Przejdź do zawartości

Wieś polska i wieś czeska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Włodzimierz Bzowski
Tytuł Wieś polska i wieś czeska
Wydawca Wydawnictwo Drukarni „Rola“
Data wyd. 1921
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Rok 1921. WYDAWNICTWO
DRUKARNI „ROLA“.
№ 3.
WŁODZIMIERZ BZOWSKI
WIEŚ POLSKA
i
WIEŚ CZESKA




SKŁAD GŁÓWNY
W KSIĘGARNIACH GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA, KRAKÓW, POZNAŃ, ŁÓDŹ, LUBLIN.

LISKÓW.

Przed kilku laty u nas w kraju głośną stała się cicha wioska Lisków pod Kaliszem. Jeszcze dziesięć lat temu nikt z dalsza o niej nie słyszał, a przed samą wojną, to naprawdę, można powiedzieć, nie było człowieka, interesującego się choć trochę rozwojem życia wsi polskiej ku lepszemu, któryby o Liskowie nie słyszał, nie było czytelnika gazet wiejskich, któryby o Liskowie nie czytał, ba! przecież zbierali się ludzie w gromady i jako wycieczki zbiorowe jeździli zwiedzać zaciszną a tak osobliwą wieś Lisków.
W całej Polsce, bo i w b. Galicji, i w Poznańskiem, i gdzie tylko troska o przyszłość Polski kołatała się w sercach rodaków, wszędzie głośnym stał się cichy Lisków.
Osobliwa wieś!
Bywało, że jaka wioska polska, ustronna i szerszemu ogółowi nieznana, stawała się głośną, mówili i pisali o niej, bo spotykało ją, naprzykład, okropne nieszczęście, wsi polskiej niestety tak dobrze znane: pożar strawił ją całą akurat po żniwach, albo wylew Wisły, nieujętej w karby obwałowania, sprowadził z wiosną klęskę na ludność miejscową.
Różnemi drogami chodziły losy naszych wiosek.
Bywało, że nie z nieszczęścia przypadkowego, ale z żywiołowo, w zrządzeniu losu, objawionej siły duszy polskiej, stawała się jaka wieś spokojna znaną.
Lisków był na obszarze b. Kongresówki pierwszą wsią, która stała się głośną z powodu powstałych i działających w niej wielu stowarzyszeń i zakładów społecznych. Stało się to za sprawą miejscowego proboszcza, księdza Wacława Blizińskiego. Wszystko, co tylko we wsi polskiej jest złego lub nieszczęsnego, nie było obce Liskowowi przed kilkunastu laty. Przedewszystkiem ciemnota — ta najpoważniejsza przyczyna niedostatku i wogóle wszelkiej nędzy ludzkiej. Powoli, stopniowo, przez szerzenie czytelnictwa gazet i książek, udało się proboszczowi zachęcić garstkę miejscowych gospodarzy do społecznej pracy. Najbardziej trafiło im do przekonania stowarzyszenie spożywców; niema się co dziwić, bo jeszcze nie rozumieli wtedy zakresu działania wielu innych wiejskich stowarzyszeń społecznych, a odczuwali w codziennem życiu dobrze drożyznę i zły gatunek produktu spożywczego. Powstało tedy najpierwsze stowarzyszenie spożywców „Gospodarz“. Na zebraniach tego stowarzyszenia omawiano rozmaite nowe projekty, wreszcie założono Kółko rolnicze, które miało odtąd dbać o szerzenie wiadomości z nauki rolnictwa i wogóle skierować swe wysiłki ku podniesieniu rolnictwa i hodowli. Stało się też ono miejscem narad ogólnych nad dalszym rozwojem społecznych działań.
Stowarzyszenie „Gospodarz“ w ciągu 10-ciu lat rozwinęło się bardzo dobrze, choć w ciągu tego okresu miało i lata złe, wprost grożące upadkiem tego stowarzyszenia. Tylko nieugięta wola i umiejętność wpływania na ludzi głównego kierownika, uratowała słabą z początku latorośl wspólnej pracy od zagłady. A skądże to niebezpieczeństwo, skąd groźba upadku? Oczywiście nie ze złej woli członków, choć trafiali się wśród nich i ludzie na własną szkodę psujący wysiłki proboszcza, ale przedewszystkiem z niedostatecznego zrozumienia przez ogół zadań stowarzyszenia spożywców i sposobów działania.
Kółko rolnicze wpływało powoli na ulepszenia w gospodarce rolnej, choć naogół gospodarze zamało chętnie stosowali w praktyce rady, słyszane na pogadankach od doświadczonych i uczonych rolników. Ciekawem jest zauważyć, że hodowlą bydła naprawdę zainteresowali się dopiero wtedy, gdy powstawało stowarzyszenie mleczarskie... i krowy poczęły wypłacać za paszę swoim gospodarzom co miesięczną pensję. Przedtem wszelkie rady, wygłaszane na posiedzeniach Kółka rolniczego, były „głosem wołającego na puszczy“. Działalność Kółka rolniczego ożywiła się dopiero po sprowadzeniu do parafji osobnego nauczyciela, tak zwanego instruktora, który, będąc prawie ciągle na miejscu, niejednego gospodarza mógł skłonić do przeprowadzenia ulepszeń, a nawet przypilnować, żeby dobra rada była wykonaną.
Trzeciem stowarzyszeniem, które powołał do życia proboszcz Liskowa, było „Kółko kobiece“. Że „baby“ gadać lubią — to wiadomo; w Kółku kobiecem ta chęć niewieścia skierowana jest ku naradom wspólnym nad sprawami, dotyczącemi gospodarstwa kobiecego i wogóle życia kobiet wiejskich. Oczywiście, jako wynik narad — to, co jest uznane wspólnie za dobre, winno być wprowadzone.
Ogromnie ważnem stowarzyszeniem jest założone przed dziesięciu laty stowarzyszenie mleczarskie. Jak z każdą nowością, i z mleczarnią szło z początku ciężko, choć to już przeszło kilka lat od zaczątków społecznego ruchu w Liskowie. Pierwszego dnia było zaledwie 10 dostawców, a zapewne było znacznie więcej takich, którzy na uboczu robili sobie przekpiny z nowych wymysłów. Przed samą wojną, to jest po trzech latach, prócz głównej mleczarni w Liskowie, było 6 oddziałów czyli filji, i w najbliższym czasie projektowano założyć jeszcze 3.
Wyrobione masło odstawiano do Kalisza i do Łodzi. Według przedwojennych rachunków stowarzyszenia w ciągu 1913 roku wypłacono za dostarczone do przerobu 963 tysiące i 945 kwart mleka, przecięciowo po 3 i pół kopiejki, przeszło 33 tysiące rubli, za sam tłuszcz (wartość zaś mleka odtłuszczonego sami dostawcy oceniali po 3 grosze za kwartę). Gdyby mleczarni nie było, gospodarze mogliby, wobec dość znacznej odległości od miasta — 22 wiorsty — otrzymać zaledwie małą cząstkę tego dochodu. Mleczarnia, przekonawszy gospodarzy o tem, jaki to dochód można mieć z krów, wpłynęła bardzo i na ulepszenia w gospodarstwach rolnych, które zaczęto coraz bardziej przystosowywać do potrzeb złotodajnych krówek.
Macierzą pieniężną i podporą niejednego zakładu w Liskowie stało się stowarzyszenie pożyczkowo-oszczędnościowe. Członków założycieli było 20, a po kilku latach coraz bardziej przekonywali się gospodarze o korzyściach, płynących z własnej społecznej kasy, i w 1912 roku było już 336 członków (nietylko z Liskowa, ale z całej parafji). A co ważniejsza, kasa wspierała w potrzebie nietylko jednostki, ale społeczne dzieła.
W 1905 roku zawiązano w Liskowie spółkę tkacką. Do jej założenia dopomogło działające w kraju Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego. Przed wojną pracowało już na 23 warsztatach ulepszonych czterdziestu kilku pracowników, a za przykładem Liskowa powstała w sąsiedniej parafji oddzielna spółka z 8-miu warsztatami. Już przed wojną wyroby tamtejsze zdobyły sobie szerokie uznanie — i nabywane były nietylko w najbliższej okolicy, ale wysyłano je na zapotrzebowanie — na Wołyń, Podole, a nawet na Kaukaz.
Tak powstawały coraz to nowe zakłady i czas był wielki pomyśleć o jakiemś wspólnem dla nich pomieszczeniu. I przed tem trudnem dziełem nie cofnęła się wola i energja księdza Blizińskiego. Postanowił on doprowadzić do wzniesienia społecznego Domu Ludowego. Gdy trzeba było pomieścić sklep, warsztaty tkackie, kasę, maślarnię, przewidzieć kąt dla nowych jeszcze zakładów, zapewnić miejsce nietylko na obrady stowarzyszeń, ale i na większe zebrania z okazji jakiejś uroczystości, albo i zabawy, naprzykład teatru amatorskiego, to pewnie, że nie można było myśleć o małym domu. Kosztorys ówcześnie wygotowano na 11 tysięcy rubli. Trudno się dziwić, że niejeden gospodarz, co nie miał jeszcze możności poznać siły społecznych wysiłków, zaląkł się nieco... Skądże mógł wiedzieć, że po świecie są wspaniałe Domy Ludowe, za społeczne oszczędności pobudowane, a celom ogólnym służące, że zwłaszcza po miastach wspaniałość tych domów jest nieraz królewska? Ale proboszcz liskowski umiał jakoś wątpliwości rozpraszać. Do zwózki materjałów i rozmaitej innej pomocy stawili się z wyjątkiem 3-ch, wszyscy gospodarze, — ta bezpłatna pomoc sprawiła, że koszt rzeczywisty domu spadł do 8 tysięcy. Skąd się wzięły te pieniądze, jakiemi staraniami udało się dzieło doprowadzić do końca — zbyt długoby o tem opowiadać. Dość, że dom piętrowy, choć obciążony długiem, stanął. Dom był przepisany na własność kasy pożyczkowej, która przejęła zobowiązanie, ściągając od umieszczonych w domu stowarzyszeń komorne.
Potęgą jest myśl i wola ludzka zjednoczone we wspólnym wysiłku! A tembardziej społeczna myśl i społeczna wola!
Warto tu przytoczyć słowa wypowiedziane przez jednego z włościan podczas pamiętnej dla parafji uroczystości otwarcia domu ludowego:[1] „Szanowny ksiądz proboszcz — rzekł gospodarz — ździwiony pewno, że się tu znajduję, bo przecież wszystkim wiadomo, że należałem do tej gromady „niewiernych Tomaszów“, co nie wierzyli, aby tak piękny gmach mógł stanąć, nie wierzyli, aby nam taki dom był potrzebny, a nawet z boleścią w duszy muszę przyznać, że należałem do tych, co zniechęcali innych. Dziś przejrzeliśmy: widzimy jasno, że jak dobry ojciec pracuje, oszczędza, zabiega, aby dać dzieciom majątek, tak Ty, szanowny księże proboszczu, chcesz nam po sobie zostawić wiekopomną spuściznę. Przepraszamy Cię ze łzami... Pan Jezus powiedział, że pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi. Nie chcemy być lepsi od tych, co Ci wiernie pracą pomagali, ale przyrzekamy Ci, że gorszymi od nich nie będziemy.“
Tak pod wpływem dzieł dokonywanych topniały lody niechęci i niewiary wśród gospodarzy parafji Liskowskiej.
Prócz powyżej wymienionych zakładów i stowarzyszeń społecznych czynne są w Liskowie jeszcze następujące:
Piekarnia współdzielcza. Niewygody wypiekania chleba w każdej chałupie są wielkie. Ile to zdrowia kobiet wiejskich zachować można, ile opału, zachodu i kramu zaoszczędzić, a ile... zakalcu! Społeczna piekarnia wiejska to prawdziwe dobrodziejstwo, tylko sięgnąć po nie umieć. Lisków jeden z pierwszych u nas w kraju o tem pomyślał. Piec sprowadzono z Poznania na 28 bochenków. Dostawczyni otrzymuje funt wypieczonego chleba za 5 ćwierci funta żyta, albo za 1 funt mąki. Wkrótce mały piec okazał się niewystarczającym, wymurowano tedy piec na 70 bochenków. W tym samym domku, gdzie jest piekarnia, pomieszczone są 4 wanny, łaźnia i prysznic, oraz pralnia. Ile to zdrowia oszczędza człowiek przez utrzymanie ciała w czystości! Ten, co się przez całe życie tylko dwa razy kąpie — raz przy urodzeniu, a drugi raz także bez własnej ochoty... bo po śmierci, ani się domyśla o ile lat przez to wcześniej umiera. Zabiegliwa myśl księdza Blizińskiego i o tę dogodność dla ogółu zatroszczyła się. Na budynek i urządzenia wewnętrzne uzyskano nieco pomocy z Warszawy, naprzykład z Towarzystwa Hygienicznego, ale wiele zasobów przyczyniły i miejscowe wspólne zakłady, naprzykład spółka tkacka. Pozostały dług miały pokryć dochody. W pralni jest duży kocioł i maszyna do prania. Nawet do brudnej koszuli człowiek może zaprządz maszynę.
Pomieszczenie na te zakłady, jak i w następstwie wiele innych budowli w parafji, postawiło stowarzyszenie budowlane. Takie spółki, mające za zadanie rozpowszechnienie u nas w kraju ogniotrwałych budowli, zaczęły powstawać na kilka lat przed wojną w niektórych okolicach b. Kongresówki, i Lisków jeden z pierwszych pomyślał o tem. Stowarzyszenia te posługują się przeważnie nie cegłą, ale tak zwanymi pustakami, wyrabianymi z piasku i cementu. Do niektórych budowli materjał ten, jako tańszy, może być z korzyścią użyty.
Wśród rozmaitych stowarzyszeń parafji liskowskiej zasługuje na uwagę i miejscowe stowarzyszenie ubezpieczenia od ognia. Gospodarze, którzy do tego stowarzyszenia przystąpili, zwożą dla pogorzelca umówioną składkę w słomie i zbożu. Każdego może spotkać nieszczęście pożaru, zbiory po żniwach staną się pastwą płomieni. O ileż lepiej jest być zabiegliwym i we wzajemnej pomocy szukać ratunku, nie jeździć po żebrach, co jest dla człowieka upokarzające. Naturalnie jest to pomoc doraźna, która nie może wykluczać ubezpieczenia nieruchomości w ogólnokrajowych stowarzyszeniach: jedynie one mogą zapewnić zwrot straty w razie wielkiego, naprzykład, pożaru. W każdym razie takie miejscowe stowarzyszenie jest pożytecznym objawem współdziałania.
Do najbardziej wartościowych zakładów parafji liskowskiej należą ochronki dla dzieci. Pierwsza z nich powstała przed 10 laty, przed samą wojną było ich 7, ogólna ilość dzieci, korzystających z ochronek, wynosiła 535. Rodzice opłacają składki i to coraz chętniej, rozumieją bowiem, że ten drobny wydatek w porównaniu z pożytkiem jest zupełnie znikomy. Jeden z małorolnych gospodarzy złożył na ochronki znaczną ofiarę. Świadczy to najlepiej o tem, jak sobie lud miejscowy zaczyna cenić te zakłady.
Za staraniem proboszcza uzyskano od Towarzystwa Ubezpieczeń od ognia zapomogę, za którą nabyto narzędzia ogniowe i założono trzy oddziały straży ochotniczej, jeden w Liskowie, dwa inne — dla możności szybszego ratunku — w sąsiednich wioskach. Pamiętną była uroczystość poświęcenia sztandaru straży, odbyta w Liskowie w 1911 roku. Wiejskie straże ogniowe mają nietylko praktyczne znaczenie, przyczyniając się do ratunku mienia ludzkiego. Wielka ich wartość tkwi i w tem, że odciągają one młodzież męzką od niepożytecznego wałęsania się i łączą ją, w imię miłości bliźniego, w pożytecznej robocie.
Czego to jeszcze nie dokonano w Liskowie, już chyba nic więcej głowa nie wymyśli — powie kto z czytelników, widząc taki długi wykaz stowarzyszeń i zakładów. Ale współczujące serce proboszcza liskowskiego widziało w życiu to, co było do zrobienia, myśl jego ruchliwa wciąż nowe zadania odkrywała. Oto powstało w Liskowie Gniazdo Towarzystwa opieki nad dziećmi. Takie Towarzystwo działa w Warszawie, ale jego robota może być prawdziwie skuteczna, gdy wieś polska okaże mu współdziałanie. Pierwszy bodaj w kraju Lisków to zrozumiał. Parafja przyjęła 30 sierot na wychowanie. Dzieci porozmieszczano po rodzinach gospodarskich, kilku chłopców zostało usynowionych przez swoich opiekunów, reszta zaś pod dobrym wpływem otoczenia wyrosła zdrowo i na pożytek społeczeństwa. Oprócz tego przyjeżdżają z Warszawy do Liskowa chłopcy na naukę tkactwa i zabawkarstwa. Wspomnieć bowiem trzeba, że w Liskowie jest i osobny zakład zabawkarski. Kilku robotników i chłopców uczących się wyrabiają zabawki drewniane, toczą, wypalają, malują na drzewie i t. p. Z zagranicy do nas sprowadzano zabawki za wielkie sumy.
Założony w Liskowie przytułek dla starców przyczynił się bardzo do poprawienia doli tych staruszków, którzy ze strony dzieci niezawsze spotykali się z należną opieką.
Jak wśród gospodarzy parafji rósł zapał do dzieł stwarzanych przeważnie przez proboszcza — świadczy znaczna ofiara jednego z gospodarzy na ten zakład: oto ofiarował on na przytułek dom i mórg ziemi.
Szlachetną rozrywkę zapewnia ludności teatr amatorski i śpiew zbiorowy, pokarm dla umysłu daje spory zbiór książek — biblioteka i czytelnia gazet.
Proboszcz liskowski przed kilkunasty laty zastał w parafji straszną ciemnotę i biedę. Nieumiejących czytać było 87 na 100, to znaczy o wiele więcej niż przeciętnie w całym kraju. Po kilkunastu latach pracy liczba ta spadła do 27, a wśród młodzieży niepełnoletniej do 8. W krótkim czasie dojdzie do tego, że tylko wśród starszych znajdą się nieumiejący czytać. Tylko to dziecko może przystąpić do pierwszej Komunji, które umie czytać i pisać. W tym ważnym dniu swojego życia przyrzekają dzieci uroczyście, że do 21 roku nie będą pić ani palić. Pragnąc w tym dniu nietylko odciągnąć dzieci nazawsze od złego, ale wdrożyć je do pożytecznej pracy, ks. Bliziński wprowadził zwyczaj sadzenia drzewek: dwa drzewka owocowe i cztery dzikie przy drodze ma zasadzić każde dziecko, naturalnie pod kierunkiem człowieka, znającego się na tem. Dzieci następnie mają pamiętać o swoich drzewkach i pielęgnować je, a które wyróżni się starannością — otrzymuje nagrodę. W ten sposób dzieci nietylko oduczają się takich wybryków jak łamanie drzewek przydrożnych, lub chodzenie do cudzych ogrodów na jabłka, ale nabierają poszanowania dla cudzej pracy i zamiłowania do ogrodnictwa.
Przed samą wojną powstał w Liskowie wielki zakład — szkoła hodowlano-mleczarska. Wobec rozwoju mleczarstwa i coraz większego zainteresowania się gospodarzy małorolnych hodowlą, okazała się w kraju potrzeba gwałtowna ludzi, znających się dobrze na tych działach pracy. Szkoła hodowlano-mleczarska stała się potrzebą ogólno-krajową — i oczywiście nie mógł jej zaspokoić sam Lisków. Przyszły na to środki z całego kraju, a przeważnie od ofiarodawców z ziemi Kaliskiej. Centralne Towarzystwo Rolnicze, w porozumieniu z obywatelami ziemi Kaliskiej, wybrało na siedzibę szkoły Lisków dlatego, że wszystko, co stworzyła kilkunastuletnia praca ks. Blizińskiego, jest pouczającym przykładem tego, jak życie wiejskie może być wydoskonalone przez myśl ludzką, popartą zrozumieniem potrzeb i wytrwałą pracą. Młodzież tedy, zjeżdżająca się do szkoły z całego kraju, widząc wspaniałe pomniki pracy w Liskowie, chętnie się będzie do takiej roboty garnąć w dalszem życiu. Jeszcze przed urządzeniem tej szkoły prowadzono w Liskowie cały szereg miesięcznych zimowych kursów rolniczych — w tej właśnie myśli, że cały Lisków jest dziś jakby pokazową szkołą pracy dla dobra ogółu.
Jedną tylko słuszną uwagę robią o tej pracy: że oto te wszystkie zakłady i stowarzyszenia, pobieżnie tu opisane, są przeważnie dziełem jednego człowieka, a nie wynikiem prawdziwie społecznej pracy ogółu gospodarzy liskowskich. Rzeczywiście, w wielu krajach wolnych, gdzie oświata zdawna jest chlebem powszednim wśród ludu, takie dzieła stwarzane są przez całą gromadę światłych i rozumiejących drogi społecznego działania pracowników. I to jest oczywiście lepiej — lud światły swoje życie społem poprawia, i robi to w całym kraju, w każdej wsi. U nas przed wojną było inaczej. Gdyby nie człowiek wyjątkowego serca i umysłu, niestartej energii — Lisków do dziś dnia byłby zapadłym i nieznanym kątem. Tak u nas nieliczni pchali życie naprzód, a ogół był jeszcze obojętny, bo ciemny.

SANY.

Znana w Czechach wieś Sany liczy około 700 mieszkańców, niezbyt, jeżeli chodzi o ilość ziemi, zamożnych, gdyż gospodarze posiadają przeciętnie około 10 do 20 morgów ziemi, najbogatszy ma 60 morgów. Jeżeli dziś gospodarzy tamtejszych można nazwać zamożnymi, to nie dzięki obfitości ziemi, której im nie przybyło, ale dzięki niezwykle rozumnej i zgodnej pracy społecznej.
Utrzymanie zasady pomocy wzajemnej bije w oczy nietylko w dziedzinie pracy społecznej, ale i ściśle rolniczej. Uzyskanie wysokich plonów i dochodów z roli bez stowarzyszania się także jest niemożliwe. Rzucanie się na spółkowe przerabianie płodów, a niezapewnienie sobie wysokich zbiorów tych płodów, byłoby bardzo złem zrozumieniem własnego interesu. Ziemie, naprzykład, potrzebujące drenowania, a niezdrenowane, nie mogą być prawdziwie urodzajne. Czescy rolnicy rozumieją tę sprawę doskonale: w Sanach istnieje spółka drenarska, do której należą gospodarze z 16 okolicznych wsi. U nas w jednej wsi trudno się do czego zmówić, a tam gospodarze z 16-tu wsi przeprowadzają za wspólnem porozumieniem doniosłe dla wszystkich ulepszenia.
Gospodarze uprawiają te rośliny, które w danych warunkach gleby najlepiej się udają, i które w danych warunkach zbytu najlepiej opłacają się. Miałem możność pochodzić po polach tamtejszych i stwierdzić bardzo staranne pielęgnowanie roślin podczas wzrostu i bogato zapowiadające się urodzaje. Podziwiałem piękne drzewa owocowe przy drogach, nigdzie gałęzi uszkodzonej nie zauważyłem. Drzewka przydrożne strzeżone są przedewszystkiem przez oświatę: już w młodocianych latach dzieci na ławie szkolnej mają wszczepione poszanowanie drzew cudzych. Ponieważ jednak wyrzutki wszędzie mogą się trafić, — zarówno drzewka, jak i owoce na drzewach przydrożnych, strzeżone są przez osobne ustawy: za połamanie drzewka wsadzają na miesiąc do więzienia, za kradzież owocu za pierwszym razem wyznaczona jest mała kara pieniężna, lub 3 godziny kozy, za drugim razem znaczniejsza kara, lub dzień kozy, za trzecim — jeszcze większa kara pieniężna, lub miesiąc więzienia.
Hodowla w Sanach stoi naogół niżej, niż rolnictwo; mniejszą do niej przywiązują wagę, naturalne bowiem warunki kierują wytwórczość w inną stronę. Na miejscu istnieje stowarzyszenie poprawy hodowli bydła, żywienie prowadzone jest dość prawidłowo.
Postępowe rolnictwo, a stąd wysokie plony, otrzymywane przez tamtejszych gospodarzy, nie rozwiązują jednak „tajemnicy“ ich dobrobytu, o którym świadczą wspaniałe nieraz zabudowania, dostatnie urządzenie mieszkań, duża ilość służby i t. p. Rozwiązanie zagadki dobrobytu gospodarzy w Sanach, i wielu innych wsiach czeskich, tkwi w przysłowiu: „gromada — to wielki człowiek“. Prawda zawarta w tem przysłowiu, przy wysokiej oświacie tamtejszych gospodarzy, przy żywo w sercach bijącem poczuciu narodowem, nakazującem wytężoną pracę społeczną, udowadnia się tam łatwo. Oto wielki budynek piętrowy, rzucający się przy wejściu do wsi w oczy, choć na jej końcu jest zbudowany. To właśnie jest dowód, o który chodzi. Gmach dwupiętrowy mieści w sobie spółkową suszarnię cykorji, która w tych stronach opłaca się, wspólny śpichrz i młyn, piekarnię oraz elektrownię, dającą siłę wspomnianym przedsiębiorstwom. Podstawą dla wymienionych stowarzyszeń było, jak i wszędzie być powinno, stowarzyszenie pożyczkowo-oszczędnościowe, które łączy gospodarzy dwóch jeszcze wsi prócz San. Założono je 25 lat temu. Już w roku 1910 roku do stowarzyszenia tego należało 170 gospodarzy, a obrót kasowy dochodził do pół miljona przedwojennych koron. Pożyczki udzielane są na 5 procent, od wkładów płacą 4 i pół procent.
W 1900 roku zbudowano spółkową suszarnię cykorji, którą w kilka lat potem znacznie rozszerzono.
Dawniej gospodarze odstawiać musieli swoją cykorję do odległej prywatnej suszarni, naturalnie „za psie pieniądze“. Wspólna suszarnia zapewniła wytwórcom zyski, idące dotychczas do obcej kieszeni. Koszt budowy suszarni wynosił wówczas 70 tysięcy koron, część tych kosztów pokryto z udziałów członkowskich, które w 8 lat po założeniu suszarni wynosiły blizko 30 tysięcy koron, część pożyczono, wreszcie część otrzymano jako zasiłek od głównych stowarzyszeń krajowych. Wypłata za cykorję dostarczaną do własnej suszarni jest o wiele wyższą, niż dawniejsze wypłaty prywatnego przedsiębiorcy. Zachęceni doskonałym wynikiem zamierzali gospodarze z San przed kilku laty założyć spółkową fabrykę cykorji, co zapewniłoby im już całkowity zysk z cykorji.
Zasmakowany w zbiorowej przeróbce i handlowaniu, pomyśleli gospodarze tamtejsi o lepszem spieniężeniu ziarna: założyli wspólny śpichrz, i sprzedawali narazie ziarno, potem wybudowali młyn, poruszany siłą elektryczną ze wspomnianej powyżej elektrowni. Wreszcie puszczono w ruch piekarnię spółkową. Młyn miele zboże członków taniej niż młyny prywatne, mąkę zaś, o ile nie odbierają jej członkowie, sprzedaje stowarzyszenie, wysyłając ją na większe targi i uzyskując w ten sposób znacznie wyższe ceny, niż płacili miejscowi handlarze. Część mąki przerabiana jest we wspólnej piekarni, pieczywo sprzedaje się na miejscu, lub w sąsiednich miasteczkach. Każdy z członków ma książeczkę, w której prowadzi się rachunek ile dostarczył ziarna, ile wybrał chleba i t. d. Nieczłonkowie mogą oddawać mąkę do wypieczenia za ustanowioną opłatę. Na korcu ziarna, przepuszczanym przez własny młyn, członkowie zyskiwali przeciętnie markę (licząc przedwojenną wartość) i tyleż przy wypieczeniu chleba we własnej piekarni. Korzec ziarna więc we własnych przedsiębiorstwach zbywali o dwie marki przedwojenne drożej, niż rolnicy zależni od pośredników! A ileż taka piekarnia zapewnia ubocznych korzyści, przez oszczędzenie kobietom czasu, opału, o ileż lepsze pieczywo daje!
Zakupy przedmiotów, niezbędnych do gospodarstwa, naprzykład — nawozów pomocniczych, pasz treściwych, nasion, węgla i t. p. załatwiane są zbiorowo przez stowarzyszenie. W 1906 roku założono w Sanach stowarzyszenie maszynowe, którego zadaniem jest zakup różnych maszyn gospodarskich i wypożyczanie ich członkom. Stowarzyszenie to przed wojną posiadało 3 młocarnie parowe, maszynę do prasowania słomy, kilka siewników rzędowych, oraz maszynę do wytwarzania siły elektrycznej, dostarczającej siły dla młyna — oraz zapewniającą światło elektryczne dla całej wsi.
Sany stanowią okręgowy Związek plantatorów buraków cukrowych, zapewniający wyższe ceny na buraki.
Na miejscu są do użytku powszechnego, za małą opłatą, dwie wanny, jest straż ogniowa, chór śpiewaczy, i kółko, urządzające amatorskie przedstawienia. Najokazalszym budynkiem w Sanach jest wiejska szkoła, do której wszystkie dzieci obowiązane są od 8-go do 12-go roku uczęszczać.
Uwagę zwiedzającego zwraca również piękny dom ludowy, zwany domem Rygra — na cześć zasłużonego działacza społecznego. Przy wejściu do sali odczytowej, przyozdobionej podobiznami znakomitych Czechów, którzy życie swoje poświęcili dla dobra współbraci, czytać można napis „żeby się wszystko rozumnie jednało“. W tej sali wygłaszane bywają odczyty, tu toczą się obrady nad nowymi projektami wspólnych prac, stąd początek wzięły dzieła, któremi się dziś Sany szczycą. W Sanach szacunku i podziwu godni są przedewszystkiem ludzie. Po za nielicznemi jednostkami, które do wspólnej działalności ociągają się, cała wieś stanowi jakby jedną zżytą rodzinę. Różnicę poglądów na rozmaite sprawy narodowe są wśród gospodarzy znaczne, wszyscy jednak doskonale pojmują, że cudze szczere przekonania szanować należy, a na terenie pracy społecznej nie poruszać spraw politycznych, zawsze odwodzących ludzi od jedności, która musi mieć miejsce w działalności gospodarczej. Wrogowie polityczni są sobie braćmi, gdy idzie o powodzenie spółki.


∗             ∗

Jeżeli teraz czytelnik porówna dwa powyższe opisy zbyt pośpiesznie, to może przyzna pierwszeństwo naszemu Liskowowi, a nie czeskim Sanom. Wszak, jeśli chodzi o ilość zakładów, to Lisków przewyższa Sany. Wniknięcie jednak w treść życia tych wiosek wskaże nam, na czem polega wyższość życia wsi czeskiej. Oto — budowniczym lepszej przyszłości w Sanach jest lud w całej swojej masie, a właściwie cała społeczność miejscowa, gdyż i ksiądz proboszcz, i nauczyciel, i najświatlejszy włościanin, poseł do sejmu — wszyscy łącznie z miejscowym ogółem pracują dla wspólnego dobra, dla przyszłości ojczyzny. I dlatego im się wszystko udaje łatwo i wyniki są wspaniałe.
U nas podobne dzieła opierać się musiały prawie wyłącznie o pracę jednostek, które też zdzierały nieraz swoje siły do ostatka — i to nietylko na budowanie wśród ciężkich przeszkód, stwarzanych umyślnie przez urzędników rosyjskich, ale i na usuwanie z pod nóg kamieni, rzucanych przez ciemnotę istniejącą w kraju wbrew naszej woli.
W jak straszny los wtrąciła nas długoletnia niewola i jak wspaniałe warunki pracy otwiera przed nami jutrzenka wolności!
Tak jesteśmy zgłodniali tej szczęśliwej przyszłości, że chyba w powszechnym porywie pracy dla dobra wszystkich rodaków, dla całej Ojczyzny, dogonimy prędko we wszystkiem dobrem najdalej w niem posunięte narody.





  1. Podaję, jak niektóre inne wiadomości o Liskowie, podług książeczki M. Moczydłowskiej, pod tytułem: „Wieś Lisków“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Włodzimierz Bzowski.