Wielki świat małego miasteczka/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki świat małego miasteczka
Podtytuł Powiastka
Data wydania 1832
Wydawnictwo Th. Glücksberg
Druk Th. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
ZMIANA POŁOŻENIA.


Nie wierz fortunie, co siedzisz wysoko,
Miej na poślednie koła pilne oko:
Bo ta niestała pani z przyrodzenia,
Częstokroć rada swe sprawy odmienia.

Nie ufa w złoto, ni w żadne pokłady,
Każdej godziny obawiaj się zdrady.
Co da fortuna, toć odebrać może,
A u niej żadna dawność nie pomoże.

Kochanowski.

Nudzić mię już zaczynało moje położenie, i wszelkie o mych zamiarach dwójznaczne pogłoski, postanowiłem więc upewnić wszystkich o moich przedsięwzięciach i stanowczo rozmówić się z ojcem mojej kochanki; będąc już z jej strony upoważnionym nieco niedawném wyznaniem.
Kołysały mię już słodkie nadzieje przyszłego szczęścia, wystawiałem sobie mały porządny domek, ciepły kominek; mały zbiór dobranych książek, wszystkie wiejskie przyjemności i szczęście, jakiego się doznaje przy kochanej i kochającej żonie. Tysiące zamysłów i przyszłych roskoszy snuło się po rozognionej wyobraźni; gdym kładł frak na siebie, aż oto jakby na złość pęka rękaw pod pachą. Odwlekła się już nieco chwila mego mniemanego szczęścia, gdy stary krawiec powolnie goił rany mojej sukni; skończyła się nareście operacija, nastrzępiłem włosy, zlałem się pachnącą wódką, spójrzałem w zwierciadło i na siebie, a potém za okno, — ach! dészcz padał! Nigdy się bardziej zmartwić nie mogła żadna jejmość, zwarzeniem najlepszego garnuszka śmietanki, jak ja tą przeciwnością. — Dészcz pada, rzekłem do Jana żałośnym głosem — Dészcz pada! powtórzył służący i stanęliśmy oba przypatrując się wodzie spływającej po szybach, zciekającej z ryn i dachów i szumiącej w rynsztoku. Stałem tedy z założonymi rękoma i przemyślałem o słocie, gdy Jan domyślniejszy pdemnie podał mi parasol. Uchwyciłem go co prędzej i powtarzając sobie w myśli zamysły moje, wyszedłem. Wiele musiałem ponieść trudności nim się do mieszkania mojej przyszłej dobrałem, jednak nie bez dobrze zbryzganych butów. Z pośpiechu zapomniałem w sieni nóg obetrzeć i to było początkiem złego; bo Pan Pretfic ujrzawszy mokre ślady nóg na podłodze, najdziwniej się krzywić zaczął. Mama zajęta była pończoszką w drugim końcu pokoju i dość wesoło mię powitała; nie mogło to jednak ani w części osłabić wrażenia, jakie na mnie kwaśna mina jegomości zrobiła. Szła rozmowa obojętnie, a ja pomimo starań moich, nie mogłem jej do żądanego przedmiotu nakręcić. Przez zręczne w końcu zwróty i zabiegi, doszedłem manowcami do ubitej dróżyny i jąkając się wyraziłem moje prośby. Jegomość na to powstał z kanapy, jejmość porzuciła pończochę i włożywszy ręce w kieszenie od fartucha przybliżyła do nas. Na twarzy Pretfica malowało się pomięszanie, trochę dumy i niepewności; pomyślawszy chwilkę jakąś nakoniec i parę razy spójrzawszy na żonę, jakby dla wybadania jej myśli, chrząknął, tupnął nogą, podniósł rękę, wziął mię za ramię i rzekł wpatrując się w moje oczy.
— Nic niemam przeciw żądaniu pańskiemu, uważam go bowiem za człowieka zdolnego do uszczęśliwienia mojej córki; lecz że zawsze o nią tylko tu chodzi, potrzeba abyś wyrozumiał, czy Wacana nad jego rywala przekłada.
— Miałem już tego dowód, rzekłem trzęsącym głosem.
— Nie, co było, odpowiedział Pretfic, to być mogło chwilowém rozmów się z nią tedy, a jeżeli zezwoli — reszty niedokończył, a po chwili dodał — Bo chociaż familija pana Gurtleiba wielkie posiada z dawnych czasów zaszczyty, chociaż on sam ma wyższość nad panem przez chwalebny znak orderowy; wolałbym jednak Waćpana, mówiąc bez pochlebstwa, bo tamten jest nieco zarozumiały i czasem mi się sprzeciwia. A przy tém doczytałem się niedawno że familija Pasternaków, ze znacznej bardzo pochodzi Włoskiej rodziny Pasternacco. Zatém moja córka tę niepewność rozstrzygnie i los jego od jej wyboru zależy.
Twarz moja pałała radością, byłem pewny że Emilija, która niedawno z taką szczérością miłość mi wyznała; dziś się zapewne do uszczęśliwienia mego przyłoży. Sama Jejmość ze zwykłą dobrocią, lecz bardziej poufale niż dawniej, szepnęła mi na ucho, ażebym przyszedł po południu, a ona sama wszystko tak ukartuje, abym jednę tylko zastał Emiliją. Pocałowałem jej rękę z wdzięcznością i wyszedłem tąż samą fórtką, niemal równie uradowany, jak raz piérwszy.
Nie uważałem wcale na dészcz, który już kropić przestał, biegłem po bruku spuściwszy głowę i oczy, aż tu czuję w jednej chwili mocne zarazem w czoło, brzuch i piersi uderzenie. Cofnąłem się i ujrzałem Bombę, jedną ręką trzymającego się za czoło, drugą za nos i patrzącego na mnie zapalonymi oczyma. Łatwo się domyśleć, o czém tam zaczęliśmy mówić, mój przeciwnik zawołał: — Ach nos mój! ja zaś — ach moje czoło!
— Ależ bo idąc trzeba patrzać przed siebie.
— Żebyś pan był patrzał, nie byłoby tej katastrofy.
— Śmieszny człowiek, mruknął Bomba i oddalił się w bardzo złym humorze, aby utopić gniew swój w szklance pończu. — Ja w pół zmieszany, w pół rozśmieszony szedłem spokojnie dalej, aż do mego mieszkania, oczekiwać niecierpliwie godziny, która los mój rozstrzygnąć miała.
Nie jadłem nic przez cały obiad, chociaż potrawy były mi do smaku; niespokojność całego mię przejmowała, siadałem i wstawałem, odsuwałem krzesła, rzucałem książki, i spoglądałem na leżący zegarek i po wielu walkach z samym sobą, wyszedłem. Niezawiodła sama pani, zastałem bowiem Emiliję i więcej nikogo. Zupełnie tak jak wprzódy, czytała romans, lecz twarz jej nosiła piętno smutku, oczy, te czułe oczy przyćmiła wewnętrzna jakaś troska, przywitała mię głosem wymuszonym i sparłszy głowę na ręku patrzyła z pomięszaniem za okno. Twarz moja przedłużyła się o pół cala, gdym ją ujrzał w tak złym humorze, który naturalnie mógł mieć wpływ nienajlepszy na moje serdeczne interessa. Zaczęła się rozmowa.
— Zdaje mi się że pani dziś mieć musiała powód jakiś do smutku?
— Cierpieć jest przeznaczeniem naszém, rzekła z nieporównaną łagodnością i lekkiém westchnieniem, nic dziw więc, że i na mnie przyszła kolej smutku.
— Czyby też wiedzieć nie można, co się do tego przyłożyło.
— Wątpię bardzo, żeby to pana zajmować miało.
— Wszystko co się tylko pani tycze, zajmować mię musi.
— Piękna grzeczność, zimno odpowiedziała Emilija, zwracając znowu oczy za okno.
— Czyż mogłabyś pani wątpić dotąd, z wzrastającym rzekłem zapałem, iż jedynie nią tylko jestem zajęty, i że całe moje szczęście od niej zawisło.
— Jużem to słyszała, rzekła z równą oziębłością jak wprzódy, ale pańskie postępowanie, wierzyć mi temu niedozwala.
— A cóżby mogło dać powód, do takiego mniemania o mnie?
— Wiesz to pan lepiej odemnie.
— Nie, pani, nie wiem nic takiego, coby mogło mię w jej oczach płochym ukazywać — prócz, dodałem zmięszany, kilku fałszywych pogłosek.
— Kilku fałszywych pogłosek!! odpowiedziała z uśmiéchem satyrycznym, a po chwili dodała głosem coraz mocniejszym — Była chwila kiedym mniemała żeś pan jest stałym, i kiedy, na moje nieszczęście — tu się wyrwało westchnienie — wyznałam niebacznie — ale dziś, chociaż wiem co go tu do mnie sprowadziło i widzę żeś pan prawie pewny dobrego swych zamysłów skutku, muszę mu otwarcie wyznać, iż chwilowe obłąkanie zmusiło mię do nierozsądnego, i źle od pana tłumaczonego upewnienia. Proszę się nakoniec nie obrazić, gdy mu powiem, że nadto mam przenikliwości, abym chciała powierzyć przyszły mój los człowiekowi, który się tak płochym i dziecinnym ukazuje. To kończąc powstała, wzięła za chustkę i wyszła do drugiego pokoju, zostawując mię jeszcze odurzonego i cale do siebie przyjść niemogącego.
Przeciwność raptownie uderzająca na człowieka, jest zwykle dlań zgubnym ciosem. Ze wszystkiém, a nawet ze zmianami losu oswoić się można, a człek ostróżnym staje się na później, gdy razy kilka sprobuje biédy! Ten cios niespodziany, przywiódł mię do jakiegoś stanu niemej rospaczy, która mię już pożerać zaczęła. Potrzebowałem wylać moje troski na łono tego, któryby je chciał podzielić; lecz na większe utrapienie, nie miałem prawdziwego przyjaciela!
W tém tedy usposobieniu umysłowém, pragnąc odurzającej jakiej zabawy i rozrywki, porwałem za kapelusz i udałem się prosto do apteki, spodziewając się że tamtejsze plotki, będą mogły ze smutnych marzeń mię ocucić.
Byłto właśnie ten czas, kiedy wieczór z dniem się miesza. Naśladując zwyczaje wielkiego miasta wcześnie pozapalano świéce, a gdy wszedłem, całe towarzystwo zajęte było zapewne roztrząsaniem jakiejś ważnej plotki, bo wszyscy razem mówili, a niektórzy nawet, sądząc z postaci, mocno stać musieli przy swojém. Bomba stał naprzeciw gospodyni skurczony w pół okrąg, licząc cóś na palcach. Burmistrz wziąwszy się w boki mocno nacierał na zdanie doktorowej, sam zaś gospodarz rozmawiał z pacientami, którzy po raz piérwszy odwiedzić go raczyli. Panny otaczały młodą, nowo-przybyłą piękność i złośliwie chichotały między sobą. Stary jegomość udawał wesołego rozmawiając z doktorem stojącym za jego krzesłem, reszta równie była rozmową zajęta.
Przybycie moje niespodzianie pomięszało szyki. Nastąpiło głośne szustanie nogami i pomięszany dźwięk różnego rodzaju przywitań. Spostrzegłem że Bomba, Aptekarz, panie i panny mrugały po sobie, a rozmowa zaczęła iść bardzo ozięble, co mi się kazało domyślać, że musiano wprzódy roztrząsać, cóś zbliska mnie się tyczącego. Bomba stronił odemnie mając jeszcze w pamięci świéżo stłuczone czoło, aptekarz ozięble prosił mię siedzieć, kobiéty zaczęły rozmowę o pogodzie, słowem wszyscy, jakby zarażeni albo milczeli, albo ziewali, albo mówili o rzeczach zupełnie obojętnych. Poczułem że nie w swoje wdałem się towarzystwo, już było po czasie, musiałem tedy męczyć siebie i drugich. Prócz familii pacientów, którą moje przybycie wcale nie odmieniło, cały wielki świat zgromadzony, z pewną wymuszonością obracał się i chodził. Gotowano się na przycinki i dowcipne żarty, gdy sama doktorowa, rozstrzępiając frędzle u chustki, rzekła głosem bardzo poważnym:
— Będzie jutro pogoda. Na te słowa próżno wstrzymywane śmiéchy dały się słyszeć po kątach, a Mięta z równą powagą, której nic w świecie naruszyć nie zdoła, odezwał się z drugiego końca:
— Słońce zachodziło za chmurę. Panny znowu przyłożyły chustki do ust, a Burmistrz powstając z krzesła i prostując się na wszystkie strony, dodał:
— Mam po uszy roboty na jutro.
— Spodziéwać się słoty, rzekł odchrząknąwszy godny pacient JMPan Stolnik Słomka, noga moja boleć mię zaczyna.
— Co się tycze nogi, przebąknął znowu doktór spoglądając na zégarek, to być może skutkiem.... skutkiem — sedenteryi.
— Jak pan nazywasz?
— Sedenterja mości dobrodzieju! sedenterja!
— Umhu! wyrzekł powoli pan Słomka, więc moja noga ma być skutkiem sedenteryi? Dziwnej tu ja się rzeczy dowiaduję!! sedenteryi!! i powtórzył ten wyraz kilkakrotnie z rozmaitym na słuchaczach skutkiem. Damy starsze wlepiły weń oczy, panny godnym swoim zwyczajem znowu zaczęły chichotać, Mięta z pedanterją stąpał z nogi na nogę, a ja —


Wielki świat małego miasteczka - ozdobnik1.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.