Wierzba (Musset)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Poezye
Data wydania 1890
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego S-ki,
"Biblioteka Romansów i Powieści"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bolesław Londyński
Tytuł orygin. Le Saule
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WIERZBA.
(FRAGMENT.)

I.

...................
W koło cisza głęboka wnet zapanowała,
Gdy Georgina Smolen[1] do śpiewania wstała.
Miss bladą jest niezmiernie. Z Francyi dziś przybywa,
I ziemię opuszczoną z żalem w myślach wzywa.
Ma lat szesnaście, mówią. Jest amerykanką,
Lecz w tym kraju, o którym wspomni ledwie wzmianką,
Nigdy piękniejsze chyba nie odbiły oczy
Nieba czystych lazurów i głębi przezroczéj.
Słaba, zawsze cierpiąca, z nad dumnego czoła
Długich i pysznych włosów nie odgarnia zgoła,
Więc jak w dyadem ją stroją te złociste sploty.
Jest to piękność, lecz którą mniej ma się ochoty
Kochać, niźli podziwiać; serce zacne, czyste,
Żądzę w nim tłumią wstydu czucia macierzyste.
Choć jéj mowa jest słodka, ma w swojéj postawie
Coś dziwnie wyniosłego; każdym ruchem prawie,
Nawet chodem, czcicieli do wynurzeń zraża.
Czy to smutek, czy wzgarda, ale nie obraża.
W wieku, pełnym nadziei, trwogi i zwątpienia,
Ma w sobie już smutnego dość zobojętnienia

Ta córa czasu. Jednak, któż się oprzéć zdoła
Téj prawdziwéj powadze jéj smutnego czoła,
Którego już sam widok wszelki ból uśmierca?
Tak możne są, niestety, w ludzkiéj nędzy boju,
Dwie bliźniacze oznaki szczęścia i spokoju:
Jasna młodość oblicza i dziewiczość serca.
Rzecz zaiste szczególna — nawet wzrok najstalszy,
Najbardziéj uporczywy i najwytrzymalszy,
Słabnie wobec jéj wzroku. Przez co i dlaczego?
Kto wié? — to tajemnica. — Cios, jeśli go zada
Jéj niebiańskie spojrzenie, ma coś grobowego;
Czyje serce zaś dotknie — temu sercu biada!

Miss Smolen zaśpiewała; krom niéj, nic nie widzą
Te znane wam spojrzenia, co niesforną zgrają
Każdą piękną kobietę nawskroś przeszywają.
Ona ani dba o nie: — niech patrzą, niech szydzą.

Śpiewała tę pieśń, którą gorączka paląca
Wyrywa, jako smutne, głębokie wspomnienie,
Z serca, co, pełne życia, czuje śmierci tchnienie;
Pieśń, którą Desdemona, półsenna i drżąca,
Do wezgłowia swe czoło tuląc wśród niemocy,
Niby jękiem ostatnim wzdycha pośród nocy.

Zrazu tony łagodne, pod smutku osłoną,
Tęsknotę rodzą rzewną a nieokreśloną
I słodkie upojenie, ten zachwyt uroczy,
Kiedy usta się śmieją, a w łzach toną oczy.
Jak podróżnik, ukryty na dnie swojéj łodzi,
Który się puszcza z biegiem na los przeznaczenia,
Nie widząc, czy mu potok sprzyja czy zawodzi,
I czy rzeka się w końcu w odmęt nie zamienia, —
Tak i to młode dziewczę, w swą myśl zasłuchane,
Bez trwogi, bez wysiłku, głosem kołysane,

Gdy po morzu harmonii pcha ją dźwięków fala,
Od brzegu się, w głąb nieba wpatrzona, oddala.

Ileż rozsiewa czaru! Ach, ileż uroku
Budzą na każdéj twarzy promienie jéj wzroku!
Gdyż, niestety, czy nocą, w czasie nawałnicy,
Młody słowik się w puszczy na losy użala,
Czy gra harfa eolska, czy to wśród tęsknicy
Złoty smyczek wydaje głos ludzkiéj niedoli, —
Jestże człowiek, którego, — gdy słuchaniu gwoli,
Skłonił już swoją głowę, jęk śmierci nie wzruszy?
Nie znajdzież w głębi serca ukrytych katuszy,
Które mu łzy wycisną, — słodkiego wspomnienia,
Co, już niby zatarte, znów się rozpromienia?
I oto dzień ucieka, wiatr dmie, ciszéj, ciszéj!
Trwoga pędzi, druzgoce, coraz nagli tony...
Oto się w mgle wieczoru kroki zbójcy słyszy...
Wnet człowieka z szatanem zawrze bój szalony.
Do dzieła, Jago! Cassio już na placu pada!
Czy to piosnka rybaka?... Czy to wichrów zwada?...
O wierzaj, męczennico! nic bardziej nie boli,
Jak wspomnienia o szczęściu w katuszach niedoli!...
Lecz gdy z ostatnim śpiewem, ognia żar okrutny
Po raz trzeci się zrodził na jéj duszy smutnéj,
Obumarłéj nieomal, gdy w zmysłów rozterce,
Z krzykiem tuląc swą harfę, uspokaja serce,
Młode dziewczę poczuło, że geniusz jéj woła
O takie tony, jakich ziemia nie zna zgoła.
I w potokach harmonii łkaniem burzę wszczyna,
I o swym instrumencie wcale zapomina.
Boże! Tak w pełni życia skonać w poniewierce!...
Lecz nagle wszystko pierzchło, — zachwyt, trwoga cała,
I kobieta, padając, łzami się zalała.

Płacz, płacz! Niebo cię widzi, dziewczę ubóstwiane!
Zostaw jedną łzę słodką na modrych oczętach,

Niech błyszczy, niby gwiazdka w niebieskich odmętach.
Wszakże niejedno życie, dziś opłakiwane,
Pragnęło tylko, w zamian za krzywd niepokoje,
Jednej łezki, i z oczu mniéj pięknych, niż twoje!

Od niedyskretnych spojrzeń miss Smolen pośpiesza,
Z rozognioném obliczem, kierując swe kroki
Tam, gdzie balkon, na którym w omdleniu się zwiesza.
Ach! któż zgłębił dokładnie ten ruch tak głęboki,
Ten urok nieprzeparty, błogi, co przejmuje
Serce, gdy w takich chwilach własne bicie czuje,
I gdy, pełne słodyczy, krzepi się w niemocy,
Jak kwiat młody świeżością tajemniczych nocy!
Harmonio! Córko bólów i dolegliwości!
Mowo, którą wynalazł geniusz dla miłości,
My cię z Italii mamy, ona zaś od Boga!
O słodka mowo serca, gdzie, zmieniona w ciało,
Myśl, to dziewczę lękliwe, gdy mu obca trwoga,
Nie zdejmując zasłony, przechadza się śmiało,
Któż wie, co dziecko mówić i co słyszéć może
W twoich bozkich westchnieniach, zrodzonych w przestworze,
Smutnych, jak jego serce, słodkich, jak głos jego?
Promień oka, łzę jedną ciekawi spostrzegą,
Reszta jest tajemnicą dla natrętnéj tłuszczy,
Równie, jak głębia morza, nocy, leśnéj puszczy.

Ach, kiedy wszystko drżało, kiedy dusza cała
Pod uciskiem bożego demona truchlała,
Jak instrument, co zda się, umilknąć nie może
I rozśpiewany huczy długo w swym ferworze...
I kiedy słabe dziewczę, mdlejące w zachwycie,
Lecz które wie z miłości tyle, co śni skrycie,
Ma przejrzéć... tak nareszcie i Amerykanka
Swe oczy ukrywane wznosi na wybranka.


Gdzież on? Ileż to spojrzeń, pod wpływem uroku,
Jak spojrzenia królowéj, szukało jéj wzroku!
Iluż dumnych czcicieli byłoby na niebie!
Gdzież on więc? Biedne dziewczę, czém on porwał ciebie?
Był to młodzian, o twardém, surowém spojrzeniu.
Choć widział, że doń zmierza, nie szukał jéj wcale,
I pomimo zachwytu w całém zgromadzeniu,
Nic nie mówił i ku niéj nie śpieszył w zapale.
Stał sam jeden na stronie, dziwnie uśmiechnięty;
Pod długim jasnym włosem miał rysy niewieście,
A śledzącym go, jakby chciał mówić: — „natręty!
Nikt wam wierzyć nie będzie, choć paple jesteście!”
Wszyscy godzą się w zdaniu, że ma strój Anglika,
Jest z Oxfordu, dodają. Zrodzony w niedoli,
Zamieszkuje pod dachem ojca nieboszczyka
I zdradza krew szlachetną, gościnności gwoli;
Ma na imię Tyburcyusz.
Mówią, że od losu
Dostał w darze niezwykłą słodycz, dźwięczność głosu,
Zwłaszcza zaś jego śpiewów czyste, miękkie tony
Miewały dla słuchaczy wdzięk niewysłowiony.
Lecz, wbrew prośbom, od śmierci starego rodzica,
Przestał śpiewać, uparcie obstając przy swojem.

Gdzie ją poznał? I jakaż dziwna tajemnica
Każe jéj nań kierować oczy z niepokojem?
Z jakich wspomnień się rodzi to porozumienie?
Jeżeli znał ją dawniej, zkądże to milczenie?
Jeżeli zaś jéj nie znał, zkąd to pomieszanie?
Któż wie! Lecz oka z okiem wypadło spotkanie;
Dziewczyna drgnęła nagle, a w zmysłów rozterce,
Jego oko, jak strzała, przeszyło jéj serce.
Był to tylko błysk jeden. Skra niedostrzegalna
Spadła z duszy — jedynie dla Boga widzialna.

Wtedy, spuszczając głowę, poszedł, i z podnietą
Zapytał: „czy mnie kochasz? czy kochasz, Żorżetto?”






II.

Podczas gdy tarcza słońca zniża się na niebie,
Tyburcyusz przed swym domem zda się chwili czeka,
Rychłoli wielką gwiazdę Ocean pogrzebie.
Ostatni jasny promień dnia, który ucieka,
Łamiąc się w szybach okien z wysiłkiem niemocy,
Jeszcze zdala przebija mroczną ciemnię nocy.

Dwóch mistrzów-niszczycieli zagładę dziś szerzy
W opuszczoném schronieniu biednego studenta:
Czas i niedola. — W starym przybytku szermierzy,
Tak ongi hałaśliwym, dziś — cisza zaklęta!
Na długich korytarzach, gubiących się z mroku,
Gdzie echa smutnie wtórzą byle odgłos kroku,
Snuły się kiedyś służby nieprzebrane chmary
i brzmiały przy kieliszku wesołe fanfary.

Lampa, płonąca w dali, słabém światłem zdradza,
Że ledwie zamieszkano w cząstce to siedlisko.
Tak się potęga rodów do szczętu zagładza:
Tu samotność, tu w pustce biedy legowisko!
Tyburcyusz wybrał miejsce, które wyobraża
Ciężką, starą pracownię — tuż loch, turma pewnie,
Lub może obracany był na modlitewnię,
Grób bowiem jest najbliższą drogą do ołtarza.

Tam to w starym fotelu szlachetnéj rodziny,
Gdzie się dzieci modliły, gdzie starcy konali,

Tam to kiedyś klękały niewinne dziewczyny,
Goniąc okiem sztandary, niknące w oddali.
A późniéj, o téj porze, kiedy kogut pieje,
Przygarbiony alchemik do samego rana,
Błagając nieprzebranych skarbów u szatana,
Zacienione tarł czoło, by zdobyć nadzieję.
Filozof! Puste mrzonki w swoich myślach kleci.
Dzisiaj potężna wiedza, stawiając swe nogi
Na zakurzonych śladach zatartéj już drogi,
Szydzi z tych czczych wyników zamierzchłych stuleci.

Nad łóżkiem wisi obraz o ponuréj treści,
Gdzie Rafael przedstawia rodzinę w żałobie,
Kiedy Boga człowieka z krzyża kładą w grobie.
Matka chce w dłoniach ukryć twarz pełną boleści,
Ramiona jéj stężały; by wzmocnić jéj duszę,
Górki szepcą modlitwę, niestety, bezsilną!
Rany serca! Jak gorzkie sprawiacie katusze!
Śpieszno nam się narodzić, lecz zginąć nie pilno!

Tu Gericault i jego jaskrawe utwory;
A któż może zapomnieć Judytę fałszywą,
I w ręku téj zdradzieckiéj kochanki półżywą
Głowę, którą, konając, uwiecznił Allori?

A daléj światło lampy, płonącéj bez życia,
Na tle tych smutnych murów dobywa z ukrycia
Jakiś marmur zniszczony. Twórco nowéj ery!
Twéj pamięci, rycerzu, nic zgładzić nie zdoła.
Waterloo na téj ziemi, zachwyt budząc szczery,
Z najciemniejszych zakątków twój obraz wywoła.
Zrodzona w samotności, miła bogom, sztuka,
Króluje w tych sklepieniach, a tuż przy niéj praca
Od pocałunków ciszy ulg dla cierpień szuka;
I ty, ty nadewszystko, do któréj się zwraca

Biedak z żalami serca wśród bezsennych nocy,
Ty, wierna przyjaciółko smutku i niemocy,
Bogini pieśni, która niesiesz pomoc wszelką,
Gdy niedola cię wzywa: „przyjdź pocieszycielko!“
Pocieszycielko!
W wieku, gdy zapał krwi młodéj
Wciąż nowe z każdém tętnem namiętności zmienia,
I gdy na horyzoncie, u progu istnienia,
Młodzieniec, śmierć spostrzegłszy, chce iść z nią w zawody,
Z żądz, z których jedna drugą kolejno uśmierca,
Zasiadając na tronie niewidzialnym serca:
Nienawiść i interes, i miłość, i pycha, —
Tyburcyusza jedyna gnębi, najstraszniejsza!
Dotąd przynajmniéj nigdy ku innym nie wzdycha,
Co zaś do téj sekretnéj choroby człowieka,
Ten rak nędzny, toczący świat, który ucieka,
Owa łatwa pogarda i życia, i ludzi,
W nikim, ktobądź ją przebył, odrazy nie budzi.

Lecz dlaczegóż Tuburcyusz samotności szuka?
Kto wié? Oddawna drogą była mu nauka.
Kiedyś, kontent z swéj doli, lecz nieznany wcale,
Za śladami tych ludzi podążył w zapale,
Którym śmierć zdradza życia wielkie tajemnice.
Pochylony przed lampą, uparty kochanek
Suchéj, mozolnéj wiedzy, zgłębiał jéj skarbnicę,
I nieraz go przy pracy zastawał poranek.
To znowu, gdy księżyca twarz alabastrowa
W głąb swéj tarczy niepewnéj blask promieni chowa,
Niepomny ciężkiéj pracy, szukał praw w przestworze
Dla tych światów bez końca, co jak ognia morze
Kołysząc się nad nami, płoną dookoła,
A których myśl ni oko policzyć nie zdoła.

Lecz, niestety! ach ileż, ileż dni minionych
Od chwili, gdy się nie tknął prac niedokończonych!
Zamknięty wśród tych murów, gdzie zmarł ojciec stary,
Żyje z górą dwa lata, w téj pustce bez miary,
Zdala od ludzkich oczu, rad, gdyż przyjaciele,
Licząc dnie, nie zliczyli tych nocy tak wiele!
Być może, iż się ukrył, pragnąc ciszy tylko;
Któż poznał jego plany? Wszak i dziś nikomu
Nie mówił, na co czeka w progu swego domu.

Lecz noc, dążąc na ziemię, z każdą wzrasta chwilką,
I już drżące od wiatru jéj olbrzymie cienie,
Łącząc się, coraz większe ściemniają przestrzenie.
Już stopniowo na błoniach sen zamyka życie...
Księżyc się zniża, oto stanął na gór szczycie,
Rzuca ostatni promień na wierzchołki boru
I kona. Noc zimowa blizka jest wieczoru.
W grupach, śpieszą w nieładzie tu młode dziewczyny,
Owdzie raźne chłopaki do wsi powracają,
A wszyscy, choć już ciemno, rozróżnić się dają.
Z chat, w których zamieszkują ubogie rodziny,
Dym wysoko się wznosi po nad dachy stare
I wdziera się w płynącą z głębi lasów parę.
Podczas gdy głosy dziatek, donośne i świeże,
Wraz z dymami kadzideł wzlatując z kościoła,
Topnieją, pomieszane w morza cichym szmerze,
I budzą w miejscu świętém brzęk szyb dookoła,
Przechodzień, ledwie słysząc co wrzaskliwsze zwroty,
Odgaduje niebawem, że to dzień Soboty.
Tu nieopatrzny pijak chwieje się, potyka;
Spracowanego wczoraj zmienił rzemieślnika,
Co każdy kawał chleba krwawym potem znaczy,
Lecz, pracując na dzisiaj, o jutro nie baczy.
Stary lek nędzy ludzkiéj, błogie zapomnienie,
Zda się spadło wraz z rosą na ziemskie przestrzenie.

I pomyśléć, że ono, niestety, na ziemi,
Raz młodemi nas robi, to znowu staremi!

Tyburcyusz się przyglądał téj scenie niezwykłéj.
Jego wzrok, wśród mgły nocnéj, nie mało się trudzi,
Śledząc widma, co przed nim stawały i nikły.
Wielki Boże! Czyż jeden z tych pokornych ludzi
Umiera takim samym, jak żył, nieborakiem!
I Tyburcyusz pomyślał, że sam był biedakiem.

O ty biedo, macocho! I dla kogóż żyje
Ten, co naczczo twe mleko nieposilne pije?
Cóż wart człowiek, któremu los znaczenia skąpi?
Co od rana po jednÉj ścieżce do wieczoru
Dążąc miarowym krokiem, wśród obcego toru,
Zasypia pod swym dachem, gdy noc już nastąpi?
Może to jaki mędrzec?... Mniejsza to fatyga,
Gdy się do grobu zwolna mały ciężar dźwiga!
Lecz ten, co możnych duchów skazany wyrokiem,
W katuszach bezsenności walczy z gęstym mrokiem,
Ten, co dla trosk pracuje i nie odpoczywa,
I żyć musi w dwójnasób — jak się ten nazywa?
Tak myśl niezwyciężona z progu duszy swojéj,
Niby gościa obcego, sen słodki odgania:
Sama chce tam panować, i nic jéj nie wzbrania,
Że ją bardziéj samotną i głębszą uczyni
Od niezmierzonych okiem obszarów pustyni.
Lecz cicho! Czy słyszycie? Dzwon huczeć zaczyna,
Tyburcyusz wstał i rzecze: — To modłów godzina.
Czas już. Oni się za mną pomodlą do Boga! —
Ruszył. Odszedł.
Blask dzienny, światło, to rzecz wroga,
Zły powiernik dla planów, co są niepowszednie;
Odważnego świat zowie nierozsądnym we dnie.

Myśl, by przy świetle dzienném ujść profanów oka,
Kryje się w głębi serca. Tylko noc głęboka,
Gdy sen światy ogarnie, sama podnieść zdoła
Te w promieniach słonecznych pochylone czoła.
................

O gwiazdo, posłanniczko odległéj krainy,
Tak ponętnie błyszcząca, gdy światy mrok słoni!
Z twych przezroczych pałaców, blada, w niebios toni,
Czemu patrzysz na nasze równiny?
Gwary milkną i wichrów nie słychać już wrzawy,
Las, co szumiał, łzy leje na krzepnącą rolę
I złocisty motylek rozpoczął swywolę
Wśród łąk wonnych, leciuchny a żwawy.
Powiedz, czego ty pragniesz od téj ziemi śpiącéj?
Lecz oto cię już widzę, jak za gór wierzchołki
Uciekasz z tym uśmiechem czułéj przyjaciółki,
I wnet gotów zagasnąć twój wzrok konający.

Gwiazdo, którą za wzgórzem nęci otchłań mglista,
O ty, na płaszczu nocy łzo smutku srebrzysta,
Ty, co się patrzysz zdala na powrót pasterza,
I na tę wielką trzodę, co tuż za nim zmierza,
Gwiazdo, po co się wdzierasz w te ciemne przestworza?
Czy szukasz nad potokiem różanego łoża?
I dokąd taka piękna dążysz w snu godzinie,
Że jak perła w wód toni twój cudny blask ginie?
Ach! jeśli musisz skonać i jeśli twa głowa
Swój włos jasny już w morzu pogrążyć gotowa,
Na jedną krótką chwilę, nim toń cię pogrzebie,
Cudna gwiazdo miłości, wstrzymaj się na niebie!...
....................






III.

....................
— „Tak, Bello, — przyjaciółce odpowie Żorżetta: —
Nieraz do późnéj nocy zostać bym tu chciała.
Tu, na téj śpiącéj ziemi, Oceanu meta...”

— „Lecz co ci? — rzecze Bella. — Czemuś tak płakała?”

— „Zostańmy tu na zawsze! Te łzy słodkie były,
Słodkie i bez przyczyny, a jednak łez tyle!...
Lękasz się! Trwoga także ma swój powab miły...
To mój wieczór rozkoszy. Zostań, proszę, chwilę!”

— „Twoim prośbom, Żorżetto, któż się oprzéć może?
Ale noc już się zbliża... wspieraj nas, o Boże!
Twoja ręka drży w mojéj. O zkądże to drżenie?”

Tu Żorżetta spojrzała, wydając westchnienie.

— „Więc z téj dwojakiéj drogi, Bello ukochana,
Gdzie się wszystkie, jak mówią, w życiu potykamy,
Jedna ci tylko będzie, tak, jedyna znana.
Ile téż lat ukończysz, téj zimy? jak wiele?
Lecz co mówię, wszak prawie jedne lata mamy.
Doprawdy, zmysły tracę. O, ja kocham Bellę
Z głębi serca.”
— „Mój Boże, Żorżetto, co tobie?
Ty się chwiejesz.”
— „O przebacz, przebacz, moja miła!
Podaj mi swoje ramię, idźmy razem obie.”
Kilka kroków Żorżetta z Bellą postąpiła.
»Nie, nie mogę!“ — Z tym jękiem znienacka przystaje. —
„Nie mogę uciec odeń! Czy ci się téż zdaje,

Bello, że jestem blada, i że cierpić muszę?
To ten hałas fal morskich, te wichrów zawody,
I widok tego lasu, i całéj przyrody,
Takie w mém sercu budzi śmiertelne katusze.
Tyle cierpiéć! Okropną jam dzisiaj noc miała,
Straszną i słodką!... Bello, gdybyś wysłuchała!”

— „Mów, ja chętnie wysłucham żalów méj Zorżetty.”
— „Tak, wszystko ci opowiem, bo mam trosk nad miarę.
A któż mi życia doda, któż, jeżeli nie ty?
Słuchaj, siostro méj duszy. Ja z życia ofiarę
Składam przez szczęście. Bello, szczęście mnie spotkało,
Ja w jego oceanie jestem strugą małą.
Ty wód i lasów słuchasz z przedziwnym spokojem.
Pójdź, tajemnicę serca wynurzę ci całą,
Przypomnijmy Hamleta, — Horacym bądź moim.”






IV.

..................
Na błoniu, gdzie szron świeży pod wiatrem wieczoru
Zawilgocone krzewy ku ziemi nagina,
Stary zamek Smolenów, szanowny z pozoru,
W smutne i czarne niebo wysoko się wrzyna.
Pod temi to murami Tyburcyusz przystaje,
Słucha. W oknach zroszonych spostrzegać się daje
Jakiś cień, kilka świateł błyszczy się w oddali.

„O téj godzinie? rzecze: — czyżby świętowali?”
Potém, jakby z wymówką, dodaje już ciszéj:
„Miałażby zdradzić?“ Nagle czyjeś kroki słyszy.
Z pochyłości pagórka wprost ku niemu biegą...
Jest bezbronny, sam jeden, schwycą, gdy spostrzegą.

Waha się, potém zwolna jaknajprędzéj kroczy
Wgłąb ciemnego krużganku, tu w mroku pośpiesza,
Skrada się tuż pod murem, schyla się i zwiesza:
Jakiż widok niezwykły wpadł mu nagle w oczy.

Przy żarzącém ognisku, gdzie trzeszczy dębina,
Stary Smolen, zgarbiony, wygłasza modlitwy,
Które za nim w skupieniu powtarza rodzina.
Przed laty był to rycerz, straszny w czasie bitwy,
Dziś w błogiéj ciszy ducha szuka sobie mety,
Modli się; nawet teraz jego to zasługa,
Że się korzą przed Stwórcą te obie kobiety.
Tyburcyusz zna je; pierwsza wiekowa, a druga...
Ejże, uwodzicielu! Zbytecznyś tu zgoła!
Patrz, ona na kolanach, lecz pieśń apostoła
Nie trafia w głąb jéj serca dźwiękami bożemi.
Zkąd te ruchy, te oczy, spuszczone ku ziemi?
Któż temu ojcu teraz córkę zwrócić może?
Czy ten starzec, bez skazy na swoim honorze,
Wbrew modłom, własnéj myśli na opak nie stawi,
I czy w téj chwili właśnie jéj nie błogosławi?
To dziecko tak go cieszy! Jakże ją obroni,
Gdy przez ciebie stróż anioł nawet od niéj stroni?
Nie, nie! Ten starzec córce swéj ufa i wierzy.
Zacności lat sześćdziesiąt hańby się nie zlękną.
Miss Georgina blada wstała od pacierzy.
Nie prawdaż, Tyburcyuszu, jak ona jest piękną?
Pochyl się, młode dziewczę, po téj uczcie bożéj
Twój ojcze pocałunek na twém czole złoży.
Przyciśnij na odchodném rozpalone usta
Do ręki tego starca; śpiesz się, czas ucieka.
Czy słyszysz, o kochanko, czuła i nie pusta,
Ten radosny bunt serca, ten szept: on tam czeka?

Tak, miss Smolen, on czeka, czeka tam i liczy
Błogosławieństwa ojca na główce dziewiczéj.

On to u progu domu cofa się, podchodzi,
Lub się skrada, jak w nocy trwogą zdjęty złodziéj.
Śpiesz się, nim gwiazda nocy na niebie zagaśnie.
Lecz w zamku coraz słabiéj światełka migocą.
Cisza. Trwoga. Tu owdzie jakieś głuche kroki,
Jakiś głos zdala przerwie ten spokój głęboki,
Lub się na korytarzu drzwi zamkną przed nocą.
Tyburcyusz czeka. Rabuś! A może go zdoła
Myśl popchnąć aż do zbrodni?... Wszystko śpi dokoła.

Ah, któż nie czuł, że serce bije znacznie prędzéj,
Kiedy człowiek po nocy sam jeden jest z Bogiem?
I któż się nie odwracał, sądząc, że już z wrogiem
Wnet mu walczyć wypadnie, gdy w ognistéj przędzy
W koło się gwiazd promienie w mroku rozświeciły,
Niby zwartego muru nocy złote żyły?
Gdy człowiek przerażony chowa swoją głowę
W ściśnięte fałdy płaszcza, sądząc, że grobowe
Wstrzymują go od złota krzyki i wołania.
Niestety! Człowiek w nocy stworzon jest do spania.

To pewna, że strach wtedy wzlatuje nad nami,
Tak jak wiatru powiewy nad lasu szczytami,
A gdy na jego widok serce dogorywa,
On struchlałego człeka za włosy porywa.

Poza framugą okna, ściemnionego mrokiem,
Tyburcyusz się przechadza, żywym, trzeźwym krokiem;
W tém, przy blasku księżyca, jakaś postać blada,
Spostrzegłszy go w oddali, w ramiona mu wpada.
„Niestety! Po dwóch latach!...” I myśl nieskończona
Na jego zmarłych ustach w westchnieniu jéj kona.






V.

— „Co tobie? Na twém czole smutek, o mój panie!...
Jakiż powód strapienia? Zkąd to zaniedbanie?
Dzisiaj rano się nawet nie modlił dobrodziéj...
Co ci jest? Ach, gdy cierpisz, i ja tracę zdrowie...
Mów, drogi przyjacielu...”
— Nic — starzec odpowie. —
Gdzież to jest twoja córka? Zbyt późno wychodzi.

— „Ach Boże! Wszak Żorżetta kocha cię, mój miły,
I ją także twe smutki, jak mnie, przeraziły.
Ona płacze. O Smolen! I co to być może,
Iż tak nagle téj nocy opuściłeś łoże?
— Cicho! — mówiłeś — a ja pomyślałam przecie,
Że dziś wszystko dokoła śnieg pokrył na świecie!
Niestety! Czyliż próżne méj przyjaźni słowa?
Toż z twych lat sześćdziesięciu łączy nas połowa!”

— Jam chory, żono, tylko, nic więcéj! —
„Tyś chory?
Jakto? Smolen choruje, i wśród takiéj pory,
Kiedy się w koło sroży śnieżna zawierucha,
Z łysą głową, sam jeden po nocy wychodzi,
I szepce tylko do mnie: ciszéj! — tak jak złodziéj,
Party ku swym zamiarom siłą złego ducha?
Tak, tyś chory, to pewna, lecz twoją niemocą
Serce jest tylko, mężu, serce cierpi w tobie.
Dokąd chcesz iść? O panie! Miecza żądasz? Po co?
Czyż rodzinę swą pragniesz pogrążyć w żałobie?
Pomyśl o nas! Litości! Ja się ciebie boję!...”

— Nic, nic! — Rzekł starzec. — Ale... gdzie jest dziecko moje!






VI.

O jak majestatycznie po nad groźne skały,
Które toczy od wieków to burzliwe morze,
Z łona fal, młody, dzielny, wzbija się w przestworze,
Jedna dusza dwóch światów — słońca glob wspaniały.
Ocean, umęczony śledzeniem po niebie,
Téj czarownéj bogini o powolnym kroku,
W bożym blasku promieni ucisza sam siebie,
I staje się zwierciadłem złotego obłoku.
Ziemia się doń uśmiecha. To modłów godzina.
Wzniosły tworze! o duchu światła i stworzenia!
Co, gdy się w łono ziemi twa potęga wrzyna,
Pod twém jarzmem niebiańskiém jest jak wśród więzienia, —
Ty, co możném ramieniem na błoniach wieczności,
Między złotemi gwiazdy, gdzie nieznana droga,
Rzucasz blask swój, zrodzony jedném tchnieniem Boga,
I hyperbolą ognia mkniesz w nieskończoności, —
Tyś władny wszcząć lub wstrzymać grozę nawałnicy
Na téj opoce ziemi, w przestwory rzuconéj,
Zkąd człowiek wznosi głowę, kędy Stwórcy trony,
I pada, nieśmiertelność rojąc wśród tęsknicy;
Lecz jak w tobie, tak również w głębi jego łona,
Tli się ta iskra życia i siły wieczystéj,
Do któréj świat ze drżeniem wyciąga ramiona,
Gotów bez jego wsparcia zniknąć w toni mglistéj.
Jak podobne jest tobie wszystko, co w nim rdzenne!
Gdy go Pan Bóg wydobył tu, na światło dzienne,
Tyś dostał nieśmiertelność, on marność istnienia,
Tyś samotny, a jego miłość opromienia!

Miłości! Bozki źródeł bezmiernych potoku,
O bożku zapomnienia, tak pełen uroku!

Na te szczęścia, te dobra, których się pożąda,
Twe oko nieraz z smutnym uśmiechem spogląda.
I cóź morze z swą ciszą i nawałnicami,
Cóż te światy bez końca, krążące nad nami,
Cóż czas, życie dla serca, w które miłość wierzy?
O córo namiętności, o ty snów macierzy!
Twa dziatwa na twe czoło zlewa kwiatów wonie,
Twa matka cię z westchnieniem usypia na łonie.

W téj godzinie nadziei, trwogi, tajemnicy,
W któréj z ptasząt świergotem nocne giną mroki,
Tyburcyusz do śródmiejskiéj dotarł już dzielnicy,
I pod swój dach ubogi skierowywa kroki.
Wszystko na białych błoniach milczy dookoła,
Wszystko, nawet wspomnienia serce nie wywoła.
Tak dla człowieka nieraz, a i dla przyrody,
Życie miewa dnie słońca, szczęścia i pogody.
To cisza, wypoczynek, zachwyt bez wyrazu,
To czas-pielgrzym, którego niewidzialną dłonią
Rok za rokiem, powoli, ku wieczności gonią,
Siadł w zadumie na garbie przydrożnego głazu.
O! natura to ogień. Z niéj ten żar wybucha,
Który w dłoni pieszczonéj zostawia kochanek,
Usta nim palą usta, a duch głębię ducha.
W obec twych żądz, o Nocy, ten cudny Poranek
Winienby zwinąć skrzydła i zniknąć na wieki.
Pocóż się budzić, skoro zdala od jasności?
Gdy cię sióstr nieśmiertelnych nęci blask daleki,
Zamykasz piękne oczy w objęciach miłości?
Co robisz, młode dziewczę, w téj trwożliwéj porze?
Czy wznosisz blade czoło ku drzemiącéj fali,
By gonić ślad kochanka, co znika w oddali?
Lecz, Żorżetto, te lądy pokryło już morze;
Piana tych wód obszernych zmyli twe spojrzenia
I weźmiesz ją zdaleka za domu przedmurza,

W którym pragniesz kochanka ujrzéć wśród złudzenia.
Wróć, serce rozkochane! Wschodnich wiatrów burza
Wilgoci twoje włosy chłodem mokréj pary —
Wróć z myślą o przeszłości do siedziby staréj.

W mgle, co się rozpostarła po zakrzepłéj roli,
Tyburcyusz szedł przez błonia wciąż naprzód, powoli,
W ognie wschodu, co pusty jego dom czerwienią,
Zapatrzony bezmyślnie, aż stanął przed sienią.
Ledwie ujął za klamkę, gdy znienacka czuje,
Że go za ramię czyjaś ręka przytrzymuje:
„Któż to — zawołał gniewnie — ma śmiałości tyle?“
— Chłopcze! — starzec odpowie — posłuchaj mnie chwilę.






VII.

.......................
Doprawdy, rzecz niezwykła, widziéć o téj porze,
Siostry tak ożywione w tym starym klasztorze.
Jakieś szepty, to znowu jakaś bieganina,
Hałas się raz przytłumia, to się znowu wszczyna;
Potém, jak gdyby nagle hasło ciszy dano,
Wkoło spokój zalega i milkną zatargi,
I wszystko drży, przejęte trwogą niesłychaną.
Słuchajcie, ach słuchajcie! Czy to echo skargi
Dociera uszu naszych? Głosu tego brzmienia
Zdradzają jakby pierwsze jęki i cierpienia;
Głos ten wybiega z sali, którą tłum otacza...
Łzy, krucyfiks, modlitwy — ach cóż to oznacza?
O siostry, blade siostry, za kim się modlicie?
Któraż to z was opuszcza to sieroce życie?

W czczéj resztce dni straconych, któraż zrywa śluby?
Gdyż wy, o córki boże, nie znacie rachuby!
Czy los wam dni nie skąpi, czy ze śmiercią zwleka,
Każda w stroju żałobnym na swą kolej czeka;
Zkąd daléj dla was — zgadnąć wszak niema sposobu,
Czy z życia do klasztoru, czy z celi do grobu?

Skurczona do połowy na posłaniu swojem,
Kobieta-dziecko, słaba, ale piękna jeszcze,
W konwulsyjnym wysiłku zwalcza śmierci dreszcze.
Po celi coś rękoma szuka z niepokojem,
I usta swe napróżno do krzyża nagina,
I płacze, krzyczy... Nagle całe siły zbiera,
Matki woła!... O siostry! i jakaż jéj wina?
W szesnastym roku życia tak się nie umiera!

Słońce się już po dwakroć skryło w mgłach wieczoru
Od czasu, jak ją ojciec przywiódł do klasztoru.
Gdy jéj włosy obcięto, ledwie spojrzéć raczył,
Wskazał jéj ciemną celę, a potem — przebaczył.
Kiedy starzec odchodził, nieboga klęczała,
Lecz z śmiertelną bladością, chwiejąc się; gdy wstała,
Coraz słabsza, nie była już sił swoich panią, —
I odtąd już się tylko modlić trzeba za nią.

Modlić się przy tém łożu za umierającą!
Tak młoda! Patrzcie, oto ręką słabą, drżącą,
Wskazuje wam na miejsce okrutnéj boleści:
Jakiekolwiek jéj źródło, lecz w sercu się mieści.

Wiecież, co to jest serce u dziewczyny młodéj?
Wiecież, czemu ulega ta słabiutka trzcina,
Którą lada ciężarek ku ziemi nagina?
Przyjaźni dla niéj trzeba, ciszy i pogody
Przy rodzinném ognisku, i matki, i Boga!
Cokolwiek jéj zabraknie, upada i kona.

Módlcie się! Gdyby śmierć jéj u wieczności proga
Dała niebo zobaczyć, wnet, jak Desdemona,
Rzekłaby niezawodnie, nim przed Bogiem stanie,
Że ją słabą nadludzkie zabiło konanie.

Niekiedy się istoty lube spotkać zdarzy,
Na które niebo zlewa swe najczystsze wdzięki.
Dobre, czułe, zbyt jednak słabe są dla męki;
Człowiek może je zabić, ale nie znieważy.
Niedola, ta staruszka pomarszczona zgoła,
Widzi je, jak padają, nim dotknąć je zdoła:
One tronu tu pragną, albo téż — mogiły!

I takiemi to właśnie te biedaczki były,
Którym niebo nadało z szczęścia czerpać zyski,
A które grób pochłonął na progu kołyski,
I taką była również ta, co dziś umiera.
Już złe, u źródeł życia panosząc się, szpera,
Już opada jéj główka, bólem przeciążona,
Już jéj wstrzymać nie mogą słabnące ramiona;
A jednak niespokojna, szuka, nasłuchuje...
Z poza szyb promień światła zakradł się do celi...
Więc jeszcze dnia jasnością ziemia się weseli?
Ciepło, życie i światło dokoła panuje.
Ach, gdy niebios pogoda światu się udzieli,
Gdy czar tylu dobrodziejstw bezpowrotnie ginie,
Czujemy, jaką miłość zawiera pustynię!

Lecz któż nie wie, niestety, że Nadzieja służy
Za jednego z niebiańskich dla cierpienia Stróży?
Onto przy łożu śmierci do ostatka czuwa,
On duszy konającéj osłodę podsuwa,
I aż do samej trumny ze śpiewem kołysze
Boleść, co się zapada w wiekuistą ciszę.


Za wodami horyzont widnieje zdaleka;
Tam-to biedaczka sięga rozpaczliwym wzrokiem.
„Jakto, nic?“ — szepce: „czemuż, ach czemuż tak zwleka?”
A śmierć zbliża się do niéj wolnym, równym krokiem.
Wtém niebo, ziemia, wszystko dokoła się mroczy,
Samotna wód latarnia, jak człowiek pijany,
Zatacza się i pada. Na Chrystusa rany!
Miałażby już na wieki zamknąć swoje oczy?

W téj chwili krata brzękła. Ciszéj! Czy słyszycie?
Ktoś biegnie. Jakiś młodzian w klasztornym habicie...
Wszyscy się rozstępują. On śpiesznemi kroki
Przybliża się do tłumu, wśród ciszy głębokiéj.

„Gdzież jest, gdzie nowicyuszka?” — sióstr drżących zapyta.
Spostrzegł ją w głębi celi. Za rękę ją chwyta,
I głosem, w którym brzmiało jakby rozkazanie, —
„Żorżetto — rzekł — Żorżetto, słyszysz mnie, kochanie?”
Co mówiąc, po nad chorą habit swój rozrzuca,
A wtedy ona z trudem powieki otwiera.
Poznałaż go? Jéj oko jakby mrok zakłóca,
To spojrzenie obłędu, tak, to pustka szczera!
On wątpi, nagle straszna przejmuje go trwoga:
„Zapóźno — jękł — zapóźno! Idźcie ztąd, na Boga!”

Słońce już zapadało. Rysy konającéj
Stopniowo zamierały wśród jasności drżącéj,
Przy jéj łożu krucyfiks wala się na stronie, —
Przed chwilą go jéj słabe wypuściły dłonie.
Już wszyscy się w klasztorze w ciszy pogrążyli,
W ciszy głuchéj, ponuréj. Od chwili do chwili
Zakłóca ją chrapliwe, ostatnie jęczenie.
Z czołem groźnie zmarszczoném, stał nieporuszenie
Nieznajomy przy choréj i w nią się wpatrywał;
Wzrok jego czasem błagał, czasem rozkazywał.

Widać było z oddali jakieś dziwne ruchy,
Szeptał słowa bez związku, wydawał jęk głuchy;
To, gdy mu się już dusza wywnętrzyła cała,
Mówił coraz to rzadziéj, aż zamilkł, jak skała.
W imię zakonu, w którym miał być pokutnikiem,
Siostry go tu sam na sam z chorą zostawiły.
Nagle spostrzega całun. Było to nad siły.
„Zapóźno, — jękł, — zapóźno;” I z grozy okrzykiem
Runął, jak stał, dokoła siejąc przerażenie.

Ludzie! Wy, co umiecie ocenić cierpienie,
Co współczujecie jękom i łzom na mogile,
Czyście kiedy myśleli, ile to katuszy
Znosi ten, co cierpieniu ulżyć pragnie z duszy,
A ręka, którą chwyta, skostniéć ma za chwilę!
Ten, co nad łożem śmierci chmurzy czoło blade,
Gdzie bladość potęguje ślad bezsennych nocy,
I okiem pałającém, czując życia zdradę,
Widzi to, co ukochał, w śmiertelnéj niemocy;
Ten, co drugiego ducha własnym duchem krzepi,
Lecz się kruszy ta gałąź, któréj się uczepi;
Co przeklina świat, życie, wszystko dookoła,
Ale sam, choć w sił pełni, przelać ich nie zdoła,
I gdy już konający wkroczy w śmierci progi,
Sam jeden, bez nadziei zostaje, bez trwogi.
Jak on chłonie te rysy w groźném odrętwieniu,
Te ramiona bezwładne, wycieńczone, suche,
Te usta, i te oczy, i to ciało kruche,
Gdzie nicość zda się jeszcze podobną cierpieniu.
Chwyta za jedną rękę — zimną puścił z dłoni.
Jeszce wątpi — w tém spojrzy, widzi na ustroni
Śmierć, jak głową porusza i palcem wskazuje
Trupa, co już nie żyje, nie myśli, nie czuje!






VIII.

Skończone wszystko. Prochy ziemi już oddano,
Uleciała duszyczka — może jéj czekano?
Zwiądłeś, kwiatku samotny, i niema sposobu
Wskrzesić cię, — nie zostało nic, nic, oprócz grobu.

Przy pochowaniu szczątków nie było nikogo,
Nikt nie szedł za zwłokami pogrzebową drogą;
Jéj ojciec słaby, wreszcie, gdy mu ją zabrali,
Może jutro podąży za nią jeszcze daléj.

Zejdź więc, o biedne dziewczę, do zimnéj mogiły,
Pod głaz, gdzie się dokoła trawy rozkrzewiły.
Gleba nasza jest płodną; moc świeżéj zieleni
Ponad nową ofiarą wkrótce się rozpleni.
O ziemio! ty, co umiesz tak ukryć w swém łonie
Zwłoki, których ocean groźny nie pochłonie,
Ty, co tak urodzajną, tak się stajesz żyzną,
Gdy się marnego życia nasycisz zgnilizną,
Tyś jest wielkim grobowcem, wbrew szacie uroczéj,
Wężem, zwiniętym w kółko, co sam siebie toczy.

Ale te sny miłosne, śmiechy i szczebioty,
I czar, co nas napawa uczuciem tak błogiém,
Że aż się Faust zawahał przed swej Grätchen[2] progiem;
Ty, słodka tajemnico niewinności, cnoty,
Ty, rozkoszy dni pierwszych, — co z wami się stało?...

Pokój twéj duszy, dziecko, i twojéj pamięci!
Żegnaj! Na klawikordzie już twą rączką białą
Grać nie będziesz, choć letnia, cicha noc cię nęci...






IX.

....................
Płyń, okręcie Nadziei, płyń w falach wieczoru!
Bądź zdrowa, ziemio Szkocka! Płyń, o dziecię boru!
— Miejcie się na baczności, niechaj wszyscy strzegą
Tego w grubéj żałobie człowieka młodego,
Co śpiewa i z pokładu zwiesza się ku fali;
On ma wzrok obłąkany. Już go ratowali
Marynarze dwa razy, gdy blizki był skoku,
Jednak śpiewa. Ach, ileż wzbudzają uroku,
Te z wiatrem pomieszane tajemnicze pieśnie!
„Wierzba... u progu wierzby...” — mówi, jakby we śnie —
„Barbara, o Barbaro!”[3] — Głos wzmaga się, ścisza,
To się zgodnie z falami słodko rozkołysza.
— Uwaga, chłopcy, baczność! Już głos mu omdlewa,
Siły się wyczerpują, on jednak wciąż śpiewa...
Jakiż ból ten rozhowor śmierci zdradzić może?
Chłopcy, fala zbyt twarda, uścielcie mu łoże.
— Ratuj! — majtkowie chórem na to zawołali:
Płaszcz odkrył — jakaż rana szeroka, o Boże!
Z rany kropla po kropli krew spływa po fali.

....................






Przypisy

  1. Pod imieniem Georginy Smolen, Musset chciał mówić o pannie Malibran, słynnej śpiewaczce z początku obecnego stulecia, dla któréj był przejęty szczerym zachwytem.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Winno być Gretchen – błąd tłumacza.
  3. Pieśń, wyjęta z jednego z dramatów Szekspira.(Prz. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Bolesław Londyński.