Winnetou/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Winnetou
Podtytuł czerwonoskóry gentleman
Data wydania 1910
Wydawnictwo Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Druk Aleksander Ripper
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI

Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI

Indeks stron
WSTĘP.

Myśl o Indyanach przywodzi mi zawsze na pamięć Turków. To może się wydać dziwnem, a jednak ma swe uzasadnienie. Jeśli bowiem nawet przypuścimy, że mało jest między nimi punktów porównania, to w każdym razie w tem są do siebie podobni, że z nimi, z jednymi w mniejszym, a z drugimi w większym stopniu, załatwiono się i rachunki zamknięto. O Turku nie mówi się prawie inaczej, jak o „chorym człowieku“, a każdy znający stosunki uważa Indyanina za „człowieka umierającego“.
Tak, czerwony naród jest w agonii! Od Ziemi Ognistej aż hen daleko poza jeziora północno-amerykańskie leży rozciągnięty ten pacyent, powalony bez miłosierdzia przez losy nieubłagane. Opierał się temu, jak mógł, ale napróżno. Siły jego znikały coraz bardziej i bardziej. Ma jeszcze wydać kilka ostatnich tchnień, a drgnienia, przebiegające od czasu do czasu jego nagie ciało, to konwulsye, zapowiadające zbliżanie się śmierci.
Czy on, winien temu przedwczesnemu zgonowi? Czy nań zasłużył?
Jeśli prawdą jest, że wszystko, co żyje, ma prawo do życia i jeżeli odnosi się to zarówno do ogółu jak do poszczególnych istot, to i czerwonoskórcom nie można odmówić prawa do bytu; im nie mniej jak białym powinno być wolno korzystać z zupełnej swobody w rozwoju społecznym i państwowym stosownie do ich indywidualności. Słyszymy oczywiście nieraz, że Indyanin nie posiada odpowiednich zdolności do tworzenia państw. Czy to prawda? Powiadam: Nie! Twierdzenia jednak takiego nie stawiam, gdyż nie zamierzam pisać o tem uczonej rozprawy. Biały miał czas rozwinąć się w sposób naturalny; z biegiem czasu stał się z myśliwca pasterzem, a następnie rolnikiem i przemysłowcem. Potrzebował na to całych wieków. Czerwonoskóry tego czasu nie znalazł, gdyż mu go nie dano. Kazano mu z pierwszego i najniższego stopnia rozwoju wykonać odrazu skok na stopień najwyższy, ale nie zważano wcale na to, że to może spowodować upadek, dla niego śmiertelnie szkodliwy.
Jest to prawo okrutne, że słabszy musi ustępować silniejszemu; ponieważ jednak objawia się w całym ciągu stworzenia i ma znaczenie w całej ziemskiej naturze, przeto trzeba koniecznie przypuścić, że okrucieństwo to jest albo tylko pozorne, albo że chrześcijaństwo zdoła je złagodzić, gdyż odwieczna mądrość, która nadała to prawo jest zarazem nieskończoną miłością. Czy można twierdzić, że względem wymierającej rasy indyańskiej nastąpiło takie złagodzenie?
To, czego doznały od Indsmenów pierwsze „blade twarze“, było nietylko gościnnem przyjęciem, lecz prawie ubóstwieniem. Jakaż nagroda przypadła im za to w udziale? Do nich bezsprzecznie należał kraj, przez nich zamieszkały, ale go im odebrano. Ile krwi przy tem spłynęło, ile popełniono okrucieństw, o tem wie każdy, kto czytał historyę „sławnych“ konkwistadorów. Za ich wzorem szli potem następcy. Biały zjawiał się ze słodkiemi słowy na ustach, ale z wyostrzonym nożem za pasem i strzelbą nabitą w ręku. Obiecywał miłość i pokój, a dawał krwawą nienawiść. Czerwony musiał się cofać krok za krokiem, coraz dalej i dalej. Od czasu do czasu poręczano mu „wieczne“ prawo do „jego“ terytoryum, ale wkrótce wypędzano go znowu dalej. Kupowano od niego ziemię, ale płacono mu albo zamiennymi towarami bez wartości, których on użyć nie mógł, albo nie dostawał żadnego odszkodowania. Natomiast tem skwapliwiej raczono go przyjemnie działającą trucizną „wody ognistej“, obdarzono go ospą i innemi, o wiele gorszemi i obrzydliwszemi chorobami, które całe szczepy przerzedzały i całe wsi wyludniały. Ilekroć czerwonoskóry chciał praw swoich dochodzić, odpowiadano mu prochem i ołowiem, a on musiał ulegać przewadze broni białych. Rozgoryczony tem, mścił się na poszczególnych „bladych twarzach“, które spotykał; ale nawzajem za jego postępowanie dokonywano wprost rzezi na czerwonoskórych. Przez to ten pierwotnie dumny, odważny, waleczny, lubiący prawdę, otwarty i wierny zawsze swoim przyjaciołom myśliwiec stał się nieufnym, kłamliwym, podstępnym człowiekiem. Ale nie on temu zawinił, lecz biały.
Gdzież to podziały się trzody dzikich mustangów, zpośród których Indyanin brał sobie ongiś wierzchowca? Gdzie te bawoły, którymi się żywił, kiedy milionami zaludniały preryę? Czem on dziś żyje? Czy może mąką i mięsem, którego mu dostarczają? Przypatrz się, ile gipsu i innych pięknych rzeczy znajduje się w tej mące! A gdy czasem jakiemuś szczepowi przyznają sto „szczególnie tłustych“ wołów, to zmieniają się one po drodze w trzy stare, wychudłe, krowy, z których sęp chyba zdołałby oderwać kąsek dla siebie. Zapewne zapyta niejeden, dlaczego czerwonoskóry nie żyje z uprawy roli? Czyż może liczyć na zbiory on, wyjęty z pod prawa, którego przepędzają ciągle dalej i dalej, nie pozwalając mu obrać stałej siedziby?
Jakże pięknem zjawiskiem był on dawniej, kiedy owiany grzywą mustanga mknął przez daleką sawannę, a jak nędznie i podupadle wygląda dzisiaj w łachmanach, niezdolnych pokryć jego nagości! On, który w nadmiarze siły rzucał się z pięściami na strasznego szarego niedźwiedzia, włóczy się teraz, jak głodny pies parszywy po kątach, aby jaki ochłap wyżebrać, lub... ukraść.
Tak, on dziś już chory, umierający, a my stoimy nad jego łożem, aby mu stulić powieki. Stać nad łożem śmierci to rzecz poważna, ale stokroć poważniejsza, jeżeli to łoże śmierci całej rasy. Tu wyłania się wiele, wiele zapytań, a przedewszystkiem to: co byłaby zdziałała ta rasa gdyby była miała czas i pole do rozwoju wewnętrznych i zewnętrznych sił i zdolności? Jakie oryginalne formy kultury przepadną dla ludzkości z zagubą tego narodu? Ten umierający nie dał się zasymilować, bo był charakterem; czyż trzeba go było dlatego zabijać, czy nie można go było ocalić? Jeżeli dla bizona stwarza się w Parku Narodowym Montany i Wyomingu asylum po to, aby nie wyginął, czemuż prawowitemu właścicielowi kraju nie zostawia się jakiegoś miejsca, gdzieby mógł mieszkać bezpiecznie i rozwijać zdolności swego ducha?
Ale jakiż pożytek przyniosą takie pytania w obliczu śmierci, której niepodobna odwrócić? Co pomogą wyrzuty tam, gdzie wogóle nie da się już nic zaradzić? Skarżyć się tylko mogę, ale nie zmienię już niczego; mogę się smucić, ale zmarłego nie powołam do życia. Ja? Tak, ja! Poznałem czerwonoskórych w ciągu wielu lat, a pośród nich jednego, któremu zbudowałem w mem sercu i myśli wspaniały, wysoki i świetlany przybytek. On ze wszystkich moich przyjaciół najlepszy, najwierniejszy, najskłonniejszy do ofiar, był prawdziwym typem rasy, z której pochodził; jak ona powoli ginie, tak zginął on, zdmuchnięty morderczym wystrzałem wroga. Kochałem go, jak nikogo drugiego, i kocham do dzisiaj jeszcze ten naród wymierający, którego on był synem najszlachetniejszym. Byłbym oddał życie własne, aby jego zachować, jak on czynił to setki razy. Jednakże losy odmówiły mi. On zszedł z tego świata jako zbawca swoich przyjaciół. Ale umarł tylko cieleśnie. Dalej niech żyje na tych kartkach jak w mojej duszy on: Winnetou, wielki wódz Apaczów. Tu chcę mu wystawić zasłużony pomnik, a jeżeli czytelnik, patrzący nań okiem ducha, wyda sprawiedliwy wyrok o narodzie, którego wiernym obrazem był ten dowódca, wówczas będę wynagrodzony sowicie.

Autor.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.