Wigilja Bożego Narodzenia/6. Przebudzenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wigilja Bożego Narodzenia
Pochodzenie Bibljoteczka Młodzieży Szkolnej
Data wydania 1909
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. A Christmas Carol
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


VI.
Przebudzenie.

Scrooge ściskał w ręku poręcz własnego łóżka.
Tak jest, własnego łóżka, w swoim własnym pokoju.
— Będę pamiętał przeszłość, — chcę żyć z myślą o przyszłości! — powtarzał sobie, wyskakując na podłogę. — Nauka trzech duchów pozostanie mi w pamięci. O Jakóbie Marley! dobry przyjacielu! Bóg ci wynagrodzi ten dobry uczynek. Błogosławię niebo i Boże Narodzenie i ciebie z twą przestrogą. Tak jest, błogosławię! Przysięgam, że i twoje kajdany zmienię na błogosławieństwo.
Tak był wzruszony, rozgorączkowany, że nie mógł wyrazić uczuć, przepełniających mu piersi. Podczas walki z ostatnim duchem szlochał gwałtownie i twarz miał zalaną łzami.
— Tak, odmienię się, zmienię wszystkie te obrazy, zaczynam inne życie.
Ubierał się pospiesznie, przekręcał ubranie, wywracał do góry nogami, wszystko mu z rąk leciało.
— Sam nie wiem, co robię, co się ze mną dzieje! — wykrzyknął, płacząc i śmiejąc się razem. — Jestem lekki, jak piórko, szczęśliwy, jak anioł, wesoły, jak uczniak. Wiwat! Boże Narodzenie! Życzę wszystkim świąt wesołych! pomyślnego roku! Mój Boże! mój Boże!
Biegał po calem mieszkaniu: z sypialni do salonu, do gabinetu — tchu zabrakło mu wkońcu.
— W tej ryneczce był kleik — mówił, stając przed kominkiem, — temi drzwiami wsunęło się widmo Marley’a; w tem miejscu siedział duch teraźniejszości! Przez to okno widziałem pokutujące duchy. Tak, widziałem! A teraz wszystko jest na zwykłem miejscu. Mój Boże! — Rozśmiał się śmiechem zdrowym i serdecznym, — nie śmiał się od lat niepamiętnych. — Nie wiem nawet, co za dzień dzisiaj. Nie wiem, ile czasu spędziłem w towarzystwie duchów. Nic nie wiem. Mniejsza o to. Jestem jak nowonarodzone dziecko, ah, ah!
Odgłos dzwonów kościelnych przerwał radosne okrzyki.
— Bę! Bę! Bę! prześlicznie, cudowna muzyka! przepadam za tem!
Pobiegł do okna, otworzył je na rozcież, wyjrzał na ulicę: najmniejszej mgły, zawiei. Mróz wesoły, orzeźwiający, krew raźniej płynie w żyłach, złociste słońce, niebo uśmiechnięte, i te radosne dzwony! Wspaniale, cudownie!
— Co za dzień mamy dzisiaj? — zapytał przez okno świątecznie wystrojonego chłopczynę, który stanął i patrzał na niego zdziwiony.
— Co? zapytał, szeroko otwierając oczy.
— Co za dzień dzisiaj mamy? powiedz przyjacielu!
— Dziś? — Czy pan spadł z księżyca? — Dziś jest Boże Narodzenie.
— Boże Narodzenie! więc nic nie straciłem, wszystko stało się w ciągu jednej nocy! Duchy zrobiły wszystko w kilka godzin. Mogą wszystko, co zechcą! Słuchaj no, mały!
— Co pan każe?
— Czy znasz ten sklep na rogu, gdzie sprzedają drób i wędliny? wiesz, tam, gdzie się skręca w drugą ulicę na prawo?
— Jeszczebym nie znał!
— Sprytne dziecko — rzekł Scrooge. — Znakomity chłopiec. Widziałeś tam indyka, wiszącego w oknie? nie tego — małego, ale ogromnego, wspaniałego!
— Ach! tak, wiem, prawie taki, jak ja — odpowiedział chłopiec.
— Zachwycające dziecko, jaki dowcipny chłopiec, co za miła rozmowa! Ktoby się spodziewał — mówił Scrooge do siebie. — Mój kotku!
— Słucham pana?
— Czy ten indyk wisi tam jeszcze?
— Wisi, właśnie mu się przypatrywałem.
— Kup mi go!
— Czy pan nie żartuje?
— Nie, niech Bóg broni! Idź i powiedz, żeby mi go tu przynieśli. Jak wrócisz z indykiem, dam ci za drogę, a jeśli się pospieszysz, dostaniesz talara.
Dzieciak nie słyszał reszty, puścił się, jak strzała.
— Poślę go Bobowi Cratchit — mówił Scrooge, zacierając ręce i śmiejąc się wesoło. — Ani się domyśli, skąd to na niego spadło. Indyk dwa razy większy od Tomaszka! Podoba mi się ten figiel.
Napisał adres Boba, odmieniwszy pismo, otworzył drzwi, czekał chwilę na posłańca, a wtem spojrzał na młotek od drzwi wchodowych.
— Będę cię kochał i szanował całe życie, drogi mój młotku, — zawołał z uczuciem. — Jak uczciwie wygląda! doskonały młotek. Otóż i indyk. Wesołych świąt! dobrzy ludzie!
— Panie! co za indyk! Nie — ten nie mógł chyba chodzić na własnych nogach, byłby je połamał, jak słomki; to cielę, nie ptak.
— Wiesz co, synku! nie udźwigniesz go tak daleko, masz tu za fatygę, a tu na dorożkę.
Śmiejąc się, klaszcząc w dłonie, zacierając ręce, wrócił na górę, obdarzywszy hojnie obu posłańców, którzy nie mogli znaleźć dosyć słów podziękowania, siadł na fotelu i zapłakał z wielkiej radości.
Z trudem mógł się ogolić: ręce drżały mu, jak w febrze; wreszcie jako tako załatwił tę sprawę, choć bardzo prawdopodobne, że gdyby sobie nawet uciął kawałek nosa, i tak byłby się cieszył i dziękował Bogu.
Umył się, włożył najlepsze ubranie i wyszedł na ulicę.
Tłumy ciągnęły we wszystkich kierunkach, jak to widział podczas przechadzki z drugim duchem. Scrooge wpatrywał się we wszystkich, rozglądał na prawo i lewo, uśmiechając się wesoło. Miał minę tak poczciwą, tak uprzejmą, że kilku prostaczków, (ci zwykle są poczciwi) zaczepiło go, mówiąc:
— Wesołych świąt, panie dobrodzieju! wesołych świąt.
Scrooge utrzymywał potem, że gdy po raz pierwszy tak go pozdrowiono, o mało nie umarł z radości.
Nagle spostrzegł jednego z panów, którzy dnia wczorajszego byli u niego po kweście. Na ten widok ścisnęło mu się serce. Co on sobie o mnie myśli? Nie śmiem mu spojrzeć w oczy. Lecz natychmiast zrozumiał, co uczynić powinien. Przyspieszył kroku, wziął nieznajomego za ręce i rzekł:
— Łaskawy panie, jakże zdrowie? Mam nadzieję, że wczorajsze trudy pańskie opłaciły się hojnie? Zazdroszczę panu tego poświęcenia. Wesołych świąt, zacny panie!
— Pan... pan... Scrooge?
— Tak jest, szanowny panie, to moje nazwisko. Nieprzyjemne wspomnienie? Proszę mi wybaczyć. Byłem bardzo zajęty i zdenerwowany. Pozwolisz pan, że dzisiaj — (nachylił się i szepnął coś do ucha nieznajomemu)...
— Czy podobna? — zawołał tamten, okazując najwyższe zdziwienie, — Czy pan nie żartuje ze mnie?!
— Bynajmniej, drogi panie, płacę długi przeszłości; wierzaj mi pan: to dla mnie największa przyjemność. Nie odmówisz mi przecie?
— Panie! — zawołał obcy, ściskając mu rękę z uczuciem. — Podobna wspaniał...
— Ani słowa, nie zasługuję na pochwały. Bądź pan łaskaw oznaczyć mi godzinę, gdzie i kiedy mogę ci wręczyć pieniądze. Może raczysz przyjść do mnie ze swoim zacnym towarzyszem?
— Na rozkazy.
— Dziękuję panu, bardzo, bardzo panu dziękuję. Będę nieskończenie wdzięczny. Do widzenia. Polecam się pamięci.
Wszedł do kościoła, modlił się, znowu chodził po ulicach, uśmiechał się, zagadywał nieznajomych, całował dzieci, wypytywał ubogich o ich potrzeby i obdarzał wsparciem. Nigdy nie czuł się tak szczęśliwym.
Około południa znalazł się nakoniec przed mieszkaniem siostrzeńca.
Minął drzwi, przeszedł się tam i napowrót, nie miał odwagi wejść. Wreszcie zakołatał.
— Czy pan w domu? — spytał służącej.
— Jest, proszę pana.
— A gdzie?
— W jadalnym pokoju razem z panią. Może pan poczeka w sali...
— Dziękuję, twój pan zna mnie bardzo dobrze, prowadź mnie do jadalnego pokoju. Tutaj? Dobrze, dziękuję.
Otworzył drzwi nieśmiało. Młoda para kręciła się około stołu, nakrytego już do obiadu. Pani uważnie oglądała wszystko.
— Alfredzie! — odezwał się Scrooge.
— Ach, Boże! — zawołała z przestrachem młoda pani.
— Kto tam? — zapytał Alfred.
— To ja, wuj Scrooge, prosiłeś mnie wczoraj na obiad, — czy mogę wejść, Alfredzie?
Czy może wejść? — Alfred go porwał i wniósł prawie do pokoju, o mało nie udusił go z radości. W pięć minut Scrooge był już jak u siebie. Przyjęto go serdecznie: siostrzeniec, jego żona, goście, wszyscy byli mu radzi, wszyscy okazywali mu szacunek i życzliwość. Bawiono się wybornie, Scrooge śmiał się i zachęcał do wesołości całe towarzystwo. Wkońcu zaprosił wszystkich do siebie, jak tylko urządzi mieszkanie.
Nazajutrz rano, raniuteńko, był w kantorze. Koniecznie chciał uprzedzić buchaltera i schwytać go na gorącym uczynku spóźnienia. Udało mu się. Nowa przyjemność. Zegar wybił dziewiątą — niema Boba; kwadrans na dziesiątą — niema. Wreszcie nadszedł: spóźnił się o siedemnaście minut. Scrooge nibyto przeglądał książki. Bob otworzył drzwi, jak tylko mógł najciszej, zdjął kapelusz i szalik, wsunął się jak piskorz, zasiadł przy biurku i zaczął pilnie pisać, ażeby wynagrodzić czas stracony.
— Hej! — zawołał Scrooge, udając dawny sposób przemawiania — co to znaczy? Po wczorajszem próżniactwie tak późno przychodzić, a to co za porządek? a gdzie punktualność?
— Przepraszam pana, bardzo przepraszani, spóźniłem się cokolwiek.
— Cokolwiek — półosiemnastej minuty! Proszę bliżej!
— To tylko raz do roku — mówił Bob z pokorą. — Już więcej nigdy mi się nie przytrafi; zabawiłem się wczoraj z dziećmi, czas upłynął tak prędko, że. —
— Tak dalej być nie może — przerwał mu Scrooge. — Dość tego! — zerwał się z krzesła, chwycił Boba za ramię i powtórzył: — Tak dalej być nie może! Dlatego... podwajam ci pensję.
Bob zadrżał, wyrwał się pryncypałowi, wpadł do swojej izdebki, schwycił żelazną linję, gotów bronić się od warjata!
A Scrooge śmiał się, śmiał się, pękał ze śmiechu. Nagle uspokoił się zupełnie, — spoważniał.
— Tak, Robercie — przemówił serjo. — Przedewszystkiem świąt wesołych! — tu poklepał go po ramieniu. — Nigdy ci ich nie życzyłem, mój biedaku, — przebacz! Przyznaję, że dość rzadko byłem dla ciebie znośny. To się zmieni. Podwajam ci pensję, chcę pomódz twej pracowitej rodzinie; za dużo mamy roboty, biorę Piotra do kantoru. Zresztą pomówimy o tem dziś wieczorem przy szklaneczce ponczyku. Tymczasem, nim zaczniesz pisać, rozpal porządny ogień: zimno tutaj, jak w psiarni! Weź węgle do siebie, sobie kazałem kupić oddzielny koszyk.
Odtąd Scrooge robił więcej dobrego, niż przyrzekł; nietylko dotrzymał słowa, wskazywano go jako przykład zacnego obywatela.
Dla małego Tomaszka stał się drugim ojcem. Był wzorowym panem, zwierzchnikiem, przyjacielem, najzacniejszym z ludzi. Niektórzy uśmiechali się złośliwie, mówiąc o tej nagłej zmianie. Ale Scrooge na to nie zważał, wiedział dobrze, iż są istoty, dla których cnota, każdy czyn szlachetny, stanowią cel szyderstwa. Śmieli się z niego, — on także śmiał się serdecznie, uczciwie, — to była jego zemsta.
Nie przestawał już z duchami, ale z ludźmi: żył z przyjaciółmi, z rodziną; czekał zawsze niecierpliwie dnia Bożego Narodzenia. Obchodził tę uroczystość wspaniale, upamiętniał ją najlepszymi uczynkami. Wszyscy przyznawali, że nikt tak nie święci Bożego Narodzenia, jak Ebenezer Scrooge.
Pragnę z duszy, aby to samo mówiono o was, o mnie i o wszystkich ludziach.
»Miłujcie się nawzajem«, — powiedział Chrystus, — o tem pamiętajmy zawsze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.