Przejdź do zawartości

Wielkie i piękne dzieło

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wielkie i piękne dzieło
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WIELKIE I PIĘKNE DZIEŁODZIEŁO.



 Kilka małych domków, niepozornych, niewielkich, skromnie do ziemi w Zakopanem przypadłych, a w nich wielkie i piękne dzieło.
 To Bratnia Pomoc uczącej się młodzieży w Zakopanem.
 W słoneczny, brylantowy dzień z brzękiem dzwonków i skrzypieniem śniegu pod sankami, zawiózł mię dr. Józef Żychoń do Bratniej Pomocy. Na werandzie leżeli chorzy — zaczytani w książki lub zapatrzeni w czarujące niebo. Zdaleka widniały mundury politechniki warszawskiej i inne. Twarze młode, marzące, upiększone tym sentymentem naszym rodzimym, lecz spokojne o przyszłość — spokojne wiarą w uzdrowienie, nadzieją, że wejdą w życie z pełnią sił i otuchy — majaczyły przez otwarte okna. Milcząc leżą chorzy, jakby skąpani w przeczystej jasności powietrznej i młodość ich zda się powoli zakwitać w tej mroźnej cieplarni silną powagą.
 Wychodzę z sanek i z chwilą, gdy przeszłam próg tego domu, doznaję dziwnego, nieokreślonego wzruszenia.
 Nie stoję bowiem przed dziełem filantropji, wy nikłejwynikłej z rozczulenia chwilowego nerwów, nie widzę dowodów sentymentu społecznego, lecz znajduję się przed cudownie pojętym i wykonanym obowiązkiem społecznym. Obowiązek ten ma szlachetnie i pięknie zarysowaną linję postępowania i przez to jest tak rzadki i pełny.
 Przedewszystkiem ta Bratnia Pomoc zakopiańska nie zna granic, nie wie co to jest oddzielić chorych kordonem.
 Jest to bratnia pomoc, więc wszyscy w niej są braćmi. Wystarcza, aby ten, kto stanie u progu owych małych domków, był młody, był zrodzony w Polsce, kształcił się, i aby mu było ciężko oddychać, a groźba gruźlicy zawisła nad nim, jak mara śmiertelna. Nie pytają go, skąd przybywa, z jakich stron kraju i jakim paszportem się legitymuje. Otwierają mu wrota i oto jedno więcej młode życie uratowane, jeden gest szeroki i prawdziwie „braterski“ — może w przyszłości wiele dobrego dla kraju całego z tej piersi, napojonej czystością powietrza górskiego wypłynie? Co przyszłość kryje? Genjusz narodu nie zna wszakże kordonu i młodzież, pracująca w Warszawie, równie pracuje nad dobrem i przyszłością narodu, jak my tu w Galicji. Wszyscy korzystamy i wspieramy się wzajemnie, należy nie przeciągać granic bo w sercach naszych tych granic niema i cały wiek ich wytworzyć nie zdołał. To pierwsza piękność zakopiańskiej Bratniej Pomocy; druga szlachetność pomysłu to owe zobowiązanie, jakie wydaje młodzież, lecząca się w Towarzystwie na wypadek, gdyby, który z chorych zapłacić skromnej należytości w kwocie 50 złr. miesięcznie nie był w stanie. Rewers zwrotu sumy jest zobowiązaniem honorowem, a zarazem jakże wielką nadzieją i otuchą w wyzdrowienie! Nikt tam nie wątpi, każdy ufa w swą przyszłość, w to, że będzie żył, pracował i odda ów święty dług, zaciągnięty wobec społeczeństwa.
 Leży przedemną książeczka, wykazująca szczegółowy wykaz przychodu i rozchodu za czas od 1. września 1901 do 30 czerwca 1902 r. I szukam, jaki też jest udział członków-założycieli, zwyczajnych i t. d., i widzę, że jest to szczupła garstka kilkudziesięciu osób. A przecież opłata nader niska, bo wynosi zaledwie 10 złr. rocznie. Pomyślmy tylko! Wszak to 80 ct. miesięcznie! Parę bomb u Hawełki mniej, jedno śniadańko u Wentzla, jedna woalka odświeżona lub perfumy tańsze — i oto społeczeństwo wypełnia swój obowiązek. Umożliwia... pożyczkę. Bo nie jest to datek, ale pożyczka, którą chorzy, przyszedłszy do zdrowia, spłacą pracą swą i pożytkiem dla ogółu, a pieniędzmi zwróconymi Bratniej Pomocy, ułatwią postawienie własnego gmachu i wybrnięcie z interesów. Dziwnem to zaiste wydać się musi komuś, kto zastanowi się baczniej nad tą sprawą. Jak kraj i rząd troszczy się o szkoły, o gmachy, gdzie uczy się młodzież? Stawia je według wymagań hygieny, robi się co można, aby warunki zdrowotne były zachowane. To dla zdrowych... Lecz gdy młodzieniec znajdzie się nagle na progu, poza którym może czyha na niego hydra śmierci, kraj i rząd usuwa się i pozostawia młodzież własnym siłom. Niech się tam, gdzie chce wyleczy, a gdy będzie w stanie dalej prawidłowo oddychać, może napowrót korzystać z naszych zdrowotnych urządzeń.
 Czy jest w tem wielka logika?
 Czyż raczej nie powinny władze krajowe czemprędzej wznieść wielkie sanatorjum, w którem mogłaby osłabiona młodzież nabywać siły, choćby za wystawieniem owego rewersu, iż po dojściu do samodzielnej egzystencji, zwróci zaciągniętą w tak gwałtownej potrzebie pożyczkę. Troska o zdrowych jest chwalebna, lecz troska o zapadających na siłach jest konieczna. A tu, pod Giewontem, garstka ludzi prywatnych, ludzi dobrej woli, krząta się, stara się, dźwiga ciężar wielki na własnych barkach. I rezultaty są wielkie i piękne. Około trzydziestu młodych korzystało już z domu zdrowia. Odjeżdżający unosili zapasy sił i płuca wzmocnione. W kasie zarządu natomiast zostawały rewersy, które bezwątpienia zrealizowane zostaną, ale obecnie Towarzystwo jest wobec deficytu i ciągłe są wydatki, bo nowi pensjonarze przybywają. Jakże im odmówić, skoro z taką ufnością się garną?
 Silna wola doktora Żychonia zaradza narazie złemu jak może; ale co począć z martwotą ogółu?

 A najstraszniejsza jest obojętność ogółu wobec takiej heroicznej walki ludzi, pełnych dobrej woli z groźnem widmem nieubłaganego wroga młodości. Kościstą dłonią pragnie gruźlica zagasić gwiazdy istnień młodych. Pod Giewont przypadły te gwiazdy i drżą i migocą w mrozie i zimnie, chronią się, chwilami zda się już gasną — lecz oto rozpłomieniają się młodzieńczym, świeżym blaskiem. A ogół martwy, głuchy, wiedzieć nie chce nic o tych domkach, gdzie dumne i melancholijne twarze nieruchome, milczące, wyzierają z poza otwartych na ścieżaj okien werandy. Na komornem są chorzy, w wynajętych ścianach, nie mają swego własnego kąta, a przecież... społeczeństwo nasze nie jest biedne i gdy zechce, wiele może. Gdyby więc wszyscy równocześnie, tak ludzie prywatni jak i władze, zajęli się gorąco sprawą sanatorjum dla Bratniej Pomocy i zamiast złoceń w gmachach teatralnych, zamiast powiększania subwencji dla rozmaitych instytucyj, które są tłustemi połciami w gospodarce krajowej, pomyślano o gmachu murowanym, czystym, widnym i oddano go na sanatorjum dla tych, którzy w progu życia walczą z widmem śmierci, jakże uczciwie, jak szlachetnie wypełnionoby obowiązek względem społeczeństwa! Bo kto z nas wiedzieć może, jaka to chluba, jaka to wielka sława narodu w przyszłości staje u drzwi Bratniej Pomocy z młodą, wybladłą twarzą i zapadłą przedwcześnie piersią?
 Dlatego obojętność ogółu w tej sprawie śmiało „grzechem“ nazwać można.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.