, który coraz rzedział.
Więc w pożądanej nasi alternacie
Gromią niewiernych, a na wszystkie strony
Obfitych zwycięztw odbierają plony.

Wysłał Chodkiewicz, aby hamowali
Starsi żołnierza impet zbyt rozjadły.
Więc się zwyciężcy nazad powracali,
I mężne hufce, skąd wyszły, osiadły.
Bogu cześć winną wszyscy oddawali.
A gdy już nocne ciemności zapadły,
Szli na spoczynek, lecz im nie był miły.
Zwłoki Zawiszy gdy w obóz przybyły.

Gmin rozmaity, żołnierze i wodze
Wyszli naprzeciw w żałośnej postaci;
Żal ciężki wszystkich dotykał zbyt srodze,
Ale największy był jego współbraci.
Grono młodzieńców stanęło na drodze,
Grono młodzieńców, co swój zaszczyt traci.
Płakali rzewnie na pierwiastki smutne,
Co losy nagle zdziałały okrutne.

Szacowne zwłoki krył całun bogaty.
Gdy na śmiertelne włożono je mary,
Młodzieńcy drogę uściełali kwiaty,
A pod ozdobne gdy wniesion kotary,
Płacz rzewny wszystkich głosił wielkość straty:
Płakał go równie, i młody i stary.
Chodkiewicz tłumiąc żal serca głęboki,
Tak mówił, patrząc na szacowne zwłoki:

«Dzielnością, cnotą, i gorliwą wiarą,
«Wszystkiemi zgoła dary ozdobiony,
«Młodzieńcze, żadną nieskażon przywarą!
«Jużeś w przybytkach bożych umieszczony:
«Ojczyzny miłej wyborna ofiaro!
«Patrz na żal twoich, płacz nieutulony;
«Niewcześnie zgasłeś, a pamięć twa miła,
«Wszystkich nas ciężkim żalem rozrzewniła.

«Stanąłeś teraz już w porcie szczęśliwym,
«Doszedłeś mety po krótkiej przeprawie;
«Proś Boga, niech nam będzie miłościwym,
«Na twą ojczyznę niech spójrzy łaskawie.
«Nasza rzecz mścić się mieczem zapalczywym:
«Dogodzim żalom, dogodzim i sławie.
«Przysiężmy przez ten przykład, który chwalim,
«Że jego zemścim; kraj, wolność ocalim.»

Rzekł, a natychmiast powstały okrzyki.
Jeden głos, jedno hasło wszystkich było;
Szerzył się, wzmagał, a pomiędzy szyki
Hasło wspaniałe coraz się mnożyło.
Na stanowiska poszły wojowniki;
Już też ciemnością niebo się zakryło.
Namiot tymczasem ozdobiwszy wieńcy,
Przy zwłokach smutni zostali młodzieńcy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Krasicki.