Wieś Ilustrowana, marzec 1911/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Wieś Ilustrowana marzec 1911 | |
| Redaktor | Kazimierz Laskowski | |
| Wydawca | Józef Sokolnicki | |
| Data wyd. | 1911 | |
| Druk | Zakłady Graficzne B. Wierzbicki i S-ka | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Ś. p. Józef Montwiłł.
|
Ś. p. Mieczysław Brzeziński.
|
Bogaciejemy w mogiły zasłużonych...
W krótkim, bo parutygodniowym zaledwie, odstępie czasu przybyło nam dwie na dwóch krańcach: na powązkowskim cmentarzu i na wileńskiej Rossie.
Jakaś siła fatalna osierociła społeczeństwo polskie z dwóch, wyznajemy z bólem, prawie niezastąpionych działaczy.
Straciliśmy dwóch obywateli!
„Kaganiec oświaty” ludowej wypadł z dzielnych, czystych rąk długoletniego redaktora „Zorzy“. duchowego towarzysza Promyka, urodzonego „pisarza” ludu Mieczysława Brzezińskiego.
Spoczął na Powązkach, żegnany na wieki łzą szczerą kilkutysięcznego tłumu, chat osieroconych, całego kraju, który zrozumiał co stracił.
Aliści jakby było mało tej żałoby nad Wisłą, uderzono w dzwon pogrzebowy nad Wilją.
Zgasł Józef Montwiłł! twórca kilkudziesięciu instytucji, Staszycowskiej miary obywatel kraju!
Przestało bić serce czynne kochające, wielkie.
Na Rossie usypano mogiłę Temu. co był życiem swojej dzielnicy!
Usypano drugą mogiłę. u której naród ma prawo zawołać: skrzywdziła nas śmierć Panie!
Bogaciejemy w mogiły zasłużonych... Bogdajby były drogowskazem dla żywych.

(fotografia amat. p. Z. Karnkowskiej).
Zbliżająca się ociężałe wiosna budzi nadzieje, wydziera z młodych piersi radosny krzyk do życia. Ale nie ze wszystkich jednakowy.
Stary Marek zdawien dawna żyjący na swej gospodarce pod lasem, rąbie drzewo na podwórku i wzdycha. Ciężko wzdycha. Gdy z pól szerokich buchnie na niego wilgotny, ziemisty wiew rozkisłej gleby, gdy olbrzymia ławica lasu zahuczy gwarnym poszumem, innym niż zimowy, gdy z wysoka z pod nieba prawie, brzękną, cichuśkie gamy i treliki skowronka — Marek prostuje plecy. Westchnienie dziwnie lekkie, dziwnie radosne spływa z warg zwiędłych, lecz rozchylonych lubą błogością. Ramiona prężą się, by objąć miłośnie przestwór, by uchwycić biegnący prąd po ziemi, odczuty już, ale jeszcze głuchy.
Przeciwnie, gdy rozradowane oczy Marka spoczną na chacie swej i dojrzą w małej szybce blada wychudłą twarz młodzieńczą, plecy starego garbią się, wzrok mętnieje, piersi wydają z siebie wzdych brzemienny niedolą.
Syn umiera mu na suchoty.

Odesłali go z wojska, zmiętego chorobą, jakby go wyssał głowonóg. Leży już trzeci miesiąc, kaszle jak z pustej kufy, chudnie i leci przez ręce.
Niema ratunku, ani nadziei.
Marek z wściekłością niemal szarpie siekierą brewiona, z żalem spogląda na kręcącą się w podwórzu córkę szesnastoletnią Kasie wesołą, rzeźką, pracowitą. Dziewczyna krząta się koło gospodarstwa i ciągle śpiewa.Śpiewa do pól rozmiekłych, do lasów ociekających wodą, śpiewa do skowronka i do chorego brata. Marek patrzy i myśli, że i Julek był taki sam, rozgadany, rozśpiewany, chłopak jak dąbczak młody, bujny a twardy w muskułach. A teraz cały dzień na pościeli siedzi, albo leży. czasem do okna się dowłóczy i patrzy, patrzy tęsknie, żałośnie na świat, co do życia rwie się, na ptaki, na starego ojca jeszcze pełnego sił i na rozbawiona siostrę. Julek w twarzy swej niema kropli krwi, ale w sercu ona kipi. Może wszystka doń spłynęła i miłuje i pragnie i gorącem swem trzyma jeszcze to mizerne ciało przy życiu.
Ostatnie pulsa biją żwawo żądne czynu, duch szarpie się, lecz jest skuty w żelazach strasznej choroby. Chłodne z niemocy członki, jak włókna wyciśniętego owocu kulą się z dreszczów, oblewają parnym potem, niezdrowym warem, są bezwładne, bolesne w swej martwocie. Tylko gorączka podnieca umysł, ostatni raz zapala źrenice pięknym ogniem duszy. Na policzkach kładzie ceglaste sztandary wypieków, tragiczne znamiona suchot.
Na przyźbie chaty młodsze dzieci baraszkują wesoło, babrząc się w błocie. Ciągają za kudły psy domowe, szczują niemi koty. Pełno wesołych szczebiotów, pisków, miauków, naszczekiwań. Na podwórzu chodzi kasztanowate klacz i biega parotygodniowy źrebak, niby piłka w podskokach, kręcąc małym łebkiem i wietrząc na wiatr. W izbie uwija się Sikorzyna. Karmi zaledwo wyklute żółte kurczęta, które cipaniem swym, jak świderki napełniają uszy. Życie zaczyna być wszędzie ocknięte po długiej zimie. Życie się mnoży.
Julek patrzy, słucha. Łzami nabierają mu źrenice, zapadła pierś wznosi się westchnieniem. Wziął duży haust powietrza do płuc i zakaszlał się suchym, rozpaczliwym jękiem. Na wargach pokazała się krew. Julek przywykł już do niej.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
A pogoda mieni się niby lica dziecięce, to śmiech, to płacz.
Z szarego, zamglonego nieba wybucha nagle jaskrawe światło. Waży się chwilę, nieufnie błyska, bo oto nowa chmura nasuwa się na słońce. Goreje szlak ognisty, pada na ziemię i pije z niej brudne śnieżne piany. Mało ich pozostało, słońce resztę zgarnia. Rozłazi się spęczniała gleba. Skiby czarne, oślizgłe wychylają łby ze schlastanej zimowej mazi, ciągną z niej wodę do swych wnętrzności, topią, pożerają. Wiaterki rozszeptały się po niwach. Figlarne urwisy! Wymykają się z kniei leśnych i pędzą na pola, skaczą po miedzach, targują zeszłoroczne zeschłe badyle zielsk, przewracają kozły po zagonach. Skarci ich czasem wiatr potężny, praojciec, z gęstych borów nadeszły, że przycichną wystraszona, płasko przylepią się do roli lub wpadając w nikłą run ozimin, czochrają ich źdźbła młodym oddechem.

Ptaszyna ciska z dzióbka miljardy toników, trzepoce skrzydełkami prędko, prędko, igra z powietrzem, wita się z obłokami. Do słońca dąży. Zuchwale wbija się w chmury i śpiewa i śpiewa...o miłości, o tęsknocie, o żalach i radościach, bajki prawi zaczarowane. tańczy krakowiaki, nuci dumki.
Cichnie wtedy, gdy z chmur nabrzmiałych zacznie sypać gęsta, biała kasza. Gaśnie słońce, matowieją role.
Wicher dmie ponury, ostatni barbarzyńca hord zimowych. Napędza bure chmurzyska i z wymion ich strzyka na ziemię deszcz zmieszany z białemi krupkami śniegu. Zacina ostro, bezlitośnie. Bije z łoskotem w gałęzie drzew, policzkuje nagie skiby.żałosnym dźwiękiem tłucze w szyby okien.
Deszcz ginie, sypie już tylko grad drobniutki, a ostry jak igły. Okrywa cały świat brutalnemi razami swych elastycznych prętów. Suchy szelest głuszy wszystko, jakby kto sypał gęsty żwir na ukrop wody.
Przeleciał, przedudnił.
Znowu czysto w powietrzu. jasno, jak w wymiecionym młynie, Powoli, leniwie, zaczyna ciapać drobny deszczu kapuśniaczek. Pruszy sennie, ale gęstnieje, staje się falą.
Obumiera ziemia, zamierają dusze ludzkie pod tą nużącą chlapaniną. Ciężar przygniata, dławi.
Lecz oto jaśnieje wśród kortyny chmur okrągła plama. Rozsuwa się szerzej, wygładza, rozbłyskuje.Rozdarły się lite materje deszcz rodzące, pękły. Uśmiechnięte słońce mruga na świat jak stary łobuz świeci wielką łysiną na brudnem niebie. Połysk zalśnił na nowo;suwa się po roli, po runi, zielonkawej, dachach i mokrej korze drzew.
Skowronek pisnął szczęśliwym świergotem, zaczęły piać koguty, wróble w licznej gromadzie kłócą się zawzięcie.
Wieczór spada szary, a ciągle zmienny, sam nie wiedząc czem się przyodzieć. Gdy słońce poszło spać za góry, za lasy, noc zgasiła niebo na amen. Czarność nieprzebita, ciężka, zwisa nad ziemią. Zdaje się, że to koniec świata. Tylko szmery idące z tej grubej dziegciowej pomasty zwiastują życie. Ciągle coś sypie, jakby grubym piaskiem, cieknie deszczem, wyje wiatrem. Wszystko zagłuszone czernią, cierpliwie czeka świtu.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
W chałupie Marka Sikory rozbudzili się dosyć późno. W nocy Julek bardzo kaszlał, dusił się, gorączkował. Sam niespał i nikomu nie dał. Dopiero o świcie zasnęli twardym snem.

(fot. amat. p. Rychtera).
Pierwszy wstał Marek, cicho wyszedł na próg chaty i zaspaną źrenicą bada pogodę. Jest nieobiecująca, jakby zakatarzona, ochrypła, nasiąkła wilgocią, rozkwaszona i zła. Ale ptaki zaczynają już nucić godzinki, z pól słychać zalotne nawoływania wabiących się kuropatw. Marek słyszy ciągi wodnego ptactwa, nisko po nad ziemią kraczą Żórawie. Z głębin leśnych dochodzi burczenie głuszców i jarząbków.
Dzień podnosi się ospale zrzuca z siebie jedną kołdrę za drugą, gmera się w pościeli, wzdycha, tarmosi swe przykrycia, ociera załzawione oczy. Aż w końcu późno już, zerwał się na nogi i pootwierał wszystkie okna na niebie. Migoce światło. Słoneczko lunęło na ziemię potokiem wartkim, rozbulgotanym a rzęsistym, niby rozpleciony warkocz złotych włosów czarodziejki.
Świat zatrząsł się lubieżnie. Huczą krzyki mocą tworzenia.
Przed południem Julek w kożuchu, nędzny, chwiejący się, dolazł do okna i na matczynym barłogu siedzi bezwładnie, opierając czoło na szybie. Patrzy znowu na niebo błękitne, na którem gonią się chmurki. Patrzy na gwarne podwórze, na drobne żółte kurczątka pod opieką rozchichotanej Kasi wyszłe na spacer. Zadrgała w chłopcu młoda żyłka. Chce się zerwać i biedz na powietrze, do słońca, do życia.
Ale nie może. Kamień leży mu na piersiach, w płucach wieje pustką. Ani się dźwignąć, ani ruszyć. Przejście ze swego łóżka na tapczan matki, zmęczyło go, jakby przebył milę po gruzach. Ledwo nozdrzami chwyta powietrze. Mdleje z żądzy do życia i z bezsilności.
Julek przypomina sobie służbę w wojsku, jak będąc daleko na północy tęsknił za ziemią rodzinną i jak się cieszył, że dwa lata przebrnął szczęśliwie, że pozostał mu już tylko rok, po którym powróci do rodziny. Marzył o tym dniu we śnie i na jawie, w swej wyobraźni słonecznym, widział go zawsze pachnącym, rozśpiewanym.

(fot. amat. p. A. Byszewskiego).
Suchotnik raduje się własnemi myślami i wizjami.
Wie, że umrze, ale się łudzi jeszcze. Może nie prędko. A znowu żyć tak jak teraz, zwalony chorobą, bez siły, czy to nie lepiej skonać.
Wstrząsnął się.
Widmo grobu, ciemnego, ponurego, zasypanego wilgotną ziemią przeraża chłopca.
W tem powstaje krzyk przed chatą. Głosy dziecinne przebiły wątłe ściany, radość brzmi w tych wrzaskach i tryumf.
— Bociek! Bociek!
Do izby wpada, niby kula, zaczerwieniona Kasia.
— Julek, patrzaj bociek przylecioł. Widzis go, widzis? Na stodole se usiadł, jak pon jaki, abo graf na gnieździe, taki dumny, Skrzydliskami macha i kłapie dziobem, jakby gadał.
Julek przylepił się do szyby.
— Gdzie on, gdzie? — chrypnął ciekawie.
— A ot, ot! Na węgle stodoły.
— Aha! Prawda! Bociek! Taki on! Bociek!
Wpatruje się w ptaka, niby w powracającego z dalekiej podróży brata.
A bocian stoi na swej bronie wyprostowany, z dziobem zadartym w górę i klekoce donośnie. Wita ziemię rodzinną, wita znajomą strzechę, wita bory i łąki, starego Marka i dzieci przed progiem rozkrzyczane na jego widok.
A bocian klekoce dziękczynnie, że gniazdo swe znalazł, że Boża łaska znowu daje wiosnę, że pola już się ruszają, że świat jest wiecznie młody i wiecznie ten sam piękny, bogaty.
A bocian klekoce.
Uniósł się na olbrzymich skrzydłach, zawisł w powietrzu, okrąża stodołę coraz szerszemi kołami i znowu ścieśnia je, dziób wyciąga, całując wiatr znajomy, łykając powietrze. Zakręca się prawie w miejscu trzepie się nad gniazdem i znowu staje na nim. Położył głowę na grzbiecie w tył i wzniesioną dzidą dzioba zaniósł się rozkosznym klekotem, idącym w dal jak pobudka wiosenna.
Pod stodołą zgromadza się cała rodzina Sikory. Stary Marek z żoną i Kasia i dzieciaki, nawet psy i rozmiauczone koty. Kasia wyciąga ręce jak do kochanka.
— Boćku nasz! Boćku! Już ty do nas przyleciał.
— Stróż nasz kochany! Opiekun. Dobre ptaszysko! — woła rozrzewniony Marek.
— Bociek-Wojtek! Bociek-Wojtek! — krzyczą dzieci.
A ptak klekoce, klekoce.
Marek obejrzał się na okno.
Ostre żelazo przeszywa mu serce.
— Julek ostał sam, chodźmy do niego.
Idzie do chaty. Po drodze uszczknął z wierzby soczystą gałązkę, pełną drobniutkich jeszcze siwych baźków. Niesie ją dla syna.
Wchodząc do izby, mówi radośnie: Wiosna jest. Kotki na wierzbinie pachną i bociek przyleciał. Widziałeś go, nieboraku?
Julek nie odpowiedział.
Marek przyskoczył do niego.
Suchotnik przyparty do okna rzęzi strasznie, muzyka gra mu w płucach, oczy zachodzą białem szkłem.
— Tato... bociek jest... słychać jak klekce.. ino... ja... już nie wyjdę na świat. Tato... czemu że to tak — szepce umierający łapiąc usilnie oddech w suche gardło, usta otwiera jak duszony.
— Boże miłosierny! Julek — ryknął Marek z przerażeniem.
Syn cięży mu w ramionach, głowa spadła na piersi ojca.
Skonał.
Zgasło to młode życie w zaraniu istnienia. Zwiądła przedwcześnie ta odrośl człowiecza z duszą bujną, młodzieńczą, pragnącą żyć chciwie, a skazaną na zanik bez miłosierdzia.
W chwili gdy ziemia, cała przyroda dążyła do rozkwitu, Julek musiał umierać, iść w grób. Zabiła go choroba, okrutna, mściwa. Zabiła go wiosna, poprzedzona przez bocianie klekoty, przez ciąg dzikich gęsi i kaczek, przez klucze Żórawi.
Zabił go mokry, pełen wyziewów, rozchlapany Marzec.

(fot. amat. p. Mniszek-Tehorznickiej z Sabni w Siedleckiem).

Lecz tam, gdzie bujne wody mnogich rzek do Baltyku idą, rozsypał się, potoczył po granitowem podłożu ziem tych, cały sznur modrych i srebrzystych pereł, cały system małych i dużych jezior, od Odry po Niemen, od Niemna po Dźwinę, tworząc wielkie pojeziorza nasze. Dźwina się tu przychylona ku morzu ziemia, zsiada, tężeje w położystą a silną wyżynę, odziewa się runem wrzosowisk, cieniem buków, cisów, modrzewi. i na ogromnej przestrzeni zasnuwa swą szatę przepysznym haftem wodnych arabesek.
Tysiące strumieni gra tu, świeci, brzęczy, niewiedzieć zkąd się bierze, niewiedzieć gdzie ginie. Rzeki się snują, przędą, brną przez jeziora z zatajonych źródlisk, wypływają z nich, chowają się w nie, giną. Całe to pojeziorze pomorskie, pruskie, źmujdzkie, kurlandzkie, inflanckie, litewskie, to jedna wielka Rzeczpospolita wszelakiej nacji wodnej. Tłum szary, często bezimienny, mnogością swą wyciskający silne piętno na całej dziedzinie.
Nad tłumem tym panują wielkie Śniardwy Litewskie, panują Narocz, Wigry, Sajno, Duś, Rozpuda, tworząc potężne oka tej olbrzymiej sieci.
Niektóre z jezior, zarosłe w ostrowy, jak Trockie, stanowią świat osobliwy, lądowo-wodny, na który ten puszcza się z kosą, ów z podrywką, z więcierzem, z siecią. Inne stoją po starych torfowiskach, otrzęsione bagiennym powrzosem, tajemnicze, senne.
Jeszcze inne, — a typ ten najczęściej się powtarza, jakaś jedna, druga rzeka na włóczy jak paciorki na srebrną nić swoją.
Tam czółno rybacze wychyla się z krętego brzegowiska na jasne obrusy wodne, olśnie od ich świetlistych przezroczy i znów przepada w mrocznych, szuwarem zarosłych przesmykach.
A nad całą tą krainą unosi się poszmer wód, jako ten naczelny, przebijany różnorzeczem ptasich gromad, przy wiosennych zlotach.
Tam dumają czaple na widetach swoich, tam dziki łabędź gniazdo sobie ściele a pod bladem słońcem jesiennem wiążą się łańcuchy żórawi, z jękiem lecące na wyraj przez śródniebne drogi.



Ale kiedy pełnia miesięczna rozkwitnie nad ziemią, kiedy lunie drżącą poświatą na jeziorne wody, z głębin ich biją dzwony zatopionych grodów, a topielice wynikają z toni w rozlotnych oparach. Wtedy to po trockiem rozwalisku starej chwały przesuwa się olbrzymi zbrojny cień Kiejstuta, wtedy zadumana Świteż w srebrną harfe trąca i śpiewa nieśmiertelną pieśń Wajdeloty swego.
A Litwa słucha...
Ten kraj zatajony w sobie, leśny a jeziorny, w niewymownej smętności swych piasków, swych borów, zdaje się istotnie nasłuchiwać czegoś. Jakichś ech przeszłości, które podają dębom dęby, bukom buki. Jakiegoś „złotego rogu“, mającego rozbrzmiewać pobudką na świtaniu jutra.
I stoją w tem zasłuchaniu okryte runią łany, i pagóry, bielejące skroś rzadkich, twardych traw piaszczystem żebrem, i wielkie wrzosowiska, porosłe karłowatą sosną, jałowcem; i błonia przetkane kwieciem.
Słuchają zaścianki, owe to po staremu czujne „Okolice“, twardo przy honorze rodów swych stojące, gdzie zagon dotąd w kształt krzywej szabli orany bywa, gdzie twarz sroga, a serce miękie, rzewne; gdzie ręka zapalczywa, a w oku łzy prędkie, gorące.
Słuchają nade wszystko odwieczne, niezbrodzone w głębinach swych bory.

Bieniakonie, w Wileńskiem. — Klewań, na Wołyniu.

Może coś idzie, coś bliży się zdaleka, zdaleka...
Może hasło... Może cichy odzew... Może zawołanie dni przyszłych...
Może kroki wroga...
I oto budzą się odwieczne instynkty tych borowych dziedzin. Wszystko prze do zaczajenia się, do zatajania w sobie. Zawały odwiecznych pniów i kłodzisk drzewnych, mɔczary trzęsawisk, ostępy i knieje.
Pierś ziemi głęboko ukrywa potężne bicie swych żył, swoich pulsów. Mgła nadwodna, jak opuszczona powieka, tłumi blask wielkich jezior, srebrnych źrenic Litwy. Niezgłębione grzęzwy, oparzeliska, mateczniki, knieje, zasnuwa mroczny tuman, ziew puszcz sennych, skrytych. Łężne i polne przestrzenie zawściągają dech żywy, i leżą martwo, jakby letargicznie.
Wszystko się utaja, wszystko nasłuchuje nieufnie. Wszystko się zbroi w skryte swoje moce; wszystko się sposobi do jakiejś walki olbrzymów, do jakiegoś namiętnego oporu, do oporu na śmierć i na amen.
Idą lata, idą wieki, a życie narasta na życiu; jego siły wzmagają się i mnożą.
Pokolenia ludzkie mieszają prochy swe z piaskiem i krzemieniem; pokolenia sosen i dębów kładą się zawałami puszczańskich zasieków.
Niezmierne rozlewiska wodne tu owdzie tylko błyskają w borowych mrokach szybą jasną, widną, drążąc sobie tajemne drogi, podziemne przechody przeguby.
Szare płachty wrzosowisk nakrywają piaski pełne okrzosków z prawieka. Dymy chat kurnych, tłuką się pod powałem, nie dając wejrzeć oku do wnętrza, przejętego smolną i żywiczną wonią. Jakaś milcząca, skryta, skupiona, jakaś zacięta praca natury ziem tych idzie spodem życia. Nic się tu nie rzuca w oczy, nie błyszczy, nie świeci.
Spojrzysz na ziemię, aliści czujesz ją mocną, oporną i nie ugłaskaną. Spojrzysz na ludzi, aliści ujrzysz twardość, nieufność pierwszego wejrzenia!
Życie ma tu tak samo jak puszcza swoje mateczniki, niedostępne zgoła.
Gdzie ptak zerwie się lotem i rozśpiewa ciszę; gdzie kalina zajarzy koralem; gdzieś głos niewieści zawiedzie przeciągłą prostą nutą prapogańskiej Dajny; gdzieś młode serce buchnie warem krwi niecierpliwej, gniewnej; gdzie grom zahuczy, trzaśnie, rozkryje błyskawicą borowe ciemnice; gdzieś wicher się porwie, zahuczy, zajęczy zawyje. Ale te porywy, te łuny, wybuchy, przemijają bez trwalszego piętna; a na obliczu Litwy pociągłem, czarniawem, znowu osiada cisza zasłuchania.

I ten-ci jest najgłębszy, najogólniejszy rys tego pięknego, acz przyćmionego pomroku borów i lasów oblicza.
Noszą go miasta i wioski, noszą go wielcy i mali, nosi go przeszłość daleka i teraźniejszość bolesna, paląca.
Świadomie i nieświadomie, beznadziejnie i ufnie, czynnie i biernie, namiętnie i bezwolnie, Litwa czeka, słucha... Na szerokich polach i na głazach Ostrobramskiego ołtarza, w pracy i modlach strzelistych, w cichych rozmowach na ulicach Wilna, w borowych szumach swych odwiecznych włości, w omdlałych dniach bezczynu i w płomiennych snach nocy, Litwa czeka, słucha...
Tymczasem mroki gęstną, kraj mierzchnie, ciemnieje. Żywa modrość i świetlistość jezior przygasa od den iłowatych, grzęzkich.
Już się tu rzeki nie kwiecą w swych brzegach, jak piękna Niewieża, która jest uśmiechem świętej, chlebnej Żmujdzi. — Już nie znaczą, — jak Wilja, jak Niemen, złotym i błękitnym ściegiem bystrych swoich chodów. Wody leśne, niemal czarne, zbierają się w żyły po borowych grzęzwach, i cieką poomacku, ślepo.
Już wielkie wrzosowiska suchych, piaszczystych pagórów ustępują rudym, bagiennym powrzosom. Już na podmiękłych łąkach sterczą kępy łozin, wżerają się coraz głębiej w zapaszyste błonia, wypierając macierzanki i turzyce wonne. Ogromne bory starej Litwy, na górnym trzonie zaniemeńskim siadłe, schodzą ze swego podniesienia w kraj nizki, zapadły, który, iż ich potęgi żadną miarą zdzierżeć nie jest mocny, muszą się w pochodzie swoim dzielić i rozdrabniać.

Jeszcze pod Berezynę falują litewskie wzgórza. Jeszcze się tu ziemia dźwiga, jak może, popadając czoło słońcu. Zaczem zwarty rdzeń jej wolnieje, rozrabia się, topnieje, a moczary bagniste biorą nad nim przewał.
Tu już, — jak oko puścić, — świat staje się najosobliwszą plątaniną rzek i rzeczek, z których każda zadzierzguje gęste oka sieci wód mnogich, jaka nakrywa tę najgłębszą zapadłość ziem naszych, ową to kotlinę poleską, wiecznie tchem oparów dymiącą.
Wszystko tu inne, osobliwsze, własne.
Zwierz, ptak, przyodziewa ziemi, kolor obłoków, chody chmur, pędy wichrów samopas lecących, a także człowiek i obyczaje jego.
Świat tu zamknięty w sobie własną swą naturą, niełatwo dopuszczający do tajników swoich. Świat oparzelisk, mateczników, odeszłych kẹp, zapustów leśnych, oblanych rzecznemi łachami ostrowów, a nadewszystko świat bagnistych zapaści, wśród których siedzą silnie zwarte łozy, wilczych lęgów pełne. Łozy te, te warownie wilcze, do których dostępu ludzkiej nodze czasu lata niema, pokazują ciekawe widowisko na twardej jesieni.
Już ługi podmarzłe nie puszczają pary, już ostre, pożółkłe sity i szuwary sterczą jak sierść na nich, kiedy tu, to tam, na szerokich, dalekich przestrzeniach zaczynają świecić gęste, żywe ognie.
To Poleszuk wypala w łozach wilcze gniazda i barłogi.
Zrazu pełzną ognie, zżółkłemi trawami sycone, nizko, tuż przy ziemi, sycząc jak łzy gad i kłębiąc się w sobie.
Aż gdy dopadną tęższej, zwartszej żertwy, a buchną po łozach, kiedy się zakędzierzą i zakręcą w miotły, lecąc powietrzem jak ogniste race, wtedy całe okolice wyglądają jakby morze ognia.

fundowany w r. 1602 przez ks. Janusza Zasławskiego; w r. 1727 przez ks. Pawła Sanguszkę,
a niedawno przez ks. Romana Sanguszkę odrestaurowany (z teki hr. E. Tyszkiewicza).
A tuż wicher lodowy zadmie, zaświta, zahuczy, podbije, rozżarzy owe mietlice czerwone, pomiecie, popędzi one iskrzaste dymy i razem z uciekającym zwierzem wyje, tarza się, szaleje.
Niejedno tam półkurcze trzaśnie wtedy zcicha a psy po opłotkach zanoszą się dzikim skowytem zaczuwszy ciekające między ogniami gniazd swoich — wilczury. Wtedy to trzeba widzieć te oczerety i te żyły wodne, jak grają wymalowane łunami pożarów! Wtedy te młaki posępne, te bagna, zapady, obrzeżone czerwienią płonących twierdz wilczych.
A od ognia do ognia dmie tęskliwa surma, której głos odbity setnem echem po „hwozdkach“, „rozświetlach“, dodaje przeraźliwości tym widokom.
Surma, to głos Polesia i głos Poleszuka.
Jej rozciągły, jednostajny, na trzech czy czterech tonach oparty obzew, powtarza się niezmiennie kto wie, od wieków może, — tą samą beznadziejnie bierną, a niezbytą nutą, na wydanie tak smutku, jak radości życia.
I wsiąka owo wołanie surny jednostajne, rozciągłe, w opary bagien, w zatajne zacisza borowe, w bezludzia i odludzia odległych pastwisk i „zachodów“, brzmiąc szeroko i daleko, o wieczornej i o rannej zorzy, wypowiadając w krótkiej gamie jęku czy westchnienia, całą duszą tego, ludu, którego jest jakby przyrodzonym wyrazem.

Dużo się tu zmieniło od tych dawnych czasów, kiedy taką, wykręconą z młodej osiki trombitą zwoływały się, czasu niebezpieczeństwa, rody Poleszków, po ostępach i borach osiadłe.
Przetrzebione są bory, osuszone bagna, puszczone kanałami kapryśne wód cieki; grody narodziły się, wzrosły i zmarniały; niedźwiedź ustąpił przed hukiem toporów z natrzęsionych po chaszczach barłogów; z mnogich niegdyś drapieżców borowych jeden ryś tylko zasiada na zbójeckich czatach: a w tym obzewie Poleszuka nie zmieniło się nic, — kto wie, — może od czasów Wojsiełka, o którym wieść prawi, iż uchrony przed postrzyżynami w Czerńce szukając, tu się był zaszył w bagniste, niezrodzone puszcze. Aleć i w doliniedoli Poleszuka niewiele się zmienić musiało.
Jaka dola, taka pieśń, która jest jej głosem. Od kolebki, bujającej u powały kurnej chaty, pod ciężką chmurą gryzących dymów siwych, — do mogiły, nad którą sterczy krzyż ogromny Z co najwyższej jodły ciosany, wśród innych krzyżów cmentarza, co są jako wielki bór bezlistny, na jesiennym wichrze skrzypiący, — z ojca na syna idzie tutaj dola, twardą ciężką schedą.
Te woły po młakach grzęznące, te sąpe ziemie, gdzie Poleszuk na mokrym jeszcze zagonie przygarść słomy po siewie u skraja pokłada, żeby Pan Jezus, gdy zejdzie rolę przeżegnać, stóp świętych nie zamoczył sobie; ta febra zaczajona w bagiennych oparach, która szpik w kościach trawi i wypala; te niedostępne, potracone między łachami rzek „zachody“, na które pastuch, gdy z dobytkiem zajdzie, dziczeje, miesiącami trwając bez ludzkiej i twarzy i warzy; te gryzące dymy smolarni, które wygryzają oczy, — wszystko to przekazuje się z wieku na wiek, z pokolenia na pokolenie, cierpliwie, biernie, milcząco. Bo jeśli dola twarda, to i dusza twarda i nieprzełamana. A co w niej skargi i co w niej żałości, to tylko surma wypowiada w roznośnym, przeciągłym jęku.

Głodny Poleszuk rybą dojada, czego chleb uskąpi, a po resztę idzie do boru.
Tam-to jesienią rozwloką się dymy budników, pędzących smołę i dziegieć. Tam ostre wonie żywiczne, poczerniałe twarze, skołtunione głowy, tam oczy do połowy dymami wyżarte.
Poleszuk w ciemnej swej odzieży nie różni się prawie od kory tych sosen, z któremi razem twardo w ziemię wrasta. Jest on jak gdyby dalszym ciąglem tej przyrody, i zlewa się w jedno z krajobrazem ziem swoich, którego szarą i posępną nutę sam nosi w obliczu. Nie zna Polesia ten, kto go nie widział czasu wiosennych rozlewów wód jego.
Kiedy z głębokich zapaści swoich wystąpi wezbrana Prypeć; kiedy Pina, Słucz, Styr, Horyń szeroko wykipią z swych łożysk; kiedy owe Stochody, Płucze, Ławie, Uborcie, Żerewie, przeleją się nagle przez wręb; kiedy ta cała plątanina wód bieży, goni się, prześciga, szumi, huczy, dopada, łączy i rozłącza; kiedy wystąpią nawet z krużów swoich jeziora tej kotliny: Kniaź, Pohost, Bobrownickie, Sporawskie i inne, — wtedy nie wiesz, gdzie rzeka, gdzie bagno, gdzie susza, a cały kraj widzi się jednem wielkiem morzem, na którem sadyby ludzkie wyglądają niby drobne wyspy.

Wtedy i Poleszuka poznasz w przyrodzonym mu żywiole, gdy, ociężały, niezdarny na suszy, nagle wiatru nodrzami chwyciwszy, z byle pniaka czółno sobie zrządzi, i zwinnie, szybko, obrotnie kieruje niem po niezmiernych bezdrożach wodnych, od smolarni do smolarni, od boru do boru, ocknięty jakby na duszy i ciele, i cały ochoczo podany na wolę rozbudowanego instynktu tych prastarych nawodnych plemion, z których idzie rodem.
Te ziemie, pod przemocą wód stojące, te rozlewiska potężne, nadająca tej kotlinie właściwy jej charakter niedosuszonej zapaści starego morza, ten człowiek, wyrastający sam nad siebie, gdy poczuje pod stopą dno czółna, a drąg w garści, — to jest dopiero Polesie, i to jest Poleszuk.

wspominanych w dawnych przysłowiach ludowych (z teki p. Aleksandra Kuczyńskiego).

PISKLĘTA.
Zjawiła się na półkach księgarskich przemiła książka nieznanej autorki, Zofii Rogoszówny, książka poświęcona drobiazgowi ludzkiemu a napisana z dużym talentem. Autorka umie patrzeć na ludzkie pisklęta, umie wiele widzieć i umie poprostu, a wzruszająco opisywać dzieje dnia różnych Jureczków, Jędrusiów i Haluń. A jak jej mali bohaterowie potrafią rozumować, jak sobie radzą w trudnych chwilach, dopiero co rozpoczętego życia! jak są zajmujący, czy to wówczas gdy się budzą w wózeczku i cała rodzina przygląda się temu przebudzeniu, bo to uroczysta chwila! czy to gdy się opiekują młodszą siostrzyczką w polu a sami opiekunowie niewiele przerastają gliniany dzbanek z wodą, czy to gdy gonią motyle, lub żaby.
Książka p. Zofji Rogoszówny, p. t. „Pisklęta“, jest słoneczną polanką w lesie naszej literatury współczesnej. Lecz zamiast mówić o książce, wyjmujemy z niej jeden rozdział, on najlepiej zaświadczy o talencie młodej nowelistki. Rozdział nosi tytuł: „Jaką naukę dał tiutce Jędruś (w nawiasie wypada zaznaczyć, że kmiecy rak Jędruś tiutkami nazywał szczenięta podwórzowej suki, żółte kaczęta, drobniutkie kurczaczki i nawet — ropuchę)
∗ ∗
∗ |

— Mama, papu!
To były pierwsze słowa, które wypowiedział Jędruś, przebudziwszy się na ramieniu tatusia. „Papu!“ przypominał przez całą drogę, „papu!“ wołał, drepcąc za Jagną po podwórku i izbie, i nie mógł pojąć, że wobec tak ważnego faktu, jak ten, że Jędruś jest głodny, wszyscy się tak obojętnie zachowują. Mama daje trawę Łysuli, Burka wlazła pod łóżko do „ciuciek“, a tato wcale nawet do izby nie wszedł, tylko najpierw siwki napoił przy studni, a teraz wyciąga wóz ze stodoły. Kiedy indziej ucieszyłby się Jędruś, widząc wóz na podwórku, bo domyśliłby się, że pojedzie z tatusiem, „hetta“ w pole i machać będzie długim biczyskiem; ale teraz pamięta tylko o tym, że „papu“ jeszcze niema, a obiad dawno mu się już należy. Wsunął się za mamą do obórki — ale nie po to, żeby jak codziennie przyglądać się z zajęciem, jak to mleko z dójek Łysuli tryska do skopka, trzymanego przez mamę — nie! Jędruś chce dziś tylko, żeby mama jak najprędzej skończyła robotę i nareszcie dała „papu“ Jędrusiowi. Buzia jego rozjaśniła się dopiero, kiedy mama wszedłszy do izby, zdjęła miskę z półki.
Jędruś czuje już słodki smak mleka w buzi i tak mu się dziwnie robi jasno i radośnie, że uzbrojony w łyżkę drewnianą, przypada do mamy, obejmuje ją rączkami za nogę poniżej kolana, i całując ją tkliwie w spódnicę, powtarza:
— Moja mama! — Moja mama!
A na to mama!
— Twoja, Jędruś, twoja, ale widzi mi się, że dzisiaj Jędrusiowi nie da obiadu.
Jędruś puszcza maminą nogę, radośne jego uniesienie pierzcha... Nie dowierzając własnym uszom, zadziera w górę głowinę i wlepia w mamę zaniepokojone oczy.
— Dia, dia — mówi, kiwając główką.
— A nie da, Jędruś! Nie da! — śmieje się mama, wysypując krupy z garnka na miskę.
Tego już zawiele. Jędruś głodny, czeka od rana na „papu“, a teraz mu nie dają! Jędruś odwraca się od mamy, kąciki ustek jego opadają na dół i choć mama woła za nim, Jędruś chwyta się rączkami ścian i, rzewnie płacząc, wybiega na dwór.
— Wróć się. Jędruś! Już ci mama dają — woła Jagna, której teraz zrobiło się przykro, że żart jej Jędruś wziął tak bardzo do serca.
Ale że Jędruś nie wraca, Jagna rada nie rada bierze miskę ze stołu i idzie go szukać. Znajduje go aż pod gruszą w sadzie, zanoszącego się od płaczu, Jakże? Obiecywali mu, obiecywali, a kiedy miska była już na stole i Jędruś nawet łyżkę trzymał w garści, powiedzieli, że nie dadzą... Jędruś tak się na mamę obraził, że nie dał sobie obetrzeć noska i wyrwał się, kiedy go mama całowała. Z trudem posadziła go Jagna na trawie, między rozstawione szeroko nóżki wsunęła mu miskę i, wetknąwszy w rączkę łyżkę, rzekła:

Synek pp. Stanisławowstwa Ordów w parku.
— Nie becz, Jendruś, ino papaj, a nie samo mliko, ale i krupy.
Dąsał się jeszcze Jędruś i, choć na widok miski odrazu mu się odechciało płakać, buczał jeszcze i buczał, dopóki mama nie znikła w drzwiach chałupy. Ale jak tylko stracił mamę z oczu, jak się nie weźmie do jadła! Mleko nie mleko, krupy nie krupy nikły w buzi Jędrusia. Jadł Jędruś nie gorzej od niejednego parobczaka, ale bo i niejeden parobczak nie napracował się tyle, co Jędruś dzisiaj. Nie kołysał to Marysi, nie napoił to tiutiek? Będzie jadł, bo mu się jeść chce, będzie jadł, bo mu się obiad należy, będzie jadł, póki nie zje wszystkiego. Dzwoni Jędruś łyżką drewnianą o brzeg miski, sapie i je, aż mu rzęsisty pot wystąpił na czoło.
— Doble! Doble! — powtarza, ale nie zjadł jeszcze i trzeciej części, a już mu i mleko i krupy mniej smakować zaczęły. Już nie broni muchom siadać na misce, a nawet ujrzawszy ptaszka, który z gałązki trzepnął ogonkiem w stronę Jędrusia, nabrał pełną łyżkę mleka i chlusnął na trawę. „Maś, papaj!“ zawołał głośno, ale głupi ptaszek przestraszył się zamiast zjeść, co mu Jędruś dał, frunął na drugie drzewo.
Znowu sięgnął Jędruś do miski, gdy w tym o jego nóżkę otarło się coś chłodnego. „A! a!“ — wykrzyknął Jędruś i z wielkiego podziwu zamiast łyżkę włożyć do ust, machnął nią i mleko wylał sobie na brzuszek.
— Tuż koło Jędrusia przesunęło się coś długiego, zwinnego i święcącego w promieniach słonecznych, jak paciorki na maminej szyi.
Pierwszy wierzchowiec. (fot. amat. p. J. Jelowickiej z Zahorców). Mała ogrodniczka.
| ||
— A! powtórzył Jędruś w zachwycie i z oczu nie spuszcza dziwnego stworzenia, które, zwabione zapachem mleka, podpełzło, tuż, tuż, prawie do samej miski.
— Tiutka nie tiutka — kręci główką Jędruś. — Oci ma, lucha się — tiutka — zawyrokował wreszcie, tylko jakaś taka inna od wszystkich tiutiek, które widział dotychczas. Taka długa i cienka, jak bat tatusia.

Uniósł się Jędruś troszkę, ażeby lepiej zobaczyć tiutkę, a przy tym poruszeniu miska pochyliła się na stronę tiutki. Trawa zaszeleściła i tiutka znikła z oczu Jędrusia.
— Chodź, chodź — zaprasza ją Jędruś i czeka chwilę, ale, że tiutka nie wraca, zaczyna na nowo jeść kaszę z mlekiem.
Ledwie jednak przełknął dwie czy trzy łyżki, tiutka ukazuje się po przeciwnej stronie miski.
— Cieś papać? Papaj! — mówi Jędruś i widzi z radością, że tiutka podnosi płaski świecący łepek, wyciąga się do góry, wygina się i nareszcie spuszcza pyszczek do miski.
Jędrusiowi dech zaparło z radości, buzię otworzył i patrzy. Tiutka z początku ślizga pyszczek po brzegu miski, aż natrafia na mleko! Zaczyna pić!
Ach, jak się Jędruś ucieszył. „Papaj, papaj“ — powtarza z czułością i wyciąga rączkę ponad miskę, chcąc pogłaskać łuskę tiutki. Nie zdążył jednak spełnić swego zamiaru, bo tiutka, poczuwszy zakołysanie się miski, wyciągnęła szyję, podniosła łebek i, patrząc na Jędrusia czarnemi, przenikliwemi oczkami syknęła złowrogo, wysuwając z pyszczka rozdwojony języczek.
Nachmurzył się Jędruś — i spojrzał na tiutkę nieufnie. Dał tiutce swego „mlika“, dał swoich „klup“, a tiutka chciała go „ujeść“. Na złość tiutce sięga łyżką do miski i zaczyna jeść, prędko, żeby dla tiutki nic się nie zostało.
Ale tiutka nic sobie z tego nie robi; wpuściła pyszczek do miski i ciągnie, a ciągnie mleko.
Przypomniał sobie Jędruś mamine słowa:
— Nie papaj siamo mliko! Papaj klupy — krzyknął i patrzy, czy go też tiutka usłucha.
Gdzie tam! Tiutka nie boi się go wcale, mleko pije, a krupy het zostawia.
— Nie papaj siamo mliko! Papaj klupy! Klupy!wrzasnął czerwony z gniewu i bęc! bęc! bec! tiutkę po łbie i grzbiecie.
— Jezusie! — rozległ się nad główką Jędrusia okrzyk przerażenia Jagny, która nadeszła zobaczyć, czy Jędruś skończył jeść obiad, i nim Jędruś zrozumiał, co się dzieje, mama go porwała pod paszki, uniosła z ziemi i jak piorun wpadła do izby.
— Wojtek! Leć ino pod gruszę, wąż się zakradł do Jędrusiowego mlika, ubij go, bo nam dzieci urzeknie — krzyknęła tak gwałtownie, że Wojciech, jak siedział, porwał się i wybiegł na dwór.
Próżno jednak przetrząsnął trawę i krzaki; wąż, skarcony dłonią Jędrusia, dał takiego nura, że ani śladu po nim nie zostało.
Wrócił Wojciech do izby, gdzie Jagna jeszcze nie ochłonęła z przerażenia.
— Zwidziało ci się rzekł, stawiając z powrotem w kącie siekierę, którą miał zamiar zabić węża.
— Jakże? Zwidziało! wykrzyknęła oburzona Jagna. — nie mam to oczu? Pił z Jędrusiowej miski, a że go Jędruś po łbie wymłócił łyżką. Prawda, Jędruś, że wąż pił twoje mliko?
— Nie ąs, tiutka — poprawił mamę Jędruś.

Małachowskich przy nauce.
Marzyłem słodko, tak jak tylko po balu rolników marzyć można. Powiało na mnie coś od pola, od roli, jakaś świeżość myśli i uczuć... Nigdy bo Warszawa nie była tak „rolnicza“, jak podczas bieżącego karnawału.
Marzyłem słodko, a raczej marzę jeszcze, bo choć już Popielec popruszył głowy, wizje karnawałowo-rolnicze snują się i rosną runią wrażeń przeżytych, niby jakiś dobry sen-jawa.
Bo pomyślcie tylko, co się tego w ciągu paru tygodni uzbierało.
Więc najpierw zjazd ziemian na ogólne zebranie Centralnego Towarzystwa Rolniczego, zjazd różnych kółek rolniczych, rady i narady, gawędy i rozprawy: emerytura pracowników rolnych, kooperatywa, gospodarstwa inwentarzowe i bezinwentarzowe! Codziennie sale Resursy Obywatelskiej zapełnione!
A potem święto literackie wsi polskiej, złote gody „Gazety Rolniczej“. Ileż wspomnień! ile zapamiętania godnych faktów i wydarzeń!“
Łamy „jabilatki“ to rzekłbyś jeden wielki pamiętnik pracy obywatelskiej, bo jak, nie bez słuszności wyraził się pierwszy jej redaktor ś. p. Adam Mieczyński: „w Polsce rolnictwo i obywatelstwo to jedno“.
Więc masz w tym pamiętniku omal wszystko przeżyte na roli w ciągu pięćdziesięciolecia. I zawody i troski i nadzieje i to, co się prawdziwym postępem zowie i to co obywatelskość strzedz i zachować dla przyszłości nakazywała.
Masz całe pokolenia pracowników zasłużonych! tych co odeszli, zostawiając żałość po sobie, i tych co po nich na posterunku dalszą służbę spełniają. Zmartwychwstaje ci w pamięci niezapomniana postać Tadeusza Kowalskiego, Aleksandra Kłobukowskiego, ruchliwa sylweta długoletniego redaktora „Rolniczej“ Aleksandra Trylskiego, z młodszych a przedwcześnie od pracy przez śmierć odwołanych: radcy Stanisława Wrońskiego, nieodżałowanego działacza Stanisława Chełchowskiego... staje ci w myślach cały okres trudów, zamierzeń i wierzeń, których pars magna fuerunt. Wreszcie dzisiejsi uczciwej orki spadkobierce.
I nie koniec na tem. Znowu wiatr od pola...
Wprawdzie inne echa niesie, ale równie swoje, nasze, jeno na innej skoczniejszej nucie zapoczęte.
Po pracy — zabawa.
Pierwszy bal rolników. Salony Resursy kupieckiej w emblementa rolniczo przystrojone. A i żywych kwiatów i kłosów w bród! Zbiegły się, niby ptactwo wyrajem, ze wszystkich dzielnic, z nad Wisły, z nad Świsłoczy, z Podolskich niw, z Wołyńskiego uroczyska, od Niemna i od Warty. Są i w borach litewskich zakwitłe i na ukraińskiej glebie wyhodowane.
Sunie para za parą...
Pasiesz oko i marzysz, a w duszy co chwila dzwoni ci piosnka: „gdybym był młodszy dziewczyno! gdybym był młodszy“.
Pasiesz oko i marzysz jaki to z tego balu może być eventus w niedalekiej przyszłości.
Czasem cię jakaś wieść matrymonialna doleci. A ty marzysz i marzysz licząc parę po parze: jak się to złoży?
I, choć już sam wyszedłeś z formy, planujesz szczęście drugich, osadzając przesuwające się w wirze walca, kwiaty i kwiatuszki na roli, na przyszłe Marynie Połanieckie.
Na roli...
Łatwo to powiedzieć! ale przy dzisiejszych cenach ziemi...?
Zamyślasz się na ten temat, szukasz sposobu wyjścia, szukasz śródków, martwisz się poprostu, bo chciałbyś aby te modro-czarno-piwne-okie, złoto i kruczo głowe Zosie, Jadzie, Hele, Cesie jak najprędzej na gruncie“ osadzić...
I... Dla chcącego nie ma nic trudnego... Eureka!
Znalazłem fundusz i to znaczny, już nie tysiące, Bo pomyślcie tylko! 30% podwyżka ponad obecną normę pożyczek Tow. Kredytowego Ziemskiego! Prawda, że część z tego zabiorą wierzyciele (mój Boże! któż ich nie ma?), ale bądźcobądź okroi się tyle, że można będzie paręset par ziemiańskich wprost z kobierca osadzić na własności... większej.
Powiadam „większej“ a nie „dużej“, bo... bo... Ale o tem poniżej.
Rzućmy okiem po sali.

i Komitet balu rolników (fot. M. Fuksa).
Właśnie panna Marynia z Płockiego tańczy z dzielnym Sandomierzakiem. Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi. Wiedzą więc, że mimo dużego obszaru, u rodziców nadobnej pary z gotówką krucho. Ale teraz... Gdyby uroczej pannie Maryni dano w posagu owe 30% zwyżki, a dzielny Sandomierzak również owe „skórki baranie“ z tego źródła otrzymał... to razem wystarczałoby na kupno jakiegoś 5-włókowego folwarczku, no i...
W Belgji, Anglji, Francji, nawet w niektórych okolicach Niemiec taki obszar to już latifundium!
A u nas? U nas między dużą a małą własnością... luka! A pora by była już tę lukę wypełnić...
Marzmy dalej! Pięć włók... bagatelka! Jużcić siejąc tylko owies i pszenicę nie wieleby to dało, ale dlaczegóż nie stworzyć na takiej przestrzeni gospodarstwa specjalnego...
Proponuję więc niech panna Zosia in spe pani Janowa namówi małżonka do uprawy roślin farbiarskich, Marynia nakłoni swego Henia do produkcji nasion traw, panna Lola niech zastrzeże intercyzą hodowlę drobiu, a dalibóg, że na srebrnem weselu podziękują mi za dobrą radę!
Reszcie uroczych Helenek, Jadwiń, Celinek, Janek, Julciom, Mirom, Stasiom pozostawiam do wyboru: warzywnictwo, sadownictwo, a nawet kwiaty.
A jakby to ładnie było, gdyby już na przyszłym balu rolników dekorację żywych kwiatów uskuteczniono kwiatami „ciętemi“ w płockiej Woli lub kaliskiej Dąbrówce!

(z albumu ofiarowanego w r. 1862 księżnej Leonowej Sapieżynie,
będącego obecnie w posiadaniu p. Romana Czaykowskiego z Kamionki Wołoskiej w Galicji).
Zmierzch pada... szara godzina...
Zaduma snuje się marą...
Na ścianie jakaś rycina...
Taki obrazek na szaro...
.............
Zmierzch pada... szara godzina...
Zaduma piersi rozpiera...
O płowej główce dziecina
Patrzy z obrazka Grottgera!
Lat tyle... Stara rycina...
Zaduma snuje się marą...
I zawsze szara godzina!
I zawsze szaro... i szaro!
.............
I dni wciąż łzawsze i łzawsze...
I zawsze w szarej godzinie...
I zawsze, zawsze... ach! zawsze,
Jak na Grottgera rycinie!
EL.
W ziemi Samborskiej, nad Tyśmienicą, dopływem Dniestru, w cieniu lip stuletnich, położony jest dwór Wróblewiecki, którego mury i otoczenie niejedną ciekawą legendę z czasów kontuszowych pamiętają. Własnością był rodziny Ustrzyckich. Bogusław i żona jego Konstancja z Siemianowskich, zakładając podwaliny tego dworu w myśli przekazania go dzieciom, nadali mu wybitne piętno szlacheckiej sadyby polskiej. Wprawdzie nieodzowny w tych czasach wpływ francuzczyzny i tu dotarł, jednak przybysz stanąwszy przed gankiem, mimowoli wspomni, że podobnie musiał zajazd w Soplicowie wyglądać, a i tam Wojskiemu by w tych komnatach obco nie było. Trzy pokolenia, a raczej trzy wybitne indywidualności przekazały się tu pamięci potomności. Jedna to wyżej wspomniany Bogusław Ustrzycki, kasztelan inowłocki, postać poważna i zajmująca z epoki saskiej, warta bliższego poznania i charakterystyki. Pan fortuny wielkiej, na dworze Augustów ceniony i lubiany, oprócz zajęć społecznych pro publico bono, zajmował się wiele losem swych poddanych i administracją dóbr a znakomite jego notatki I księgi gospodarcze niejednego w kąt by zapędziły. Zachowały się ciekawe listy jego, pisane do syna, który kończył edukację we Włoszech — przebija w nich szczere zamiłowanie piękna i znajomość sztuki, czego zresztą dal dowód przy budowie tego domu, do którego nie jeden szczegół i szkic jego ręką był wypracowany.

Córka jego Urszula w r. 1782 poślubiła Rafała Tarnowskiego, marszałka konfederacji barskiej w Sandomierskiem; pośmierci rodziców zamieszkała w Wróblewicach i dzieło przez ojca zaczęte z całem zamiłowaniem dalej prowadziła. Dzielnego rodzica córka, sama też niepospolitą była niewiastą, wykształcenia i talentów niepowszednich I za jej życia dwór w Wróblewicach nie jednym znakomitym gościem mógł się poszczycić. Pamiętnik jej (w części tylko wydany), w którym czasy rozbiorowe I zdarzenia historyczne przytoczone są jasno i treściwie, prawie męskiem pismem, obfituje w wiele ciekawych szczegółów i epizodów, których sama naocznym świadkiem była — zaś korespondencja jej z wieloma gośćmi czwartkowych obiadów, stanowi cenną część archiwum tutejszego. Pani Urszula ze wszystkich dóbr swych najbardziej Wróblewice ukochała, widać też na każdym kroku jej rękę, tak w ogrodzie, jak i w domu, pełnym dzieł sztuki i ksiąg, który ze znawstwem i lubością gromadziła.
Prawnuk jej, Władysław hr. Tarnowski († 1876), to trzecia postać pełna charakteru; hojnie przez naturę wyposażony, rwący się do wszystkiego, co piękne i dobre, poświęcił się cały sztuce, poezji i muzyce. Główną część życia po 63 roku spędził w podróży po Europie, Azji l Ameryce, występując często z koncertami l wykonując swe utwory, z których, oprócz kilkunastu kompozycji fortepianowych już wydanych, leży kilka oper wykończonych w manuskryptach. Do Wróblewie na krótko tylko i rzadko wracał, lecz mimo to kochał w nich tradycję i pamiątki, i do dawnych przesyłał z podróży, z Włoch, Indji i Chin, wiele cennych dzieł sztuki.

własność Jana hr. Tarnowskiego
Nieubłagany ząb czasu — oraz siedem pokoleń, kolejno w Wróblewicach po sobie następujących, mimowoli starły pierwotne piętno domu; jednak wiele tu jeszcze rzeczy cennych i tem ciekawych, że każdy przedmiot związany z tradycją dawnych czasów.
Podane ilustracje przedstawiają dom, który o ile zewnątrz skromnie wygląda, o tyle wewnątrz formą architektoniczną przynosi zwiedzającemu niespodziankę.
Pokoje duże, o wielkich oknach, każdy innego rodzaju i kształtu, zdobne są w gustowne nyże, kominki i supraporty, wykonane według wzorów pana Bogusława we Włoszech. Sala duża, zajmująca środek domu, mieści dwa olbrzymie piece kaflowe gdańskie z XVIII-go wieku wyobrażają one ścięte do połowy kolumny, osadzone na szerokich podstawach, które przybrane są również kaflowemi festonami. W ogrodzie znajduje się wiele kamiennych ozdób barokowych, między niemi ładna brama z dwoma tygrysami, trochę archaicznemi, opartemi na lawetach armatnich, oraz stół kamienny z ciekawym napisem z r. 1764.
Kościół tuż przy domu położony — obrócony później na cerkiew — pochodzi z tego samego czasu i jest stylowym zabytkiem XVIII-go wieku.
Obecnym właścicielem Wróblewic jest Jan hr. Tarnowski, bratanek hr. Władysława, ożeniony z hr. Anną Dzieduszycką.
Marzec. Sezon zimowych łowów dobiega już swego kresu. Płowa zwierzyna dostaje salwa-gwardje od łowieckiego kodeksu i tylko nad drapieżnym mykitą, nad dzikiem — szkodnikiem zawisła nieustająca obawa. Za nimi łowieckie listy gończe przez rok cały chodzą, ale lis w lutym, czasu amorów, lenieje, więc już nie na „lisiurkę“, a tylko z nienawiści myśliwskiej na życie jego, nie na skórkę godzą. Dzik — tego roku wciąż „czarną stopą“ chadzając, tu u nas przynajmniej, w Królestwie, szczęśliwiej niż innych lat wymykał się z obieży. Teraz, kiedy spadło nareszcie trochę śniegu, niejedno pewnie niemiłe mieć będzie z myśliwymi spotkanie.


Rezultaty tegorocznych łowów na ogół dość dobrze się przedstawiają. Z rozrzuconych po różnych specjalnych i nie specjalnych pismach notatek i sprawozdań z polowań trudno sobie jednak całokształt tego rezultatu dobrze uprzytomnić.
Dla uzyskania właśnie takiego, o ile można, zupełnego całokształtnego naszych łowów obrazu zestawiliśmy (patrz str. 41 i 42) pojedyncze rezultaty w szematyczny krótki przegląd, starając się uwzględnić wszystkie okolice kraju.
Z powodu późnego nadsyłania sprawozdań myśliwskich nie mogliśmy uwzględnić już tych, które nadeszły po oddaniu numeru do druku. Z tego samego powodu sprawozdanie o ostatniem polowaniu w Szepetówce, którego niemożna już było wprowadzić do obliczeń szematycznych podajemy tutaj osobno. Odbyło się ono w lasach Szepetowskich na Wołyniu, hr. Józefa Potockiego, właściciela Antonin, w dniach od 30 stycznia do 2 lutego, czyli przez 4 dni. W 14 strzelb i 14 miotach ubito. 198 sztuk grubego zwierza, a mianowicie: dzików-odyńców 22, wycinków 12, loch 26, przelatków 9 i warchlaków 71, czyli razem dzików 140, a prócz tego 48 rogaczy i 10 danieli.

ks. Karola Radziwiłła.
W przepięknych tych łowach, prócz hrabiego-gospodarza przyjmowali udział: Książęta Stanisław, Zdzisław, Adam i Hubert Lubomirscy, ks. Paweł Sapieha, margrabia Wielopolski, hr. Roman Potocki z Łańcuta, hr. Zdzisław Tarnowski, hr. Ksawery Branicki, hr-wie Tomasz i Florjan Zamoyscy, hr. Stanisław August Potocki i p. A. Śliwiński, pełnomocnik dóbr Antonińskich, będący zarazem wice-prezesem Szepetowieckiego oddziału Tow. prawidłowego polowania.

u państwa Witoldowstwa Iłłakowiczów (fot. amat. p. H. Trojanowiczowej).
Zestawiliśmy szematycznie rezultaty 117 polowań, odbytych w Królestwie, na Wołyniu, Ukrainie, Litwie i w Poznańskiem w ciągu 183 dni łownych. Rezultaty są imponujące, jakkolwiek nie są zupełnie dokładne, albowiem w zestawieniach naszych mogliśmy tylko korzystać z kroniki większych zebrań myśliwskich, urządzanych planowo, brak więc listy odstrzału prywatnego, dokonywanego przez właścicieli terenów łowieckich à l’improistve, kiedy wychodzi się w pole z psem w pojedynkę lub z przygodnym gościem, lub kiedy pojawienie się w rewirze myśliwskim przechodniej grubszej zwierzyny, wywołuje jej przypadkowy odstrzał. Kronika takich przygodnych łowów jest bardzo bogata i z pewnością wyrównuje, przynajmniej co do jakości zwierzyny (rzadszej), na zestawieniom z polowań planowo organizowanych. Wszelkie przygodne polowania na słonki na ciągach, cietrzewie, głuszce i jarząbki na tokach i grze na rogacze na pürsz, na grubą zwierzynę „na wabia“, „na wychodnego“ odpadają tutaj.

Z zestawienia jednak posiadanego, dość bogatego, materjału widzimy, że na polowaniach organizowanych padło 33615 zajęcy, 9709 bażantów i 4091 kuropatw.
To cyfry główne dla poglądu na stan zwierzyny drobnej i na hodowlę bażantów. Zajęcy zatem jest dużo, kuropatwy mało są oszczędzane i cyfra 4091 sztuk jest małą, w stosunku do przestrzeni kraju, choćby do niej dodać podwójną cyfrę sztuk zabitych przygodnie. Jeżeli zważy się, że co roku kilka, co najmniej, tysięcy sztuk sprzedają na targach kłusownicy-dusiciele i że znaczna ilość kuropatw ginie od drapieżników, to widać odrazu, że ochrona łowiecka nad kuropatwami jest u nas niedostateczna i zaniedbana. Rezultat od strzału bażantów, także niezupełnie ścisły, jest jednak średni, w stosunku do liczby istniejących w kraju bażantarni. Ale można to tłómaczyć tem, że właściciele odstrzał ten miarkują oszczędnością.
Co do zajęcy jeszcze, dodać należy, że cyfra 33 tysięcy jest dobra, ale że powstała ona głównie z rewirów wyjątkowo pielęgnowanych, że zatem są całe przestrzenie w kraju, gdzie ochrona zajęcy jest niedostateczna i stan ich słaby.
Co do zwierzyny grubszej, rozkłady jej są bardzo słabe. Rogaczy 98 sztuk zaledwie na 183 dni łownych! dzików 20, z tego w Spale 8, podrubryką „jelenie“ są właściwie tylko 3 pozycje, t. j. 7 łosi, zabitych w Dawid-gródku, 14 jeleni zabitych w Spale i 7 danieli upolowanych w Olesznie u p. S. Niemojewskiego. Wypada zatem na tereny łowieckie w Królestwie — zero. Nie mieliśmy pod ręką danych z rewirów jelenich w lasach Koneckich, Niekłańskich, Iłżeckich, z Wołynia, Podlasia i Litwy. Coś tam padło jeleni naturalnie. Ale na Królestwo pozostaje zero.

Ogólna cyfra ubitej na 117 polowaniach zwierzyny wynosi 49 tysięcy. W stosunku do liczby każde polowanie, w stosunku zaś do liczby polowań wypada zatem prawie po 248 sztuk na dni łownych prawie po 159 sztuk na każdy dzień. Jako rezultat przeciętny jest to cyfra dobra, ale nie należy zapominać, że główną jej zasługę przypisać trzeba pewnej liczbie wyjątkowo dobrze prowadzonych gospodarstw myśliwskich, gdzie cyfry te dochodzą do tysiąca sztuk i więcej na jednodniowym rozkładzie.
Dodajemy wreszcie objaśnienie, że w rubryce „różne“ policzyliśmy też króliki, których padło w ubiegłym sezonie około 1800 sztuk.
Reasumując nasze wnioski z tych cyfr musimy dojść do wyniku stwierdzającego u nas przeciętnie dobry stan zajęczy, niedostateczny ptactwa, bardzo słaby zwierzyny grubszej.
W pierwszej połowie stycznia r. b. odbyły się wspaniałe trzydniowe łowy w Porycku, na Wołyniu, u hr. Stanisławowstwa Czackich.
W tej wyjątkowej w powiecie, a prawdziwie królewskiej kniei, roiło się od dzików, sarn i zajęcy, i mimo braku ponowy w początkach, a śnieżnej słoty w końcu, co bardzo utrudniało prowadzenie polowania, ubito w 13 strzelb: 16 dzików, 41 rogaczy, 14 lisów i 405 zajęcy.
Z myśliwych, z różnych stron kraju, królowali tacy znani strzelcy, jak ks. Adam Lubomirski, hr. Ksawery Branicki, hr. Kaszowski-Iliński, p. Dachowski i sam gospodarz hr. Stanisław Czacki, którzy z powodu swoich świetnych strzałów najwięcej mieli zwierzyny na rozkładzie.
Przytem sam wygląd polowania był nadzwyczaj czarujący i malowniczy. Codziennie, punktualnie o 9-ej rano wyjeżdżał z pałacu cały szereg pięknie zaprzężonych sani, wiozący myśliwych do lasu, gdzie ich czekał drugi szereg sani, specjalnie do polowania sporządzonych, z siedzeniem przez środek, aby myśliwi, siedząc plecami do siebie, mogli łatwiej zejść na stanowiska, gdzie ich rozwożono pod komendą nadleśnego.
W południowych godzinach w lesie śniadanie na bardzo ładnych stołach, z kanapkami i fotelikami z brzozowego drzewa z korą i takież altanki, z których jedna szczególniej wyróżniała się dobrym smakiem i wyglądała nadzwyczaj efektownie, cały bowiem daszek miała z drzewa brzozowego z korą, boczki kunsztownie wyłożono mchem, zaś w samym środku wejścia obraz św. Huberta.
To wszystko razem, wraz z nadzwyczajną gościnnością samych gospodarstwa, pozostanie na długo w pamięci uczestników tych łowów i nie jednego marzeniem już dziś przenosi do roku przyszłego.


— Kochanego sąsiada! a godziż się to tak o najbliższem swojem sąsiedztwie zapominać? toć my się już z miesiąc niewidzieli.
— Ba, chciałaby dusza do raju, ale cóż kiedy ta przeklęta noga tak mię darła, jakby ją kto dotego wynajął.
— A jakże szanowna pani?
— A no tak jak groch przy drodze, to lepiej, to gorzej, to ból w jednym ręku, to w drugim, już czuję, że się bez Toeplitzu znowu ten rok nieobejdzie.
— A cóż doktór mówi?
— Kazał nam obojgu kąpać się codzień w gorącej wodzie z solą, ale cóż? jest wprawdzie na strychu drewniana wanna, w której żona przed świętami, raz na rok, dzieci kąpie, ale to taka awantura zanim nanoszą ciepłej i zimnej wody, to całe schody zalane, i tyle błota i brudu, że się człowiek woli wszystkiego odrzec dla świętego spokoju.
— A no wybaczy kochany sąsiad, ale droga do Toeplitz bez tysiąca rubli się nie obejdzie, a urządzenie łazienki wraz z pompą i piecykiem za 300 rubli doskonale wykonać można, ot pokażę sąsiadowi moją łazienkę, która mnie nawet niecałe 200 rubli kosztowała, z drugiej znowu strony znam przecie dobrze od dziecka dom kochanego sąsiada, i wiem, jak on jest ogromnie wilgotny, i ztąd to pochodzą te ciągłe reumatyzmy, które nietylko was, ale śmiało można powiedzieć w mniejszym lub większym stopniu obecnie połowę naszych ziemian trapią, gdy dawniej tego nie było.

I rzeczywiście, w dawnych czasach nasi praojcowie swoje mieszkania i to nietylko zamki i zameczki dla ułatwienia obrony, ale i zwykłe domy w późniejszych czasach, budowali na szczytach gór i pagórków, w miejscowościach suchych i przewiewnych, i dla tego to reumatyzmów, ischiasów i t. d. nieznali, a prócz tego w każdym domu była łaźnia, której mieszkańcy po kilka razy na tydzień używali i to nietylko sami, ale dobry gospodarz czujną zwracał uwagę, aby i cała służba tak domowa jak i folwarczna, przynajmniej raz na tydzień łaźni używała.
Jest to tak dalece prawdą, że do dziś dnia w północno-wschodniej Rosji, gdzie, jak wiadomo nietylko ludzie zamożni, ale każden chłop, każden nawet wyrobnik leśny, przynajmiej raz na tydzień w sobotę, jako obrzędu religijnego łaźni używa, takowa nazywa się „polska bania“, gdyż przez jeńców wojennych Polaków urządzenie to rozpowszechnionem zostało.

Dla jakich powodów jednak u nas ten niesłychanie hygieniczny „obrzęd“ poszedł w zapomnienie? trudno objaśnić. Co jest jednak faktem to, że kiedy w Rosji napół dziki leśny wyrobnik zaczyna od wybudowania łaźni, a w ostateczności jeżeli pracuje sam i w danej miejscowości czasowo, to kopie jamę w ziemi, nalewa w nią trochę wody, wrzuca kilka rozpalonych kamieni, i nawet w najtęższe mrozy rozebrawszy się na górze, włazi w jamę, i tam się parzy, boć przecie „niepriliczno kreszczonemu czełowieku niewyparywszyś świetłoje woskresienije wstrieczat“, to u nas znaczna część ludu wiejskiego kąpie się dwa razy w życiu, pierwszy raz gdy baba obmywa po urodzeniu, i drugi gdy go obmywają do trumny. A w klasach zamożniejszych, także co do kąpieli wiele by się powiedzieć dało.

A tymczasem śmiało powiedzieć można, że przy dobrze urządzonej parówce, przynajmniej raz na tydzień używanej, a w razie potrzeby w porę natychmiast po wypadku, np. przeziębienia; połowy chorób rodzaj ludzki trapiących uniknąćby można, np. większości infekcyjnych.
Tymczasem w ogromnej większości naszych wiejskich dworów, „przez oszczędność“ nietylko parówki, ale nawet zwykłej łazienki w której by się można codziennie bez „awantur“ wykąpać zupełnie niema.
Zato wszędzie istnieje ogromny salon z pająkiem, przez całą zimę nieopalony, a przez cały rok nigdy nie uczęszczany, z meblami w pokrowcach, pusty, i zupełnie niepotrzebny. Otóż gdyby zamiast owego ogromnego salonu była w domu łazienka, to najprzód kosztowałaby ⅟50 część tego co kosztuje urządzenie salonu, a powtóre na uniknięciu znacznej liczby chorób, oszczędziłoby się przynajmniej tyle rocznie, ileby opał i utrzymanie onej łazienki kosztowały.
Druga rzecz także ogromnie ważna, a na którą się u nas zwykle niezwraca uwagi, jest wybór miejsca na postawienie domu mieszkalnego.
Więc tedy dom należy budować na górze, lub pagórku, jeżeli zaś takiego miejsca w danym majątku niema, to nawet na równinie wybrać miejsce najwyżej położone, co się zawsze znajdzie, z pomocą prostej niwelacji zrobionej długą linią drewnianą i libelką albo kątomiarem, wogóle kosztem paru rubli.
Drugą nieodzowną rzeczą jest zbadanie, podkładu, czy niema w nim czasami wody zaskórnej, czego można z łatwością dokonać bądź zapomocą łopaty wykopać jamę na kilka łokci głęboką, bądź zapomocą świdra ziemnego kosztującego około 8 rubli, a sięgającego do 3 sążni, który to świder w każdym magazynie maszyn rolniczych dostać można.
Przy nadawaniu kierunku budynkowi pamiętać, żeby kierunek był taki, aby południe trafiało po przekątnej w dwa rogi domu, w ten sposób każdy pokój trochę słońca dostanie, co dla hygieny jest nieodzownem. Przy rozmieszczaniu zaś pokojów według planu, pilnować ażeby pokoje sypialne były zwrócone na południo-wschód, i wogóle o tem że pokoje sypialne powinny być najobszerniejsze, najlepiej wentylowane, i jak się mówiło wyżej najwięcej słoneczne.
W samej rzeczy, w żadnym z pokojów mieszkalnych nie spędzamy bez przerwy tyle czasu jak w sypialnym to raz, a powtóre w każdym innym pokoju przez ciągłe otwieranie i zamykanie drzwi, a w lecie i okien powietrze się zmienia, gdy tymczasem w pokoju sypialnym od wieczora do rana zarówno drzwi jak i okna hermetycznie stoją zamknięte, że zaś człowiek przez oddychanie, wyziewy przez skórę i t. d. psuje na godzinę około 20.000 litrów powietrza, reszty się łatwo domyśleć.
Rozmieściwszy więc odpowiednio na planie pokoje, co powinno nastąpić po długiej naradzie ze wszystkiemi zainteresowanymi, a to w tym celu, żeby potem wszelkich nadzwyczaj kosztownych zmian i przeróbek uniknąć, przystępujemy do zakładania fundamentów, pomiętając, że „w jamę złoto a w ściany choć błoto to będzie stało“, to znaczy że na fundamenty powinień być użyty wyborowy materjał, i tu już żadnych oszczędności robić nie można.
Fundamenty powinny być wyprowadzone najmniej dwa i pół łokcia od powierzchni ziemi, dalej między wkołem a ziemią mniej więcej w połowie, co parę łokci powinny być na wylot otwory wielkości mniej więcej na jedną cegłę na płask, zamykane drzwiczkami które przez całe lato powinny być otwarte, dalej, nienależy robić broń Boże żadnych podsypek, chyba na kilka cali nasypać żwilów, lub tłuczonego szkła, jeżeli go dostać można, co od myszy zabezpiecza.
Wszelkie bowiem podsypki ziemi, jakoby dla ciepła robione wprawdzie od przewiewania podłogi bynajmniej niezabezpieczają, ale za to gdy z czasem osiądą, zostawiając kilkocalowe puste miejsce, między podłogą a ową podsypką, to miejsce to stanowi doskonałe mieszkanie dla myszy i szczurów, a przy tem niezmiernie sprzyja dla rozwoju grzyba i gnicia podłogi. Do tych dwuch ostatnich celów z korzyścią bywają użyte heblowiny i wióry z podłogi, także „dla ciepła“ nieraz między podsypkę a podłogę zakładane, które zwykle są przyczyną, grzyba.
Powtarzam więc, żeby między dnem a podłogą było zupełnie puste miejsce zawierające słój powietrza niemniej (lepiej wiecej) niż dwa i pół łokcia gruby i tylko w ten sposób będziemy mieli suche fundamenta, suchą podłogę, a niebędziemy miel grzyba.
Że podłoga powinna być podwójna, jedna t. zw. czarna na podszywkach pod legarami leżąca, druga na legarach ułożona t. zw. czysta, i że między niemi przestrzeń, około dwunastu cali wynosząca, o tem każden przecie wie, tą przestrzeń między temi dwoma podłogami czyli puste miejsce najlepiej zasypywać i naturalnie starannie ubijać suszoną miałką gliną, lub popiołem, na tak zw. czystą podłogę nakłada się wojłok, w ostateczności smołowcowy papier podwójny, i na to dopiero posadzkę. Że cały materjał użyty na podłogę powinien być absolutnie suchy, najlepiej w parowej suszarni suszony, to także każdemu wiadomo, a przynajmniej powinno być wiadomo.
Co się tyczy pieców i kominów, to zadalekoby nas to zaprowadziło, a i tak już zapewne redakcja niezadowolona, że się o takich pospolitych rzeczach mówi, jedno jednak dodać muszę, że kominy powinny być wyprowadzone z fundamentu, prosto na sam wierzch, i powinny być podzielone na tyle oddzielnych zupełnie cugów, czyli kanałów, ile się przewiduje w domu ognisk, gdyż tylko w ten sposób piece nigdy dymić nie będą, jeżeli każden piec będzie miał swój oddzielny kanał aż na wierzch komina wyprowadzony, a jeżeli przytem kanały cugowe łączące ogniska z kominami będą gładkie, bez załamywań, a przedewszystkiem zwężeń, to przecięcie takiego kanału cugowego 6x6 cali czyli około 36 cali kwadratowych w przecięciu najzupełniej wystarczy, a przytem niezbyt przyjemne oczyszczenie kominów przez kominiarzy, okaże się zupełnie niepotrzebnem.
Komin taki w przecięciu wygląda jak plaster miodu, liczy bowiem zwykle dwanaście oddzielnych kanałów.
Samo z siebie wynika, że oprócz kanałów dla pieców i kominów, powinny być w tychże kominach kanały dla wentylatorów, których najmniej jeden w każdym pokoju, a w sypialnych po trzy być powinno, lepiej więc narobić tych kanałów większą liczbę na zapas.
Wogóle pamiętać o tem, że świeże powietrze jest podstawą zdrowia, i głównym takowego czynnikiem, jemy bowiem zwykle trzy razy na dobę, śpiemy jeden raz, ale oddychamy kilkadziesiąt tysięcy razy, jeżeli więc za każdem odetchnieniem, wciągamy w siebie bodaj maleńką ilość zepsutego powietrza ile to się tego w naszym organizmie bodaj przez jedną godzinę nazbiera?

Zaraz, zaraz panie redaktorze! już, już kończę!
Zresztą każdy z nas posiada najmniej kilkadziesiąt wyrazów angielskich dotyczących sportów koni i t. d., obowiązkowo nosi nie inne jak angielsko-łódzkie korty na ubraniu, posiada najmniej jedną strzelbę Purdeya (chociażby Sagalas London’a Bałabanówka) i czy polem, czy lasem, lubi angielską milę przejechać się czasem, a zatem powinniśmy naśladować Anglików nietylką w głupstwach i modnych blichtrach, ale i w rzeczach pożytecznych, a każdego anglika już w podróży można poznać potem, że nie zważając na pogodę, otwiera okno w wagonie, i siada na świeżem powietrzu, i u nich też reumatyzmów niema, pomimo w całem znaczeniu tego wyrazu „pieskiego“ klimatu, dlaczego więc, i w jakim celu, my się tak w reumatyzmach kochamy? i robimy wszystko co tylko można żeby takowe nabyć, a raz nabyte starannie pielęgnować. Jeżeli to w Anglji i niemodne?
Ogromnie też sprzyjają reumatyzmom modne u nas w bliskości domu urządzane sadzawki, stawki, kanały i t. p. i t. p. nigdy nie oczyszczane i zupełnie stojącą, mniej lub więcej cuchnącą wodą, przy samym domu rosnące stare drzewa, cieniste aleje które są rzeczywiście najwspanialszą ozdobą starych gniazd, ale powinny być urządzane na taką odległość od domów, ażeby takowych nigdy niezaciemniały. Oprócz tego, przy zamieszkiwaniu domów, zawsze należy pamiętać o tem że dom powinien być ciągle suszonym, więc przesiadując w jednym pokoju jakiś czas, w pozostałych w czasie dni letnich lub jesiennych należy okna i drzwi otwierać na przestrzał t. j. tak ażeby właśnie był cug przez suszoną część domu na wylot, gdyż tylko ten „straszliwy“ cug którego się tak wszyscy boją, suszy ściany, i w całym pokoju pod szafami, łóżkami i t. d. rzeczywiście i gruntownie odświeża powietrze, czego otwarcie okna bez przeciągu, nigdy nie zrobi. Wogóle zapach i smak powietrza w mieszkaniu, niepowinien okazywać żadnej różnicy przy wejściu ze świeżego powietrza do mieszkania. Jeżeli zaś tylko czuć stęchliznę lub też „zapach zamkniętego“ jak mówią Francuzi.
„Cela sent le refermé“ to należy mieszkańców takiego pokoju przeprowadzić do innego, lub też pod jakimś pretekstem wywieść na parę dni w sąsiedztwo, a wszystkie drzwi, okna, i piece pootwierać na przestrzał i wentylować przez kilka dni, dopóki zupełnie ten zapach nie zniknie, co głównie nieodzowne jest dla osób starszych, a przede wszystkiem dla zreumatyzmowanych, wiadomo bowiem jak potężną dźwignią dla szybszej przemiany materji jest świeże powietrze, i jak zepsute powietrze sprzyja rozwojowi wszelkiego rodzaju niedokładności w działaniach maszyny organizmu ludzkiego.
Jeżeli jednak ktoś ma już dom gotowy, i jak zwykle u nas mniej lub więcej niehygjeniczny, to i w takim razie powinien się ratować o ile można, i robić co tylko można dla zdrowia pamiętając że zdrowie jest ważniejsze jak wszystko, więc przedewszystkiem innem na zdrowie uwagę zwracać należy.
A tak robić ażeby warunki hygjeniczne danego domu poprawić, zawsze można, w mniejszym lub większym stopniu, stosownie do użytych na ten cel środków, a przedewszystkiem co jeszcze ważniejsze, umiejętnego użycia takowych. Więc najprzód, jeżeli dom wilgotny, wyrzucić one nieszczęsne podsypki z pod podłogi, powybijać dziury w fundamentach, przeprowadzić kanały z pod podłogi aż na wierzch dachu, ile tylko można pokoje cale lato silnie wentylować zapomocą cugów, odprowadzić wodę zaskórną drenami, pozasypywać wszelkiego rodzaju sadzawki, kanały, jamy i t. p. smrodotwórcze i smrodonośne urządzenia, sypialne pokoje jeśli można urządzić na pierwszem piętrze gdzie zawsze powietrze jest suchsze, i zdrowsze jak na dole, zresztą na parę miesięcy letnich wynieść się gdzieś na folwark dla zmiany powietrza, a przez ten czas dom suszyć i wentylować forsownie, przytem ciągle rewidować fundamenta, rogi pokoi, zwłaszcza miejsca za szafami, biurkami i t. d. od cugu zabezpieczone, a jeżeli się tylko znajdzie wilgoć, energicznie takowej walkę wydać, i w niej nieustawać aż do zupełnego zniknięcia najmniejszych nawet śladów wilgoci.
W wielu miejscowościach używane jest dzikie wino dla obsadzenia domów; nieulega kwestji że to ogromnie dom zdobi i prześlicznie wygląda, ale proszę na dole odgiąć gałęzie, i zobaczyć co się z fundamentami i dobremi częściami ścian zwykłe dzieje.
Na taki zbytek (w znaczeniu hygieny) można sobie pozwolić tylko przy południowej ścianie, ale zawsze lepiej żeby tego niebyło.
Wszelkiego zaś rodzaju ubikacje, pralnie, kuchnie, powinny być od domu osobno umieszczone, (zresztą można je połączyć z domem mieszkalnym korytarzem) gdyż te urządzenia ogromnie rozwojowi wilgoci sprzyjają.
Dodaję że jeżeli się jest zmuszonym mieć kuchnię w tym samym domu, w którym się mieszka to należy w niej podnieść podłogę, tak, ażeby była wyżej, od poziomu podłóg w domu na jaki łokieć, czyli żeby do niej trzeba było wchodzić po czterech schodkach, i na takąż wysokość podnieść sufit, czyli żeby sufit był wyżej w kuchni od sufitów w pokojach także na jaki łokieć lub półtora, to nigdy w domu przykrych zapachów z kuchni nie będzie, naturalnie, w kuchni potrzebny jest przynajmiej jeden potężny wentylator czyli kanał cugowy, z osobnym kanałem w kominie złączony.
Jeżeli podniesienie sufitu w kuchni przedstawia rzeczywiście wielkie trudności (co jednakże w rzeczywystości bardzo rzadko się zdarza, tak że wbrew twierdzeniu zaufanych powag budowniczych naprzykład pachciarza, ogrodnika, kucharza i innych tego rodzaju fachowców, zwykle można pokręciwszy trochę głową bez poruszania dachu zrobić), to można to samo zrobić urządzając nowy sufit wyżej, z jednego lub obydwu boków kuchni według linii dachu, tworząc nowe ścianki sufitowe, podszywając krokwie deskami, nakładając naturalnie tynk i t. d.
Do zawilgocenia murów, potężnie przyczyniają się także tak zwane zimowe ogrody, o ile przy zakładaniu takowych nie są zachowane specjalne ostrożności przez specjalistę wykonane, czyli głęboka ściana betonowa rodzaj fejermuru, pochyłość podłogi naturalnie betonowej na zewnątrz i t. d.
Zresztą w każdych okolicznościach, i każdej miejscowości, na co innego należy zwrócić uwagę, inaczej się do walki ze złem zabierać, ale w każdych warunkach, w każdej miejscowości, i w każdych okolicznościach, o tem pamiętać należy, że „pańskie oko konia tuczy“ to raz, a powtóre, że reumatyzm i zdrowie wogóle to rzecz stokroć cenniejsza, i stokroć ważniejsza, niż tysiące innych tak zwanych nieodzownych rzeczy, i że jeżeli na to zwrócimy rzeczywistą uwagę i rzeczywiście się energicznie do roboty weźmiemy to sobie zawsze poradzimy.
A jeżeli wskutek tego artykuliku bodaj setka dworów zostanie od wilgoci zabezpieczona — boć i to się zdarzyć może, że tak samo po przeczytaniu tego, jak i po pogadance ktoś, odsunąwszy szafę, znajdzie cały dół ściany pleśnią pokryty, to wziąwszy się energicznie do roboty i w porę, siebie, rodzinę domowników od reumatyzmów, a budynek od ruiny ocalimy! co daj Boże!

(fot. amat. p. F. Czerwiakowskiego).
Zakopane coraz szerzej znanem się staje polskiej, a nawet i zagranicznej publiczności; rozwój jego bardzo wyraźnie przypomina rozwój, Davos. Jak Davos staje się ono oazą, wyraźniej ogniskiem sportu turystycznego, saneczkowego i narciarskiego. Lecz nietylko turyści i narciarze spieszą tutaj, by napawać się urokami gór i w zbawiennych sportach hartować duszę i ciało. — Garną się tutaj także rzesze chorych piersiowych, którzy w naszem polskiem Davos szukają ulgi na swe cierpienia, zwłaszcza od czasu gdy stanęło tu pierwsze na ziemiach polskich wielkie wszechświatowej sławy zażywające sanatorjum, stworzone przez dr. Kazimierza Dłuskiego.

Warto przypatrzeć się bliżej tej dzielnej placówce w walce z gruźlicą, która rok rocznie tylu chorym wraca życie i zdrowie, — która potrafiła sobie w stosunkowo bardzo krótkim czasie zjednać gorące sympatje całego polskiego społeczeństwa, w pierwszym zaś rzędzie całego świata lekarskiego.
Sanatorjum, widok ogólny, którego podajemy powyżej, leży na uboczu od Zakopanego, na stoku Sokołówki, pośród obszernego obecnie już włókę liczącego, parku. Pełno tu powietrza, słońca i bezgranicznego spokoju, tak zbawiennych dla chorych, dnie całe spędzających tutaj na obszernych werendach — dnie całe oddychających dobroczynnem górskiem, nieskazitelnie czystem, balsamicznem powietrzem.
Zakład posiada około 100 pokoi słonecznych, urządzonych z wytworną estetyczną prostotą, gwarantującej czystość w lekarskiem znaczeniu tego słowa.
Cały parter gmachu zajmują nowo urządzone salony, stworzone przez artystów malarzy pp. Jana Rembowskiego, Karola Frycza i Henryka Uziembłę. Są one też prawdziwemi dziełami sztuki w najdrobniejszych szczegółach.
Najnowszy 14-ty zeszyt „Polskiej sztuki stosowanej“ wydany w Krakowie — odtwarza na kilkunastu planerach piękne szczegóły tych pokoi, podajemy poniżej repredukcje dwóch pięknych fresków Rembowskiego zdobiących ściany sali teatralnej. Sanatorjum jest małym światkiem z bardzo wszechstronnemi urządzeniami, posiada więc nawet własną scenę, mimo swych skromnych rozmiarów gości ona jednak bardzo wielkich artystów jak Barcewicza, Jaczynowską, a nawet...
Paderewskiego, który jest głównym współwłaścicielem sanatorjum. Częściej służy scena ta dla przedstawień teatralnych artystów zawodowych lub amatorów, zagląda tutaj czasem i wesoły kabaret: „Momus“ warszawski, lub „Zielony Balonik“ krakowski.

Wszystko, to jednak odbywa się nieczęsto i wyłącznie od 8 do 9½ wieczorem, gdy po całodziennem, pracowitem werendowaniu, lub ostrożnie dawkowanych spacerach, surowy i drobiazgowy regulamin sanatorjum pozwoli wreszcie pacjentom spędzić parę godzin na nieszkodliwych towarzyskich rozrywkach. Długo jednak trwać im niewolno, gdyż już o 10-ej godzinie wieczór pacjenci muszą być u siebie i zakład pogrąża się w ciemnościach.
Prawdziwem cackiem artystycznem w każdym szczególe jest mała salka jadalna w zakopiańskiem stylu — skomponowana i wykonana przez Wojciecha Brzegę.
Na parterze mieszczą się też pokoje lekarskie, a więc gabinet ogólny i mniejszy laryngologiczny, pracownia Röntgena, apteka, piękne i bogato uposażone laboratorjum chemiczno-bakterjologiczne, wreszcie doświadczalne dla zwierząt.
Podziwiać zaiste należy jak umiejętnie połączono w zakopiańskim zakładzie wzgląd na wygody i pożytek pacjentów z wymaganiami estetyki i dobrze zrozumianej hygieny: niszczenie plwociny i śmieci, dezynfekcja pościeli i naczyń stołowych etc. są wzorowo i z całą konsekwencją przeprowadzone. Całość to wzorowa szkoła hygieny, gdzie pacjenci czerpią, naukę i wskazówki na przyszłość.
Sanatorjum prowadzone jest żelazną, lecz zarazem życzliwą ręką dr. Kazimierza Dłuskiego z pomocą żony jego, również d-ra, Bronisławy ze Skłodowskich Dłuskiej. Jest to siostra znanej uczonej naszej pani Marji Skłodowskiej-Curie, wynalazczyni radu i nie ustępuje jej pod względem niespożytej energji. Z prawdziwem zamiłowaniem i zupełnem zaparciem się siebie stoją pp. dr-wie Dłuscy na czele tej pięknej i prawdziwie pożytecznej instytucji, z której słusznie możemy być dumni.

(freski Jana Rembowskiego w salonie teatralnym, w sanatorjum d-ra K. Dłuskiego w Zakopanem).
W Zakopanem istnieje także dom zdrowia dla uczącej się niezamożnej młodzieży, który w niewielkim wprawdzie dotąd zakresie, oddaje jednak znaczne usługi sprawie leczenia biedniejszej młodzieży. Sympatyczna ta nad wyraz „Bratnia pomoc“ w ostatnich czasach również znacznie się rozwija i zamierza obecnie budować wielkie sanatorjum. Część funduszów już jest, tak, że stanie za nie pawilon gospodarczy i urządzenie prowizoryczne istniejącego na świeżo zakupionym pięknym terenie — drewnianego domu, na 30 osób. Ale to mało! miejsce pozwala na zbudowanie 5 murowanych pawilonów, każdy na 20 osób! Gdyby znalazło się 200 ofiar po 200 koron — jużby była rozstrzygnięta sprawa jednego pawilonu! Wierzymy, że się znajdą! Walka z gruźlicą wre i u nas! Czyż mogą być pieniądze lepiej użyte, jak na wyrywanie temu strasznemu wrogowi, jakim jest gruźlica, kwiatu naszej młodzieży. Kilka legatów, kilka znaczniejszych darów doprowadziły już „Bratnią pomoc“ do dzisiejszego stanu rozwoju! Niech społeczeństwo całe przyczyni się do dokonania tego pięknego dzieła, niech czemprędzej stanie kilka z projektowanych pawilonów, a na początek choćby jeden... pierwszy!
|
KĄCIK HUMORYSTYCZNY. POPIELEC.
Rach-ciach! ciach-ciach!... — Pst! nie można! EL.
|
DATA, MIEJSCOWOŚĆ,
NAZWISKO WŁAŚCICIELA TERENU |
strzelb
|
ROZKŁADY
|
razem
| ||||||||||
zające |
rogacze |
dziki |
jelenie |
lisy |
bażanty |
kuropat. |
cietrz. |
jarząb. |
słonki |
różne | |||
14 września, Konele, Ukraina, pp. W. i W. Podhorscy (w lesie)
|
14 | 51 | 1 | — | — | 3 | — | — | — | — | — | — | 55 |
6 i 8 października, Lasy Połońskie, Wołyń, hr. St. i j. Karniccy
|
14 | 135 | 7 | — | — | 5 | — | — | 17 | 8 | 2 | 15 | 189 |
15, 16, 17 października, Grzmiąca, Radomskie, Kółko myśliwskie
|
10 | 258 | — | — | — | 1 | 12 | 106 | 12 | — | 1 | 2 | 392 |
17, 18 października, Niekłań, Radomskie, hr. Józef Broel-Plater
|
7 | 104 | 5 | — | — | 1 | — | 4 | 16 | 4 | 2 | 4 | 140 |
12 września, Bogusławice, pod Częstochową, ks. Lubomirski (pola)
|
9 | — | — | — | — | — | 79 | 130 | — | — | — | — | 209 |
17 — 24 września (6 dni) Wilanów, hr. Ksawery Branicki (pola)
|
10 | — | — | — | — | — | 13 | 871 | — | — | — | — | 884 |
24 września, Skrwilno, g. Warszawska, p. A. Jeżewski
|
5 | — | — | — | — | — | — | 61 | — | — | — | — | 61 |
1 października, Koluszki, Piotrkowskie, p. Turoboyski
|
8 | — | — | — | — | — | 64 | 60 | — | — | — | 3 | 127 |
28 września do 16 paździer. (6 dni), Antoniny, hr. J. Potocki
|
22 | 22 | 2 | — | — | 3 | 3807 | — | — | — | 19 | 415 | 4268 |
29 października, Kossów-Kwilina, Kieleckie, hr. Jerzy Morstin
|
8 | 794 | — | — | — | — | 1 | 31 | 1 | — | 1 | 17 | 845 |
3 listopada, Mękarzów, Kieleckie, p. Z. Glinka
|
8 | 325 | — | — | — | — | 27 | 19 | — | — | 1 | 44 | 416 |
10, 11 października, Nowy Zawód, Wołyń, p. Karol Szlenkier
|
8 | 104 | 2 | — | — | 1 | — | — | 8 | — | — | — | 115 |
15 października, okolice Częstochowy, Kółko myśliwskie Częstochowskie
|
13 | 47 | — | — | — | — | — | 1 | 9 | — | — | 4 | 61 |
18 października, Rozalin, g. Warszawska, p. M. Siemiradzki
|
10 | 50 | — | — | — | — | — | 4 | — | — | — | 1 | 55 |
20, 22 października, Skrzydłów, Piotrkowskie, p. J. Reszke
|
14 | 232 | — | — | — | 1 | 36 | 16 | 1 | — | — | 14 | 300 |
22 października, Orońsk, Radomskie, p. Brandt
|
12 | 70 | — | — | — | — | — | 8 | — | — | — | — | 78 |
22, 27 października, Bodzechów, Radomskie, pp. Kotkowscy
|
12 | 101 | 3 | 1 | — | 2 | — | — | 8 | 2 | 2 | 1 | 120 |
24 października, Stara Wieś, Lubelskie, p. A. Gerlicz
|
— | 178 | 3 | — | — | — | 142 | 28 | — | — | — | 5 | 356 |
28, 29 października, Białaczew, Radomskie, hr. Z. Broel-Plater
|
— | 628 | 3 | 1 | — | 2 | 43 | 23 | 7 | — | — | 52 | 759 |
30 października, lasy Widzewskie pod Częstochową, Kółko myśliwskie Częstochowskie
|
8 | 12 | — | — | — | — | 1 | 1 | — | — | 1 | 1 | 16 |
3, 4, 5 listopada, Brzezie-Wieniec, g. Warszawska, bar. Leopold Kronenberg
|
5 | 238 | — | — | — | 2 | 13 | 14 | — | — | 1 | 33 | 301 |
12 listopada, Chrząstów, Kieleckie, hr. H. Potocki
|
9 | 915 | — | — | — | 1 | 65 | 123 | — | — | — | 47 | 1151 |
7, 8 listopada, Mała Wieś, ks. Zdzisław Lubomirski
|
12 | 611 | 13 | — | — | 4 | 79 | 44 | — | — | — | — | 751 |
9 listopada, Sarnów, Piotrkowskie, p. J. Stegman
|
8 | 38 | — | — | — | — | — | 6 | 1 | — | — | 2 | 47 |
14 listopada i innych dni, Sójki, Kutnowskie, hr. J. Moszyński
|
10 | 129 | 1 | — | — | 1 | 26 | 223 | — | — | — | 573 | 953 |
14 listopada, Malanów, Piotrkowskie, p. K. Orzechowski
|
10 | 92 | — | — | — | — | 22 | 10 | — | — | — | 8 | 132 |
14 listopada, Leśnowola, Grójeckie, p. A. Kosiński
|
14 | 150 | — | — | — | 2 | — | 14 | — | — | 1 | 4 | 171 |
16, 17 listopada, Nosowicze, Polesie, p. K. Faszcz
|
15 | 148 | 1 | — | — | 1 | — | — | 2 | — | — | 3 | 155 |
19 listopada, dobra Osieckie, Warsz. Odd. C. T. R. P.
|
21 | 79 | — | — | — | — | — | 3 | — | — | — | — | 82 |
26 listopada, dobra Osieckie, Warsz. Odd. C. T. R. P.
|
20 | 64 | — | — | — | — | — | 5 | — | — | — | — | 69 |
30 listopada, d. Miedzeńskie, Warsz. Odd. C. T. R. P.
|
15 | 254 | 6 | — | — | — | — | 16 | — | — | — | 1 | 277 |
3 grudnia, Tchórzów, Warsz. Odd. C. T. R. P.
|
22 | 122 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 122 |
10 grudnia, Augustówka, Warsz. Odd. C. T. R. P.
|
19 | 107 | — | — | — | — | — | 3 | — | — | — | — | 82 |
19 września, Zawarża, Pińczowskie, margr. Wielopolski
|
11 | — | — | — | — | — | 9 | 152 | — | — | — | 3 | 164 |
20 września, Góry i Michałów, margr. Wielopolski
|
11 | — | — | — | — | — | 7 | 143 | — | — | — | 2 | 152 |
16, 17 listopada, Książ Wielki, margr. Wielopolski
|
7 | 778 | 1 | — | — | 1 | 413 | 19 | — | — | — | 3 | 1215 |
22 listopada, Chroberz, Miechow., margr. Wielopolski
|
7 | 348 | — | — | — | — | — | 3 | — | — | — | — | 351 |
23 listopada, Zawarża, Miechow., margr. Wielopolski
|
2 | 98 | — | — | — | — | 9 | 8 | — | — | — | 1 | 116 |
26 listopada, Chroberz, Miechow., margr. Wielopolski
|
1 | 127 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 127 |
19, 21 paździer., Czerwony Dwór, Litwa, hr. Benedykt Tyszkiewicz
|
8 | 535 | — | — | — | — | 583 | 25 | 3 | — | — | 4 | 1150 |
3, 4, 5 listopada, Kock, hr. J. Żółtowski
|
10 | 888 | — | — | — | 2 | 212 | 35 | — | — | 7 | 5 | 1149 |
4, 5 listopada, Wolica, Wołyń, p. Kleniewicz
|
12 | 104 | 6 | — | — | 2 | — | — | — | — | — | 1 | 113 |
11, 12 listopada, Chabno, Ukraina, p. Horwatt
|
11 | 131 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 131 |
5 listopada, Oblasy, Radomskie, p. Helbich
|
15 | 77 | — | — | — | 2 | — | 6 | — | — | — | — | 85 |
7 listopada, Pojeziory, Suwalskie, p. Gawroński
|
6 | 53 | 3 | — | — | 2 | — | 1 | — | — | — | — | 59 |
12 listopada, Kroczew, g. Warszawska, p. Czarnowski
|
10 | 267 | — | — | — | — | 11 | 20 | — | — | — | — | 298 |
12 listopada, Kaliszany, Opatowskie, p. Leszczyński
|
15 | 92 | — | — | — | — | — | 12 | — | — | — | — | 104 |
15, 16 listopada, Konstantynów, Wołyń, hr. Plater-Zyberk
|
12 | 957 | — | — | — | — | — | 19 | — | — | — | — | 976 |
19 listopada, Okołowice, Radomskie, p. Abczyński
|
10 | 315 | — | — | — | — | — | 42 | — | — | — | 10 | 367 |
21 listopada, Słabuszowice, Sandomierski, p. R. Cichowski
|
10 | 117 | 3 | — | — | — | 4 | 3 | — | — | — | — | 127 |
28 listopada, Sarnów, Piotrkowskie, p. Bleszyński
|
22 | 178 | — | — | — | — | — | 7 | — | — | — | — | 185 |
29, 30 listopada, Radziejowiec, hr. Krasiński
|
10 | 726 | — | — | — | 3 | 36 | 2 | — | — | — | — | 767 |
30 listopada, Długowola, Grójeckie, p. R. Dal-Trozzo
|
— | 253 | — | — | — | — | 2 | 25 | — | — | — | 1 | 281 |
1 grudnia, Nieznanice, Radomskie, p. Wünsche
|
14 | 207 | — | — | — | — | 20 | 3 | — | — | — | 13 | 243 |
1 grudnia, Kolano, Siedleckie, p. Lipczyński
|
11 | 63 | — | — | — | — | 15 | 3 | — | — | — | — | 81 |
1 grudnia, Szczyty, Kieleckie
|
8 | 39 | — | — | — | — | — | 14 | — | — | — | — | 53 |
7 grudnia, Wilków, Grójeckie, p. Grobicki
|
10 | 42 | — | — | — | — | — | 10 | — | — | — | — | 52 |
7 grudnia, Osuchów, hr. Ed. Plater
|
11 | 441 | — | — | — | — | 134 | 32 | — | — | — | — | 607 |
3 grudnia, Kiełbów, Radomskie
|
14 | 151 | — | — | — | 1 | — | 8 | — | — | — | 1 | 161 |
5, 6 grudnia, Ugoszcz, Rypińskie
|
8 | 240 | — | — | — | 3 | — | 8 | 1 | — | — | — | 252 |
8 grudnia, Brzeźnica, Radomskie
|
12 | 92 | — | — | — | — | — | 17 | — | — | — | — | 109 |
Tursko-Ladeckie leśnictwo, Dawidgródek
|
— | — | — | 6 | łosi 7
|
— | — | — | — | — | — | — | 13 |
3 grudnia, Dzików, Grójeckie, hr. Scipio-del-Campo
|
— | 106 | — | — | — | — | — | 13 | — | — | — | — | 119 |
27 — 31 grudnia, Skierniewice
|
— | 2186 | — | — | — | 1 | 2092 | 758 | — | — | — | 14 | 5036 |
1 grudnia, Spała
|
— | — | — | 8 | 14 | — | — | — | — | — | — | — | 22 |
3 grudnia, Kożuszki, p. Donimirski
|
12 | 158 | — | — | — | 1 | — | 12 | — | — | — | — | 171 |
5 grudnia, Suchodębie, p. M. Kiniorski
|
14 | 218 | — | — | — | 1 | — | 21 | — | — | — | — | 240 |
11 grudnia, Manieczki, Poznańskie
|
5 | 37 | — | — | — | 1 | 245 | — | — | — | — | 58 | 341 |
14, 15 grudnia, Stary Sielec, Poznańskie, ks. Olgierd Czartoryski
|
12 | 1927 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 52 | 1979 |
14, 15, 16 grudnia, Zimnawoda, Poznańskie, hr. A. Mycielski
|
12 | 1297 | 1 | — | — | — | 1424 | — | 1 | — | — | 344 | 3067 |
19 grudnia, Ulesie, Piotrkowskie, p. W. Tymowski
|
— | 151 | — | — | — | — | 14 | — | — | — | — | — | 165 |
19 grudnia, Zalesie, Grójeckie, p. Dehnel
|
14 | 121 | 1 | — | — | — | — | 14 | — | — | — | — | 136 |
19, 20 grudnia, Woronica, ks. Światopołk-Mirski
|
12 | 410 | 8 | — | — | — | 76 | 2 | 2 | — | — | 8 | 506 |
20 grudnia, Płowce i Jarantowice, p. Biesiekierski
|
10 | 369 | — | — | — | — | — | 60 | — | — | — | — | 429 |
22 grudnia, Osięciny, p. Biesiekierski
|
12 | 214 | 1 | — | — | — | 1 | 19 | — | — | — | 36 | 271 |
23, 24 grudnia, Ordynacja Roska, Grodzieńskie, hr. A. Branicki
|
14 | 39 | — | wilk. 5
|
— | — | — | 4 | — | — | — | 2 | 45 |
28 grudnia, Nowa-Wieś, Kutnowskie, p. S. Wodziński
|
6 | 117 | — | — | — | — | — | 8 | — | — | — | — | 125 |
28, 29 grudnia, Straszewo, Kujawy, p. Sulimierski
|
— | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 303 |
28, 29 grudnia, Prusinowice, p. Czarnowski
|
— | — | — | 1 | — | — | — | — | — | — | — | — | 230 |
28, 31 grudnia, Jordajcze, Kowieńska, p. Komar
|
11 | 494 | 3 | — | — | 4 | — | — | 2 | 42 | — | 4 | 549 |
29 grudnia, Jeżewice, p. Z. Miński
|
10 | 30 | — | — | — | — | — | 5 | — | — | — | 1 | 36 |
29 grudnia, Brzeście, p. K. Okęcki
|
8 | 115 | 3 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 118 |
30 grudnia, Długowela, Grójeckie, p. R. Dal-Trozzo
|
20 | 265 | — | — | — | — | 2 | 30 | — | — | — | 1 | 298 |
30, 31 grudnia, Kruszyna, ks. Stef. Lubomirski
|
8 | 586 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 586 |
4, 5 stycznia, Szymanów, Skotniki, p. Bruszyński
|
— | 102 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 102 |
3 stycznia, Bidziny, Radomskie, p. A. Bieliński
|
16 | 451 | — | — | — | 3 | — | 3 | — | — | — | 3 | 460 |
4 stycznia, Mchówek, Kolskie, p. Zaborowski
|
— | 94 | — | — | — | — | — | 6 | — | — | — | 1 | 101 |
4, 5 stycznia, Borowno, p. A. Michalski
|
12 | 700 | — | — | — | — | 2 | 75 | — | — | — | — | 777 |
4, 5 stycznia, Szymanów, Skotniki, p. Bruszyński
|
18 | 612 | — | — | — | — | — | 89 | 2 | — | — | 1 | 704 |
5 stycznia, Cieleśnica, p. de Rosenwerth
|
10 | 160 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 160 |
7 stycznia, Kembliczyn, Brzezińskie, p. Olszowski
|
20 | 50 | — | — | — | — | — | 14 | — | — | — | — | 64 |
7 stycznia, Sokołowo, Rypińskie, p B. Płoski
|
20 | 260 | 4 | — | — | — | 8 | — | — | — | — | — | 272 |
7 stycznia, Skrzydłów, p. J. Reszke
|
7 | 143 | 4 | — | — | — | — | 22 | — | — | — | — | 165 |
7 stycznia, Kuźnica, p. Klawe
|
10 | 122 | 4 | — | — | — | 1 | 15 | 2 | — | — | 11 | 151 |
7 stycznia, Przyłęk, Jędrzejowskie, p. Sułowski
|
— | 73 | — | — | — | 1 | — | — | — | — | — | — | 74 |
7 stycznia, Rudniki, pp. Mikorscy
|
— | 247 | 2 | — | — | 3 | — | 24 | — | — | — | — | 276 |
8, 9 stycznia, Leszno, p. M. Berson
|
16 | 186 | 4 | — | — | 1 | — | 26 | — | — | — | — | 217 |
10 stycznia, Lubań, p. Pruski
|
— | 171 | 1 | — | — | — | — | 16 | — | — | — | 2 | 190 |
10 stycznia, Braki, p. Mośliński
|
— | 201 | 1 | — | — | — | 14 | 4 | — | — | — | — | 219 |
10 stycznia, Ciążeń, Słupeckie, p. Zakrzewski
|
8 | 360 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 360 |
23, 24 listopada, Lasy Czeremoszańskie, hr. Hil. Bniński
|
8 | 120 | — | — | — | 2 | — | — | — | — | — | — | 122 |
25 listopada, Spiczyńce, Ukraina, hr. Tyszkiewicz
|
8 | 92 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 92 |
28, 29 listopada, Ujazd Wielki, Poznańskie, hr. Żółtowski
|
8 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 1576 |
1 grudnia, Lgów, Poznańskie, hr. Z. Gorzeński-Ostroróg
|
8 | 484 | 1 | — | — | — | 52 | — | — | — | — | — | 537 |
1-3 grudnia, Siemianice, Poznańskie
|
10 | 935 | — | — | — | 2 | 409 | — | — | — | — | 204 | 1550 |
9, 10 grudnia, Oleszno, Włoszczowskie, p. S. Niemojewski
|
12 | 1280 | — | — | 7 | 1 | 86 | — | — | — | — | — | 1379 |
10 grudnia, Kamionacz, p. Stokowski
|
12 | 129 | — | 1 | — | — | — | — | — | — | — | — | 130 |
10 grudnia, Ossowiec, p. Łaźniewski
|
12 | 144 | — | — | — | — | — | 12 | — | — | — | — | 156 |
12 grudnia, Toporzyszczewo, Nieszawskie, p. Dąbrowski
|
— | 90 | — | — | — | — | — | 26 | — | — | — | — | 116 |
12 grudnia, Biernatki, Kaliskie, p. Deutschman
|
17 | 456 | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | 456 |
12, 13 grudnia, Nieborów, ks. Janusz Radziwiłł
|
9 | 715 | — | — | — | — | 365 | 119 | — | — | — | 12 | 1211 |
13 grudnia, Wierzbie, p. Krzymuski
|
15 | 183 | — | — | — | — | — | 36 | — | — | — | 3 | 222 |
19, 20 grudnia, Podzamcze, hr. A. Zamoyski
|
11 | 525 | 8 | 1 | — | — | — | 10 | 10 | — | — | 3 | 559 |
20 grudnia, Cienin, Kaliskie, p. Karczewski
|
12 | 284 | 8 | 1 | — | — | — | 26 | — | — | — | — | 310 |
21 grudnia, Piorunów, Kaliskie, p. Puławski
|
10 | 148 | 1 | 1 | — | — | 3 | 30 | — | — | — | — | 183 |
21 grudnia, Falborz, p. H. Krzymuski
|
15 | 166 | — | — | — | — | — | 36 | — | — | — | — | 202 |
21 grudnia, Borucinek, Kujawy, bar. Icke-Duninowski
|
10 | 203 | — | — | — | — | — | 15 | — | — | — | 1 | 219 |
21, 22 grudnia, Marchwacz, p. W. Niemojewski
|
11 | 949 | 1 | — | — | 1 | 30 | 89 | — | — | — | 7 | 1077 |
| Razem | — | 33615 | 98 | 20 | 28 | 88 | 9709 | 4091 | 105 | 56 | 38 | 2061 | 49909 |
Takie miodowe miesiące trwały niepraktykowanie długo. Rzecz się tem tłómaczy (taka anomalja zawsze tłómaczenia wymaga), że równocześnie widoki moje wobec, czy na pannę Lolę coraz bardziej różowiały, że szanse doznawały stałej haussy, co, oczywista znajdywało swój oddźwięk w moich afektach ku zakładowi naszej miłości. Wprawdzie rolę pierścionka wciąż jeszcze tylko „Cymbał“ odgrywał, lecz prześliczne, choć nieuchwytne, nieskrystalizowane jeszcze, objawy pozwalały mi dufać, że podbój wybranego serca postępuje z zadawalającą progresją.
Mógłbym tu ładne rzeczy napisać, opiewając moje sny i rojenia młodzieńcze, jakie fantazja rodziła, gdy w półśnie tuliłem do siebie ciepłe i pulchne ciałko towarzysza nocy moich i gładziłem rozpaloną dłonią jedwab szerści jego, która była jak włosy kobiece.
Lecz dam temu spokój. Bo istnieją purytanie o! nie u nas! w Anglii, lecz i ja w Anglii nie chcę się nikomu narazić), bo istnieją purytanie, którzy takim młodzieńczym niewinnościom od niemoralności nawymyślać gotowi.
Dość, ze śniłem...
Lecz razu pewnego... i teraz, tu, jak nigdy jest miejsce, by za Słowackim w „okropnym bardzo monologu wykrzyknąć:
„Ach! takem ja śnił, lecz na piramidzie
Tfu! odebrałem list, że za mąż idzie!“
I ja odebrałem list, że za mąż idzie, choć nie na piramidzie. Wedle stawu grobla. Słowacki na autentyczne piramidy chadzał po odbiór takich listów, po których się spluwa z irytacji; jam go na kopicy siana odebrał. Wedle stawu grobla.
Doglądałem wówczas, onego pewnego razu, sianokośby na łące. Leżąc na świeżo zgrabionej kopicy i udając, że z tego pachnącego podjum pracę kosiarzy obserwuję, zapalałem różowe światła w mych marzeń kościele jedno światło po drugiem. A gdy zapaliłem już wszystkie, gdy w duszy mej jasno się zrobiło, jak na roratach, wtenczas spostrzegłem braciszka Loli, który na kucyku przyjechał, by mi wręczyć liścik wonny, liścik, który był dla mnie jak perfumowana jutrzenka, jak pierwszy powiew wiosny.
Dobrze jest! krzyknąłem we wnętrzu mojem. Skoro panna pierwsza listy pisać poczyna — dobrze jest!
I odrzuciwszy precz z duszy swojej kij ze stoczkiem, którym owe światła rozżarzałem, otworzyłem słodki zwitek z miną, z jaką „Cymbał“ swe bocianie przewagi obchodził. Może i ja wówczas już coś nieprzyzwoitego o bocianach myślałem?
A pogańska epistoła: Zdrada! zdrada! na całą sianożęć zawrzeszczała.
Chryste Panie! Ze śmiercią w duszy i z sianem we włosach rzuciłem się ku domowi, sam narządziłem kulbakę i pognałem do Białego dworu.
Rwałem się jak wiatr, a „Cymbał“ mi towarzyszył.
Wprowadzono nas do saloniku, nas, to znaczy mnie i Cymbała, który był przeczuć pełen i dlatego miał ogon pod sobą.
Nigdy jeszcze mojej Loli nie widziałem tak niemiłosiernie śliczną. Była piękna jak 1-szy maja w strefie umiarkowanej.
W jej twarzy było coś złego, co jest indjańskim kobietom właściwe. (Indjańskich niewiast na oczy moje nie oglądałem). Po za przyćmionymi rysami twarzy, w głębi sennie, leniwie zmrużonych oczu tliły się namiętne żary młodego życia i młodych pragnień, kwitły obiecanki kochania i pocałunków, co są jak wieczność i bo są jak nieśmiertelność.
Miała taką minę i siedziała na kanapie. Zresztą mniejsza z tem, gdzie siedziała. Natomiast ważne jest, jak siedziała. Siedziała bosko. Siedziała tak, że wszystko co przy siedzeniu boskiego jest, było widać.
Ja i „Cymbał“ staliśmy i patrzyliśmy na to, co było widać.
— Spodziewałam się pana!...
— Ppani... ppani... pani się mnie spodziewała? wyjąkałem z trudnościami, albowiem serce biło mi tak mocno i tak wysoko, aż pod podniebieniem, że ruchom języka zdawało się przeszkadzać.
Na usta, uroczej dziewczyny, które były jak rozkąsana wiśnia wybiegł uśmiech owej bogini, która, gdy tylko z piany na świat się wyłoniła, już wszystko o swoich kochanków i świata losach wiedziała.
Wstała, podeszła ku mnie i ruchem ciepłym podała mi rękę:
— Wiedziałam, że pan przyjedzie.
— Ppani... ppani... wiedziała?
— Wiedziałam. Bo wiedziałam, jakie pan rojenia pieści... bo nieraz z oczu pańskich czytałam...
Przez szpik mojego stosu pacierzowego przeszemrał strumień błogości, wiosenny strumień nadzieji.
— Więc ta pogańska epistoła...
— ??
— ... pardon, ten wonny liścik...?
— Ten liścik był...
— ... okrutna zabawka?
— ... był niestety...
— Nie-ste-ty...!!
Wiosenny strumyczek lodem się ściął nagle, a kolana postradały wigor młodzieńczy. „Cymbał“ warknął z niesmakiem i tyłem się odwrócił.
— Oh, panie Zdzisławie, jakżeż się pan przejmuje... po co się tak emocjonować podobną błachostką.
Ona to blachostką nazywała!
...Gdyby pan wiedział, jak bardzo mię boli, gdy widzę pana zasmuconego!
Wzięła mnie za ręce i słodko pociągnawszy ku sobie, posadziła na kanapce. I w twarz mi patrząc i łasząc się oczyma z Andaluzji.
— Wiem, jakie pan zamiary żywił... jakie śnił rojenia...
Poczerwieniałem ze wstydu na myśl, że wie co ja śniłem i mimowoli zerknąłem na, „Cymbała“. Szelma pies ani drgnął, ani ogonem nie ruszył.
A tymczasem Lola ciągnęła dalej.
— Proszę mi wierzyć i ja także...
— Co? i pani także...? — wyrwało mi się po głupiemu.
— Tak, i ja także... proszę mi wierzyć... i ja także sprzyjałam panu... i sprzyjam panu...
— Ah, to tylko to!
— Panu to mało? — zapytała z uśmieszkiem.
— Nie, nie... to bardzo dużo... tylko ja... tylko ja co innego myślałem.
— Wiem, co pan myślał.
Widzicie państwo! ona już znowu wiedziała com ja myślał.
— ... Ale sympatje i uczucia, a życie i rzeczywistość nie zawsze w porę chodzą — dokończyła sentencjalnie.
Po tej prawdzie nastala cisza, un temps jak powiada dramat francuski, podczas której rozmyślałem, że jednak Lola nie wiedziała, o czem ja myślałem.
A gdy się cisza skończyła, słodka dziewczyna poczęła mi retorycznie dowodzić, żem ja, po pierwsze dla niej zamłody (była o dwa lata odemnie starsza) po drugie, że takie małżeństwa nigdy w zgodzie długo nie żyją (ciekawym, jakie małżeństwa wogóle długo w zgodzie żyją?) że wreszcie mój majątek ma suchoty a jej posag anemię.
Dziś w zupełności uznaję słuszność tego ostatniego argumentu. Wiem bowiem i wierzę, że z takiego stadła, w którym rodziciele na zdrowiu nie domagają, potomstwo z konieczności chorowite bywa.
Podówczas jednak, w naiwnej nieświadomości najprymitywniejszych zasad fizjologji, zapytałem niezdarnie.
— Więc pani, panno Lolo, przywiązuje taką wagę do kwestii materjalnych?
— Bezwątpienia. Znając mię, jak pan może nawet pytać o to. Czyż ja, z moimi wymaganiami, przyzwyczajeniami, z mojem zamiłowaniem do życia w pewnej mierze zbytkownego mogę poślubić człowieka, którego warunki materjalne nie dają widoków na zaspokojenie tych moich potrzeb?
Zamiast czołem bić przed tak niezwykłą szczerością, jąłem pytać o rzeczy, na które dziś każdy piaskarz czy sędzia gotową odpowiedź mają.
— Więc pani przypuszcza, że majątek rodzi szczęście, a brak majątku...
— Nieprzypuszczam, lecz wiem o tem napewno, — odrzekła.
— A potem?
— Panie Zdzisławie, nie myślmy o tem co jest niemożliwe, a co nie jest bynajmniej koniecznym warunkiem naszego szczęścia.
— Cooo??? Przecież będziemy mogli gdzieś się widywać, dalej myśleć czasem troszkę o sobie...
— Prawda, prawda.
— Ja będę może o panu więcej myślała nawet, niż dotychczas... może...
— Zatem pani myślała czasem o mnie?
— Nie czasem, ale często. Myślałam o panu dużo, dużo... może więcej, niżby się pan mógł domyślać.
A potem w oczy mi zaglądając.
— Może nawet więcej, niżby się pan poważył pragnąć...
Nasz rynek pieniężny miał, od czasu poprzedniego sprawozdania, postać zupełnie niezdecydowaną; ilość swobodnej gotówki wyraźnie się zmmiejszyła, lecz usposobienie ogólne było niejednolite i pod wpływem coraz to innych wiadomości, nadchodzących z petersburskiej i innych giełd.
Nie bez znaczenia również były i pewne fakty natury lokalnej, których wynik dotąd przewidzieć się nie daje.
Z walorów państwowych, Renta, w końcu z. m. była poszukiwaną i osiągnęła niewielką zwyżkę w kursie. Następnie, cofnąwszy się o kilkanaście kopiejek, utrzymuje się do obecnej chwili prawie bez zmian w szacowaniu. Wszystkie premjówki spadają powoli, lecz regularnie, nie wyłączając nawet emisji z r. 1866-go, której ciągnienie wygranych odbędzie się wkrótce, 14 Marca.
Kurs naszych najważniejszych papierów procentowych kształtował się zmiennie, jednak bez ożywienia w tranzakcjach.
Listy Zastawne Tow. Kred. Ziemskiego, po wysokim kursie zdobytym w ubiegłym miesiącu, obecnie, wskutek oczekiwania nowej emisji, są w dużem zaofiarowaniu i nabywane są wstrzemięźliwie, po cenach zniżkowych. Listy zastawne miast prowincjonalnych cieszą się wciąż rosnącą przychylnością kapitalistów, rozumiejących iż należy korzystać z kursu jeszcze umiarkowanego tych papierów, których przyszłość zdaje się być zapewniona; Listy Zast. m. Radomia, Piotrkowa, Lublina były nawet przedmiotem znacznych obrotów.
Ostatnie tygodnie na Giełdzie warszawskiej były prawie wyłącznie poświęcone spekulacji, skierowanej na nasze wartości dywidendowe. Interesowano się akcjami bankowemi, głównie zaś Banku Handlowego w Warszawie; z temi ostatniemi, w miarę zbliżania się terminu meldowania praw do nowych — ruch ustaje.
Działalność spekulacyjna objęła jednak przeważnie teren naszych przedsiębiorstw metalurgicznych; akcje Rudzkiego i inne tego rodzaju, notowano zwyżkowo i interwencja senatorska wpłynęła jedynie przejściowo na osłabienie usposobienia nabywców.
Akcje Starachowickie, po krótkiej pauzie, osiągają coraz wyższe ceny, przewyższające obecnie o 20 rubli na sztuce kursa z przed tygodnia.
Kurs akcji „Złota“ ustalił się o tyle, o ile to jest możliwe dla podobnych papierów i gra jest w tym kierunku mniej intensywną i gorączkową niż w poprzednim okresie czasu, prawdopodobnie ze względu na niepewność rezultatów n dzwy.
czajnego zebrania akcjonarjuszów Ross. Tow. Przem. Złota, odrocznego do dnia 3 Marca r. b. now. st.
W chwili oddawania do druku niniejszej notatki, (20 Luty), usposobienie Giełdy Warszawskiej było mocne dla papierów dewidendowych, dla procentowych względnie słabsze.
|
Hr. M. Z. Komplet „Wsi ilustrowanej“ z r. 1910, stosownie do życzenia wysyłamy.
Hr. K. Platerowi w Monachjum. Za zdjęcie z Witebszczyzny dziękujemy, zużyjemy niebawem.
Anonimowi. Wbrew przyjętym zasadom odpowiadamy na tajemniczą odkrytkę, domyślając się, że podpis kreptoninowy hr. P. oznacza zapewnie hr. Pomeraniec, lub hrabina Piperment.
P. Ruszkowskiej w Kijowie. I owszem zużytkujemy. O fotografie większych rozmiarów prosimy.
P. Sobolewskiemu. Z dziedziny rybołóstwa wydrukujemy W zeszycie kwietniowym. Polecamy się nadal.
Ks. L. K. z Petersb. Album „Nasze dwory“ wysyłamy, jak również „Dla młodzieży“. Dochód z ostatniej książki przyznaczony na szkołę im. św. Stanisława Kostki.
Pani Julji W. w Rybnie. Kompletów „Wsi ilustrowanej“ za rok 1910, posiadamy już tylko niewielką ilość, z tego powodu № 1 osobno sprzedać nie możemy.
P. Gabrjelowi Wolskiemu. O ładne główki bardzo prosimy, zamierzamy bowiem w zeszycie majowym dać cały szereg typów kobiecych.
P. Stefanowi Kra... Nie wydrukujemy. Trzymamy się ściśle tego co nasze.
Sandomierzance. Cennik nasion firmy „Alfred Grodzki“ wysyłamy. „Z sieradzkiej ziemi“ ukaże się w następnym zeszycie.
Pani L. Wysockiej w Krakowie. I owszem. Typy z Krakowskiej wsi bardzo pożądane.
Gospodarzowi. O pługach elektrycznych, któremi interesuje się szanowny Pan, napiszemy w najbliższym zeszycie.
Mamy właśnie nadesłany odpowiedni materjał z Poznańskiego.
Hr. Al. Mniszek we Lwowie. „Mewy“ wydrukujemy niebawem. Co się tyczy polowania, niestety! fotografia tak słaba, że się zużytkować nie da.
Wobec reklamacji wielu osób, że zeszytów „Wsi ilustrowanej“ nie otrzymały, jeszcze raz nadmieniamy, że dzieje się to z winy poczty, gdyż administracja „Wsi ilustrowanej“ wysyła najregularniej i wprost jakakolwiek omyłka lub zapomnienie są wykluczone. Podając poniżej spis stacji pocztowych, które zeszytów „Wsi ilustrowanej“ adresantom nie dostarczyły, zaznaczamy, że wystąpiliśmy z zażaleniem do właściwej władzy.
Będzin (W-ny Michałowski), Rogów (W-ny Maas Wacław), Zgierz (W-na M. Pniewska), Sochaczew (W-ny Brudziński), Lipno (W-na Karnkowska), Ostrowiec (W-ny M. Kotkowski), Pogorzelec, (W-na L. Kobylska), Zawichost (W-na Deskurowa), Pogrebiszcze, (W-na W. Sawicka), Siesiki (W-na Z. Kończyna), Jaronowiec (W-ny I. Borkowski), Międzyrzec (W-ny Ścibor Marchocki), Łaszczów (W-ny I. Chojecki), Łochów (W-ny A. Chrzanowski), Częstochowa (W-ny L. Biernawski), Nałęczów (W-ny S. Markiewicz), Szczerców (W-ny Z. Przedpelski), Zduńska-Wola (W-ny Siemiątkowski), Szadek (W-ny K. Czarnowski).
Stosując się do wielokrotnie wyrażonych życzeń zaprowadzamy dział „Kalotechniczny“.
Wszelkie listy w tej materji prosimy zaopatrywać w dopisek „dla M-me Leny“.
Opuszczonej sierotce. Tak źle nie jest, sierotka opuszczoną nie będzie i na owe szkaradne wągry i krosty szpecące twarz, dam skuteczną radę: Proszę myć się raz dziennie mydłem siarkowem 10%-wym, po wymyciu i wytarciu się do sucha, nacierać płynem Vesta. Po pozbyciu się tych dolegliwości, napisać do mnie, a dam dalsze informację jak pielęgnować cerę, aby była zawsze świeża, gładka i biała.
Zaznaczam, że w tem piśmie będą stale prowadzić dział odpowiedzi i rady z dziedziny kosmetyki i hygieny.
Lenie. Nie określa Sz. pani, czy przy tak gromadnem wypadaniu włosów jest łupież czy nie. Jeżeli to na tle łupieżu, to proszę myć głowe płynnem mydłem Antrasolowem z wodą ciepłą, przynajmniej raz na tydzień i co drugi dzień wcierać Radiol-Radium. Łupież zginie i włosy prześlicznie rosnąć będą.
Stałej pren. z Odessy. Na pozbycie się piegów najskuteczniejszy jest krem angielski D-ra Orgley’a, którego zapewne w Odesie dostanie.
W. O. w Wilnie. Przy suchej cerze i skłonnej do opierzchnień mydło źle wpływa. Proszę się myć otrąbkami Silvia, dodając nieco wody różanej radiowanej. Cera się poprawi, opierzchać nie będzie i będzie idealnie gładka.
Stelli. Nadmierne tycie to choroba powstała ze złej przemiany materji. Wielce skuteczne i absolutnie nieszkodliwe środki są: Herbata Dr. Daloffa i pigułki oxylenowe. Otyłość stopniowo zniknie i siły wrócą. Herbata rs. 3. pigułki rs. 2.
Warszawa, Koszykowa 12.
1) Sprzedam majątek w płockiem, przestrzeni około ośmiu włók — w kulturze, z inwentarzem żywym i martwym, budynki w dobrym stanie, bez serwitutów, punkt dobry, cena 5400 za włókę. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, Koszykowa 12.
2) Sprzedam majątek na Wołyniu, powiat Żytomierski, przestrzeni 330 dziesięcin w urodzajnej glebie i dobrym punkcie, bez serwitutów, z budynkami w dobrym stanie, zasiewami, bez inwentarza, na dogodnych warunkach. Cena 220 rubli za dziesięcinę. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“.
3) Kupię majątek w Południowo-Zachodniem kraju, blisko kolei, w dobrej glebie, do 1000 dziesięcin, bez serwitutów. Rezydencja niewielka ale ładna z parkiem, dobrymi budynkami, z lasem, młynem lub gorzelnią. Kapitał 150, 000 rubli zaraz, reszta później. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“.
4) Poszukuję dzierżawy od kilku do kilkunastu włók, pożądane z pierwszej ręki. Pragnąłbym w Kieleckiem lub Radomskiem, lub też gdzie indziej. Bez inwentarzy żywych i martwych. Bliższa wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, Warszawa, Koszykowa 12 pod lit R.
5) Kupię ośrodek po rozparcelowaniu, przestrzeni około dwóch włók, z budynkami i inwentarzem, w ziemi żytniej, z komunikacją dobrą. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, Warszawa Koszykowa 12.
6) Poszukuję 10 włókowego majątku w dobrej glebie i kulturze, z obszernym dworem i dobrymi budynkami nie dalej jak 12 godz, koleją od Warszawy, kolej i cukrownia blisko. Po za Królestwem obszar nie więcej jak 300 dziesięcin. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, pod lit. P. S.
7) Kupię rezydencję z dworem o kilkunastu lub więcej pokojach, dużym sadem kilku włókami ziemi, blisko kolei. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, Koszykowa 12.
8) Sprzedam majątek w ziemi Piotrkowskiej, przestrzeni około 43 włók, w dobrej glebie, ładnym lasem, pałac, budynki murowane, od kolei dziesięć wiorst. Cena 8,000 rubli włóka. Wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej“, Koszykowa 12.
9) Sprzedam rezydencję w ziemi Piotrkowskiej, od miasta ¼ wiorsty, składająca się: z dworu o 6-ciu pokojach, stodoły, stajni, ogrodu i osmiu mórg łąki. Cena 3,500 rubli. Wiadomość w redakcji „Wsi ilustrowanej“, Koszykowa 12.
10) Sprzedam majątek w g. Mińskiej blisko kolei, w dobrym punkcie, przestrzeni 538 dziesięcin, młyn duży, las, torf, bez serwitutów. Cena 127,000 rubli. Bliższa wiadomość w Redakcji „Wsi ilustrowanej, Koszykowa 12.
11) Sprzedam w okolicy Mińska gubern. młyn wodny, drewniany, 3-piętrowy, turbina o sile 36 HP., o 6-ciu gankach. Przy nim ziemi 64 dziesięcin, z budynkami. Miejscowość handlowa, przy kolei. Cena 30 tysięcy rubli. Bliższa wiadomość w Redakcji „Wsi Ilustrowanej“. Koszykowa 12.
12) Poszukuję dzierżawy majątku włok około 30-tu możliwie z pierwszej ręki, w dobrej glebie i kulturze, z dobrymi budynkami i domem mieszkalnym w ogrodzie, w okolicy mającej zapewniony zbyt na okopowe. Albo kupię majątek od 8 do 12 włók w dobrej ziemi z warunkami wyżej wskazanymi.
Oferty w Redakcji „Wsi Ilustrowanej“ Koszykowa 12, pod lit. L.
13) Puszczę w dzierżawę majątek 12 włók w ziemi Dobrzyńskiej (g. Płocka) gleba żytnia, z dostatecznemi zabudowaniami, inwentarzem żywym i martwym; torf w majątku, z zasiewami, posieka, rybołóstwo, w okolicy cukrownia i dwie gorzelnie, do szosy 5 wiorst, w okolicy dwie mleczarnie, lub sprzedam tenże na dogodnych warunkach. Wiadomość i oferty w redakcji „Wsi Ilustrowanej“ Koszykowa 12, pod lit. B. T.
14) Poszukuję majątku 100 włókowego, z gorzelnią. Cały szacunek płacę gotówką. Bliższa wiadomość w Redakcji „Wsi Ilustrowanej“, Koszykowa 12.
Niedawno wydana w polskim przekładzie książka lorda Montagu p. t. „Sztuka prowadzenia samochodu“ znalazła u nas popyt duży. Jest to jeden dowód więcej, że samochód nawet w naszych warunkach przekroczył już granicę wykwintnej rozrywki sportowej i stał się jednym z dość poważnych czynników lokomocji.
Double-Phaëton.
|
Przyczyn na to złożyło się wiele, nadewszystko zaś niezwykle szybki rozwój tego przemysłu i rozwój techniki samochodowej, która z każdym rokiem usuwała niedogodności napotykane, przekształcając samochód w przyrząd odpowiadający potrzebom lokomocji XX stulecia.
Że w tym kierunku pionierka samochodów, Francja, nie dała sobie wydrzeć zasłużonej palmy pierwszeństwa, poświadczyć mogą nie tylko sportsmeni zagraniczni, ale i ci, co u nas na „maszynie“, jak to określa lud, przebywają olbrzymie przestrzenie od niw podolskich po pińskie błota.
I u nas samochód przestał być już wyłącznością miast wielkich lub podmiejskich traktów bitych, a przedostał się na wsie odległe, na trakty mniej dostępne, nawet na „polskie drogi“, dziwiąc niejednokrotnie swym widokiem przemykające kniejami litewskiemi łosie, lub z „wiatram ukraińskim“ idąc w zawody.
Bo ruchliwość i przedsiębiorczość francuska nie poprzestała na wytwarzaniu dobrych maszyn dla siebie jedynie, ale umiejętnie umiała się dostosować do warunków lokalnych danego kraju, organizując fabrykację maszyn i części składowych do warunków zapotrzebowania i tworząc reprezentację swych firm pierwszorzędnych, nie tylko pod względem handlowym, ale i technicznym, t. j. otwierając warsztaty samochodowe, gdzie pod kierunkiem specjalistów kształcą się siły miejscowe w tej dziedzinie, mającej tak wielką przyszłość przed sobą.
Korzystając z uprzejmości dyrektora olbrzymich zakładów pod firmą „Garaż centralny Geyer & Co“, p. Józefa Pignet, mieliśmy sposobność naocznie zobaczyć nietylko ostatnie wyniki techniki samochodowej, ale i przekonać się o umiejętności dostosowywania się do warunków miejscowych, potrzeb lokalnych, a zarazem stwierdzić, że ten przemysł z Francji rodem, stał się już źródłem zarobkowania dla wielu rąk naszych.
Że „firma, Geyer & Co“ reprezentuje najsłynniejsze fabryki francuskie, jak: „Dion Bouton“, „Mors“, „Delaunay-Belleville“, „Delahaye“, oraz belgijską „Minerva“ (bez wentyli), że sprowadza towar pierwszorzędny, dodawać nie potrzeba, starczy rzut oka na szereg „wozów“ w garażu głównym (Nowy-Świat 40), gdzie są urządzone warsztaty reperacyjne, lub na francuską modłę urządzonym magazynie (Erywańska № 4) jak i olbrzymim składzie przy Okólniku № 9.
Laudaulet-Limousine.
|
Limousine.
|
Ale to dopiero potowa zadania. Na większą jeszcze pochwałę zasługuje cały szereg dostosowań mających niezwykle praktyczne znaczenie.
Przedewszystkiem całe ostateczne wykończenie, aczkolwiek samochody przychodzą najzupełniej gotowe, odbywa się powtórnie na miejscu przez siły miejscowe pod kierunkiem specjalisty. Te powtórne sprawdzanie, coś w rodzaju „obciągania“ zegarków przez zegarmistrza, daje możność firmie „Geyer & Co“ zastosowania wszystkich zmian, jakich warunki lokalne wymagają, uskutecznianych z jak najlepszymi rezultatami, zwracając uwagę na warunki atmosferyczne, własności „karbonatora“ i różnicę w wadzę benzyny ruskiej i francuskiej, co usuwa znany dobrze sportsmenom kłopot poszukiwania i sprowadzania benzyny zagranicznej i pozwala na zaopatrzenie w drodze, w razie braku, w ten materjał w każdem miasteczku.
Druga nowością są wyroby fabryki belgijskiej „Minerva“, samochody bez wentyli.
Nie poprzestając na tem, reprezentacja warszawska firmy „Geyer & Co“, w celu chwytania w lot wszelkich nowych wynalazków w dziedzinie samochodowej, posiada w Paryżu (rue Villesexel 2) swoje specjalne biuro. W ten sposób bez zwłoki i straty czasu trzyma (jak się to mówi) rękę na pulsie wszelkich wynalazków w tej dziedzinie.
Jeszcze jedna nowość została wprowadzoną w Warszawie przez „Garaż Centralny“ dla większego rozpowszechnienia swoich tranzakcji, polegająca na stworzeniu coś w rodzaju Banku automobilowego, ułatwiającego wszelkie możliwe warunki kupna, zarówno przy nabywaniu powozów luksusowych, jak i platform do bagażów lub omnibusów.
Tak wiec pod każdym względem, „Garaż Centralny“ stał się przedsięwzięciem, torującem drogę przemysłowi samochodowemu u nas.
Do zwiedzania wykwintnych zakładów firmy „Geyer & Co“ każdego zachęcić możemy.
|
Redakcja „WSI ILUSTROWANEJ“ Koszykowa Nr 12, w Warszawie.
Telefon Redakcji i Administracji 116-99. — Telefon prywatny Redaktora 120-00.
Redaktor KAZIMIERZ LASKOWSKI.Wydawca JÓZEF SOKOLNICKI.
KLISZE I DRUK ZAKŁADÓW GRAFICZNYCH B. WIERZBICKI i S-ka W WARSZAWIE.
|










