Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
ARYTMETYKA PANA MAZARINIEGO.

W chwili gdy król w towarzystwie jednego tylko pokojowca kierował szybko swoje kroki ku skrzydłu zamkowemu, gdzie mieszkał chwilowo kardynał, z małego gabinetu, o którym wspominaliśmy, wychodził porucznik muszkieterów, oddychając głęboko, jak człowiek, co długo musiał powstrzymywać oddech. Gabinet ten dawniej stanowił widocznie jednę całość z pokojem, zajętym przez króla, bo oddzielony był tylko cieniuchną przegrodą z desek. Z tego też powodu przegroda owa, istniejąca jedynie dla oczu, pozwalała uchu najmniej nawet niedyskretnemu słyszeć wszystko, co się działo w pokoju.
Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, iż porucznik muszkieterów słyszał całą rozmowę pomiędzy królami Francji i Anglji.
Uprzedzony ostatniemi słowami Ludwika XIV, zdążył wyjść na czas, skłonić się w przejściu monarsze i towarzyszyć mu wzrokiem, aż do chwili, gdy zniknął w głębi korytarza.
Potem zaś, potrząsnąwszy głową w sposób, jemu tylko właściwy, odezwał się głosem, w którym pomimo lat czterdziestu, spędzonych za granicami Gaskonji, przebijał zawsze akcent gaskoński:
— Smutna służba!.. — rzekł — pan także niewesoły.
Ciekawa scena także rozegrała się w tym czasie u p. Mazariniego.
Jego Eminencja położył się do łóżka, zmęczony małym atakiem podagry. Ponieważ jednak nie odstępował on nigdy od raz wyznaczonego porządku, choćby mu to przykroić lub ból sprawiać miało, kazał wiec Bernouinowi, pokojowcowi swojemu przynieść mały pulpit podróżny, aby mógł pisać leżąc. Podagra jednak nie jest przeciwnikiem łatwym do pokonania. Za każdem poruszeniem ból, głuchy dotychczas, stawał się zaraz dotkliwym.
— Czy jest Brienne?.. — zapytał Bernouina.
— Niema go, monsignorze — odrzekł pokojowiec. — Pan de Brienne, zwolniony przez Waszą Eminencję poszedł spać. Jeżeli jednak Wasza Eminencja życzy sobie, można go obudzić.
— Nie... warto... a!.. — syknął z bólu — przeklęte cyfry!..
I kardynał zamyślił się, licząc coś na palcach.
— Cyfry!.. ładna historja — odezwał się Bernouin. — Jeżeli Wasza Eminencja nie przestanie zagłębiać się w tych rachunkach, mogę mu na jutro przepowiedzieć piękną migrenę. A na dobitek złego brak nam pana Guenaud.
— Masz słuszność, Bernouin... A więc mi zastąpisz Brienna, mój przyjacielu... Co prawda, powinienem był wziąć ze sobą p. Colberta. Ten młodzieniec podoba mi się bardzo... Chodzący porządek... nieprawdaż, Bernouin?..
— Nie wiem — odrzekł pokojowiec — ale mnie jakoś nie podoba się wcale jego postać...
— Dobrze już... dobrze, Bernouin!.. Twoje zdanie jest najzupełniej zbyteczne... siadaj tam, bierz pióro i pisz.
— Już siedzę, monsiniorze... a co mam pisać?..
— Ot tu — rzekł Mazarini, podając mu arkusz papieru — w dalszym ciągu tych dwóch linij, już zapisanych. To rachunek pieniędzy królewskich.
— Rozumiem.
— Pisz. Siedemset sześćdziesiąt tysięcy liwrów...
— Już.
— Lyon...
Kardynał widocznie się zawahał.
— Lyon... — powtórzył Bernouin.
— Trzy miljony dziewięćset tysięcy.
— Dobrze... monsiniorze.
— Bordeaux siedem miljonów.
— Dochody główne siedem miljonów... Nieruchomości dziewięć miljonów... tak... napisałeś już, Bernouin?..
— Już, monsiniorze.
— W gotówce sześćset tysięcy liwrów... wartości rozmaite dwa miljony... a!... zapomniałem, ruchomości rozmaitych zamków...
— Zamków... czy dodać koronnych?.. — zapytał Bernouin.
— Nie trzeba... to się samo przez się rozumie. Napisałeś już, Bernouin?..
— Już, monsiniorze.
— No a cyfry?..
— Podpisane jedna pod druga.
— Dobrze. Teraz dodaj je razem...
— Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy liwrów.
— A!.. — zawołał Mazarini ze źle ukryta złością. — Niema jeszcze czterdziestu miljonów?..
Bernouin raz jeszcze przerachował cyfry.
— Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy!..
Mararini kazał podać sobie rachunek i przeglądał go uważnie.
— Wszystko jedno — wtrącił Bernouin — trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy liwrów... zawsze to ładny grosz!..
— Ah, Bernouin... chciałbym to widzieć w szkatule królewskiej..
— Wasza Eminencja mówił przecież przed chwila, iż pieniądze te należą do króla...
— No, naturalnie... to przecież jasne... to oczywiste... ale te trzydzieści dziewięć miljonów mają już swoje przeznaczenie, nawet brak nam jeszcze dużo!..
Bernouin uśmiechnął się po swojemu, to jest jak ten, kto wierzy w to tylko, w co chce wierzyć, i zajął się przyrządzaniem napoju na noc dla kardynała, poczem poprawił jeszcze poduszkę i wyszedł.
— O! źle!.. zawołał kardynał sam do siebie — źle!.. a jednak muszę mieć całe czterdzieści pięć... tyle sobie oznaczyłem i ani na grosz odstąpić nie mogę... Ale kto wie, czy mi starczy czasu... Pochylam się coraz bardziej ku ziemi... a jak raz odejdę, to już nie powrócę... A może jeszcze uda mi się wyciągnąć jakie dwa lub trzy miljoniki z kieszeni tych kochanych Hiszpanów... Cóż u djabła?.. odkryli przecież Peru... musiało im tam coś pozostać.
Gdy tak sam ze sobą rozmawiał, zajęty rachunkiem do tego stopnia, iż nie czuł nawet ataków podagry, nagle do pokoju wpadł Bernouin, niezwykle pomieszany.
— No?.. — odezwał się kardynał — co tam takiego?..
— Król!.. monsiniorze — król!..
— Jakto król?.. — zapytał, chowając szybko pod poduszkę zapisany papier — król tu?.. król o tej godzinie?.. myślałem, że już śpi oddawna... Cóż się to mogło stać?...
Ludwik XIV wszedł na te ostatnie słowa, i zauważył nawet, jak kardynał ukrył coś koło siebie, a następnie wyprostował się na łóżku.
— Nic... nic... panie kardynale... a przynajmniej nic takiego, coby pana miało zatrważać. Wiadomość ważna, której chciałem udzielić Waszej Eminencji jeszcze dziś wieczorem, oto i wszystko.
Mazariniemu przyszło zaraz na myśl zaniepokojenie króla, wywołane wzmianką, uczynioną w czasie prezentacji o pannie Mancini, i zdawało mu się, iż owa ważna wiadomość z tego właśnie pochodzi źródła. Zaraz też twarz jego wypogodziła się, tak, że król wyczytał z niej radość najwyższą.
Gdy Ludwik usiadł na krześle koło łóżka, kardynał odezwał się pierwszy:
Najjaśniejszy Panie, powinienbym wysłuchać Waszej Królewskiej Mości, stojąc... lecz ból gwałtowny...
— Etykieta zupełnie jest zbyteczną pomiędzy nami, kochany kardynale — odparł Ludwik XIV uprzejmie — jestem twym uczniem a nie królem, wiesz o tem dobrze, tembardziej zaś dziś, gdy przychodzę do ciebie z prośbą, a chciałbym, aby prośba ta została wysłuchaną.
Mazarini, ujrzawszy rumieniec monarchy, utrwalił się w przekonaniu, iż pod wszystkiemi temi słówkami kryje się sprawa miłosna. A jednak tym razem omylił się, jakkolwiek biegłym był politykiem. Rumieńca tego nie wywołało wstydliwe uniesienie młodzieńczej namiętności, lecz bolesne stłumienie dumy królewskiej. Jako dobry wuj, dbający o swe siostrzenice, Mazarini starał się ułatwić monarsze wyznanie.
— Proszę mówić, Najjaśniejszy Panie — rzekł — a ponieważ Wasza Królewska Mość raczył łaskawie zapomnieć, że jestem jego poddanym, a nazwał mnie swym nauczycielem, swym mistrzem, ja też z mej strony składam Waszej Królewskiej Mości zapewnienie najgłębszego mego przywiązania.
— Dziękuję, panie kardynale — odrzekł król. — Zresztą to, czego chcę żądać, nie jest znów tak wielką rzeczą...
— Tem gorzej... tem gorzej, Najjaśniejszy Panie. Chciałbym, aby Wasza Królewska Mość zażądał czegoś wielkiego, choćby nawet ofiary, poświęcenia z mej strony. Bądź cobądź, chociaż nie wiem, o co idzie, gotów jednak jestem zgóry przyzwolić, aby tylko ukoić troskę Waszej Królewskiej Mości.
— A więc posłuchaj, panie kardynale, o co chodzi — odezwał się król, a serce biło mu tak silnie, iż chyba tylko serce kardynała w tej chwili równie silnie bić mogło. — Przed chwilą odwiedził mnie mój brat, król Anglji.
Mazarini podskoczył na łóżku, jak gdyby dotknął butelki lejdejskiej, lub stosu Volty.
Równocześnie na twarzy jego odbiło się takie zdziwienie, a właściwie takie rozczarowanie, iż Ludwik XIV-sty, jakkolwiek niezbyt biegły dyplomata, poznał jednak w tej chwili, iż kardynał co innego spodziewał się usłyszeć.
— Karol II-gi!.. — zawołał głosem ostrym i, wydymając pogardliwie wargi — Waszą Królewską Mość odwiedził Karol II-gi!..
— Król Karol II-gi — powtórzył Ludwik, kładąc nacisk na tytuł należny wnukowi Henryka IV-go, o którym Mazarini zapomniał. — Tak, panie kardynale; nieszczęśliwy ten monarcha wzruszył bardzo serce moje, opowiadając o swych nieszczęściach. Upadek jego jest wielki, a ja to dobrze rozumiem, ja, któremu także omal nie zaprzeczono praw do tronu, ja, który musiałem w czasie rozruchów porzucić stolicę i szukać schronienia w Saint-Germain, ja wreszcie, który pojmuję dobrze obowiązki względem brata wydziedziczonego i wygnańca.
— Dlaczegóż niema on obok siebie Juljusza Mazarini?... Korona jego byłaby cała i nienaruszona.
— Wiem dobrze, ile rodzina moja winna Waszej Eminencji — odparł król dumnie — i wierz mi, panie kardynale, że nigdy o tem nie zapomnę. Właśnie zaś dlatego, że brat mój, król Anglji, nie ma u boku genjusza, który mnie ocalił, właśnie dlatego, powiadam, chciałbym mu zjednać pomoc tegoż samego genjusza, i prosić, aby twoje ramię, panie kardynale, rozciągnęło się nad jego głową; przekonany bowiem jestem, że ręka twoja, dotykając go tylko, potrafi przyozdobić jego głowę koroną, spadłą u stóp szafotu, na którym zginął jego ojciec.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Mazarini — dziękuję za dobrą o mnie opinję... ale... my tam nie mamy nic do roboty... Tam są szaleńcy jacyś wściekli, co zaprzeczają istnieniu Boga i ucinają głowy swym królom. Niebezpiecznie ich nawet dotknąć, tak są zbrukani krwią monarszą... Ta polityka angielska nigdy mi się nie podobała i ze wstrętem ją odrzucam.
— Właśnie też mógłbyś, panie kardynale, pomóc do wprowadzenia innej.
— Jakiej?...
— Jakiej?... Chociażby przywrócenia Karola II-go na tron ojcowski.
— O!... mój Boże — zawołał Mazarini — czyżby biedny Karol marzył jeszcze, że to się da zrobić?...
— Ależ tak... naturalnie — odparł król, przestraszony trudnościami, jakie w tej sprawie dostrzegało wprawne oko ministra. — Nie żąda więcej na ten cel, jak tylko miljona.
— Tylko tyle?... miliona?... maleńkiego miljonika!... No, no... proszę — rzekł Mazarini ironicznie, nie mogąc tym razem ukryć włoskiego akcentu mowy, który uwidoczniał się zawsze w chwilach, gdy kardynał wpadał w złość. — Daj bracie miljonik... maleńki miljonik!... oh!... rodzina żebraków!... — dodał z wyrazem najgłębszej pogardy.
— Kardynale — ozwał się Ludwik, podnosząc głowę — ta rodzina żebraków jest gałęzią mej rodziny!...
— Czy Wasza Królewska mość jest dość bogatym, aby mógł rozdawać miljony?... Czy masz, Najjaśniejszy Panie, ów żądany miljon do rozporządzenia?
— O!... — odrzekł Ludwik z odcieniem najwyższej boleści, którą jednak siłą woli stłumił w głębi swego serca. — O!... tak, panie kardynale, wiem, że jestem biednym... ale korona Francji warta przecie miljon... na wykonanie zaś dobrego uczynku zastawiłbym w razie potrzeby moją koronę... Przypuszczam, że znajdą się żydzi, co dadzą na nią miljon.
— Wiec powiadasz, Najjaśniejszy Panie, iż ci potrzeba miliona?... — zapytał Mazarini.
— Tak, panie, powiedziałem to.
— A jednak myli się Wasza Królewska Mość bardzo... nie miljona nam potrzeba, ale więcej... dużo więcej!... Bernouin!... Zobaczysz, Najjaśniejszy Panie, ile nam naprawdę potrzeba... Bernouin!..
— Jakto, kardynale, czyżbyś chciał zasięgać w tych sprawach rady lokaja?...
— Beruouin!.. — wołał kardynał, nie zwracając uwagi na upokorzenie młodego monarchy — zbliż się i wymień mi sumę, o jakiej przed chwilą mówiliśmy...
— Kardynale!... kardynale!... nie zrozumiałeś mnie widocznie — przerwał Ludwik, blady z oburzenia.
— Najjaśniejszy Panie, proszę się nie gniewać, ja otwarcie prowadzę interesy Waszej Królewskiej Mości. Cała Francja, cały świat zna je dobrze. Książki i rachunki moje otwarte są dla wszystkich. Bernouin!... czego to ja od ciebie żądałem przed chwilą?
— Wasza Ekscelencja kazał mi robić dodawanie.
— I zrobiłeś?... co?...
— Tak, monsiniorze.
— Aby obliczyć sumę, jakiej Jego Królewska Mość potrzebuje w tej chwili. Czy ci tego nie mówiłem?... No?... bądź otwartym, przyjacielu.
— Tak jest. Wasza Eminencja raczył mi to powiedzieć.
— A wiec, jakaż to była suma?... ile, mówiłem, potrzeba Najjaśniejszemu Panu?...
— Czterdzieści pięć miljonów.
— A ile znalazło się na to, gdyśmy dodali dochody ze wszystkich możliwych źródeł?...
— Trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy franków.
— Dobrze, mój Bernouin, właśnie to chciałem wiedzieć. Zostaw nas teraz, proszę cię — dodał kardynał, wpatrując się w młodego monarchę, oniemiałego ze zdziwienia.
— A!... Wasza Królewska Mość jeszcze wątpi?... oto dowód tego, co mówiłem.
I wyciągnął z pod poduszki papier, zapisany liczbami, podał go królowi, lecz ten odwrócił głowę, nie chcąc zdradzić się z boleścią, wyraźnie malującą się na jego twarzy.
— Ponieważ zatem Wasza Królewska Mość potrzebuje koniecznie miljona, który tu jeszcze nie został wciągnięty, a wiec razem będziemy mieli czterdzieści sześć miljonów... Takiej sumy nie da nam żaden żyd na świecie, nawet na koronę Francji.
Król, zaciskając kurczowo ręce, ukryte w szerokich mankietach, powstał i odepchnął fotel.
— A wiec — rzekł — mój brat, król Anglji, umrze z głodu!...
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedział kardynał tym samym tonem — proszę zapamiętać sobie przysłowie, będące wyrazem najzdrowszej polityki: „Gdyś biedny, pocieszaj się myślą, że twój sąsiad także jest biedny“.
Ludwik zamyślił się na chwilę, rzucając ciekawe spojrzenia na papier, którego jeden różek wyglądał z pod poduszki.
— A więc — rzekł nareszcie — nie możesz — panie kardynale, w żaden sposób uczynić zadość mej prośbie?...
— W żaden sposób, Najjaśniejszy Panie.
— Pomyśl, że będę miał w Karolu wroga, gdy wstąpi na tron, słusznie mu przynależny.
— O!... jeżeli Wasza Królewska Mość o to tylko się obawia — zawołał żywo Mazarini — to proszę się uspokoić. Z tej strony nie zagraża nam najmniejsze niebezpieczeństwo.
— Ha!... więc nie nalegam już więcej — rzekł Ludwik XIV.
— Czy przynajmniej przekonałem Waszą Królewską Mość?.. zapytał Mazarini, kładąc rękę na dłoń monarchy.
— Najzupełniej.
— Zażądaj czego innego, Najjaśniejszy Panie, a szczęśliwym będę, mogąc wynagrodzić tę moją odmowę. Wszystko, czego Wasza Królewska Mość żąda... byle nie miljona...
— Wszystko?... panie kardynale.
— Naturalnie!... Czyż nie jestem duszą i ciałem oddany na usługi Waszej Królewskiej Mości?.. Hola!.. Bernouin, pochodnie!... Straże dla Najjaśniejszego Pana!.. Jego Królewska Mość powraca na swe pokoje.
— Nie jeszcze, panie kardynale, a ponieważ oświadczyłeś się, monsiniorze, z dobremi chęciami, a więc chce z nich skorzystać.
— Dla siebie?.. — zapytał kardynał, uradowany nadzieja, iż nareszcie król poruszy sprawę panny Marcini.
— Nie, monsiniorze, nie dla mnie... jeszcze dla mojego brata Karola.
Twarz Mazariniego znów się zasępiła.
Mruknął zcicha coś, czego król nie dosłyszał.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.