Wiele hałasu o nic (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wiele hałasu o nic
Podtytuł Przedmowa
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom XI
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WIELE HAŁASU O NIC.

W

Wszystkie prawie komedye Szekspira, choć chodzą pod tym tytułem, nie są właściwie komedyami, w znaczeniu ściślejszem, jakie my do tego wyrazu przywiązujemy. Są one komedyami po dantejsku, dlatego, jak mówił nieśmiertelny wieszcz florencki, że się nie kończą łzami. I to „Wiele hałasu o nic“ dramatemby raczej nazwać należało niż komedyą. Wśród scen wesołych, jak piorun spada dramat — tragedya, i obleka scenę całunem. Ale jak z jasnego nieba spadł grom, tak z najniepozorniejszego źródła, skądby się jej spodziewać nie można, przychodzi pogoda...

Komedya to, (jeśli ją tak nazwać trzeba) zaprawdę piękna i dziwna, w której, jak w życiu, plotą się razem miłość, nienawiść, rozum i głupota, cnota i zepsucie, płacz i śmiech; — w której miłość osłania się nienawiścią, rozum staje się bezsilnym, cnota zostaje spostwarzoną, płacz kończy się śmiechem radosnym. Komedyą pozorów i niespodzianek nazywaćby się powinna ta sztuka — mistrzowsko osnuta, wykonana mistrzowsko, pełna drogich kamieni...
Jak w Dwóch panach z Werony, jak w Miarce za miarkę, temat, na którym gra nieśmiertelny wirtuoz, wiekuiście ten sam — jedyny, do którego się niemal wszystko w świecie sprowadzić daje — temat słabości i ułomności człowieka. W Dwóch panach z Werony, przyjaciel ulega pierwszej pokusie; w Miarce za miarkę, cnota pierwszej nie wytrzymuje próby — tu, dwie okrutne nienawiści, przy lekkiej pomocy przyjacielskiej zmieniają się w miłość, a najgłupszych w świecie dwóch ludzi dokonywają najmądrzejszej rzeczy, najciemniejszą, skrytą odkrywają intrygę, której ofiarą padli najpoważniejsi...
Któż sobie może powiedzieć, że zrozumiał świat i ludzi? że jest panem losów swych i życia? Wypadek, wejrzenie, pruszynka jakaś, jedno nic zmienia kierunek, wywołuje, lub gasi uczucia. Radość i smutek zmieniają się dziwacznie, a nigdy, oczekując na jedno, nie możemy być pewni, że nie trafimy na drugie.
Wiele hałasu o nic, gdyby innych świadectw brakło na to, samym tokiem, stylem, pewnością ręki, siłą dojrzałego geniuszu zdradzałoby chwilę, w której je napisał poeta... Naówczas miał już i nabytą wprawę i całą swą potęgę, geniusz, jaki mu Bóg dał, wypielęgnowawszy pracą, ukrzepiwszy doświadczeniem. Nic bardziej szekspirowskiego, napiętnowanego jego znamieniem, nad ten dramat.
Jak rzadko poeta nasz w tragedyi wyłącza zupełnie żywioł komiczny, tak też w komedyi rzadko z samej strony zabawnej i lekkiej bierze życie. Szekspir zawsze jest tym człowiekiem — artystą, dla którego prawda idzie przed sztuką, a raczej jest najwyższym sztuki warunkiem — człowieka i życie maluje, jakimi są, — nie siląc się na obmycie i upięknienie, aby przyzwoiciej wyglądali. Rzekłbyś, że kwiaty wyrywa, których łodyga z jednego końca barwy cudnemi i wonią zachwyca, z drugiej bladymi, nieforemnymi rozplata się korzonkami...
Gdy inni artyści kwiaty ucinają do swoich szklanek, Szekspir bierze je całe, tak jak Bóg stworzył... i w jego ręku też żyją.
Obok niewinnej Hero, stoi rozpustna Małgorzata, obok Benedykta Borachio, Don Juan, Ciarki i Kwaski... Wszystko to razem, kwiatki pachnące i cuchnące korzonki jednej rośliny — charaktery w tym obrazie z nadzwyczajną swobodą i mistrzowstwem są nakreślone — stają od razu całe i pełne, zaledwie się ukazały na scenie. Wszystkie oznaczone wyraziście, pełne życia. Gdybyśmy jednak z pomiędzy nich wybierać mieli, dwa byśmy szczególniej podnieśli — Benedykta i Beatryxy. Są to, w tej wiązance, dwa najdroższe kwiatki, niezmiernego wdzięku, prawdy i uroku młodocianego. Nieskończoną liczbą razy w ten sposób się maskuje uczucie bojaźliwe, obawiające się, aby odepchniętem nie zostało, drażliwe, niespokojne, — osłaniając wstrętem, aby, niechęcią choćby, pociągnęło ku sobie. Jest to, jakby zabawa dwojga młodych ptasząt, które się uganiają, dziobią wesoło, nim na jednem gniazdku usiądą. Starzy ludzie, co się już na tem znają, za pomocą najprostszego w świecie środka, zbliżają ich ku sobie. Od pierwszej sceny czujemy to, omylić się nie można: dwa te charaktery stworzone są dla siebie. Nie podzielamy wcale zdania mrs. Jameson’a, które tej parze spokojnego i szczęśliwego nie wróży pożycia, ani wstrętu Campbella, Beatryxę znajdującego odrażającą; doświadczenie i życie, wcale nas uczą inaczej.
(Benedykta grać miał cudownie Garrick, była to jego najpiękniejsza rola).
Więcej tragiczności jest w miłości Klaudya i Hero, — mogłaby ona poruszyć i przyciągnąć, przecież widz przywiązuje się najmocniej do tych dwóch miłych istot, sympatyzuje z niemi silniej daleko, a szczebiotanie ich głuszy nawet płacz i jęki Klaudya. Jak wytworny haft na purpurowym płaszczu, złotem się wije ta miłość Benedykta i Beatryxy w sztuce, w której napozór gra rolę podrzędną. Wielka intryga złośliwego mściwego człowieka, który w najnikczemniejszy sposób spotwarzając kobietę, chce zatruć szczęście wroga, i usiłując go dosiądz, poświęca istotę niewinną — ohydny ten postępek, stanowiący podstawę całego tego hałasu, — blednieje przy bardzo prostym obrazku dwóch z życia pochwyconych charakterów.
Szekspir w całej tej komedyi bardzo mało posiłkował się treścią cudzą i pożyczanym materyałem, choć obyczajem jego było nie łamać sobie głowy nad budową rusztowania, i chętnie składał je z cudzych desek. Tu jednak stery ten łom zniknął pod ręką mistrza. Przeistoczył go, przerobił zupełnie. Wiele hałasu o nic, jest jedną z najsamoistniejszych sztuk Szekspira. Jakkolwiek postacie, szczególniej ludowe, są całkiem angielskie, współczesne i ucharakteryzowane doskonale, choć Ciarka, Kwasek i Zakrystyan w Anglii są zrodzeni, komedya dzieje się we Włoszech, i ma ten charakter włoski, jaki zachowała większa część dramatów, które z noweli, pod pięknem niebem Włoch zrodzonych, są zrobione. Włochy z rozbudzonem życiem swem, namiętnem, wrzawliwem, ruchliwem, w których często rzeczywistość wypadków prześcigała najbujniejszą fantazyę — odbijające się w literaturze swej zawczasu wyemancypowanej, — były nieprzebraną skarbnicą motywów dla poety. W nich już naówczas stan średni, mieszczanie, kupiectwo bogate, obok książęcych dworów stało rozbudzone do życia, z tą ciekawością jego i pragnieniem, które zarówno wiele dobrego i złego rodziły. Wszystko tam kipiało ogrzane słońcem jasnem, rosło, bujało, wprost z leniwego uśpienia przechodząc do namiętnego dramatu. Znowu więc, jak w Romeo i Julii, Dwóch panach z Werony, Kupcu weneckim, jesteśmy na włoskiej ziemi, i nie obeszło się też bez roli Mnicha, bez zalotnej pokojówki, i innych żywiołów miejscowych.
Źródłem, z którego Szekspir zaczerpnął osnowę, była jedna z noweli Biondella, (Pięćdziesiąt szósta historya tragiczna) „Jako Tymbreusz z Kardony zakochał się, będąc w Messynie, w Felicyi Lionata, i o różnych a dziwnych wypadkach, które mu się trafiły, nim ją poślubił“.
Ów Tymbreusz (Klaudyo), faworyt króla Piotra Aragońskiego, zakochał się w córce pewnego szlachcica messyńskiego i zażądał jej w małżeństwo. Tymczasem, zdało mu się później, że panna go oszukuje, i że nocą do niej widział wchodzącego człowieka... Mszcząc się na niej, publicznie odmówił ją zaślubić. Felicya padła zemdlona pod ciosem tej powtarzy. Miano ją za umarłą, aż dopiero, gdy się prawda odkryła, wyszła na świat uniewinniona, aby zaślubić Tymbreusza.
Scena w kościele, tak straszliwie dramatyczna, nie istnieje w powieści, kochanek wysyła do ojca posłańca, który mu oznajmuje, że nie chce jego córki. We włoskiej noweli zdrajcą jest (jak w Dwóch panach z Werony) przyjaciel narzeczonego. On rzuca potwarz, chociaż później żeni się z siostrą Felicyi. Szekspir, daleko właściwiej, rolę potwarcy dał nieprzyjacielowi świeżo upokorzonemu, którego namiętność zaślepia do tego stopnia, iż nie zważa na ofiary, jakie padną, i gubi dziewczynę niewinnie, byle nie dopuścił do szczęścia tego, którego nienawidzi. U Szekspira też odkrycie potwarzy jest wyraźną sprawą Opatrzności, która do tego używa narzędzi, jakiemi ona się tylko mogła posłużyć. Dwóch najgłupszych w świecie ludzi, niewiedzących, co czynią, są tym instrumentem w ręku wiekuistej sprawiedliwości, która u poety jest zawsze najpotężniejszym działaczem. We włoskiej noweli Girondo sam przyznaje się do winy. Tu prawdziwie genialnie sprowadzone przychodzi rozwiązanie. Dwóch najśliczniejszych charakterów Benedykta i Beatryxy w powieści niema ani śladu.
Jako źródło uboczne przywodzą komentatorowie epizod z Aryosta Orlando furioso (Ariodante e Ginevra) przerobiony w Faerie Queene Spenser’a, lub stary dramat na tejże osnowie zbudowany, i grany przed królową Elżbietą w 1582 — 1583 roku.
Wiele hałasu o nic napisał poeta w latach między 1598 a 1600. W Palladis Tamia niema o niem wspomnienia.
W roku 1600 wyszło pierwsze wydanie w ćwiartce, z uwagą, iż sztuka wielekroć grywaną już była. W rejestra księgarzy wniesione razem z drugą księgą Henryka IV.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.