Wizerunki książąt i królów polskich/Mieczysław Stary

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wizerunki książąt i królów polskich
Data wydania 1888
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Ksawery Pillati,
Czesław Borys Jankowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
MIECZYSŁAW STARY.


Liczże pieniądze z piętnem królewskiem a nie te plewy.
X.
Mieczysław Stary
1178. — 1202.
Kraszewski Wizerunki książąt i królów polskich ornament 14.png

M


Mieszko zwany Starym wyraziściej i dobitniej występuje niż brat, chociaż maluje go nam Kadłubek jako okrutnego tyrana. Barwy w tym obrazie tak są zaciemnione, tak przesadne, a ustęp kronikarski nosi na sobie tak wyraźną cechę artystycznego obrobienia i amplifikacyi, iż nie dowierzając autorowi, musimy szukać przyczyn tej niechęci i oburzenia, jakie w nim obudzał.
Mieszko dążył widocznie do ustalenia w kraju rozprzężonego porządku, nakazania poszanowania prawom, zaprowadzenia karności, i — musiał nie przebierać w środkach. Zgrzeszył tem w oczach Kadłubka, że zastosowywał je nietylko do pospolitych ludzi, rycerstwa, ziemian, ale i do duchowieństwa.
W tem leży słowo zagadki.
Wielowładztwo duchowieństwa wywoływało już opór przeciwko niemu za Kędzierzawego, nie ze strony panującego, ale ludzi prywatnych. Wernera, biskupa płockiego, za sprawą Bolesty kasztelana wirskiego zabito, za co on żywcem spalony został.
Mieszko też nieposłusznych a opornych duchownych odważył się więzić; obwiniano go, że ich prześladował i karał śmiercią. To go podało w taką ohydę, ściągnęło nań obwinienie o tyranię i okrucieństwo. Pierwszy też biskup krakowski wystąpił przeciwko niemu, a zagrożony zemstą i odprawiony z niczem, udał się z duchowieństwem swem i starszyzną krakowską do Kazimierza, najmłodszego z Bolesławowiczów, ofiarując jemu stolicę i władzę najwyższą.
Krok to był równie wielkiego znaczenia jak wypędzenie Władysława. Zasada monarchii dziedzicznej, testament Krzywoustego, zostały pogwałcone. Duchowieństwo i możnowładcy przyznają sobie prawo rozporządzania koroną, wyboru osób, które im są dogodniejsze. Właściwie prawo dziedziczenia i następstwa istnieć przestaje, a występuje prawo wyboru, chociaż ograniczone dotąd w dynastyi panującej.
Też same przyczyny, które ściągnęły wygnanie Władysława — samowola i okrucieństwo — strącają Mieszka z tronu. Przeciwnicy kładą mu w usta odgróżki:
— „Ojciec mój różdżką, a ja was rzemieniem chłostać będę!“
W pierwszym i drugim wypadku na czele opozycyi stają biskupi, spadkobiercy ducha św. Stanisława, występując jako obrońcy ludu przeciwko uciskowi i samowoli. Oni zrzucają Mieszka, a na jego miejscu młodszego, łagodnego, pobożnego, powolnego im Kazimierza osadzają w Krakowie. Ci też później duchowni, jako sędziowie przeszłości, trzymają pióro i opisują nam w czarnych barwach to panowanie, usprawiedliwiając wywłaszczenie.
W samej tej niepomiernej zajadłości przeciwko Mieszkowi czuć, że inne były istotne powody odebrania mu władzy, które pokryć chciano. Żądał on bezwzględnego od wszystkich posłuszeństwa i poszanowania prawa, nikomu z pod niego wyłamywać się nie dając.
Zagrożonem uczuło się tem duchowieństwo, które rząd w rządzie osobny stanowiło, a właściwie jedyną władzą zwierzchnią być chciało — musiało więc pozbyć się Mieszka.
Na długi czas pozostał on na kartach dziejów naszych z tą fizyognomią okrutnego tyrana. Kadłubek odmalował go tak żywo, wyraziście i kunsztownie, że się ten obraz wypiętnował w pamięci pokoleń. Sławi on go najprzód jako szanowanego, podziwianego, szczęśliwego w potomstwie i połączeniu się przez nie z potężnemi domami pana, ale natychmiast ton zmienia:
„Powstali mężowie bezbożni — pisze — mężowie zgubni, którzy prześladując pobożność (duchownych), a podkopując sądy, nic nie uważali za słuszne, tylko to co bezbożne, nic nie radzili sprawiedliwego, tylko to co niesprawiedliwem było.
„Posłuchaj jakie były ich rady: — Nie królem ten, mówili oni, który się obawia, a jestże kto godniejszym pogardy nad tego, który się dla tego lęka, ażeby się go nie bano? Chcesz-li panować, musisz być postrachem drugich.“
„Mówili potem: W pokorze czcić królów potrzeba, a nie zuchwale pomiatać nimi. Gdzie pokora, tam i cześć, tam i bojaźń, gdyż cześć jest miłością z bojaźnią połączoną. Odjąwszy bojaźń, nie ma miejsca ani dla poświęcenia, ani dla czci. Dla tego, aby lud nie zhardział, trzeba nawet przyczyny hardości usunąć, trzeba ich karać, gdy się im dobrze dzieje, ażeby się w zbytku nie rozpuszczali, gdyż samowola jest czci macochą, a pogardy matką.
„...Poznawszy takie zdania radców, zwróćmy uwagę na ich wyroki: — Niedźwiedzia zabiłeś w lesie, o! jak szkaradny popełniłeś występek! Prawem polowania królowi przysługującem wzgardziłeś, przywłaszczając sobie lekkomyślnie to, co królowi przynależało... Chociaż rozsądna jest twoja wymówka, że ci to zwierzę barci szarpało, niektóre nawet zupełnie zniszczyło, miód do szczętu wyżarło, wydusiło trzody; przypuśćmy nawet, że życie tego zwierzęcia bezpieczeństwu ludzi zagrażało, — luboć to pomsty wymagało, aleś nie powinien był kary domierzać bez upoważnienia ze strony prawa. Wiadomo, jakie wyroki spotykają w sądach tych, którzy sami sobie sprawiedliwość wymierzają. Znieważona więc powaga prawa zmusza władzę sądowniczą do surowej kary. Straszny ten postępek dorównywa zbrodni obrażonego majestatu. Nie ma więc czego obwiniony w tym przypadku zwlekać zapłaty siedmnadziesiąt grzywien, gdyż nie inny wyrok w takim razie zapada.
„Przyjął-li kto przychodnia na służbę, grożą mu karą, powołują go do sądu, badają: Czy ten przychodzień jest poddany czy wolny? — Jeżeli wolny, jakiem czołem śmiałeś wolnego człowieka uczynić poddanym? Nie możesz zaprzeczyć temu, co jaśniej nad dzień dowodzi przewrotności twojej. Sama oczywistość cię potępia. Jeżeli zaś jest poddanym, toś cudzego poddanego przywłaszczył, a tego ani prawnie, ani dobrą wiarą uczynić nie mogłeś; dowieść tego nie możesz, albowiem pism tych i dowodów, jakie pokładasz, naszych czasów obyczaj nie cierpi. Zatem przekonany o występek zapłacisz siedmnadziesiąt grzywien.“
„Żacy przypadkiem Żyda obili; ciż sami sędziowie sądzą ich na tę samą karę, jakby za świętokradztwo.
„Zająłeś bydło sąsiada; oskarżają cię o kradzież jego, zapłać więc do skarbu siedmnadziesiąt grzywien. Przytem wielką ci jeszcze wyświadczają łaskę, kiedy się gotowemi pieniędzmi możesz okupić, gdyż najsłuszniejszem prawem, oprócz opłaconej do skarbu kary, powinienbyś być skazany na kopanie kruszców.
„Uznał biedny za mniej uciążliwe uwolnić się od większego ucisku, wyliczając summę pieniędzy naznaczoną. Stara się też o nią jak najprędzej, przynosi, liczy — prosząc o uwolnienie. Ogląda je podskarbi, który sam te pieniądze fałszował, i jakby strwożony, woła: — „Patrzcie-no! Zkąd się wziął ten nowy oszust? Na pośmiewisko nas ten hultaj wystawić chce, plewami zbyć i oszukać pragnie.
„Na to obwiniony: — „Wszakże skazany byłem na karę w bieżącej monecie?“ — Sędziowie odpowiadają: — „Liczże pieniądze z piętnem królewskiem: a nie te plewy.“
„On na to: — „Mennicy to wina, nie moja.“
„Na co oni: — „Ostrożnie z temi słowy nieopatrznemi, abyś w przepaść głębszą nie popadł! Menniczników nie obwiniaj, abyś siebie o fałszowanie pieniędzy nie oskarżył, gdyż potwór im wyżej się podnosi, tem olbrzymieje.“
„Obwiniony na to: — „Zagrzęzłem więc w błocie i nie mam środków, aby się wydobyć z niego. Błagam was litości, co mi czynić każecie?“
„Duszą go, wołając: — „Oddaj co należy!“ — „Cóż mam oddać? Wyliczyłem pieniądze, odrzucacie je!“
„Oni, mając pod ręką kilka monet czystego srebra świeżo naumyślnie wybitych, dowodzą mu, że taka moneta jedynie jest prawdziwą w obiegu czasu obecnego, że takiej a nie innej żądają, te zaś pieniądze, za które uwolnionym być chciałeś, wyszły z obiegu, i nie podpada wątpliwości, że są wywołane.
„Nie zbywa im na wspólnikach. Zaklinają się wszyscy, zapewniając, że takiemi pieniędzmi nie tylko kilku winnych się opłaciło, ale wiele ich już na żołd dla wojska wydano. Cóż dalej? Oto go w ręce oprawcom oddają, więzami krępują, do więzienia wtrącają, cokolwiek miał ludzi, majątku, włości zabierają wszystko i na skarb przywłaszczają. Tak więc z ostatniego grosza ogołoconego biedaka męczarniami najokropniejszemi zmuszają do zobowiązania, że wszystko opłaci.
„Jest podanie, że nawet wysłużeni kapłani kościoła świętego, w pośród więzów i wrzawy tych katów, ducha wyzionęli. Takich to masz, Krakowie sędziów, takich doradców.“ —
Obraz to czarny, ale mu wyrazistości i dosadności odmówić niemożna.
Kadłubek, ulubieniec Kazimierza, musiał dowieść przez miłość dla pana swojego, iż poprzednika słusznie od panowania usunięto.
Z czasów tych Mieszka pozostał zabytek artystyczny w Lędzie: malowania ścienne, z których jedno, sięgające może założenia klasztoru Cystersów w r. 1145-go, wyobraża króla ofiarującego kościół przez siebie zbudowany św. Mikołajowi. W kaplicy dziś opuszczonej widać postać książęcia w ubiorze pielgrzyma; na głowie ma czapkę okrągłą czy rodzaj kapelusza, na nogach koturny (kurpie), sandały rzemykami związane. Ubranie czerwone, kaftan pod niém tejże barwy, na wierzchu płaszcz biały, w ręku laska, w drugiej coś niewyraźnego. Na przepasce z przodu torebka.
Z fresków tych zdjęte rysunki były ogłoszone przez Sobieszczańskiego. Wizerunek Ryksy, żony Mieszka, w grobowcu jej w Kolonii. — Rysunek staraniem A. Mohuczego zdjęty, litografowany przy „Roczniku literackim“ Podbereskiego, t. III.
Tamże w Kolonii na filarze, wyobrażona Ryksa, razem z bratem Hermanem arcybiskupem kolońskim.

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.