Wołanie krwi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wołanie krwi
Podtytuł (Szkic z podróży przez Centralną Azję)
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego
Druk Spółka Zjednoczenia Młodzieży w Poznaniu
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo)
Indeks stron
WOŁANIE KRWI.
(Szkic z podróży przez Centralną Azję).

Po ciężkim pochodzie przez kraj Urianchajski, gdzie mieliśmy stale potyczki z bolszewickimi oddziałami, moja niewielka, bo licząca zaledwie ośmnaście ludzi, grupa dotarła nareszcie do południowej części jeziora Kosogoł, czyli Chubsuguł. Tu przy wyjściu z jeziora szalonej, głębokiej rzeki Egingoł, mieściło się około dziesięciu niewielkich domków rosyjskich kolonistów. Była to osada Khatchył, handlowa faktorja, skupująca w Mongolji bydło, wełnę, mięso i skóry i wywożąca te towary na Syberję. Tak było przed wichurą bolszewicką, która do gruntu zmieniła istniejące na Syberji warunki, a więc, gdyśmy przybyli do Khatchyłu, miejscowi koloniści wegetowali, zawiesiwszy wszelkie interesa i oczekując lepszych czasów.
Byliśmy zmordowani i wyczerpani, przejechawszy konno w zimie blizko trzy tysiące kilometrów bez dostatecznie ciepłego ubrania, w ciągłych potyczkach, w ustawicznej walce z głodem, chłodem i różnemi niebezpieczeństwami, a więc byliśmy zmuszeni zatrzymać się tu na dłuższy popas. Zniewalała nas do tego i ta też okoliczność, że nasze konie były zupełnie zniszczone i osłabione, miały pobite grzbiety i poranione boki, bądź to od siodeł, bądź to od częstych wypadków, gdy staczały się z gór, padały przy przejściu łożysk pełnych kamieni rzek, lub gdy w kniei dziewiczej Urianchaju, przedzierając się przez gąszcze, raniły sobie boki i głowy.
Mieliśmy przed sobą jeszcze prawie pięć tysięcy kilometrów do brzegów Pacyfiku, a nie mając pieniędzy, musieliśmy oszczędzać swoje szkapy, zdobyte na bolszewickich bandytach.
Wypoczywaliśmy więc, a jednocześnie staraliśmy się zarobić coś, aby nabyć trochę obuwia i bielizny, które doszły do ostatecznej ruiny. Ja codziennie miałem odczyty o Sowieckiej Rosji, skąd przybywałem, lub o swoich obserwacjach i wrażeniach z podróży po Urianchaju; mój towarzysz, agronom p. Jamiołkowski, dawał porady gospodarcze i weterynaryjne, inni znowu towarzysze leczyli ludność osady, naprawiali wozy, strzelby i maszyny rolnicze, szyli ubranie lub buty.
Po dziesięciu dniach już mieliśmy wszystko, co potrzebowaliśmy do dalszej podróży, a chcieliśmy jeszcze zarobić trochę gotówki, lecz próżne były nasze wysiłki.
Stała się rzecz straszna. Od strony Irkucka przerwał się wschodnim brzegiem Kosogoła duży oddział jazdy bolszewickiej, zwabiony bogactwem miejscowych kolonistów. Podszedł pod sam Khatchył niespostrzeżenie i tylko moja grupa, ponieważ zawsze byliśmy czujni, zdążyła na czas opuścić osadę i forsownym marszem w jedną dobę oddalić się od nieszczęśliwego Khatchyłu o dziewięćdziesiąt kilometrów. Koloniści zaś wpadli w ręce bolszewików, zostali ograbieni, częściowo zamordowani przy obronie swych domów, częściowo wywiezieni do Irkucka, gdzie byli rozstrzelani.
My zaś, odjechawszy jeszcze około pięćdziesiąt kilometrów, dotarliśmy do buddyjskiego klasztoru Mureń-Kure, stojącego na brzegu rzeki Tajrys. Zbliżając się do klasztoru, spotkaliśmy rosyjskiego kupca Teternikowa, który mieszkał w rosyjsko-chińskiej handlowej osadzie przy klasztorze, jak to zawsze bywa w Mongolji, gdzie przy klasztorach powstają osady, zakładane przez chińskich i rosyjskich kupców.
Teternikow zaprosił nas do siebie dla wypoczynku. Bardzo gościnnie i nad wyraz serdecznie podejmowała nas żona Teternikowa, pani Tatjana.
Odrazu poczuliśmy się jak wśród najżyczliwszych przyjaciół. Gospodarze, jak mogli, dogadzali nam, chociaż wiedzieli, że płacić nie możemy, że jesteśmy uciekinierami, że musimy jechać dalej, i że za przyjęcie nas będą ciężko pokutowali w razie przyjścia bolszewików do Mureń-Kure. Nie spostrzegliśmy się, jak wszystkie nasze poniszczone rzeczy naprawiła czyjaś niewidzialna ręka, w tobołach naszych znaleźliśmy wełniane rękawiczki, pończochy, pudełka z igłami i nićmi, blaszanki z solą, kakao i konserwami i dużo drobnych przedmiotów, świadczących, że ofiarodawca czynił to z wielką serdecznością. Na nic się nie zdały nasze protesty. Teternikow i jego żona i słyszeć nie chcieli o zwrocie przez nas tych drogich upominków.
A były to prawdziwie drogie rzeczy. Zrozumieliśmy to później, gdyśmy przechodzili zachodnią część Gobi i wkroczyli do Tybetu. O wtedy nieraz upominki Teternikowych ratowały nas od głodowej śmierci, gdyż koczownicy, wrogo dla cudzoziemców usposobieni, na razie nie chcieli sprzedawać nam baranów ani byków, lecz później nie mogli się oprzeć pokusie, gdyśmy ofiarowywali im igły i nici, które z chwilą bolszewizmu w Rosji i wojny w Mongolji znikły śród tubylców.
Przeżywszy trzy dni w Mureń-Kure, staliśmy się świadkami dramatycznych wypadków.
Bolszewicy od strony Kosogoła, a także z obwodu Selengińskiego wtargnęli do Mongolji i wolno posuwali się na południe. Wszyscy rosyjscy koloniści, rozrzuceni po całym kraju, zaczęli uchodzić przed nimi i gromadzić się z rodzinami i dobytkiem w klasztorze Mureń, jako najbliższem zaludnionem miejscu.
Wkrótce w domach kolonistów i gościnnych jurtach klasztornych tłoczyło się do trzystu uciekinierów. W tem miejscu, poświęconem mądremu a spokojnemu Buddhie, zapanowała ponura trwoga. Bo też i była ku temu przyczyna poważna.
Wypadły głębokie śniegi, mróz dosięgał trzydziestu stopni, dzień w dzień szalał wicher, podnosząc chmury śniegu. Wszystkie ścieżki karawanowe znikły bez śladu. Górskie przejścia stały się niebezpieczne i nie do przezwyciężenia. Mongołowie nie chcieli dawać koni i wielbłądów, obawiali się prowadzić uciekinierów dalej, gdyż, jak twierdzili lamowie-kapłani, „bogowie zimy byli gniewni i czyhali na życie ludzi“.
A do najbliższego, bezpiecznego punktu, mongolskiego miasta Uliasutaj było około czterystu kilometrów! Jak mogli przebyć ten szmat ciężkiej drogi uciekinierzy, wioząc ze sobą kobiety i dzieci?!
Musiałem ze swoją grupą przebyć tę drogę przy tak ciężkich warunkach, lecz nawet my, już oddawna zahartowani i silni ludzie, cierpieliśmy niewymownie od mrozu, śnieżyc i wichru, który szalał na szczytach górskich przejść i w wązkich szczelinach pomiędzy skałami, pośród których wiła się, jak wąż, co chwila znikająca w śniegu ścieżka. Podczas tego przejścia przez grzbiet Tarbagatajski i w dolinie Ederu straciłem dwóch ludzi, którzy zabłądzili i zamarzli.
Gdy ścisk i tłok w małej osadzie przy klasztorze panowały w całej pełni, przybyły władze chińskie i zaczęły nalegać, aby Mongołowie zmusili uciekinierów do porzucenia klasztoru.
Żadne prośby i upomnienia Mongołów i uciekinierów nie pomagały. Z bezwzględną surowością przybyli urzędnicy młodej rzeczypospolitej chińskiej, zmusili rosjan, aby ci opuścili gościnne domki osady i klasztoru. Z trudem pozwolono im rozbić namioty śród okolicznych gór, gdzie po paru tygodniach wytropili ich i wymordowali sowieccy bandyci.
Teternikowy jednak, posiłkując się swemi zażyłemi stosunkami z lamami i mongolskimi urzędnikami, potrafili nas obronić. Po wypędzeniu wszystkich uciekinierów, około tygodnia jeszcze spędziliśmy w Mureń-Kure, i chińczycy nic nie mogli przeciw temu uczynić. Przekonani przez Teternikowych Mongołowie oznajmili stanowczo ciemięzcom-chińczykom, że nie wyrzucą nas z obwodu klasztornego, gdyż, jak mówili:
— Są to dobrzy biali ludzie, a śród nich dwóch nie-rosjan, ludzi z ziemi Porando...
W kilka miesięcy później przekonałem się, że imię polskie jest znane w Mongolji — spuściźnie groźnego Dżengiza-Temudżyna i że Polskę nazywają „Porando“, co jest, być może, zepsułem słowem angielskiem „Poland“.
Mieszkaliśmy więc w gościnnym domu naszych przyjaciół, spędzając z nimi całe dnie i prowadząc nieskończenie długie rozmowy na różne tematy. Odrazu zauważyłem, że nasi przyjaciele szczególnie łaknęli rozmów na tematy religijne lub naukowe, czując widoczną potrzebę w obcowaniu z kulturalnymi ludźmi.
Nie mogę nie zaznaczyć tu tej interesującej cechy ludzkiej — szukania zapomnienia się w myślach o rzeczach ideowych, abstrakcyjnych, nie mających nic wspólnego z walką życiową.
Obserwowałem to w różnych miejscach za czasów bolszewickich w Rosji, a później podczas mojej podróży przez serce Azji w warunkach nader ciężkich.
Moja grupa składała się z ludzi całkiem różnych poglądów, psychologji i inteligencji, a tymczasem wszyscy mieli jedno i to samo upodobanie. Oto co wieczór, przy ognisku, po herbacie z sucharami, ci zmordowani długim marszem ludzie nigdy nie zabierali się do spoczynku odrazu. Paląc fajki, leżeli około ogniska i zwracali się codziennie do mnie z jedną i tą samą prośbą.
— Profesorze, niech pan opowie o czemś, co życiem nie pachnie...
Były to dziwne, nocne opowiadania przy ognisku, za którym stał ciężki groźny mrok puszczy lub stepu, szalał mróz lub ze złośliwem syczeniem sypała śnieżyca.
Jakich tylko tematów nie poruszałem wtedy! Religja, historja, astronomja, nauki przyrodnicze, filozofja, wszystko to zmieniało się, jak w kalejdoskopie...
To samo powtórzyło się i tu — w domu Teternikowych, gdzie po kolacji przy dużym stole do późna opowiadałem cokolwiek; słuchali mnie uważnie już nawykli do tego moi towarzysze, ale rozczulającem było zachowanie się gospodarzy. Zamieniali się w duch, w jakiś kłębek napiętych nerwów. Z połyskującemi oczami, z zarumienionemi twarzami wpatrywali się we mnie i słuchali, słuchali. Ich nerwowy nastrój udzielał się mnie i — doprawdy, na żadnem z najbardziej odpowiedzialnych moich wystąpień nie mówiłem z większem podnieceniem i starannością, jak w nizkiej izbie domu Teternikowych, gdzieś w północnej Mongolji, około buddyjskiego klasztoru na Tajrysie!
Podczas takich pogadanek nieraz spostrzegałem baczne, niespokojne spojrzenia, rzucane przez gospodarza na twarz żony. Pani Tatjana siedziała zawsze wyprostowana, ze wspaniałemi czarnemi warkoczami, owiniętemi naokoło kształtnej głowy. Na jej twarzy o szlachetnych, ruchliwych rysach i pięknych ciemnych oczach malowała się jakaś trwoga lub troska, nurtująca ją.
Coś było w życiu tych dwojga ludzi, co stanowiło treść i boleść ich życia... Od kogo z dwojga pochodziła ta boleść? Jak się miała skończyć? Jakie ciężkie przechodziła koleje? W jaki sposób torturowała ta boleść nieznana dusze i serca, tych ludzi, rzuconych na bezbrzeżne stepy Środkowej Azji z ich męką, zwątpieniami i, być może, niewyrażonemi, a więc nad wyraz bolesnemi dążeniami?
Odpowiedź na te pytania dostałem bardzo prędko.
Po zwykłej wieczornej pogadance na parę dni przed opuszczeniem Mureń-Kure, udaliśmy się na spoczynek. Moi ludzie stanęli w oficynie na podwórzu, ja zaś z moim towarzyszem, panem Jamiołkowskim, mieszkałem obok pokoju gospodarzy.
Już się zacząłem rozbierać, gdy dobiegł mnie gorący szept Teternikowa. Zdławionym, urywanym głosem, chodząc po pokoju, szeptał:
— Gdy patrzę na ciebie, Tatjano, taką uduchownioną, zasłuchaną, chcę na kolana paść przed tobą i stopy twe całować i modlić się do ciebie... takaś ty piękna, czysta i święta!
— Dmitry, nie potrzeba o tem mówić... — z męką w głosie odezwała się Tatjana.
— Nie mogę, nie mogę! — jął dalej szeptać mąż. — Cała krew we mnie burzy się, płonie dusza, a z dna mego serca podnosi się czarna chmura nienawiści! Rozumiesz — nienawiści? Jak mogłaś ty, czysta i święta, ty taka piękna i wszystko rozumiejąca, oddać swoje cudne serce temu przejezdnemu kupcowi? Jak mogłaś, jak śmiałaś? Widzę na twoich ustach ślady jego pocałunków, słyszę pod pułapem echa twoich przysiąg i słów pieszczotliwych! O, Tatjano, Tatjano! Jaka męka, jakie przekleństwo!
Głos się urwał, ale doszły do mnie stłumione, ciężkie szlochania Teternikowa.
Długo trwało milczenie. Szlochanie ustało nareszcie. Zapanowała cisza zupełna.
— Mówi Mów! — rozległ się rozkazujący, namiętny szept mężczyzny.
— Już wszystko ci powiedziałam, — smutnym głosem, z głębokim westchnieniem odezwał się kobiecy głos. — Jam nie winna przed tobą, Dymitr! Lubiłam słuchać jego opowiadań o szerokim bożym świecie, lecz nie było między nami nic, nawet słowo o miłości nie było wypowiedziane. On był czysty i młody i nie znał grzechu... Ja ci to mówiłam, przysięgałam na pamięć ojca mego i na miłość do matki. Po co dręczysz siebie i mnie?...
Nie słuchałem dłużej. Narzuciłem na siebie kożuch i wyszedłem na podwórze. Czarne, grudniowe niebo wisiało nisko nad ziemią, a na nim, jak pochodnie, paliły się gwiazdy. Zamyśliłem się nad życiem ludzkiem. Jasną była dla mnie w te chwile smutna prawda, przekleństwo Kainowe, zmuszające ludzi wlec za sobą czarne pasmo męki. Wszędzie, zawsze, gdzie tylko jest człowiek, czaji się przy nim, jak cień nieodstępny, męka duszy jego... I nawet tu, w pustyni północnej Chałchi, spotkałem tę znaną nam w miastach rozpustnych, rozpasanych, torturę namiętnej zazdrości, nienawiść w sercu, pałającym miłością, i, być może, dążący już w zmroku buntującej duszy — niesprawiedliwy, krwawy wyrok...
Nazajutrz gospodarz zaprosił mnie obejrzeć jego tabun, który pasł się w górach o kilka kilometrów za klasztorem.
W drodze był milczący, aż wreszcie podjechał do mnie i wybuchnął:
— Pan tak rozumie potrzeby ludzkie i ich dusze! — zawołał. — Ratuj pan nas! Ratuj, gdyż inaczej zginiemy!...
I opowiedział mi zwykłą historję, powiedziałbym banalną, gdyby nie to, że zdarzyła się w tak dziwnych i tajemniczych miejscach, jakiemi są te potworne stepy mongolskie, gdzie, prawie widzialny błąka się ponuro-szkarłatny cień Szatana.
Dymitr powrócił do Mureń po wojnie z Niemcami i zastał Tatjanę bardzo zmienioną. Ucieszyła się na jego widok, otoczyła go zwykłą opieką i ciepłem domowem, lecz wesołość jej znikła. Nocami często wzdychała i płakała pokryjomu, a bladła z dnia na dzień. Od chińskich kupców dowiedział się, że gościł tu u Tatjany przejezdny kupiec z Rosji, spędził kilka dni i odjechał. Podejrzenie i zazdrość ogarnęły Dymitra i coraz bardziej dręczyły go...
— Ratuj nas, ratuj! — błagał, chwytając mnie za rękę.
Co miałem uczynić? Zwykła historja, codzienna, prosta i ordynarna — tak myślałem, lecz naraz stanęły przedemną, jak żywe, piękne, uduchowione oczy tęsknej kobiety i jej mieniąca się od wzruszeń surowa twarz. Obiecałem pomyśleć nad sprawą i poradzić.
Gdy powróciłem do domu, a Dymitr był jeszcze zajęty przy naszych wierzchowcach, Tatjana rzuciła się ku mnie i, kurczowo ściskając ręce, zapytała:
— Mąż panu wszystko opowiedział?
— Tak!
— Wyprzedził mnie, chciałam sama prosić pana o pomoc. Dziś wieczorem mąż musi pojechać do księcia po pieniądze, wtedy ja panu opowiem...
Nastał wieczór. Teternikow odjechał. Pozostaliśmy z Tatjaną we dwoje.
Cichym głosem, spokojnie i przekonywująco opowiedziała:
— Jestem córką Szymanowskiego — Polaka, zesłanego na Ałtaj za polityczną sprawę. Pokochał tam Rosjankę i ożenił się z nią. Ojciec był bardzo uczony i mnie do nauki zachęcił, a umiał opowiadać tak porywająco o pięknych rzeczach, a najbardziej o Polsce, którą miłował płomiennie, religijnie i marzył o powrocie do ojczyzny. Nauczył mnie po polsku, lecz umarł, gdy byłam pięcioletnią dziewczynką. Matka wyszła za innego, a gdy miałam siedmnaście lat, wydano mnie za Dymitra. Jest to bardzo dobry człowiek, prawdziwie mnie kocha, lecz nie rozumie mnie zupełnie, może dlatego, że jest o wiele starszy odemnie i zupełnie nie uczony, a ja byłam w gimnazjum, trochę się uczyłam i czytałam bardzo dużo... Otóż już czekałam na powrót Dymitra z wojny, gdy pewnego wieczoru przyjechał do Mureń-Kure i prosił mnie o gościnność młody, blady człowiek. Przyjęłam go i mieszkał u mnie przez pięć dni, gdyż miał tu interesy. Okazał się Polakiem — zesłańcem z gubernji Irkuckiej. Mieszkał on w siole Mondy i zaczął prowadzić handel z Mongolją. Pierwszego wieczoru dowiedziałam się o tem, a gdy zaczął tęskne opowiadania o ojczyźnie swojej, skąd go porwali żandarmi i sądy, gdy widziałam, jak płonęły mu oczy, drżały usta i bladły lica, — wypłynęły wspomnienia dziecinne, odezwała się krew przodków, i nigdy lepiej i cieplej nie czułam się, jak w jego towarzystwie. To wszystko, panie! A gdy po pięciu dniach odjechał, tęskniłam za nim, za jego głosem, za jego smętnemi lub płomiennemi oczami. Lecz nie była to miłość, panie! Było to coś lepszego i wyższego... A co — tego nie wiem... Dopomóż nam, ratuj nas, inaczej zginiemy oboje! Ja żyć nie mogę pod podejrzeniem, Dymitr zginie, nie wierząc mi... i trując się swemi myślami. Z każdym dniem przepaść pomiędzy nami staje się głębszą i straszliwszą. Czem się to skończy — nie wiem...
Gdy odeszła, długo myślałem, w jaki sposób muszę działać. A działać musiałem.
Była przedemną kobieta, w której żyłach płynęła i burzyła się nasza polska krew. Czułem, że mówiła szczerą prawdę, świadczyły zresztą o niej śmiałe, gorejące oczy i tęskny, do dna serca przenikający głos...
Myślałem całą noc. Tysiące planów zmieniłem, tysiące słów i dowodów dobierałem i odrzucałem.
W takiej rozterce zastał mnie świt.
Nad rankiem oczekiwano Dymitra z powrotem od sąsiedniego mongolskiego księcia.
Naraz coś mnie tknęło. Zawołałem robotnika i kazałem mu okulbaczyć mego konia. Wskoczyłem na siodło i wyjechałem na drogę, którą miał powracać Teternikow.
Po godzinnej jeździe zobaczyłem go, spuszczającego się ze stromej góry. Jechał mocno zadumany, z głową nisko pochyloną na piersi. Dobry gniady koń, spuściwszy się z góry, pomknął całym pędem w stronę domu.
— Niech pan się zatrzyma! — zawołałem na Dymitra.
Podniósł głowę i drgnął. Zdarł konia, aż ten siadł na tylne nogi, a później zbliżył się do mnie.
— Co się stało na miłość boską? — pytał z trwogą w głosie. — Tatjana...
Uspokoiłem go, i pojechaliśmy razem dalej.
Gdyśmy wyjechali z krętej doliny Tajrysu do kotliny, w której stał klasztor, dziwny widok uderzył mnie.
Złocisto-różowe słońce zalało dziewicze śniegi stepów, przeciętych turkusową wstęgą zamarzniętej rzeki, a na jej brzegu z jakimś niepojętym spokojem wznosiły się wygięte dachy buddyjskich świątyń, czerwone, polerowane i złocone wieże i ściany i białe ofiarne ołtarze — Obo. Nad klasztorem wznosiły się w nieruchomem powietrzu słupy zaróżowionego dymu i wzbijały się aż pod przezroczyste, mieniące się, jak perły obłoczki, płynące niby dumne łabędzie ku tajemniczej północy.
Cisza niezamącona niczem była w naturze, nigdzie nie było śladu żywej istoty, tylko ta dziwna cisza i spokój panowały tu niepodzielnie.
Wstrzymałem swego wierzchowca i położyłem rękę na cuglach Dymitra.
Ktoś niewidzialny podszepnął mi myśl.
— Widzicie ten spokój, rozumiecie tę ciszę, czujecie tę nieśmiertelną trwałość natury? Jest to przejaw bóstwa. W obliczu tego bóstwa przysięgam wam na życie swoje, na swoją duszę, że Tatjana nie zgrzeszyła przed wami!
Dymitr, jak uderzony piorunem, zeskoczył z konia i, porwawszy mnie za rękę, przycisnął się do niej czołem.
Ani słowa nie rzekliśmy do siebie przez całą drogę. Tatjana też o nic więcej nie pytała mnie.
Po dwóch dniach ruszyliśmy w dalszą drogę.
Gdyśmy się pożegnali i część moich ludzi spuszczała się już ze stromego brzegu Tajrysu, podbiegła do mnie Tatjana i, całując mnie po rękach, szepnęła:
— Niech Bóg doprowadzi pana do szczęścia na polskiej ziemi za to, co pan dla nas uczynił!
Odjechaliśmy. Byliśmy wkrótce już o jakie dziesięć do piętnastu kilometrów za klasztorem. Zaczynała się śnieżyca i wiatr wzmagał się. Naraz dopadł nas Teternikow.
Był płomienny i blask bił mu z twarzy.
— Przywiozłem wam beczułkę wódki, bo w drodze to dobrze robi. Bywajcie zdrowi! Z Bogiem!
Uścisnąwszy wszystkim ręce, zbliżył się do mnie i szepnął:
— Uwierzyłem panu, jak Bogu! Tatjana — święta, niewinna! Weź pan ten nóż, który dawno przygotowałem na nią... Rozumie pan?
Porwałem nóż i cisnąłem go daleko do głębokiego wąwozu.
— Niech zginie wraz z męką waszą! — zawołałem. — Niech rdzą się pokryje, niech nikt nie pozna czem był ten kawał żelaza, niech nikt nie wie, w co się zmieniała miłość wasza!...
— Dziękuję do końca życia mego! — szepnął Dymitr i wspiął konia.
Obłok śniegu pogonił za nim, a zamieć po chwili pochłonęła jeźdźca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.