Wieś i miasto/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Wieś i miasto
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V.
NA BALU.

Bez względu na to, że w atmosferze wisiała gęsta mgła, a na ulicach powiatowego miasta leżało rzadkie błoto, bez względu na to, około dziesiątej wieczorem, naprzeciw wspaniałego hotelu „pod Gadającą Papugą“ tłoczyła się gromadka gapiów, zbrojnych w parasole, kije, a nadewszystko w cierpliwość, pewna liczba biedaków płci obojej, którzy na bal składkowy mogli ofiarować najwyżej zdrowe nogi i dobre chęci, a nie będąc w stanie przyjąć fizycznego udziału w zabawie, postanowili przynajmniej nasycić wzrok widokiem skaczących cieniów, a słuch niewyraźnemi odgłosami muzyki.
Całe pierwsze piętro hotelu zajęte było na rzecz uczestników balu. Oprócz sali jadalnej, gdzie wyfrakowana służba ustawiała stoły w podkowę, znajdował się tam ubrany kwiatami gabinet dla dam; pozbawiony kwiatów, lecz zato upiększony butelkami gabinet dla mężczyzn, i obszerniejszy salon do odrobienia przyjętej zwyczajem liczby tańców. Rozkoszny ten przybytek oświecony był zapomocą kilkunastu kinkietów i dwu wieloramiennych pająków, z których widocznie jeden był tylko przyrodnim bratem drugiego. Całe umeblowanie salonu stanowił długi rząd kanap i krzeseł, stojących pod ścianami, tudzież wielki malowany parawan, który zasłaniał jeden róg przybytku muz i dźwigał na sobie wizerunki Japończyków, łapiących ryby, Japończyków, pijących herbatę i Japończyków, siedzących w altanie.
Oprócz lokai, w salonie znajdowało się jeszcze pięć osób; gospodynie: panie Kukalska i Gęgalska w bardzo ogoniastych sukniach; gospodarze: panowie Żabicki i hrabia Wyporek, w czarnych jak węgle frakach i białych jak śnieg krawatach, a wreszcie jeden i jedyny uczony mąż, korespondent gazety... pan Bąkalski.
Szczupłe to grono w niewesołem widocznie znajdowało się usposobieniu; damy bowiem wraz z hrabią Wyporkiem ziewały, korespondent, zwany redaktorem, niespokojnie zaglądał do gabinetu z butelkami, a Żabicki mruczał:
— Niech ich licho porwie! Mieli być punkt o dziewiątej, a jeszcze niema żywej duszy.
W tej chwili z ulicy doleciał turkot. Żabicki i Bąkalski poskoczyli do otwartego lufcika.
— Cóż to za procesja po drugiej stronie ulicy? — zapytał Żabicki.
Bąkalski wysunął głowę tak, że mało nie wyleciał za okno; włożył na nos binokle, a potem zawołał:
— Ach, to idzie jeden pan Donerstag starszy z jedną panią Donerstagową starszą i cztery panny Donerstag młodsze z czterema panami Donerstagami, jeszcze młodszymi od nich.
— Oczywiste błogosławieństwo Boże — mruknął Żabicki. — Ale cóż ten powóz tak zwolna się przybliża?
— Pewnie Żydzi wiozą wodę, albo państwo Letkiewiczowie jadą swoim ekwipażem.
Niebawem, naprzeciw bramy hotelu zatrzymała się liczna rodzina Donerstagów, prawie jednocześnie z karetą Letkiewiczów, ciągnioną przez cztery szkapy, kwalifikujące się raczej do transportowania karawanów.
Euzebja z hrabiów Patykowskich wychyliła głowę z okna karety i rzekła do lokaja:
— Spytaj się, czy już kto na bal przyjechał?
— Jeszcze nikt! — odpowiedziano z bramy.
— Niech stangret zawróci! — krzyknęła dama. — Nie jesteśmy piwowarami, ażebyśmy pierwsi mieli przyjeżdżać na bal.
Landara zwolna potoczyła się naprzód.
— Co to u djabła znaczy? — krzyknął stojący już w bramie Donerstag. — To widocznie umyślna szykana! Dzieci, zawracajmy do domu!
Po tej komendzie przednia straż bataljonu Donerstagów ukazała się na ulicy.
— Czyś pan oszalał, panie Donerstag! — krzyknął z lufcika Żabicki. — Co za dzikie grymasy!... Chodźcie natychmiast na górę.
— Ależ pan chyba nie słyszałeś, że nam wymyślają od piwowarów! — odparł z ulicy Donerstag.
— Przecież pan nie jesteś piwowarem, tylko garbarzem? No, chodźcie!... Nie psujcie zabawy.
Nastąpiła nadole krótka rada familijna, po której w kilka minut weszli do salonu czterej panowie Donerstagowie młodsi w czarnych garniturach, prowadzący cztery panny Donerstag młode, w zielonych sukienkach. Założyciele tej pięknej rodziny maszerowali w arjergardzie.
Po takim początku, jakby za dotknięciem czarodziejskiej laski, sala poczęła się napełniać. Widziano tam panią Wietrznicką, obywatelkę ziemską z małżonkiem, który, zaplątawszy się w ogon żony, o mało że nie runął na ziemię. Widziano pana Frejtaga z piękną jedynaczką Halką, na którą ogromnie z ukosa spoglądał młody lecz zadłużony dzierżawca Birbantowicz. Widziano Fonsia Gęgalskiego, asesora Sontaga, adwokata Goldcwejga, Scyzorskiego lekarza, Pieprzkowskiego kupca, Bursztynowicza księgarza, tudzież mnóstwo innych wiejskich i miejskich obywateli, w towarzystwie żon, sióstr i córek.
Słuszność nakazuje wyznać, że piękna ta całość rozbiła się na dwie gromady: hreczkosiejów i mieszczan. Żabicki, paru lekarzy i Bąkalski starali się utrzymać między nimi jakąś łączność.
— Tęgi chłop ten Kukalski! — mówił Birbantowicz do redaktora.
— Ale pani Kukalska jeszcze tęższa... dźwiga bowiem na uszach ze sto korcy pszenicy,
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jej kolczyki tyle są warte — nie zrozumiałeś pan?
Rozpromieniony dzierżawca pobiegł czemprędzej do pani Kukalskiej i rzekł:
— Wie pani co, że ta panna Frejtag, to jest tęższa od swego ojca.
— Dlaczego? — spytała zdziwiona dama.
— Bo nosi aż czterech Żydów na plecach!
— Co to znaczy? — przerwała pani Kukalska, patrząc mu ostro w oczy.
— To znaczy, że u jednego Żyda kupiła muślin, u drugiego wstążki...
Wielka dama zerwała się z krzesła i z szelestem odeszła na drugi koniec salonu.
Birbantowicz nie posiadał się z radości.
— Panie Wietrznicki! — zawołał — udał mi się piekielny koncept!
— Jakiż tam znowu?
— Spytaj się pan pani Kukalskiej — odparł triumfująco zadłużony dzierżawca.
Wietrznicki odszedł, lecz za chwilę powrócił.
— Cóż panu powiedziała? — zawołał Birbantowicz.
— Powiedziała, żeś pan dudek.
Już obrażony dowcipniś chciał wyzwać na pojedynek Wietrznickiego, gdy nagle salon zatrząsł się od śmiechu.
W otwartych drzwiach ukazał się jakiś blady, długowłosy mężczyzna, w wypukłych szafirowych okularach, który oprócz czarnego fraka, miał na sobie inne, bardzo wąskie ubranie w czarne i białe kraty.
— Bójcie się Boga, nie śmiejcie się! — wołał zrozpaczony przyszły redaktor. — To mój człowiek!... To mój reporter!... nasz znany poeta, pan Gwazdalski.
Tymczasem, źle ubrany, a jeszcze gorzej karmiony człowiek Bąkalskiego, wszedł spokojnie do salonu, i zobaczywszy swego chlebodawcę, szepnął mu do ucha z miną bardzo uroczystą:
— Zrobiłem wrażenie, co?
W tej chwili z za parawanu, pomalowanego w japońskie figury, odezwały się uroczyste dźwięki poloneza, wykonanego dość zgodnie przez flet, trąbkę, skrzypce i basetlę.
Żabicki podał rękę najstarszej wiekiem księgarzowej Bursztynowiczowej, garbarz Donerstag pani Kukalskiej, i sznur obejmujący przeszło pięćdziesiąt par posunął się dokoła sali.
Niestosownie ubrany reporter i poeta, któremu poczucie osobistej godności nie pozwalało tańcować, ze zdziwieniem zauważył, że każda z dam, przechodzących obok japońskiego parawana, zasłaniała twarz chustką. Uspokoił się jednak, pomyślawszy, że to była figura poloneza. Lecz tańczący z panną Pieprzkowską Goldcwejg innego był zdania, zwróciwszy się bowiem do Scyzorskiego, rzekł półgłosem:
— Za tym parawanem muszą być moi współwyznawcy, czuję bowiem cebulę.
Szary koniec wybuchnął śmiechem.
Polonez ukończył się nadspodziewanie prędko, a zaczerwieniony z gniewu Żabicki pobiegł do parawana, wołając:
— Co wy tu wyrabiacie, hultaje?!
— To nic, proszę jaśnie pana — odpowiedział trębacz — tylko mnie się trochę jeść zachciało i dobyłem z kieszeni śledzia. Alem go nawet nie skosztował, na moje sumienie!
Drobny ten wypadek nie zepsuł jednak zabawy. Dzięki energji Żabickiego i Bąkalskiego, obie grupy, wiejska i miejska, poczęły się zlewać.
— Panie Alfonsie — mówił do Gęgalskiego korespondent — wejdź-no pan do mieszczańskiego kółka, potańcuj z naszemi paniami!... Cóżto, przecież pan jesteś arystokratą liberalnym.
— Liberalny, słowo honoru! zgadłeś pan — odparł Fonsio i począł hulać pokolei, naprzód z córką garbarza, później z żoną piwowara, a następnie z siostrzenicą kupca korzennego.
— Panie Birbantowicz — mówił znowu Żabicki — dlaczego pan nie tańczysz z panną Frejtag? Toż to dziewczyna, jak jagoda!
— Rozumie się, żebym tańczył, ale się boję jej ojca, któremu winien jestem trzysta rubli.
— Ożeń się pan z nią, to dostaniesz te trzysta rubli w posagu.
— A wiesz pan, że to znakomita myśl! — odparł Birbantowicz, któremu szkliły się oczy, skutkiem zbyt długiego oglądania pewnej wysmukłej flaszki.
Za chwilę potem odświeżył znajomość ze starym mydlarzem Frejtagiem, przetańczył z jego córką walca, potem wpadł do męskiego gabinetu (na ochłodzenie), znowu z tąż samą panną przetańczył polkę (znowu się ochłodził), a nareszcie siadł przy Frejtagu i rzekł:
— Wiesz pan co, że z satysfakcją starałbym się o pannę Halinę.
— Już się o nią postarał pan Golski! — odparł surowo mydlarz i przeszedł do innego towarzystwa.
Zaperzony Birbantowicz złapał Bąkalskiego.
— Mój kochany — rzekł — kto to jest ten pan Golski?
— Czeladnik Frejtaga — odparł Bąkalski.
— A niechże go djabli porwą!... złapał mi pannę z przed nosa... Ale zaklinam cię na honor, nie mów o tem nikomu, bo mnie skompromitujesz.
Bąkalski przyrzekł jak najuroczyściej zachować milczenie do grobu; mimo to jednak, w pięć minut niespełna, wszyscy już wiedzieli, że w wyścigach matrymonjalnych, zadłużonego dzierżawcę czeladnik mydlarski pobił na głowę.
Tymczasem czteroinstrumentowa muzyka grała, rozochoceni wieśniacy i mieszczanie hulali tak, że aż się dom trząsł, a ceniący swoją godność poeta i reporter Gwazdalski rozmawiał w kącie z jakąś o tyle chudą, o ile wydekoltowaną starą panną z żółtem piórkiem na głowie.
— Czy pan lubi wieś? — pytała niefortunna piękność źle ubranego poetę.
— O pani! ja lubię wieś, ja kocham wieś tak, że chętnie dla niej zamieniłbym moje dzisiejsze, wpływowe stanowisko, nawet na nic nie znaczącą posadę rządcy.
Dama z żółtem piórkiem westchnęła, a stojący obok Goldcwejg rzekł do poety:
— W każdym razie awansowałbyś pan.
— A to jakim sposobem? — spytał z namaszczeniem wieszcz prowincjonalny.
— Bardzo prostym — odparł uszczypliwy adwokat. — Na wsi byłbyś pan ekonomem, a tu jesteś tylko pisarzem u Bąkalskiego.
Szczupła piękność udała, że nie słyszy, sądząc zapewne, że ujęty tą dobrocią poeta zechce, jeszcze może w bieżącym karnawale, uwolnić ją od ciężkiego brzemienia samotności.
Nieszczęściem jednak, na jasnym widnokręgu sali balowej ukazał się punkt czarny.
Powiedzieliśmy, że obywatelski syn, Fonsio Gęgalski, tańcował z hożemi mieszczankami tak, jak gdyby zamiast być siostrzeńcem hrabiego, był co najwyżej płatnym od sztuki dependentem młodego adwokata. Liberalna ta i wysoce obywatelska jego działalność zniknęłaby może w tłumie jej podobnych, gdyby nie to, że Fonsio był ogromnie kontent i ukontentowanie swoje manifestował skokami tak gwałtownemi, że aż zwróciły one uwagę mamy Gęgalskiej.
— Fonsiu! — rzekła dama surowo — dlaczego tańczysz z temi nieznanemi osobami, skoro masz swoje towarzystwo?
Zmydlony Fonsio postanowił od tej pory tańcować tylko ze szlachciankami, co najmniej od sześciu pokoleń.
Ubytku Fonsia nie dostrzegło kółko mieszczańskie; zastąpili go bowiem dwaj ubodzy urzędnicy, niezmordowani bracia Pietruszkiewicze, z których każdy tańczył tak zapamiętale, jak gdyby od czynności tej zależał pokój Europy, zachowując przytem powagę karawaniarzy, eksportujących nieboszczyka pierwszej klasy.
Lecz jeżeli niestrudzona działalność braci Pietruszkiewiczów wystarczała w walcach, polkach i kontredansach, to nie mogła jednak wystarczyć w mazurze. Wprawdzie dwaj ubodzy bracia hulali tak, że aż jeden z nich o mało że nogami nie potargał włosów drugiemu, nie mniej jednak czuć było potrzebę tancerzy.
W takich to okolicznościach, asesor Sontag, trzymając pod ręce dwie miłe panienki pochodzenia mieszczańskiego, zbliżył się z niemi do Fonsia i rzekł:
— Fijołek czy róża?
— Przepraszam pana, ale ja tu mam swoje towarzystwo!
— Przecież tu nie owczarnia! — odparł Sontag i poszedł do kogo innego.
— Wuju, hrabio! — wołał zaperzony Fonsio do hrabiego Wyporka.
— Czego chcesz?
— Nie wiem, co mam zrobić... pan Sontag ubliżył mi... powiedział mi, że jestem z owczarni.
— Uspokój się, drogi Fonsiu — wtrącił słuchający tego Bąkalski — przecież nie nazwał cię owczarzem.
— No, to prawda! ale chciał mi dać przez to do zrozumienia, że jestem baranem!
Wuj hrabia zieleniał i darł rękawiczki, inni zaś śmieli się jak opętani, słuchając tej jedynej w swoim rodzaju rozmowy. Niewiadomo, do czegoby przyszło, gdy wtem goście ruszyli do sali jadalnej.
Każdy usiadł przy stole w towarzystwie swej damy. Gwazdalskiemu przypadła w udziale pełnoletnia piękność z żółtem piórkiem, Bąkalski zaś, który usiadł naprzeciw niego, zamiast jednej damy miał przy sobie dwu przyszłych prenumeratorów i dwie butelki, nie licząc trzeciej pod stołem.
Przy kolacji wystąpiło na jaw szczególnego rodzaju współzawodnictwo. Wieśniacy starali się przejeść i przepić mieszczan, mieszczanie usiłowali przejeść i przepić wieśniaków. Z drugiej znowu strony, wieśniaczki chciały mniej jeść od mieszczanek, a mieszczanki jeszcze mniej od wieśniaczek.
Słuszność nakazuje wyznać, że redaktor, w tej walce pragnień i apetytów, prześcignął wszystkich; lecz biedny jego współpracownik najniezawodniej umarłby z głodu, gdyby nie poświęcenie osoby z żółtem piórkiem. Nieszczęśliwy poeta najgorzej wyszedł przy rybach; Bąkalski bowiem, wziąwszy sobie kark, jemu oddał głowę szczupaczą tak wielką, że się już nic obok niej na talerzu pomieścić nie mogło.
Rozpoczęto wnosić toasty, między któremi Żabicki odezwał się z następującym:
— Damy i panowie! ten kielich piję za zdrowie naszego znakomitego kierownika opinji publicznej — Bąkalskiego!
— I jego człowieka! — odezwał się głos z tłumu.
W odpowiedzi na to, naczelny korespondent wspomniał o wynalezionych przez siebie ideach liberalnych, a także o stu pięćdziesięciu tysiącach prenumeratorów gazety, jaką swym talentem podpiera. Wkońcu zaś rzekł:
— A teraz damy i panowie! wnoszę toast na cześć naturalnego przewodnika naszej wiejskiej inteligencji, mecenasa literatury, hrabiego Wyporka.
— Zapłaciłem mu! — dodał mówca, siadając. — Trzeba wam wiedzieć, że ten hrabia nie prenumeruje żadnego pisma krajowego i nigdy w rękach nie miał mojej gazety!
Zkolei podniósł się blady jak śmierć hrabia Wyporek i uronił to pamiętne słowo:
— Miło mi jest, damy i panowie! będąc w tak nobliwem towarzystwie. Flatuję sobie, że na rok przyszły nie ominiemy powtórzenia sobie tę przyjemność.
Wszyscy dali brawo, choć nikt nic nie rozumiał.
— No, i mówić tutaj, że hrabia nie harmonizuje z mieszczaństwem! — szepnął ktoś do Bąkalskiego.
— Z mieszczaństwem — nie wiem, ale że nie harmonizuje z gramatyką, to jest więcej niż pewne! — odparł oburzony Bąkalski, a potem zwracając się do swego reportera, dodał drżącym z gniewu głosem:
— Panie Gwazdalski! słyszałeś te językowe herezje? Zróbże mi pan z tego artykuł, tak — na sto wierszy, zerżnij na sieczkę, a jeżeli jędrnie napiszesz, dam ci po... półtora grosza od wiersza.
Goście wstali od stołu, i zaczęły się tańce nanowo, z większą jeszcze werwą niż poprzednio.
Koło trzeciej rano, postanowiono odtańczyć lansjera mieszanego: wiejsko-miejskiego.
Już grupy wystąpiły na środek, już rozległy się dźwięki tego eleganckiego tańca, już pan Donerstag ukłonił się pani Kukalskiej, a pani Kukalska panu Donerstagowi, gdy wtem...
— Aj waj! Feuer!... — ryknął jakiś nieludzki głos zza parawana, poczem japoński parawan runął na ziemię, na niego krzesełko z basetlistą i z basetlą, a na basetlistę pierwszy skrzypek.
Jednocześnie usłyszano w całym salonie silny swąd.
Wszczął się straszliwy popłoch. Herbowni i nieherbowni jak stado owiec zbili się w jeden kąt. Czterej bracia Donerstagowie tubalnemi głosami poczęli krzyczeć: „Wody!...“ Dwaj ubodzy bracia Pietruszkiewicze uciekli do przedpokoju, wołając: „Gdzie nasze paletoty! gdzie kalosze!“ Nierozwinięty Fonsio rzucił się do okna, chcąc wyskoczyć na ulicę, a interesująca dama z żółtem piórkiem padła w objęcia zagłodzonego poety.
Powoli jednak rozjaśniła się sytuacja. Przekonano się, że podczas kolacji czterej muzykanci, zjadłszy trzy śledzie, zaczęli palić papierosy przy otwartym piecu. Gdy goście wrócili do salonu, flecista, rzuciwszy w piec niezagaszonego papierosa, nie zamknął drzwiczek, przy których usiadł pierwszy skrzypek i zapalił sobie połę surduta. Dopóki tlił się surdut, a dym szedł do luftu, wszystko było bardzo dobrze, lecz gdy ogień zbliżył się nieco do doczesnej powłoki pierwszego skrzypka, artysta ten, z okrzykiem: „Feuer!“ — skoczył jak szalony na basetlistę i zaalarmował towarzystwo.
Gdy wyniesiono parawan, uspokojono damy i muzyków, przerwany wiejsko-miejski lansjer zaczął się nanowo, lecz szedł nieosobliwie, pierwszy bowiem skrzypek co chwila grę przerywał.
— Grajże porządnie, hultaju jakiś! — rzekł do niego Żabicki.
— Kiedy tak mnie boli, jaśnie panie!... — odparł płaczliwym głosem artysta.
Wkrótce, najlepszy grajek stał się kompletnie niezdolnym do użycia, a błaha ta napozór przyczyna sprawiła to, że bal się przerwał, i około czwartej goście rozejść się musieli do domów, z wielkim żalem czterech panien Donerstag i piątej damy z żółtem piórkiem, która nie zdążyła jeszcze podbić serca melancholicznego Gwazdalskiego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.