Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
KRÓL I PORUCZNIK SKŁADAJĄ DOWODY PAMIĘCI.

Ludwik XIV-ty, jak wszyscy zakochani, wpatrywał się długo i uważnie, dopóki kareta, unosząca jego ukochaną, nie zniknęła mu z widnokręgu, wreszcie, uspokoiwszy nieco przyśpieszony bieg swych myśli i bicie serca, przypomniał sobie, że nie jest sam tutaj.
Porucznik trzymał konia za uzdę i ciągle cieszył się nadzieją, iż król zmieni swoje postanowienie.
— Jeszcze ma czas wsiąść na konia i popędzić za karetą... — myślał — nic nie straci na tem opóźnieniu.
Wyobraźnia porucznika, za bogata i za jaskrawa, wyprzedziła o wiele wyobraźnię monarchy, który nie chciał sobie pozwolić na podobny zbytek.
Poprzestał tylko na zbliżeniu się do porucznika i na słowach:
— No, już się skończyło!... jedźmy.
Porucznik przybrał tę samą minę powolną, smutną, co i monarcha. Powoli poprawił siodła, z westchnieniem podtrzymał strzemię monarsze i sam siadł na konia z wyrazem najgłębszego smutku na twarzy. Król ruszył pierwszy, porucznik podążył za nim.
Ludwik wjechał w ulicę, prowadzącą do zamku, i właśnie siódma biła na wieży zamkowej, gdy wchodził do swego pokoju.
W chwili właśnie, kiedy król wchodził do siebie, porucznik dojrzał, bo on wszystko dojrzeć musiał, jak w rogu okna kardynalskiego uniosła się na chwilę firanka.
Ludwik westchnął głęboko, jak człowiek, któremu zdjęto krepujące go więzy i rzekł do siebie półgłosem:
— Tymczasem chyba już skończone.
Po chwili przywołał pokojowca.
— Nie wpuszczać nikogo, aż za dwie godziny.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł pokojowiec — właśnie jest ktoś, co prosi o pozwolenie wejścia.
— Kto taki?...
— Porucznik muszkieterów.
— Ten, który mi towarzyszył?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie!...
— A... on?... Niech wejdzie.
Porucznik wszedł.
Król dał znak ręką, pokojowiec ukłonił się i wyszedł.
Ludwik XIV-ty powiódł za nim wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami, a gdy już portjery zapadły, odwrócił się i rzekł do porucznika:
— Obecnością swoją przypominasz; mi pan, iż nie poleciłem ci zachowania najściślejszej tajemnicy o tem, co się dziś stało.
— O!... Najjaśniejszy Pan zbytecznie trudzi się podobnem przypomnieniem. Zaraz widać, że Wasza Królewska Mość mnie nie zna.
— Tak, to prawda — odparł król — wiem, że pan jesteś dyskretny, ale ponieważ nie żądałem tajemnicy...
Porucznik skłonił się głęboko.
— Czy Wasza Królewska Mość nie ma nic więcej do powiedzenia?... — zapytał.
— Nie, panie, możesz odejść.
— A czy mogę prosić Waszą Królewską Mość o łaskawe pozwolenie wypowiedzenia słów kilku.
— Cóż to takiego?... — proszę się wytłomaczyć.
— Najjaśniejszy Panie, rzecz bardzo małej wagi dla Waszej Królewskiej Mości, mnie jednak obchodząca do najwyższego stopnia. Dlatego też proszę Waszą Królewską Mość, o wybaczenie mi, iż śmiem trudzić cię, Najjaśniejszy Panie. Gdyby to nie była rzecz nagła, konieczna, nie ośmieliłbym się nigdy i zniknąłbym, niemy, mały, taki, jaki zawsze byłem.
— Co?... zniknął?... nie rozumiem cię, poruczniku.
— Krótko mówiąc, przychodzę prosić o zwolnienie mnie, Najjaśniejszy Panie!...
Król poruszył się gwałtownie, nie mogąc ukryć zdziwienia; porucznik stał, jak posąg kamienny.
— Zwolnienie?... ciebie?... A na jak długo, proszę?...
— Na zawsze, Najjaśniejszy panie.
— Co?... co?... Chcesz opuścić służbę, poruczniku?... — zawołał król z ruchem znaczącym więcej nieco niż zdziwienie.
— Niestety, Najjaśniejszy Panie.
— Niemożliwe!...
— Najjaśniejszy Panie... starzeję się, trzydzieści cztery, czy trzydzieści pięć lat noszę zbroję... moje biedne ramiona już się zmęczyły... Czuję, iż trzeba ustąpić miejsca młodszym. Nie z tego ja wieku jestem, Najjaśniejszy Panie... jedną nogą stoję w ubiegłym... dlatego też wszystko oczom moim wydaje się dziwne... wszystko sprawia mi zawrót głowy... Krótko i węzłowato, mam zaszczyt prosić Waszą Królewską Mość o zwolnienie mnie ze służby.
— Poruczniku... — odezwał się król, spoglądając na oficera, na którym mundur leżał tak zgrabnie, tak swobodnie, że mógłby mu tego pozazdrościć niejeden młodzik — jesteś zdrów, silny, silniejszy ode mnie nawet...
— O! — odrzekł porucznik z uśmiechem fałszywej skromności — Wasza Królewska Mość mówi mi to, ponieważ oko mam jeszcze dość wprawne, nogę dość pewną, ponieważ nieźle jakoś trzymam się na siodle, a i wąs mam jeszcze czarny... Ale, Najjaśniejszy Panie!... wszystko to marność nad marnościami... złudzenie... pozór... dym... Najjaśniejszy Panie. Wyglądam dość młodo, to prawda, ale w głębi jestem stary... a za jakie sześć miesięcy, jestem tego najpewniejszy, będę już złamany, bezsilny, do niczego... a więc, Najjaśniejszy Panie...
— Poruczniku — przerwał król — proszę przypomnieć sobie swe własne słowa, wczoraj wypowiedziane... mówiłeś mi tu, w tem miejscu, żeś jest najzdrowszym człowiekiem w całej Francji, że zmęczenie jest ci obcem, że najmniejszej różnicy nie robi ci spędzanie całych dni i nocy na służbie... Czyś mi to mówił, poruczniku?... proszę sobie przypomnieć.
Porucznik westchnął.
— Najjaśniejszy Panie, starość lubi przechwałki... proszę wybaczyć starcowi, gdy sam się chwali, kiedy nikt go już chwalić nie chce. Mówiłem... to prawda... faktem jednak jest, iż czuję się bardzo zmęczonym i proszę o dymisję.
— Panie — rzekł król, postępując majestatycznie ku oficerowi — nie podajesz mi przyczyny właściwej. Chcesz opuścić mą służbę, to prawda, lecz ukrywasz przede mną prawdziwy powód tego żądania.
— Najjaśniejszy Panie, proszę mi wierzyć...
— Wierzę temu, co widzę, poruczniku! Widzę przed sobą człowieka energicznego, silnego, bystrego, może nawet najlepszego żołnierza w całej Francji, a to wszystko w żaden sposób nie tłomaczy potrzeby spoczynku.
— A!... Najjaśniejszy Panie — odrzekł porucznik z goryczą — cóż za pochwały!... Wasza Królewska Mość zawstydza mnie, doprawdy!... Silny, dzielny, bystry, najlepszy żołnierz w armji... Ależ Wasza Królewska Mość przechwala tę trochę moich przymiotów... i to do tego stopnia, że jakkolwiek sam niezła o sobie mam opinię, a jednak gotów jestem się nie poznać... Gdybym był próżnym i uwierzył w połowę pochwał Waszej Królewskiej Mości, uważałbym się za człowieka nieocenionego, bez którego obejść się nie można... powiedziałbym sobie, że człowiek, łączący w sobie tyle przymiotów, to skarb chyba... Niestety, Najjaśniejszy Panie!... przez całe życie moje z wyjątkiem chwili obecnej, byłem zawsze oceniany, według mojego przynajmniej zdania, o wiele... wiele niżej, aniżeli istotnie wart jestem... Powtarzam jednak, że Wasza Królewska Mość przesadza.
Król zmarszczył brwi, czuł bowiem, że w słowach porucznika ukrywa się jakieś gorzkie szyderstwo.
— Poruczniku — rzekł — poruszmy sprawę otwarcie. Czy służba przy mnie nie podoba ci się może?.. proszę powiedzieć.. No... bez ogródek, śmiało, otwarcie... chce tego.
Porucznik, który od kilku chwil widocznie zakłopotany, miał w ręku swój pilśniowy kapelusz, podniósł głowę na te słowa.
— O!.. Najjaśniejszy Panie... otóż to mi się podoba!.. to mnie ośmiela przed Waszą Królewską Mością... Na pytanie tak otwarcie postawione i ja odpowiem otwarcie. Powiedzieć prawdę to dobra rzecz... człowiek ma przyjemność, że może ulżyć trochę sercu, a zresztą to się tak rzadko zdarza. Powiem więc prawdę mojemu panu, prosząc go zgóry, aby wybaczył otwartość staremu wojakowi.
Ludwik spoglądał na porucznika z zaniepokojeniem, objawiającem się żywością ruchów.
— A więc... — rzekł — proszę mówić... z niecierpliwością oczekuję owej prawdy, jaką mam usłyszeć.
Porucznik rzucił kapelusz swój na stół, a twarz jego, zawsze inteligentna i marsowa, przybrała teraz wyraz wielkości i powagi.
— Najjaśniejszy Panie — przemówił — porzucam służbę, gdyż jestem niezadowolony. Służący może zbliżyć się z uszanowaniem do swego pana, jak ja to czynię w tej chwili, zdać mu wydział swej pracy, zwrócić narzędzia, zdać rachunek z funduszów, jakie mu zostały powierzone i powiedzieć: „Panie, mój dzień się skończył, proszę mi zapłacić i pożegnajmy się!“
— Panie! Panie!... — zawołał król, czerwony z gniewu.
— O!.. Najjaśniejszy Panie — odrzekł porucznik, uginając na chwilę kolano — nigdy służący nie znajdował się wobec pana z większym szacunkiem, niż ja to czynię wobec Waszej Królewskiej Mości... Ale sam, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi mówić prawdę. Teraz, kiedym już zaczął, prawda cała musi być wypowiedzianą, choćby mi nawet Wasza Królewska Mość nakazał milczenie.
I umilkł na chwilę.
Na marsowej twarzy oficera widać było taką stanowczość, iż Ludwik XIV nie miał potrzeby nakazywać mu, aby mówił dalej. Król spoglądał nań tylko z wyrazem zaciekawienia i podziwu.
— Najjaśniejszy Panie!.. Oto trzydzieści pięć lat, jak to już mówiłem, dobiega od czasu, gdy wstąpiłem do służby królewskiej. Mało ludzi zużyło w służbie tej tyle szpad co ja... a dobre to były szpady, Najjaśniejszy Panie. Byłem dzieckiem... nic za mną jeszcze nie przemawiało, prócz odwagi a ojciec Waszej Królewskiej Mości odgadł we mnie mężczyznę. Byłem mężczyzną, Najjaśniejszy Panie, gdy kardynał de Richelieu, który znał się nad tem, odgadł we mnie nieprzyjaciela. Historja tej nieprzyjaźni, to historja lwa i mrówki... Można o niej dowiedzieć się, Najjaśniejszy Panie, z archiwów tajemnych rodziny królewskiej; jest ona tam zapisana od pierwszej chwili do ostatniej. Przez lat pięć byłym bezustannie bohaterem dnia... tak mi przynajmniej mówiły osoby znakomite i zasłużone... To dosyć długo, Najjaśniejszy Panie... pięć lat całych. A jednak wierzę tym, co to mówili, bo byli to ludzie, umiejący oceniać innych; nazywano ich panami: de Richelieu, de Buckingham, de Beaufort, de Retz... Nareszcie król Ludwik XIII, a nawet królowa, dostojna matka Waszej Królewskiej Mości, raczyła mi pewnego dnia powiedzieć „Dzięki!“ Już nawet nie przypominam sobie, jaką to usługę zdarzyło mi się wypełnić. Daruj mi, Najjaśniejszy Panie, że mówię tak śmiało... ale to, co opowiadam, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Waszej Królewskiej Mości, należy do historji.
Król przygryzł wargi i usiadł gwałtownie na fotelu.
— Naprzykrzam się Waszej Królewskiej Mości — rzekł porucznik Tak... tak... Taką jest zawsze prawda, Najjaśniejszy Panie!.. To cierpka towarzyszka... najeżona ostrzami... nieraz rani tego, co jej słucha, czasami też i tego, co ją wypowiada.
— Nie, panie — odparł król — prosiłem cię sam, poruczniku, byś mówił, mów więc dalej.
— Po służbie dla króla-nieboszczyka i kardynała, także nieboszczyka, przyszła służba dla regencji... I wówczas biłem się dobrze podczas frondy... ale już nie tak dobrze, jak za pierwszym razem... Ludzie coś zaczęli być mniejsi... Pomimo to kilkakrotnie dowodziłem muszkieterami Waszej Królewskiej Mości w okazjach niebezpiecznych, zapisanych w rozkazach dziennych. Piękny los był wówczas moim udziałem. Byłem ulubieńcem pana Mazariniego, „Poruczniku, tu! poruczniku tam! poruczniku, na prawo! poruczniku, na lewo! Gdzie tylko rozdawano kułaki, tam zawsze najpokorniejszy sługa Waszej Królewskiej Mości miał polecenie ich rozdawania. Wkrótce jednak panu kardynałowi zamało było mych usług we Francji... posłał mnie do Anglji... na rachunek Kromwella. Jeszcze jeden pan niezbyt czuły, zapewniam Waszą Królewską Mość. Miałem zaszczyt znać go i mogłem ocenić należycie. Obiecano mi dużo za spełnienie tego posłannictwa. A chociaż tam zrobiłem zupełnie co innego, niż mi polecono, zostałem jednak wspaniałomyślnie wynagrodzony, gdyż nareszcie zostałem mianowany kapitanem muszkieterów. Otrzymałem stopień najwyższy na dworze, skąd krok jeden do buławy marszałkowskiej. Stopień najbardziej ceniony i słusznie, bo, gdy ktoś jest kapitanem muszkieterów, tem samem jest kwiatem najpiękniejszym armji, królem najdzielniejszych!...
— Kapitanem?.. pan się mylisz prawdopodobnie... — odezwał się król — chciałeś zapewne powiedzieć: porucznikiem.
— Nie, Najjaśniejszy Panie... ja się nigdy nie mylę... niech Wasza Królewska Mość zda się pod tym względem na mnie... Pan Mazarini wydał mi dyplom na kapitana, dyplom z podpisem królowej-regentki.
— No i...
— I pan Mazarini... Wasza Królewska Mość wie o tem lepiej niż ktokolwiek inny... pan Mazarini bardzo rzadko coś daje, a często nawet to, co już dał, odbiera. Tak się i ze mną stało. Pan Mazarini odebrał mi ten dyplom, gdy zawarto pokój, i gdy mu już byłem zbyteczny. Być może, iż nie byłem godzien zastąpić pana Treville... świetnej pamięci... ale ostatecznie obiecano mi ów dyplom i dano mi go... nie należało więc odbierać rzeczy raz danej.
— Więc z tego jesteś niezadowolony, poruczniku?.. Dobrze, rozpatrzę tę sprawę... Twoja skarga, jakkolwiek złożona po wojskowemu, podoba mi się bardzo.
— O!.. Najjaśniejszy Panie!.. — rzekł oficer — Wasza Królewska Mość mnie nie rozumie!... Ja się na nic nie uskarżam.
— Zbytek delikatności, poruczniku... ja jednak dopilnuje tej sprawy... i później...
— Piękne słowo!... Najjaśniejszy Panie!... „później“! Lat trzydzieści słyszę je wypowiadane przez mnóstwo osób wielkich, znakomitych, a teraz znów pada z ust Waszej Królewskiej Mości!.. Później!.. Oto w jaki sposób otrzymałem dwadzieścia ran i dożyłem pięćdziesiątego czwartego roku, nie mając nigdy luidora w kieszeni, nie znalazłszy na mej drodze obrońcy, choć sam obroniłem tylu ludzi... Później!.. To też dziś zmieniam formułkę i gdy mi kto mówi: „później“, odpowiadam: „natychmiast“. Żądam spoczynku, Najjaśniejszy Panie... Tego można mi udzielić... bo to nikogo nic kosztować nie będzie.
— Nie spodziewałem się usłyszeć podobnej mowy, mój panie, a szczególnie od człowieka, co żył obok wielkich. Zapominasz pan. iż mówisz do króla, do szlachcica tak dobrego rodu, jak i pan, przypuszczam: gdy ja mówię „później“, to można mi wierzyć napewno.
— Nie wątpię o tem, Najjaśniejszy Panie... Lecz oto koniec tej strasznej prawdy, którą chciałem powiedzieć: gdybym ujrzał tu, na tym stole, buławę marszałkowską, szpadę konetabla, a chociażby nawet koronę jakiegokolwiek księstwa, zamiast „później“, przysięgam, Najjaśniejszy Panie, odpowiedziałbym jeszcze raz „natychmiast“!... O! proszę mi wybaczyć!... pochodzę z kraju, z którego pochodził dziad Waszej Królewskiej Mości, król Henryk IV-ty... mówię rzadko, lecz mówię wszystko, gdy raz mówić zacznę!...
— Jak widzę, panowanie moje nie nęci cię, poruczniku... — odezwał się Ludwik wyniośle.
— Zapomnienie!... zapomnienie!... wszędzie zapomnienie!... — zawołał oficer ze szlachetnem oburzeniem. — Pan zapomniał sługi swego, i otóż sługa zmuszony jest zapomnieć pana. Żyję w czasach, nieszczęśliwych, Najjaśniejszy Panie. Przed oczyma mam młodzież pełną zniechęcenia i obawy, widzę ją burzliwą, biedną, gdy powinna być bogatą i potężną. Wczoraj naprzykład, otwieram drzwi króla Francji przed królem Angiji, któremu ja, chudopachołek, omal nie ocaliłem ojca, gdyby Bóg nie wdał się w tę sprawę i nie natchnął wybrańca swego, Kromwela... Otwieram, mówię, drzwi, to jest pałac brata dla brata, i widzę... o! Najjaśniejszy Panie, serce ściska się na to wspomnienie... i widzę, jak minister owego króla wypędza wygnańca koronowanego i upakarza swojego władcę, skazując na cierpienia i nędzę monarchę... wydziedziczonego, lecz zawsze monarchę!... widzę nareszcie, jak pan mój, młody, piękny, dzielny, mający w sercu odwagę, a w oczach błyskawice, drży przed księdzem, śmiejącym się, szydzącym z niego za firankami alkowy, gdzie, leżąc w łóżku, przetrawia złoto całej Francji, jakie zagarnął do swoich skrzyń i kufrów. O!... rozumiem twoje spojrzenie, Najjaśniejszy Panie! śmiałość moja graniczy z szaleństwem... Cóż robić?... jam żołnierz stary i opowiadam królowi mojemu rzeczy, którebym wpakował napowrót w gardło temu, coby odważył się je wobec mnie opowiadać. Zresztą, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi otworzyć przed sobą serce, ja też, korzystając z tego pozwolenia, rozlewam u stóp Waszej Królewskiej Mości całą żółć, jaka się we mnie nagromadziła od lat trzydziestu, tak samo, jak gotów jestem przelać całą krew moją na rozkaz Waszej Królewskiej Mości!...
Ludwik XIV, nie mówiąc ani słowa, ocierał pot zimny, gęstemi kroplami występujący mu na czoło.
Chwila milczenia, jaka nastąpiła po tej gwałtownej przemowie, była wiekiem cierpień zarówno dla tego, co mówił, jak i dla tego, co słuchał.
— Panie — odezwał się król nareszcie — rzuciłeś słowo: „zapomnienie“. Z tego, co mówiłeś, to tylko jedno słowo słyszałem... i na nie chcę odpowiedzieć... Inni, być może... zapominali i zapominają łatwo... ja jednak nie zapominam nigdy! A oto dowód mej pamięci: był dzień rozruchu, dzień, w którym lud rozwścieczony, rozszalały, wyjący jak wzburzone morze, opanował Pałac Królewski... W dniu tym udawałem, iż śpię w łóżku, a jeden jedyny człowiek, ze szpadą obnażoną, kryjąc się u wezgłowia, strzegł mego życia... gotów w każdej chwili narazić swoje, aby tylko moje ocalić, tak je narażał już ze dwadzieścia razy dla dobra mej rodziny. Szlachcie ów, którego wówczas zapytałem o nazwisko, nazywał się d‘Artagnan. Nieprawdaż, panie?...
— Wasza Królewska Mość dobrą ma pamięć — odparł chłodno porucznik.
— A więc, jeżeli tak dobrze pamiętam chwile z moich lat dziecięcych, niemniej też pamiętać będę, co zaszło za lat dojrzałych.
— Nie wątpię, Najjaśniejszy Panie... Bóg hojnie obdarzył cię przymiotami — odrzekł porucznik tym samym tonem.
— Panie d‘Artagnan... czyż więc nie będziesz przynajmniej tak cierpliwym, jak ja... czy nie możesz tego robić, co ja robię?...
— A co Wasza Królewska Mość robi?...
— Czekam!...
— Wasza Królewska Mość może czekać; bo jest młodym... lecz ja, Najjaśniejszy Panie, ja nie mam na to czasu... Starość zagląda już przez uchylone drzwi, a śmierć za nią... i wkrótce wcisną się obie do mego domu. Wasza Królewska Mość rozpoczyna dopiero życie, pełne nadziei... śmiało oczekiwać może dni szczęśliwych, lecz ja, Najjaśniejszy Panie, stoję na drugim krańcu widnokręgu i tak wielka przestrzeń nas od siebie rozdziela, że nigdy nie miałbym czasu doczekać się chwili, w którejby Wasza Królewska Mość doszedł aż do mnie.
Król przeszedł kilka razy po pokoju, ocierając wciąż czoło, zroszone potem, któryby przestraszył lekarzy, gdyby lekarze mogli widzieć monarchę w podobnym stanie.
— Dobrze, panie!... — odezwał się wreszcie krótko. — Żądasz zwolnienia... podajesz się do dymisji ze stopnia porucznika muszkieterów.
— Składam ją najpokorniej u stóp Waszej Królewskiej Mości.
— Dosyć. Każe zaraz wypłacić panu pensję...
— Wielce będę za to obowiązany Waszej Królewskiej Mości.
— Jeszcze słowo, panie — dodał król, zdobywając się na gwałtowny wysiłek — sądzę, że tracisz dobrego pana.
— Jestem tego najpewniejszy, Najjaśniejszy Panie.
— I masz nadzieje znaleźć podobnego?...
— O!... Najjaśniejszy Panie!... wiem, że jesteś jedynym w świecie, dlatego też nie przyjmę służby u żadnego z królów ziemskich... od tej chwili sam sobie będę panem.
— Stanowczo?...
— Przysięgam to Waszej Królewskiej Mości!...
— A ja przyjmuje te przysięgę.
D‘Artagnan skłonił się w milczeniu.
— A wiesz, poruczniku, że dobrą mam pamięć — dodał Ludwik XIV-ty.
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie... A jednak chciałbym, aby pamięć ta zawiodła w tej chwili Waszą Królewską Mość... Chciałbym, abyś, Najjaśniejszy Panie, zapomniał o tym nędznym obrazie, jaki musiałem roztoczyć przed oczyma mojego monarchy. Zresztą, mam nadzieję, iż życzenie moje spełni się. Wasza Królewska Mość za wysoko znajduje się ponad maluczkimi i ubogimi.
— Moja królewska mość, panie, będzie jako słońce, co widzi wszystkich, bogatych i nędzarzy, udzielając blasku jednym, a ciepła drugim, wszystkim zaś razem: życia!... Bądź zdrów, panie d‘Artagnan, bądź zdrów!... Jesteś wolny!...
I król, tłumiąc gwałtowne łkanie, duszące go za gardło, wyszedł szybko do sąsiedniego pokoju.
D‘Artagnan wziął kapelusz ze stołu, gdzie go był rzucił, i wyszedł.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.