Wizerunki książąt i królów polskich/Jan III Sobieski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wizerunki książąt i królów polskich
Data wydania 1888
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Ksawery Pillati,
Czesław Borys Jankowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
JAN SOBIESKI.


Jest jeźdźcem nieznużonym, rycerzem niedającym się pohamować, który nie ogranicza się przypatrywaniem bojowi z daleka.
XXXV.
Jan III Sobieski.
Ur. 2 czerwca 1624. Koronow. 1676. Umarł 10 Lipca 1696 r.
Kraszewski Wizerunki książąt i królów polskich ornament 14.png
(MARYA KAZIMIRA, MARKIZA DE LA GRANGE D’ARQUIEN,
ur. około r. 1635, zaślubiona 1665, zmarła w Blois 1716.)

O


Ostatni to z królów polskich, który po sobie bohaterską zostawił legendę: król szlachcic, król kontuszowy, wojownik znakomity, mąż ze wszech miar wielki, któremu to tylko zarzucić można, że z czysto polską słabością poddał się niewieściemu rządowi kobiety przez siebie ukochanej, a na bałwochwalcze przywiązanie niezasługującej.
Sobiescy, nie należąc właściwie do prastarych możnych rodów Rzeczypospolitej, związkami krwi z niemi i znaczeniem, męztwem i rycerstwem wysoko już byli wyrośli, gdy Jan miał przyjść na świat.
O rodzinie swej nadzwyczaj charakterystyczną notatkę dla nuncyusza ułożył sam Jan III. Drukowaliśmy ją przed laty czterdziestu, a dziś część z niej przynajmniej powtórzyć musimy, bo nic nie może zastąpić tego głosu, natchnionego gorącem przywiązaniem i czcią dla pamięci przodków. Wywód początków rodziny grzeszy pospolitą wówczas przesadą; lecz dalej czytamy następne piękne wyrazy:
„....Chcę tylko wspomnieć — pominąwszy dawne dzieje — bella Domini (wojny boże}, i tych, co ziemie pogańskie skropili krwią swoją, a mnie dali i zostawili okazyę zemsty, i niby jakąś przyrodzoną domu z pogany antypatyę. Jednego tylko wspomnę Marka Sobieskiego, wojewodę lubelskiego, który taką u króla Stefana miał reputacyę, że ten nieraz mawiał i wspominał, iż gdyby mu przyszło stawić całe Królestwo Polskie o jeden pojedynek, wybrałby na to tylko jednego Marka Sobieskiego.
„Między innemi akcyami wielkiemi tego to Marka Sobieskiego, z których tak wielką o nim ów tak waleczny król Stefan wziął opinię, były też i te dwie: Pierwsza z Gdańszczany pode Tczewem, gdy jeszcze w młodym wieku pod dworzańską chorągiew swój ten stawił poczet; bo w tej okazyi i wojnie nie było wojska służałego ani kwarcianego, jeno dwór królewski a poczty pańskie. Za jednym officerem znacznym we zbroi we wszystkim orężem wpadł w Wisłę na koniu i wpół onej tam go dopiero dokonał. Na łowach też litewskich trafiło się, że niedźwiedź srogiej wielkości wypadł na króla Stefana. Zawołał tedy Marek Sobieski na współdworzanina a wielkiego swego przyjaciela Allemaniego Włocha, aby nie zażywając innej broni, tylko on szpady a ów szabli, tę tak okrutną w oczach królewskich zabili bestyę.“
O Żółkiewskim, pradziadzie swym z linii matki, pisze, mówiąc o jego bohaterskiej śmierci: „Umarł tam tedy na placu honoru stando (stojąc), jako wodzowi należy. Skropił krwią swoją pola wołoskie, czego dotąd pozostała pamiątka na słupie marmurowym, który i po dziś dzień łzami tameczne chrześciańskie skrapiają narody. A gdy syn jego, sam postrzelony, leżąc z bratem stryjecznym, a synowcem hetmańskim na wozach, doświadczonego swego a bardzo rączego podeń posłał konia, aby się ratować chciał i na lepsze zachować losy, odpowiedział: — Gdzie owce giną, tam powinien i pasterz; boby się go spytali: gdzieś podział owce? —
„W tej tedy jednej potrzebie Żółkiewski zginął z całym domem swoim, to jest z synem, synowcem i zięciem. Sam na placu poległ, a ci trzej z postrzałów w pogańskie dostali się ręce... Pozostała wdowa, z domu Herburtówna, pierwsze starania uczyniła o głowę męża swego, która była zawieziona do Konstantynopola. Wielkiemi pieniędzmi dostawszy onej, do jednego grobu z ciałem w bazylice żółkiewskiej złożyła.“
W tym szeregu bohaterów następuje Daniłowicz, rodzony wuj króla, ginący także śmiercią tragiczną. Ten wzięty w niewolę przez Tatarów, gdy się o nim Kantymir dowiedział, na rozkaz jego był przedeń przyprowadzony:
„Kazał do siebie więźnia tego przywieść i bez wszelakiej rekollekcyi, jeszcze się nie wyszumiawszy z pijaństwa, synowi swemu szyję uciąć kazał, który się długo zbraniał, jako trzeźwiejszy i miłosierniejszy, ale gdy mu ojciec pogroził, że go za krew swoją znać nie będzie, jeżeli się krwi brata swego nie pomści i wypuści takiego węża na głowy całego narodu ich, trwożliwą ręką ciął w szyję nieszkodliwie, którego męczącego się, koniuszy jego sztychem przebił. I tak ten hojnie skropił krwią swoją ziemie pogańskie, za wiarą Chrystusową, ojczyznę, a sławę domu i przodków swych.“
Dalej o rodzicach swych pisze król:
„Ci tedy rodzice nasi, mężni i z mężnych zrodzeni, bo i matka nasza nie białogłowskiego, ale męzkiego była serca, największe za nic sobie mając niebezpieczeństwa, wprawowali nas z młodu, abyśmy od przodków nie byli odrodni, wystawując nam na oczy, jeszcze w dziecinnym wieku będącym, wielką sławę ich, ochotę odwagi na zaszczyt kościoła bożego i ojczyzny, kazawszy nas zaraz z obiecadłem tego wiersza uczyć z nagrobku pradziada naszego: O quam dulce et decorum pro patria mori! A gdy nas do cudzych krajów wyprawiano, napisał nam ojciec nasz instrukcyę nauk i exercitiorum (ćwiczeń); a gdy przyszło do tańców uczenia się, dał im wolę, ale przypisał proroczym duchem: że się tu natańcujecie z Tatarami, powróciwszy do ojczyzny, torem przodków swych.
„Matka zaś nasza, gdyśmy powrócili z cudzych krajów, już po śmierci ojcowskiej, właśnie podczas elekcyi Jana Kazimierza, a po owej nieszczęsnej piławieckiej ekspedycyi, nie po jedenkroć mawiała, że gdyby tak który z synów moich miał ujść z potrzeby, nigdybym go nie miała za syna, i pokazując nam nieraz na herb nasz, przypominała ową spartańską niewiastę, która wyprawując synów swoich na podobne ekspedycye, ukazywała im na ich tarcze, mówiąc: Vel cum hoc, vel super hoc (Albo z nią, albo na niej).“
Z takiej to krwi wyszedłszy, w takiej domowej szkole wychowany, Jan Sobieski, napojony wspomnieniami wielkiemi, zagrzany do ich naśladowania, — nie mógł na bohatera nie urosnąć.
O nadzwyczajnej troskliwości rodziców około wychowania synów Marka i Jana można powziąć wyobrażenie z pozostałej instrukcyi, danej przez ojca ich Jakóba, wojewodę bełzkiego, dyrektorowi Orchowskiemu, gdy synów z tym ostatnim do Krakowa wyprawiano. Wszystko tam jak najsystematyczniej, najbardziej obmyślano, co tylko do wychowania ściągać się mogło, poczynając od religii, zdrowia, obyczajów, ochędóztwa, miłości braci ku sobie, ich rozmów, nauk, obejścia się ze służbą, utrzymania domu, aż do zabaw i rozrywek. Panu Orchowskiemu nie pozostawało nic więcej nad ścisłe zastosowanie się do tego doskonałego ojcowskiego programatu.
Co do nauk, zdano je na szkołę i na kierunek mistrzów, ale osobny artykuł instrukcyi poświęcił wojewoda językom, nastając na pilne wprawianie się, oprócz łacińskiego, w bardzo „potrzebny Polakom“ język niemiecki, potem francuzki i włoski, a w końcu dodając turecki, którego też „serdecznie“ życzył się uczyć.
Osobną instrukcyę później w r. 1645 dał wojewoda synom, gdy wyprawiał ich do Paryża i za granicę. W ciągu tej podróży obowiązani byli zapisywać codziennie zaszłe wypadki, i winniśmy temu bardzo zajmujący dyaryusz, który pod okiem młodych Sobieskich utrzymywał Sebastyan Gawarecki.
Droga z Żółkwi na Krotoszyn, Międzyrzecz, potem Berlin, Wittembergę, Hallę, Wolfenbüttel, Hamburg, Oldenburg, Amsterdam, Bruksellę, Cambrai, zaprowadziła ich do Paryża. Odbyli później wędrówkę po Francyi, zwiedzając celniejsze jej miasta; udali się do Anglii, Zelandyi i Hollandyi...
Na pobycie w tym kraju dziennik Gawareckiego się kończy.


Podanie głosi, że gdy Jan Sobieski na świat przychodził w Olesku dnia 2-go czerwca 1624 r., straszliwa burza szalała nad okolicą, wicher wył, biły pioruny, a stół marmurowy, na którym dziecię złożono, roztrzaskał się na dwoje. Były to przepowiednie walki i sławy, a bohaterskiego żywota Jana.
Wychowanie, jakeśmy wyżej widzieli, odebrał młodzian staranne, nadzwyczaj trafnie zastosowane do przyszłych swych przeznaczeń — napół europejskie, zewnętrznemi cechy stojące na równi z zachodniem, ale w gruncie czysto narodowe polskie. Ani podróże, ani obcowanie z ludźmi różnych narodowości, ani lekkomyślność tych, o których się ocierał, nie zatarły w nim polskości i uczucia religijnego, głębokiego, aż do egzaltacyi niemal posuniętego.
Kościół i ojczyzna stały mu na oczach jako jedyny cel żywota.
Podróże po Europie, przedsięwzięte z rozkazu ojca, zaprowadziły dwóch braci do Konstantynopola. Ojciec przewidywał, że synowie będą powołani do walki z poganami; za wczasu więc kazał ich uczyć języka tureckiego i zabiegał, aby kraj i obyczaj azyatycki poznali.
Wróciwszy do Polski, dwaj bracia, Marek i Jan, rozpoczęli natychmiast służbę rycerską w wojnie z kozakami. Jan pierwszą swą ranę w głowę otrzymał pod Beresteczkiem, a brat jego Marek, wzięty przez Tatarów w niewolę pod Batowem, został przez nich ścięty. Jan walczył potem pod Czarnieckim ze Szwedami i gdziekolwiek tylko z nieprzyjacielem się ucierano. Zawód wojskowy był jego powołaniem. Sposobiąc się nie na prostego żołnierza, ale na dowódcę, wszystkie nauki pomocnicze przyswoić sobie musiał. Był to już naówczas kandydat do buławy hetmańskiej.
Życie jego niezmordowanie czynne upływało na koniu, w polu, pod namiotem, lub naostatek w wirze intryg, które się na dworze i przy obojgu królestwie zawiązywały i plątały. Panował już Jan Kazimierz, a raczej żona jego Marya Ludwika.
Pani ta, przybywając do Polski, przywiozła z sobą dwunastoletnią wychowanicę, dziecko cudnej urody, do którego tak była przywiązana, że ją nawet w początkach posądzano, iż bliżej stała królowej, niż przyznawano. Była to córeczka margrabi de la Grange d’Arquien, nie bardzo zamożnego szlachcica z Delfinatu.
Marya Kazimira de la Grange d’Arquien wzrosła przy niej, na jej dworze, zawcześnie podziwiana, wielbiona i życiem tem ostygła. Zabiegano koło niej dla jej wdzięków i dla łask, jakie miała u Maryi Ludwiki. Pochlebstwa i pieszczoty w dzieciństwie ją uczyniły istotą samolubną i obrachowaną.
Sobieski poznał ją naówczas, i namiętną rozgorzał ku niej miłością. Był młodym i bardzo pięknym mężczyzną, wychowaniem nie ustępował nikomu, mógł łatwo pozyskać serce; ale w piersiach marmurowych dziewczyny, dla której pan chorąży koronny był za małym, serce dla niego goręcej nie zabiło. Dziewczę chciało go mieć przykutym do swego wozu tryumfalnego, ale królowa opiekunka i piękna Marysieńka miały inne widoki.
Królowa chciała, aby wydając za mąż wychowanicę, mogła zyskać dla swych planów poparcie potężne; Marysieńka pragnęła bogactw i tytułów. Chorążemu obiecano serce, mógł czekać; tymczasem rękę oddała urocza dzieweczka starcowi, bogatemu Janowi Zamojskiemu, wojewodzie sandomierskiemu.
Sobieski postanowił czekać cierpliwie. Przyszła królowa tak wszystko liczyła, ażeby nic nie stracić. Pożycie ze starym nie było ani zgodne, ani szczęśliwe; po cichu trzymano chorążego na pasku, karmiono go listami, wysługiwano się nim; kazano mu rosnąć, aby się stał godnym ręki obiecanej.
Listów tych, przeznaczonych na zniszczenie, dość znaczna liczba do nas doszła. Widać w nich z jednej strony do szaleństwa rozkochanego człowieka, z drugiej chłodną, obrachowaną kobietę, która namiętność zręcznie rozbudza, na pozór ją hamuje, a ostygnąć nie daje. Dwuznaczne słówka gromią zarazem i karmią nadzieją.
Stosunek to tego rodzaju, że w młodej pani cały jej przyszły charakter odgadnąć dozwala.
Sobieski szedł tymczasem po stopniach coraz wyżej. Z chorążego wprost został marszałkiem koronnym, a w r. 1665 mógł już z tym tytułem poślubić wdowę po wojewodzie sandomierskim, ową „najśliczniejszą Marysieńkę,“ której do śmierci został niewolnikiem. Miłość to była tak wytrwała, tak niczem niezrażona, tak nienasycona, iż jej długie pożycie i najrozmaitsze koleje wyczerpać nie mogły.
Sobieski z Maryą Kazimirą, podczas elekcyi Michała Wiśniowieckiego, gorąco trzymali stronę francuzkiego pretendenta, należeli do najżarliwszych jego bojowników, a w ciągu panowania hetman Sobieski razem z prymasem Prażmowskim, stawał przeciwko królowi, usiłując go zrzucić z tronu.
Należy mu jednak oddać tę sprawiedliwość, iż gdy szło o sprawę kraju zagrożonego, o jego obronę, o walkę z pogaństwem, do której Sobieski prawem krwi czuł się powołanym, naówczas hetman zapominał kto panuje, i o własnym koszcie, krwi i znojach bronił granic.
Znajomość sposobu wojowania i obyczaju Turków i Tatarów dawała mu taką bystrość oka i pewność rachuby, iż nigdy się prawie nie zawiódł i z każdego boju zwycięzko wychodził. Tatarowie i Turcy znali go dobrze; samo imię jego trwogę im wrażało. A jednak, umiał nawet u tych nieprzyjaciół wyrobić sobie takie poszanowanie, że później, w wojnie 1683 roku, ilekroć się poddawać Turcy musieli, na imię Sobieskiego woleli się zdać, niż na wszelkie inne.
Wybór Michała, owego męczennika, którego katusze niezasłużone spełzły bez korzyści — był wskazówką, że Piast na tronie stał się możliwym.
Atoli po śmierci Wiśniowieckiego, lubo liczono aż jedenastu kandydatów do tronu, a z tych sześciu jawnie i nie bez pewnych widoków występowało, — w pośród nich, obok księcia Lotaryńskiego i Neuburga, nie widzimy Jana Sobieskiego. Nie stawia się pan hetman i nikt go nie stręczy; sam on prowadzi Francuza. Godzi się jednak domyślać ze skutków, że zręczna a ambitna Marya Kazimira musiała z pomocą Jabłonowskiego wcześnie sobie torować drogi do tronu, chociaż się z tem nie zdradzała. Budzić za wczasu nieprzyjaciół nie było rzeczą polityczną, zwłaszcza że między innemi stary ród Paców, za panowania Michała wzmożony i ośmielony, był przeciwny hetmanowi.
Stało się to, czego w początkach nie przewidywali nawet ci, którzy później zwycięzcę z pod Chocima obwołali królem: Sobieski został wybrany. Pacowie tylko, oporni, na przyzwolenie swe czekać kazali; przyjęli wybór nie protestując, lecz nie zapomnieli żalu, urazy i wstrętu.
Wielkiego wodza, tak nagle wyniesionego na najwyższą dostojność, po nad własnych współobywateli, czekało panowanie równie trudne jak Michała. Na wewnętrznych wrogach nie zbywało, a każdy tryumf liczbę ich zazdrosnymi sławy powiększał. Medal koronacyjny, wyobrażający trzy wieńce laurowe na mieczu nanizane, jako stopnie do najwyższego stopnia, korony, — mówił prawdę. Gdyby Jan III nie był szczęśliwym wojownikiem, to królemby nie został.
Coyer tak go nam przy wstąpieniu na tron maluje: „Sobieski właśnie był doszedł do tych lat, które równie są zabezpieczone od ognia namiętnego i od ostygnięcia starości; miał wiek, w którym człowiek jest tem, czem być ma i może. Liczył lat czterdzieści pięć, a gdyby tron można zdobyć postawą piękną, i takby nań zasłużył. Słusznego wzrostu, pełnej twarzy, rysów regularnych, nosa orlego, oczu ognia pełnych, z fizyognomią szlachetną i otwartą — był pięknym w istocie. Nie stał się jeszcze naówczas tak otyłym jak później, co mu wiele wdzięku odjęło; pełnym był tylko w sobie, jak człowiek kwitnącego zdrowia, co się do sukni polskiej wybornie nadawało. Majestatyczną postacią, którą pochlebcy dworscy przyznają wszystkim panującym, obdarzyła go natura.“
Z listów, z biografij znamy go rozkochanym i wiernym ubóztwianej Marysieńce; współcześni i ten sam Coyer utrzymują, że dopiero wstępując na tron wyrzekł się pobocznych miłostek, które królowa miała tolerować, ale one panującemu nie przystały. Biograf wzmiankuje wyraźnie stosunek jakiś, trwający trzy lata, serdeczny bardzo, lecz poświęcony koronie.
Pokój też domowy był nad wszystko droższy. W listach do żony, i w tej chwili i później, jest Jan III wiecznie rozkochanym Celadonem, myślami goniącym za najśliczniejszą Marysieńką, której nawet okropna ospa, przebyta później, nie odjęła wdzięku. Współcześni świadczą, że jeszcze pięćdziesięcioletnia nie zdawała się mieć więcej nad lat czterdzieści, tak starannie swą piękność od zwiędnięcia zabezpieczyć umiała.
Historya polityki Sobieskiego nie należy do nas, — ani potrzebujemy powtarzać opisów walk jego heroicznych z Turkami, oraz bohaterskiej wyprawy w obronie zagrożonego chrześciaństwa na odsiecz Wiedniowi, zapłaconej taką niewdzięcznością, a może heroiczniejszej jeszcze wojny, która poprowadziła Jana III pod Parkany. Zdobycze zamków, oczyszczenie krajów z nieprzyjaciela, odzyskanie twierdz szczęśliwe, okryły nieśmiertelną sławą imię Sobieskiego.
Tyle dokonawszy dla sprawy chrześciaństwa, dla domu austryackiego, — dla Polski nie mógł już tego zdobyć, czego najgoręcej pragnął: nie odzyskał Kamieńca.
Cała druga część żywota Sobieskiego, poczynająca się jeszcze przed wyprawą wiedeńską, w której wpływ Maryi Kazimiry coraz potężniejszym się staje, — mimo bohaterskich czynów, odsłania słabą stronę człowieka.
Wódz, bohater, zwycięzca, jest zawsze jeszcze wielką postacią, w bojach olbrzymio urosłą; ale nie włada już sobą, ulega żonie i daje się jej powodować dla świętego spokoju. Chwilami zdaje się, jakby pragnął nie widzieć, nie rozumieć co się dokoła dzieje.
Królowa namiętnie, bezwstydnie prawie wszystkiem frymarczy; sprzedaje urzędy, gromadzi skarby, stara się, pracuje, zabiega, aby wywyższyć rodzinę, zdobyć stanowisko dla dzieci. Król w jej ręku jest jedynie narzędziem; kraj przybrany za ojczyznę mało ją obchodzi; godność mężowska mniej jeszcze. Każe sobie opłacać każdy fawor i skrzynie złotem ładuje, rozmieszczając je dla bezpieczeństwa w Malborgu, w Zółkwi i Warszawie.
Z największą pobłażliwością dla kobiety, dla matki, niepodobna uniewinnić Maryi Kazimiry. Nie ma w niej jednego rysu, któryby ją czynił sympatyczną. Nawet przywiązanie do dzieci zepsute jest nienawiścią dla najstarszego syna Jakóba. Matka zdaje się nie dbać o ich szczęście, żąda dla nich tylko wielkości i blasku. Z niewiast, które na tronie polskim siedziały, po Bonie jest śliczna Marysieńka najpotworniejszem zjawiskiem. Jej piękność zastygła, kamienna, czyni ją może tem straszniejszą. Posługuje się nią, jak wszystkiem, czemkolwiek włada. Gdy król starzeje, gdy zgon jego przewidzieć się daje, za życia już przypisują jej wczesne starania o pozyskanie hetmana Jabłonowskiego, z którym razem panować się spodziewała, jeżeliby żaden z synów na tron się nie dostał.
W ostatnich tych latach Sobieski zdaje się czuć całą ohydę swego położenia; zamyka oczy, aby nie widzieć i nie być zmuszonym przewidywać. Zabawia się namiętnie ogrodem, upaja rozmowami filozoficznemi, czytaniem, wynalazkami, towarzystwem uczonych cudzoziemców — byle nie myśleć o tem, czemu zapobiedz nie może.
W wyrywających się z ust jego wyrazach czuć niekiedy jakby gorycz i ironię. Prądu powstrzymać nie może — za późno, — chciałby przynajmniej nie dręczyć się nim przy zgonie.
Ostatnia rozmowa jego z biskupem płockim, którego królowa posłała, aby go namówił do uczynienia rozporządzenia — dobrze maluje ten zbolały stan jego duszy.
Biskup, dobrze wiedząc, jak król lubił cytaty powag i starożytnych pisarzy, wcześnie dobry ich zapas przygotował, aby miał czem namowy swe popierać. Szło o to, aby przekonać, iż zawsze sposobić się należy do nieuniknionego końca, że śmierć nie powinna człowieka nieprzygotowanym pochwycić. Biskup tedy rozpoczął z tego tematu, a Sobieski, który, mimo choroby, całą przytomność umysłu zachował, odparł zaraz innemi cytatami, okazując, że niezawsze Bóg rozporządza życiem królów dla widomego szczęścia krajów, gdyż wyroki jego są niezbadane i nieprzeniknione.
— A! — odparł biskup — my będziemy go tak usilnie błagali! Ja w dyecezyi mojej nakażę modły publiczne.
— Mój księże biskupie — przerwał Sobieski, — wolałbym, ażeby modły nie były nakazane. Siedź tu, będziesz miał potem dosyć czasu siedzieć w Płocku.
— Ale ja się tam nigdy nie nudzę — zawołał biskup, — bo spełniwszy obowiązki powołania, zajmuję się z przyjemnością Św. Ambrożym, Chryzostomem, Platonem i Isokratesem. Dodam tu, iż idąc za przykładem tych wielkich ludzi, którzy wszyscy ostatnią swą wolę za wczasu spisali, i ja zrobiłem testament.
Było to naciągnięte dosyć niezgrabnie; król też wybuchnął śmiechem serdecznym.
O medici! mediam pertundite venam! — zawołał z Juwenalisem. — Upuśćcie mu krwi, aby zdrowe zmysły odzyskał... Myślisz, księże biskupie, iż żywi rady sobie bez umarłych nie dadzą?
Biskup począł usilniej nalegać, iż dla dobra domu i królestwa król powinien kazać spisać ostatnią swą wolę.
Sobieski sposępniał i spoważniał.
— Na co się to przyda? — odparł z goryczą. — Azaż nie widzisz, że wszystkie serca są zepsute, że kołowacizna opanowała Polaków? Mamże ja pochlebiać sobie, że ich testamentem moim do rozsądku przywiodę? Biedniśmy my, królowie! Żywi rozkazujemy, a nie słuchają nas; mieliżby być posłuszni umarłym?
Chwilę pomilczawszy, dodał jeszcze:
— Pochwalam tego, który w ciągu żywota jest dobroczynnym dla bliźnich i przyjaciół; ale jaka pewność, że po zgonie dojdzie ich to, co im zostawi? Co się stało z rozporządzeniami poprzedników moich?... Tam gdzie złoto rozkazuje, pieniądz jest sędzią... On wyrokuje... Chcesz, abym zrobił testament? Nie mówcie mi o tem! (Załuski Epist. III, 7.).
Na te słowa weszła królowa, spojrzała na biskupa, i wyczytała z jego twarzy odmowę królewską. Ułożyła do smutku rysy i postanowiła czekać sposobniejszej chwili, — ale czasu już nie stało.
Dnia 17-go czerwca, w dzień Św. Trójcy, król w Willanowie jeszcze się przechadzał po ogrodzie, choć nogi miał obrzękłe i stwardniałe. Wkrótce potem rażony paraliżem, stracił zmysły.
Odzyskał je na chwilę, i spokojnie odetchnąwszy, odezwał się, że mu dobrze.
Stava bene...
Ale czuł śmierć nadchodzącą. Miał jeszcze dość siły, aby rodzinie nakazać zgodę i miłość; zaklinał królową, aby opiekowała się sprawami dzieci i słuchała Polignac’a; senatorom polecił Rzeczpospolitą, i zmarł spokojnie — w samą rocznicę swego wyniesienia na tron.
Zawrzały później złośliwe i oszczercze głosy. Zarzucano Janowi III niedopełnienie pactów conventów, choć więcej zrobił, niż one wymagały, dla imienia i sławy Rzeczypospolitej. Wymawiano mu chciwość — chociaż ta była słabością tylko dla żony. Długo tłumione nienawiści wybuchły i zlały się na dzieci. Niezgoda w rodzinie dokonała reszty. Sobiescy mimo skarbów swoich, poszli na więzienia i tułactwo...


Piękna, poważna, acz nieco spowszedniałego typu fizyognomia Jana III, jakąśmy nawykli widywać na powszechnie znanych wizerunkach jego — daleką jest od zupełnego wyrażenia, czem ten człowiek był w istocie. Krew, temperament, wychowanie, sfery, wśród których się obracał w ciągu życia, uczyniły go daleko wielostronniejszą, wyrazistszą, i trudniejszą do scharakteryzowania postacią, niż ta, pospolita, w jakiej go nam wystawiają.
Wszystko tu wejść musi w rachubę, co się na utworzenie tej postaci składało: polska, szlachecko-pańska krew stara, krew rolników i rycerzy, dygnitarzy i gospodarzy, wychowanie domowe, narodowe, religijne, karne, potem europejskie, wielostronnie, na wszelkie życia ewenta przygotowujące. Tradycye domowe nie zacierają się późniejszemi wrażeniami; ogłada europejsko-francuzka pokrywa je tylko jakby świetną, przejrzystą warstwą. Zżycie się i zaznajomienie z tem, co cywilizacya ówczesna miała najwykwintniejszego, nie psuje gruntu człowieka. Szlachcic polski miał to zawsze do siebie, że się łatwo z francuzkim obyczajem i mową bratał. Tak i Sobieski; ale silna podstawa surowego domowego wychowania została nienaruszoną.
Przyswojenie sobie języków obcych zawsze człowieka wielostronniejszym czyni. Sobieski umiał ich kilka, i to doskonale. Francuzkim i łacińskim władał jak własnym. Podczas wiedeńskiej wyprawy on jeden nie miał żadnej trudności w porozumiewaniu się z obcymi, równie ze szpiegiem tureckim, jak z księciem saskim, który oprócz własnego języka, żadnego innego nie rozumiał.
W tych kołach, w których się obracał za panowania Jana Kazimierza i elekcyi Wiśniowieckiego, język i obyczaj francuzki był panującym. Czytano romanse, i zapożyczone z nich imiona nadawano sobie w wykwintnem towarzystwie, zepsutem już, lekkomyślnem, naśladującem obyczaje stolicy nad Sekwaną, która ton całej Europie dawała.
Sobieski jednak — a ma to swe wielkie znaczenie — ten sam Sobieski, którego Marysieńka upewnia, że doskonale pisze po francuzku, — sukni eleganckiej Francuzów nie wdziewa, zachowuje polską twarz wąsatą i strój starodawny; nie wyrzeka się własnego kraju, chociaż ten swoją rubasznością i szorstkim obyczajem braci szlachty jaskrawo odbija od wydelikacenia i wykwintów francuzkich.
Czysto też polską, krewką, zmysłową, pomimo sentymentalnej powłoki, jest jego wytrwała miłość dla Marysieńki. Na uśmierzenie jej krew puszczać musi. Słabość ta dla niej, z powodu charakteru królowej i umiejętności, z jaką powolność męża wyzyskiwała, jest prawdziwem nieszczęściem. Dochodzi to niekiedy aż do zaparcia się szlachetnych przekonań, do uległości w tem, czemu sumienie opierać się nakazywało, do zaślepienia, do oddania się w kajdany i niewolę. Z listów króla przekonać się łatwo, iż znał tę ułomność swoją, wyrzucał ją sobie, a namiętności oprzeć się nie mógł.
Takiego z krwi i kości szlachcica polskiego uczynić Celadonem, związać go z kobietą chciwą, ambitną, próżną, lekkomyślną, fałszywą, w której charakterze nie ma jednej złotej nici — było w istocie czemś potwornem, zrządzeniem losu bezlitosnem.
By wytrwać w tak niedobranym związku, potrzeba było temperamentu Jana III, zakochanego w „ślicznościach“ do ostatka, a nigdy niemi nienasyconego. Lecz są to cienie życia prywatnego, tajemnice alkowy, na które nalegać się nie godzi.
W Janie III jest coś więcej niż ten mąż Marysieńki — jest wódz i rycerz znakomity, wykształcony w rzemiośle, znający doskonale wszystkie jego wymagania i warunki. Podczas pochodu nie rusza się on bez inżynierów, bez doskonałej miejsc znajomości, bez planów i kart topograficznych, które sam bada i sprawdza.
Krew rycerska unosi go czasami, rzuca się nazbyt śmiało i zuchwale, jak np. pod Parkanami, wierzy w gwiazdę swoją, i wierzyć w nią nie przestał nawet po klęsce na Węgrzech, z której zaledwo uniósł życie.
W bitwie pod Wiedniem bystre jego oko — chociaż bitwa na dni kilka była rozłożoną — natychmiast dojrzało wygraną i zwycięztwo, gdy nikt jeszcze nie przypuszczał, aby tego dnia los wojny miał się rozstrzygnąć.
Ciężki już, otyły, gdy raz się ujrzał na koniu, wydobywszy się ze stołeczka lub pieńka, jest jeźdźcem nieznużonym, rycerzem niedającym się pohamować, który nie ogranicza się przypatrywaniem bojowi z daleka, ale sam udział w nim bierze. Z wiarą rycerską w siebie, żyje w nim razem staropolska głęboka wiara religijna w pomoc z Nieba, w cuda i posiłki anielskie.
Na Kahlenbergu otuchę mu wlewa słowo gorące natchnionego Kapucyna; znaleziony obraz Matki Bozkiej przepowiada mu zwycięztwo; do brania zamków zagrzewają go meczety, które pragnie na kościoły przerobić dla chwały bożej. Zaledwie wszedł do Ostryhomia, natychmiast ślubu tego dopełnia, i w meczecie msza się odprawia. Z tą gorącą wiarą walczy on z pogany, a zna ich jak nikt lepiej: język, obyczaj, charakter, co mu daje wyższość nad wszystkimi wodzami współczesnymi.
Podczas wojny, niewygody, głód, znużenie, pomimo późnego już wieku, nie powstrzymują go ani na chwilę. Spoczywa pod gołem niebem, po dni kilka żywi się lada sucharami, a wody pożycza u bawarskich żołnierzy. W bitwie pod Parkanami, stłuczony straszliwie przez tych, którzy go ratowali i zbrojami nacisnęli, nie daje się powstrzymać od niezwłocznego odwetu. Wszystkie te niewczasy łatwiej mu wytrzymać, niż długie niewidzenie Marysieńki i wszystkich jej śliczności.
Rysy te charakteru Jana III są dosyć uwydatnione w kreślonych jego wizerunkach; mniej wiadome jest jego usposobienie, z jakiem ciągle pożądał wiedzy, śledził wszystko co na świecie badano i odkrywano.
Była w nim nienasycona ciekawość wszechrzeczy. Z ludźmi uczonymi po całych dniach i nocach gotów był rozprawiać, aby się od nich o czemś nowem a nieznanem dowiedzieć. Tą encyklopedyczną łatwością rozmowy urozmaiconej ujął go zręczny ks. Vota i stał mu się niezbędnym; kaptowali go tym samym sposobem inni, Włosi i Francuzi, czepiający się z różnych powodów przy jego dworze.
Nowe wynalazki, pomysły, machiny, narzędzia, stare dzieje, wszelkiego rodzaju arcana, zagadki pociągały go, nęciły, nie dawały spoczynku. Korzystali z tego ludzie zręczni, stając mu się niezbędnymi. Zewsząd obdarzano go osobliwościami; w Jaworowie strusie chodziły po dziedzińcach, zwierzęta osobliwe hodowano w klatkach, i wydra p. Paska musiała być królowi ofiarowaną.
Pseudo-uczonych gadułów, szczególniej Włochów, król woził z sobą dla gawęd i rozpraw, i zamykał się z nimi. Ks. Vota sypiał czasem w przedpokoju, aby każdej godziny być na jego zawołanie. Ów ks. Vota i sekretarz królewski czytywali mu nowe książki, objaśniali i tłómaczyli. Ta żądza wiedzy, niemal chorobliwa, gorączkowa, o której świadczą współcześni, jest rysem dopełniającym fizyognomii króla, szczególniej w wieku późniejszym.
Zarzucano mu chciwość, ale, jakeśmy już mówili, namiętność ta nie płynęła z charakteru króla Jana, lecz była tylko grzeszną powolnością dla Marysieńki, nienasyconej, żądnej grosza, nawet w listach zmuszającej króla, przypominającej mu, aby urzędów bez opłat nie dawał.
W nim samym skąpstwa i żądzy zbogacenia się trudno się dopatrzyć; upodobania jego wcale są inne. Kochał się w ogrodach, drzewach, owocach, kwiatach i zajmował niemi ciągle. Rzadko bardzo, lub prawie nigdy, skąpstwo się łączy z miłością dla natury. Ogromne summy, które się w kufrach królowej gromadziły, były owocem jej zabiegów i pod jej nawet znajdowały się zawiadowstwem. Wszelkie frymarki szły przez jej ręce.
Pomimo chciwości, królowa, tem dumniejsza, że pochodzeniem swem nie mogła się wielce chlubić, lubiła przez próżność przepych i wystawę. Jan III nie bardzo się w tem kochał, ale smak miał wytworny, czego dowodzą urządzone przez niego rezydencye w Willanowie, Jaworowie, Żółkwi i innych majętnościach.
Musiał też jako król po królewsku występować w obec przybywających cudzoziemców, aby zatrzeć wspomnienie pochodzenia szlacheckiego i elekcyjnego.
Tak w ogóle wygląda w naszych oczach król Jan, łączący w sobie największą rycerską odwagę z niepojętym brakiem energii w stosunkach z żoną i rodziną. Zapamiętały w boju i w walkach z nieprzyjaciołmi, przeciwnie ze stronnictwami i z zazdrosnymi sławy był powolny, a ustępował bez oporu.
Hetmani często czynili nie to, czego król sobie życzył, ale co sami chcieli; obstawać dzielnie przy swojem nie umiał. Jedna Marysieńka mogła go do energiczniejszego wystąpienia podbudzić. Długa walka w senacie, radzie, w domu była dla niego nieznośną. I w tem widać rys czysto polskiej krwi a temperamentu, który się łacno rzuca na oślep wstępnym bojem, ale cierpliwie oblegać nie umie.
Król też to Polak w całem znaczeniu wyrazu, i gdy z po za szwargotu francuzkiego wyrwie mu się polskie słowo od serca, to tak dosadne i jędrne, jakby się nigdy po francuzku nie uczył.
Do mnogich świadectw współczesnych dołączyć należy co pisze o nim O’Connor, który malując go, powiada, iż był przystępnym dla wszystkich, uprzejmym, a szlachtę na wodzy trzymać umiał. Najpierwsi panowie w Rzeczypospolitej okazywali mu wielkie poszanowanie. Nikt z nim do jednego stołu nie zasiadał(?). Król pospolicie jadał sam, a dwór stał dokoła, podając mu kubki i kielichy, Nikt przy nim kołpakiem głowy nakryć nie śmiał. O’Connor także potwierdza, iż w literaturze był biegłym i bardzo oczytanym, że lubił historyę, a nawet sztuka lekarska nie była mu obcą, że się kochał w rozmowach z uczonymi, których zawsze miewał przy sobie. Cytuje on jedną taką długą rozprawę z Wierzbowskim biskupem poznańskim, Załuskim płockim i innymi duchownymi, tudzież z ks. Votą o siedlisku duszy w ciele. Trwała ta dysputa od trzeciej z południa do siódmej wieczorem, ale ks. Vota zganił ją królowi, bo Sobieski dowcipkował w sposób bardzo swobodny, co zdaniem Jezuity mogło dać powód do zgorszenia.
Tych różnych odcieni charakteru Jana III w jego wizerunkach malowanych i sztychowanych dopatrzyć się trudno. Malarze i artyści w ogóle dają mu fizyognomię bez wyrazu, zawiesistą, zamaszystą, z wejrzeniem spokojnem i śmiałem, dobroduszną, ale nieznamionującą w nim ani genialnego wodza, ani przenikliwego umysłu człowieka, wielostronnie wykształconego.
Wszystkim prawie portretom bohatera zbywa na delikatniejszych rysach, na głębszym wyrazie. Nie znamy ani jednego, któryby odpowiadał wyobrażeniu, jakie sobie z życia jego wytworzyć można. Być może, iż oblicze to chwilami tylko myśl rozpromieniała i podnosiła do ideału, lecz właśnie tych momentów nie umieli pochwycić artyści.


Po śmierci Sobieskiego, królowa nie umiała dokonać tego, co było najgorętszem jej życzeniem.
Zamiast utrzymać się na stanowisku, dała się zepchnąć z niego; wszystko jej się z rąk wyślizgało. Gorszący spór z synem Jakóbem zatruł jej pierwsze wdowieństwa chwile; późna z nim zgoda już wyrządzonej szkody naprawić nie mogła. Nie powiódł się i drugi pomysł owładnięcia Jabłonowskim i panowania z nim razem.
Wyjechawszy później z kraju, Marya Kazimira udała się do Rzymu, i przez czas jakiś żyła tam wystawnie, po królewsku, otoczona Polakami. Razem z nią zamieszkał w Rzymie i ojciec jej kardynał d’Arquien. Przesiedziawszy w stolicy świata lat piętnaście, po śmierci najukochańszego z synów, Aleksandra, wyjechała do Francyi, i zaledwie przybywszy do Blois, zgasła tam dnia 30 stycznia 1716 roku, mając lat siedmdziesiąt kilka do ośmdziesięciu. Zwłoki jej cicho przewieziono do kościoła OO. Kapucynów w Warszawie.
O’Connor, mówiąc o niej, potwierdza świadectwa innych o jej przewadze nad mężem; chwali powagę, roztropność, uprzejmość, a zapewnia, że choć się nosiła po francuzku, mówiła i pisała po polsku jak rodowita Polka.
W listach do Celadona, pisywanych po francuzku, gdy była jeszcze wojewodziną sandomierską, są całe ustępy i wyrażenia polskie.
Jakób, najstarszy z synów Jana Sobieskiego, o którym O’Connor powiada, że był śniadej twarzy, chuderlawy, szczupły, nie wielkiego wzrostu, podobniejszy do Hiszpana lub Francuza niż do Polaka, — lubił towarzystwo, był prędki, gwałtowny i hojny. Matka go nie lubiła. Po chybionem małżeństwie z Radziwiłłówną, ożeniony z Jadwigą księżniczką neuburską, miał z niej tylko trzy córki. Jedna z nich, Klementyna, poślubiła pretendenta angielskiego Stuarta.
Aleksander, drugi syn Jana III, ulubieniec matki, piękny, podobny do ojca, zmarł w Rzymie.
Konstanty, powróciwszy z Rzymu do Polski, zmarł także bezpotomnie.
Królewna Teressa Kunegunda, za czasów O’Connor’a dziewczynka trzyletnia, lubo nie była doskonałą pięknością, powierzchowność miała przyjemną, wzrost mierny. Wdziękami, wesołością, dowcipem nie mogła się równać z matką, ale nie zbywało jej na rozumie, skromności i innych przymiotach. Miała wprawę w językach: polskim, łacińskim, włoskim, francuzkim. Dumną była, ale grzeczną. Wydano ją za elektora bawarskiego. Jest wiersz przypisywany królowi Janowi, najpewniej w jego imieniu ułożony przez Chrościńskiego, dany na drogę królewnie przez ojca, piękny i rzewny.


Ikonografia Sobieskich niełatwą jest do zebrania i spisania. Wizerunków różnej wartości jest bardzo wiele. Zbawca chrześcianstwa był popularnym w Europie; sztychowano jego wizerunki i malowano po całym świecie. Dajemy tylko wiadomość o celniejszych.
Zanotujmy najprzód, jak opisują króla współcześni w pamiętnym dniu zwycięztwa pod Wiedniem. Miał na sobie kontusz niebieski, żupan jedwabny biały. Siedział na ulubionym koniu, zwanym Pałasz. Przed królem giermek niósł złoty puklerz, w kształcie herbowej Janiny. Chorąży szedł z proporcem, do którego na znak było przymocowane pióro sokole. O’Connor wspomina o szarym grodeturowym kontuszu.
Wizerunek w bibliotece puławskiej wystawiał króla w białym atłasowym żupanie, w szubie purpurowej, z bogatem spięciem.
Zbiór starożytności Francuza Debruge-Duménil’a (którego katalog wydany był z illustracyami, str. 468, n. 231) zawierał pamiątkę po Sobieskim, wypukłorzeźbę ze słoniowej kości, wystawiającą uciekających Turków, których jazda dogania i rozbija. W górze anioł skrzydlaty, w koronie, goni za poganami, w ręce prawej miecz, w lewej tarcza z krzyżem. Nad nią herby Cesarstwa i Polski. W głębi widok Wiednia. Napis: Veni in adjutorium populo Dei.
Wysokość rzeźby 11, szerokość 23 centymetry.
Obraz olejny, długi stop 4 cali 2, szeroki stop 3 cali 1 i pół, przywiózł z Padwy dr. Sterkel i ofiarował go ks. Henrykowi Lubomirskiemu do zbioru Ossolińskich. Dzieło to, nieznanego malarza, wyobraża obiad dany w Jaworowie d. 6 lipca 1684 w altanie ogrodowej. Osoby portretowane z podpisami: Król, królowa, Mich. Radziejowski, Stan. Lubomirski, Stan. Jabłonowski, Feliks Potocki, Kazim. Sapieha, Kątska i t. d. Stół pod altaną owalny, dokoła goście, naprzeciw patrzącego Jana III. W górze aniołki trzymają napis: „1684. Cena data del Re di Polonia il giorno 6 Luglio in Jaworowo, sotto una loggia in Real Giardino.“ Litografował 1824 ten obraz A. Nigroni.
Medale spisał Raczyński.
Posąg Jana III w Łazienkach, z kamienia z gruba obrobiony, niedokończony, leżał niemal przez wiek cały w Szydłowcu. Sprowadził go Stanisław August i Pinckowi kazał dokończyć. (Gazeta Warszawska 1788). Za wzór służył rzeźbiarzowi posąg w Willanowie.

Portrety Jana III, które posiadał ks. Kosmas III toskański, wspomina Ciampi. (Notizie 123 z listu Chiaromani’ego do Franc. Baldinelle’go do Warszawy: „Fatta bene rimazione ai ritratti che son capitali in diversi tempi al Gran Duca mio Signore di codesto regnante di Polonia Giov. Sobieski. Sitrova essere stati tre, che anno precedente dal Signor Brunetti, ed altro simile a quello esprimente l’imagine grando di S. M. con il busto coperto d’armatura a squamine, il terzo in piccolo, a cavallo in atto di dar bataglia con alcuna squadre in lontannanza mosto minori, che questi due si suppone esser venuti di V. S etc.“)

W Willanowie portrety Ciro Ferrego konny, drugi (Netschera?) z synem Jakóbem.
Malowali i sztychowali: Altamonti, Neuheuscel, C. Bagni, Z. U. Veran-Cignozzi, Chenu, J. Saeli, De l’Armessin 1684, Heinzelmann, Thomassin 1696, Tepplar, Piwarski, Nigroni, Frenzel, Stephani, Hubel, L. T. Stekel, Sommeren, M. J. A. Baener, Schultz, D. Tricius, Jan Loggan, Oleszczyński, Tellenau, H. Gascar, G. Eleusher, F. Eras, De la Haye, Bloemart, Kupecki, Swach.
Bitwę pod Wiedniem malowali i sztychowali: Nypott, J. Krausinn, R. de Hooghe, Lerch, Lauduret, Dallinger, Nagel, Peszka, Fr. Smuglewicz, J. Damel, Bacciarelli i t. p.
Spotkanie z Leopoldem d. 12 września 1683, wystawiono na sztychu bezimiennym współczesnym. Dwa aniołki w górze z herbem rakuskim.
Friedensbaum: portrety Jana III, cesarza Leopolda, króla szwedzkiego, duńskiego, elektorów. W górze Trójca Św.: „Diesen Baum that ich aufrichten“ i t. d.
Jakób, portret w zbiorze Ossolińskich, sztych Bernigerotha.
Aleksander w Willanowie; egzekwie po nim 1714, sztych Aquilla F. F.
Grobowiec w Rzymie u Kapucynów, jedno z lepszych dzieł Camilla Rusconi’ego, Sztych Duchange’a (niemiecki z omylonem nazwiskiem: „Menander des poln. Königs erst-geborner Sohn.“(?).
Konstantego portret w Willanowie.
Teressy Kunegundy elektorowej bawarskiej sztych F. J. Winter’a.
Pogrzeb Maryi Klementyny, sztychował R. Pozzi. Inne wizerunki: J. Frey, Daulé, J. Desrochers, P. Bracci, Drevet.
W galeryi Stanisława Augusta zbiór portretów i obrazów, odnoszących się do historyi Sobieskiego, był bardzo znaczny: Konny portret króla 1695 r. Takiż królowej. Sobieski z całą rodziną. Jakób Sobieski, kasztel. krakowski, 1656 r., ojciec Jana. Marek Sobieski, dziad króla Jana (był w domu w Kozienicach). Bitwa pod Chocimem 1673. Obóz pod Żurawnem. Bitwa pod Lwowem. Trembowla oswobodzona. Wzięcie Strygonii (Ostryhomu). Oswobodzenie Wiednia. Bitwa pod Parkanami. Król wsparty na drzewie laurowem. Trzej synowie króla, całe figury i t. p.

D’Arquien Henryk, kardynał, ojciec Maryi Kazimiry, był wystawiony w sztychu przez Roberta d’Oudenarde. Medal z jego popiersiem, 1699 r.
separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.