Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.
OPOWIEŚĆ d‘ARTAGNANA.

— Ciężka to była sprawa — zaczął swa opowieść d‘Artagnan — i łatwo mogła się nie udać. Prawdę mówiąc — była chwila, żem sobie pomyślał — już koniec. A jakem wspomniał, że twoje dwadzieścia tysięcy straciłem (tak mi się wtedy zdawało), tom nie wiedział, jak wracać...
— Zacny, kochany panie! — przerwał rozczulony Planchet — pieniędzy, wiadomo, żal, ale ja dla pana...
Rozczulił się zkolei d‘Artagnan, widząc, że jego dawny pachołek tyle okazuje szlachetności. Upłynęła spora chwila, nim podjął opowieść.
— Aleć, — rzekł — zaczynam od początku. Mówiłem ci tedy wyjeżdżając, że czterdziestu zuchów potrzeba mi do przeprowadzenia owej restauracji. Alem się potem rozmyślił. Czterdziestu chłopa — toć to gromada. Ani myśleć o przedzieraniu się przez kraj nieprzyjazny, chyba żeby oddziały podzielić. A to znów bieda — oddziałom potrzeba dowódców, a tych nie miałem. Więc tylko dziesięciu ludzi wziąłem.
— I pan, na czele tych dziesięciu ludzi, zwyciężyłeś tego tam Moncka? — zapytał naiwnie Planchet.
— Mordioux! Mówiłem przecie, że chodziło o porwanie Moncka! A do tego nietylko nie potrzeba wielu ludzi, ale przeciwnie — im mniejsza garstka, tem łatwiej niepostrzeżenie przekraść się może do obozu. No, a potem potrzeba było już tylko głowy, sprytnej głowy, któraby znalazła sposób złapania Moncka i paru ludzi, coby go zamknęli i przewieźli cichaczem do króla.
— No, ale jak pan mogłeś złapać Moncka?
— Ano, udało się. Prawda, że przypadek pomógł. Ale o tem potem. Dość, że tak się złożyło, iż Monck późno wieczorem przechodził sam koło wybrzeża, gdzie rozłożyliśmy się na noc, ja i moi ludzie.
— A wojsko tak pozwoliło obcym obozować? — przerwał znów Planchet.
— Prawda, jeszczem ci nie powiedział, że przybyliśmy tam na statku rybackim, nibyto sprzedać połów, takeśmy ślicznie wytłomaczyli się, długą opowiedziałem historję, jak nas wiatr zapędził w stronę Anglji, jak tu chcielibyśmy ryby sprzedać i do domu wracać, że uwierzył generał, całkiem uwierzył, pozwolił przenocować w starej chatce nad brzegiem morza, ryby kupił... Tak tedy wieczorem, wypatrzywszy, że Monck sam idzie blisko naszej chatki, przyskoczyłem do niego, usta mu zakryłem i wpakowałem do klatki — d‘Artagnan aż uśmiechnął się na to wspomnienie. — Klatkę tośmy wpierw wyszykowali. Całkiem jak dla dzikiego zwierza. Z kratką w pokrywie, żeby się nie zdusił. Grzecznie mu wytłumaczyłem, żeby milczał, jeśli nie chce narazić się na pchniecie szpadą. Zły był, bo zły. Mało nie kąsał. Ale żeby miał krzyczeć — to nie. Tylko patrzył tak, jakby nas chciał żywcem połknąć. Ano, nie muszkietera tem straszyć. Wpakowaliśmy generała w skrzyni na statek, a że noc była ciemna, bez przeszkód, niezauważeni odbiliśmy od brzegu. Dwa dni i dwie noce jechaliśmy do Scheweningen, gdzie wówczas przebywał Karol II.
Przybyłem tam w nocy. I czas już był, bo Monck ani jeść ani pić nie chciał i tylko oczami łypał, z nienawiścią, chodem mu ciągle tłomaczył, że nic mu się złego nie stanie. Kiedym wreszcie skrzynię z generałem do króla kazał przynieść i generała wypuścić — dowiedziałem się takich rzeczy, że mi włosy dębem na głowie stanęły. Bo oto generał, gdym go przed Jego Królewska Mość Karola II zaprowadził, w te ozwał się słowa „Podeszliście mnie nie jak szlachta, nie jak uczciwi ludzie. Jam przyjął wysłańca króla Karola II z wiarą i zaufaniem, pozwoliłem mu wyjąć z podziemi pieniądze, które — jak sam przyznał — były własnością króla, a on miast na uczciwość uczciwością odpowiedzieć, wydał mnie w ręce swoich wspólników. Niegodne to szlachty. Tyle wam miałem do powiedzenia i już ani słowa więcej nie powiem“. Zapamiętałem ja dobrze, mój drogi Planchet, te słowa generała, bo bardzo mnie one zdumiały i zabolały. Później dopiero, J. K. M. wytłomaczył mi, jak to dziwnie splątały się wypadki. Oto Athos, tegoż dnia, w którym ja przybyłem z zamiarem porwania Moncka, zjawił się u tegoż, jako wysłannik króla i, widząc szlachetną, prawą twarz generała wyznał mu szczerze, iż jest zwolennikiem Karola, a jednocześnie wykonawcą ostatniej woli króla Karola I. Ten Karol I, męczennik ścięty przez kata, powierzył Athosowi tajemnicę. Mianowicie ukrył on w podziemiach zamku Newcastle milion w złocie i polecił milion ten wręczyć Karolowi II, w chwili, kiedy mu będzie niezbędny. Athos święcie dopełnił zlecenia. Monck z podziwem przyjął to śmiałe wyznanie, a nie chcąc się dać prześcignąć w szlachetności, zezwolił Athosowi na zabranie skarbu. Nie chcąc wszakże, aby jego ludzie zwiedzieli się o tem, sam tylko udał się z Athosem do podziemi. Po wydobyciu skarbu Athos udał się na kwaterę, którą mu generał wyznaczył, a Monck wracał właśnie samotny do obozu, gdym ja, o niczem nie wiedząc — porwał go i uwiózł do króla. Mógł tedy łatwo podejrzewać, że byliśmy w zmowie i trudno się dziwić jego oburzeniu.
Planchet już od dobrej chwili przestał liczyć złoto, wpatrzony całkiem w porucznika.
— Tak to, mój drogi Planchet, splątany się działania moje i Athosa. I kiedym to wszystko zrozumiał, myślałem przez chwilę, że nic nie będzie z tego wszystkiego, a w dodatku ty, mój Planchet, stracisz swój kapitał. Ale stało się całkiem inaczej. Oto król, wytłomaczywszy sprawę Monckowi, nie próbował nawet rozmawiać z nim, tylko wyprowadził go z komnaty i rozkazał mi odwieźć generała do Anglji. Wsadziłem go tedy na statek i puściliśmy się w powrotną drogę. Ale Monck wciąż jeszcze był chmurny. Nie wierzył w ten dziwny zbieg okoliczności. Przybiliśmy wreszcie do brzegu. Obóz znaleźliśmy w tem samem miejscu. Jakież jednak było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, iż jedna z chat stoi w ogniu, a tłum żołnierzy, miast ratować, przygląda się pożarowi, z dziką radością. Prędko nam objaśniono, co się działo. Oto żołnierze, dowiedziawszy się o zniknięciu generała i stwierdziwszy, iż Athos był ostatnim, który mu towarzyszył, doszli do wniosku, że to znikniecie jego było sprawką, lub jego wspólników. I postanowili go ukarać przez spalenie żywcem.
— Jakto — przerwał z oburzeniem Planchet — żywcem spalić pana Athosa? szlachetnego pana Athosa?...
— No, oni przecież Athosa nie znali — tłomaczył d‘Artagnan — a pozory przemawiały przeciw Athosowi, nic więc dziwnego, że chcieli pomścić śmierć generała, myśleli bowiem, że Monck został zamordowany.
— Czy pan pozwoli mi spytać o jedne jeszcze rzecz?
— Pytaj przyjacielu, chętnie odpowiem.
— Otóż pan mówił, jeśli się nie mylę, że wiózł pan generała do króla przez dwa dni i dwie noce, tyleż z powrotem, wiec razem nieobecność generała trwała coś koło czterech dni?
— Słusznie wyliczyłeś. Już rachować to nauczyłeś się dobrze przy handlu.
Planchet podziękował skłonieniem głowy za pochwałę, nie zauważywszy zgoła drwiącego tonu d‘Artagnana.
— Pocóż tedy — mówił dalej — pan Athos te cztery dni spędzał w obozie anglików?
— Słuszne to pytanie, na które chętnie odpowiem! Oto Athos, dowiedziawszy się o zniknięciu generała po wyjściu z zamku, oświadczył oficerom, że — choć narówni z nimi nie wie, co się stać mogło — rozumie dobrze, iż osoba jego może się im wydawać podejrzana. Jednocześnie uważał za punkt honoru pozostać wśród Anglików, póki ta ciemna sprawa się nie wyjaśni. Anglicy, widząc jego postępowanie pełne szlachetności, zadowolnili się przydaniem mu straży. Lecz jeśli oficerowie, którzy mówili z Athosem uspokoili się trochę, to żołnierze, wiedząc tyle tylko, iż natychmiast po wspólnej przechadzce z francuzem generał zniknął, przeczekawszy parę dni i widząc, że nie powraca, postanowili — jak ci już mówiłem — żywcem go spalić! Na szczęście przybyliśmy wczas! Teraz dopiero generał uwierzył, iż Athos nic wspólnego nie miał z moim planem. Zwolnił nas też natychmiast, z Athosem przyjaźnie się pożegnał i dał mu list do wręczenia Karolowi II. Wkrótce dowiedziałem się, jaka była treść tego listu: „Najjaśniejszy Panie — pisał Monck — oczekuję Waszej Królewskiej Mości za sześć tygodni w Duwrze“. I oto w sześć tygodni później Monck na czele swych zwolenników przyjął króla. Cała Anglia poszła wkrótce za jego przykładem. Lud ten, zmęczony wojna wewnętrzną, radośnie przyjął króla.
— A to wszystko dzięki panu i panu Athosowi — zawołał z zachwytem Planchet.
— Dzięki królowi Karolowi II — odparł poważnie d‘Artagnan — my tylko staraliśmy się pomóc nieszczęsnemu wygnańcowi, a całą naszą zasługą było to, iż, pozornie przeszkadzając sobie w działaniach — daliśmy Karolowi możność wykazania szlachetności i wspaniałości iście królewskiej. A Monck — widząc, iż ten wygnaniec ma serce wielkie, wspaniałe — zrozumiał, że dla umęczonego ludu angielskiego monarcha ten będzie dobrym ojcem i opiekunem.
— Ale, proszę pana — zagadnął Planchet — wszystko to piękne jest i ciekawe, tylko jak dotąd, to ani rusz nie widzę, skąd pan wziął to złoto — tu wskazał złoto i srebro, poukładane już w równe gromadki.
— Ano, król Karol II chciał mnie wynagrodzić, mnie i moich ludzi. Najpierw zaproponował mi służbę u siebie, obiecywał honory i zaszczyty; alem mu odpowiedział krótko i węzłowato: „porzucając służbę u króla Francji, obiecałem monarsze, że nie będę służył żadnemu innemu królowi“. Na to nic nie mógł odpowiedzieć. Ale znalazł sposób ofiarowania mi złota w sposób delikatny i szlachetny. Zaczął mianowicie twierdzić, iż generał Monck jest wciąż jeszcze moim jeńcem, a jego szpada moją własnością. No i tytułem zapłaty za zrzeczenie się pretensyj do owej szpady rozkazał wypłacić mi 300.000 liwrów. Ot i masz wyjaśnienie zagadki, mój przyjacielu — zakończył wesoło d‘Artagnan.
— A pan Athos — wypytywał ciekawy Planchet — czy też został wynagrodzony?
— O! i jak jeszcze! Otrzymał Order Złotego Runa! We Francji jeden tylko człowiek go posiada, a mianowicie — król.
— Tedy interes?
— Udał się świetnie, jak widzisz! Wszyscy są zadowoleni. — Tu porucznik spojrzał z lubością na złoto.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.