Wiatr od morza/Bitwa pod Świecinem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Wiatr od morza
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1926
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rycerstwo króla Kazimierza Jagiellończyka pod dowództwem Piotra z Prawkowic herbu Łabędź Dunina wdarło się głęboko w pruską ziemię. Rzuciło się przedewszystkiem dla poratowania kondotyera Jana Skalsky’ego, husyty, zaciążnika, idącego zrazu na rękę Zakonowi, a gdy skarb malborski do dna się wyczerpał, — zaprzedanego Polsce. Ów Skalsky, dziki okrutnik i zdzierca Warmii, zamknął się był przed Krzyżakami w nadmorskich murach i wśród obronnych wież Frauenburga, złupił i zbezcześcił fromberską katedrę i do ostatka bronił się przeciwko wielkiemu mistrzowi. Gdy Piotr Dunin na czele swego wojska, szykiem porządnym zmierzającego, przyszedł pod nieprzyjaciela, z zamiarem stoczenia bitwy pod murami Fromberku, Ludwik von Erlichshausen, mistrz krzyżacki, który miał pod sobą jedynie wieśniaków sambijskich, zaniechał oblężenia nadmorskiej katedry, uszedł w lasy z pośpiechem i zostawił Polakom cały swój obóz, pełen zasobów i żywności. Oczyściwszy ziemie okoliczne, — gdy chłopi, stanowiący całą siłę krzyżacką rozbiegli się do chałup, a mistrz na czele szczupłego oddziału w pruskie puszcze się cofnął, — Piotr z Prawkowic wziął się na zachód, ażeby dać pomoc zbuntowanym przeciwko Zakonowi gdańszczanom. Hufiec dwutysięczny z Wielkopolan i kujawiaków złożony ruszył wzdłuż wybrzeża Świeżego Zalewu, mając przed oczyma wały piasczyste, wydęte przez wiatry w góry kształtu dziwnego, o stokach łagodnych od strony podmuchu, a strome i spadziste za wiatrem. Koń polski, w żyznych niwach i wilgotnych łęgach odchowany, brnął po tych przepaścistych wydmach, wzdłuż cichych wód morskiego jeziora. Przepłynąwszy wpław Nogat i Wisłę, rycerstwo królewskie przybrało jeszcze nieco jezdnych z Tczewa a z Gdańska i ruszyło poza góry kolebskie, pędząc przed sobą najemnika Krzyżaków. Nie napotkano przed sobą większej siły pod Puckiem, ani u nasady międzymorza, na dawnym gdańskim szlaku, nad Czarną, nad Rogoźnicą, nad Piaśnicą, przy wielkiem jeziorze, ani dalej pod Białogórą, Kopalinem i przy Sarbskim zalewie. Pierwszy to raz od stuleci znowu tutaj na zwiewnych piaskach, golicach, na powichrach i trawach przymorza polskie kopyto odcisnęło swe ślady. Wielkie, pieniste morze szeroko miotanym zalewem biło w pęciny rumaków i dreszczem przejmowało nieznanym dusze rycerzy. Napawało ich oczy widokiem wałów zielonych, na piasków przeczystych Wysypisko wiekuiście idących. Wciągali w nozdrza słone pyły i orzeźwiali się chłodem niezmierzonego przestworu.
Odetchnęły zbuntowane przeciwko Krzyżakom dwory i gburstwa, sioła i rybackie pustkowia. Jazda przeszywała lasy, okrążała błota, wdzierała się na pagóry i przeszukiwała wąwozy. Nie wytropiła nigdzie wroga na oko. Lecz gdy Dunin zapędził się poza Żarnowskie jezioro, nieprzyjaciel ściągał tajemnie wszystkie swoje załogi, sprowadzał od strony Śląska nowe zaciągi, zganiał do swego obozu wszystkich podległych mu jeszcze rolników i rybaków.
Fritz von Raveneck i Kaspar Nostitz objęli dowództwo nad tem wojskiem krzyżackiem, które do pięciu tysięcy żołnierza liczyło. Zwolna posuwając swe siły ku Żarnowieckiemu jezioru, Fritz von Raveneck i Kaspar Nostitz osaczyli Polaków w piaśnieckiej nizinie. Przecięli wszystkie drogi i ścieżki od Gniewina, Tułowa, Mechowa, Sławoszyna, Ostrowa i zagrodzili wojsku polskiemu możliwość odwrotu. Zmiarkowawszy swe położenie, Piotr Dunin słał do króla Kazimierza gońca za gońcem, żądając natychmiastowej odsieczy w tem gnieździe błotnistem. Goniec za gońcem przeszywał nawskroś lasy i docierał do pana.
Król wysłał natychmiast służebne swe roty pod wodzą Piotra Górskiego. Fritz von Raveneck i Nostitz postanowili najprzód Górskiego pokonać, zanimby się do Dunina przybliżył, a później samego Piotra z Prawkowic w owem ciasnem przejściu udusić. Gdy jednak Górski wkroczył w puszcze, znikł w nich i szedł sporo, najemnicy krzyżaccy zmienili zdanie i w Dunina postanowili uderzyć. Pchnęli tedy całą siłę swą naprzód i dwakroć ciaśniejszą obręczą otoczyli Polaków. Starą drogę gdańską, w stronę Starzyna i Pucka wiodącą, zarębem i dołami zniszczyli, wszystkie przesieki i smugi w gęstych lasach, wszystkie rozdoły i polany zamknęli rowami. Pod wsią Świecino, należącą do Żarnowieckiego panien Cystersek klasztoru, między jeziorem Świecińskiem, czyli Dobrem, rzekami Rogoźnicą i Prądnicą, a starą mogiłą pogańską zwaną Skarbową, między lasem, przy którym leży kamień Boża Stopka, a błotami niziny, zwanemi Porosłe, rozparł się obóz Polaków. Pod osłoną jazdy i taboru Piotr Dunin okopał się mocno i postanowił drogo sprzedać swoje i rycerzy swych życie.
Wojsko krzyżackie, wychyliwszy się z lasów od strony Lubocina i Warzewa, stanęło niezłomnym zastępem, przecinając dolinę. Czoło tego wojska osłoniły wozy wojenne, łańcuchami zczepione. Przed niem wybrano rów głęboki i wbito częstokół z naostrzonych palów, z których część pewna była nadto żelazem okuta. Tak to, okopawszy się w swych stanowiskach, dwa wojska czatowały na chwilę sposobną do walki.
Noc była późna, jesienna, gdy polski campiductor, wszystko bacznie opatrzywszy w obozie, z pozostawieniem czujnej jazdy na przedzie, a pod zasłoną jazdy oddziału gotowej piechoty, zdawszy główny rozkaz nad tą pierwszą strażą dworzaninowi królewskiemu, imieniem Paweł Jasiński, sam wrócił do kolasy, by w milczeniu czyn jutrzejszy rozważyć.
W cieniu wozu hetmana snuł się mnich gdański, brat Iwo. Był to starzec zeschnięty, naprzód pochylony, o wielkiej czaszce łysej, zawsze gołej, na słońce, plutę i wicher wystawnej i tak przepalonej, iż raz na zawsze kolor bursztynu przyjęła. Brat Iwo, przybrawszy to imię na cześć stryjca Odrowążów, Jacka i Czesława, twórców w Polsce Dominikanów zakonu, pochodził ze szlachty pomorskiej, ze starego rodu Rozwarów, którzy za czasów Śwjantopołka gdańskiego przyszli w te strony skądś spod Szczecina, wyparci z dziedzin rodowych przez najazd niemiecki. Należał do stada jeleni, wypłoszonego z mateczników ojczystych przez szczwaczów nielada. Jako wszyscy w tym rodzie, zachował na dnie duszy, pod licznemi warstwami uczuć, myśli i wierzeń zakonnych, wspomnienie krzywdy, legendę o hańbie ucieczki, wiecznie żarzący się węgiel pamięci rodowej porażki. Krzyżacy nie mieli w bracie Iwonie przyjaciela. Gdzie mógł i o ile tylko był w stanie, szkodził im jawnie i skrycie. Teraz, gdy wojsko polskie zjawiło się w gdańszczyźnie, szedł z niem na ochotnika, jako spowiednik i podżegacz, mówca i pocieszyciel, zaklinacz i egzorcysta. Nieproszony i niewołany plątał się wciąż czarnobiałą plamą między osiami i sprychami wozów, u strzemion rycerzy, na przedzie, gdy agmen nieprzyjaciela dostrzegał, i w tyle, gdy trzeba było w ziemię zagrzebać wojaka. Brat Iwo poczytywał moc krzyżacką, krótko mówiąc, za objawienie się na ziemi tej piekieł podspodnich. Podobnie bowiem, — wywodził, — jak czarci byli zbuntowanymi cherubami, taksamo te ich podobizny na ziemi w zaraniu swem poczęte były przez dobro i narodziły się z cnoty najczystszej człowieczej. Dopiero przez pychę i żądzę wchłonęły w siebie wszelkie dyabelstwo ludzkiej natury i samego dyabła przewyższyły w zepsuciu. Nawet najlepsi z Krzyżaków, — zaręczał, — przebywając w sferze dyabelstwa, muszą być poczytywani za zostających szczególnie pod wpływem szatana, za grzeszników najniższej, trzeciej kategorji. W piekło i milicyę dyabelską, stale obecną i wciąż działającą, brat Iwo wierzył głęboko, niewzruszenie i szczerze. Możnaby nawet ze złośliwością powiedzieć, iż mocniej był przeświadczony o czynach Smętka na ziemiach, przylegających do Wisły, wyraźniej umiał uwydatnić w płomiennych egzortach kolejność i oczywistość zdarzeń, powstającą z naprawy tego pomorskiego psotnika, niż z podobną jasnością wyświetlać i na oko pokazywać dowody boskiej Opatrzności. Wszystko, cokolwiek z lat pradawnych stało w ludzkiej pamięci i klechdzie, co się zdarzyło za czasów świeckiej brata Iwona włóczęgi w obozach, co zaszło czasu pobytu w klasztorze, — wszystko, cokolwiek niewstrzymanym wartem biegło w oczach żywo widzących, miało dlań jeden sens wspólny. To »On« myszkował, kręcił, zastawiał sidła, kopał doły, motał kłębki, stroił figle, zwyciężał i chichotał z radości, albo doznawał sromotnej porażki. Zawsze wśród czynów ludzkich »On« czaił się, jako lis, napadał, jako wilk, albo schwycony na gorącym Uczynku swego łajdactwa, wobec otwarcia świętego potrzasku, albo w porę wiadomym sposobem i wprawną ręką zażyty a przeżegnany, zmykał, ni to ów zając aż się za nim kurzyło i fetor piekielny zostawał w powietrzu.
Brat Iwo ze swej strony był właśnie przez całe swe życie owym myśliwcem, który na Smętka czatował, tropił go bezsennie, nastawał nań dniem i nocą i pobijał go na łeb na szyję. Znali się z »tamtym« nie od dzisia. Ileż to razy czujny strażnik wyganiał go z ciał energumenów, nieszczęśliwych, których trzeba było nieskończenie długo trzymać nazewnątrz kościoła, dopóki się z ich wnętrza obrzydliwego dyabła nie wywabiło przepotężnym rozkazem. Brat Iwo poznawał się na opętaniu od jednego rzutu oka. Gdy chory tężał na całem ciele, czerwieniał i twarz miał pokrytą krwistemi plamami, gdy żołądek jego wzdymał się w sposób szczególny, iż tworzyła się to tu, to tam jakoby bulwa wydatna, — gdy opętanego targały już to bóle żołądka, już palił go jakoby ogień wewnętrzny, albo znowu kiszki ściskały się tak dalece, iż ustawało trawienie, a pokarm wypadał ustami przez womity, brat Iwo odsuwał lekarza z jego przeczyszczeniami i medykamentami, a sam przystępował do dzieła. Podobnie łatwo odróżniał opętanie po ruchu, lub nieruchu serca. Skoro bowiem serce człowieka biegło tętnem oszalałem, albo znowu stawało w sposób niewytłomaczony, jakgdyby strwożone, — gdy wielkie w niem objawiały się cierpienia, podobne do targania wściekłych psów paszczęką, brat Iwo brał nieszczęśnika w swe ręce. Rozumiał się doskonale na owych wiatrach wewnętrznych, na paleniu, niczem od wapna niegaszonego, na bulwach, rozdymających żołądek i wyraźnych powierzchu. Rękami umiał we wnętrznościach wymacać kształt szatana. Brat Iwo prosił go wówczas po dobroci, żeby nieszczęśliwego raczył od siebie uwolnić. Wypędzał nędznika łagodnie dotknięciem szkaplerza z zaszytemi wewnątrz relikwiami, przepędzał exsuflacyą i modlitwą, insuflacyą i modlitwą, wreszcie insputacyą i modlitwą. Jeżeli zaś tylko wzdrygnienia, strach i horror od dotknięć krzyża i relikwii w chorym się objawiały człowieku, brat Iwo przystępował do »Exprobracyi in Satan«, która była »magna et terribilis«. Podnosił krzyż i, wymówiwszy przepisane psalmy, modlitwy i litanie, wołał: — »Ecce crux Domini. Fugite patres adversae!« Czynił to powtóre i potrzecie. Zdarzało się przecież, że dyabeł nie wychodził z wnętrzności opętanego na skutek najżarliwszych modlitw o zesłanie anioła z niebios, któryby strzegł, bronił, nawiedził i zasłonił nieszczęśliwą ofiarę. — W takich ciężkich wypadkach brat Iwo przystępował do Praeexorcyzacyi czwartej. Odmawiał zaklęcia:
— »Przeklęty szatanie, uznaj dekret swój, a daj chwałę Bogu prawdziwemu, żywemu, daj uczciwość Panu Jezusowi Chrystusowi, żebyś odstąpił od tego sługi Jego z twojemi sprawami, którego Pan nasz Jezus Chrystus swą najdroższą krwią odkupił«. Takie to po wtóre i potrzecie z przepisanemi modlitwami wznawiał egzorcyzmy. Nieraz jednak nawet to nie pomagało i szatan uparcie trzymał się swej ofiary. Skoro nie wiadomo było, z którym się ma do czynienia, należało wyzywać wszystkich, aż się na właściwego trafiło. Egzorcysta wymieniał ich i wołał z kolei, opatrując każdą nazwę znakiem krzyża:
— »Diabolus, Daemon, Satan, Belzebub, Behemot, Leviathan, Mammona, Lucifer, Basiliscus, Bestia, Belial, Ostium, Divitiac Adversarius, Peccator, Exterminator, Mors, Aquila, Bos, Gigas, Leo, Nox, Coluber, Rex, Serpens, Vitulus, Apis, Avis, Aër, Cadaver, Catulus, Faber, Fortis, Impius, Exactor, Malleus, Porcus, Vipera, Venator, Civis!
A przeciwko każdemu z nich, czy wszystkim wraz, podnosił krzyż, mówiąc:
— Ecce crux Jesu Christi, Cruce Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat, Agios, Ischiros, Sother, Sabaoth, Adonay, Heloym, Homousion, Therragrammaton, Otheos, Athanatos, Alpha, Omega, Salvator, Principium et Finis, Primogenitus, Via, Veritas, Jehova, Vita, Sapientia, Aeternus, Virtus, Paracletus...
Na wielu już opętanych przez dyabła, czego dowodem była ślepota, głuchota, zgrzytanie zębami, niemota, nadmierne wyrzucanie plwociny, krzykactwo, lunatyctwo, rozbieranie się do naga, ciskanie kamieniami w Chrześcian, skoki obłąkańcze w ogień lub w wodę, uciekanie ze społeczności ludzkiej w pola i w lasy, unikanie rozmów, przemawianie językiem narodów ościennych, wypowiadanie zdań mądrych przez głupców, wyjawianie rzeczy tajemniczych, lub pod sekretem komu innemu zwierzonych, — na wielu już opętanych tego rodzaju brat Iwo wywierał swą siłę egzorcyzmu.
Do walki sam na sam z piekielną bestyę posiadał oręż skuteczny, zwierzony mu i zlecony przez władzę wyższą, pewne relikwiarzyki, noszone w ciągu całego żywota, pewne święte przedmioty zaszyte w rękawach, szkaplerzu, fałdach sukni, pewne koła i znaki tajemne. Siła jego zaklęć, moc kropidła i święconej kredy była niemniej potężna, jak uderzenie kopij i mieczów, młotów i strzał polskich rycerzy.
Brat Iwo pamiętał jeszcze dobrze świetne czasy Zakonu. Dzieckiem był, gdy ta niezmożona potęga pchnięta została w serce pod Grunwaldem i zdruzgotana mocą piorunową, wypadającą ze szponów orła polskiego. To dzieło przywiązało go do Polski na głucho. Oczy jego dzień dnia patrzały na cichy strumień Raduni, a stopy jego postokroć brodziły w krwawej wodzie. Nosił nie tylko w pamięci, lecz w kościach i w żyłach nigdy niezgojoną, niezaleczoną, miejską, w zaułkach, sieniach i po piwnicach szeptaną legendę o zamordowaniu przez komtura Henryka von Plauen burmistrza Konrada Retzkau i Arnolda Hechta na gdańskiem zamczysku, o wzgardliwem wyrzuceniu ich trupów poprzed oczy mężnej niewiasty za okopem zamkowym, — o zrabowaniu majątku ich dzieci za to, że do Stanów skargę zaniosły. Za czasów brata Iwona dokonały się i żyły w szepcie ludzkim straszliwe tajemnice więzień i lochów zakonnych. Głuchą legendą, gadką posępną, postrach i zemstę rodzącą stała się wieść o ścięciu przez elbląskiego komtura dwu szlachty bez sądu, o ścięciu bez procesu szlachcica przez komtura Tucholi, o zamorzeniu głodem innego w świeckiem więzieniu, o potajemnem ścięciu mieczem szlachcica Pruskiego przez podskarbiego w Malborgu, o zamordowaniu skrytobójczem kapłana za to, że kogoś z dostojnych pozwał do Rzymu, o utopieniu w nocy chorążego, gdy domagał się żołdu, o utopieniu przez Goswina von Aschenberg jadących do Rzymu szesnastu księży ze skargą na Zakon, o zamordowaniu przez toruńskiego komtura obywatela, by żyć w cudzołóstwie z jego żoną. W oczach brata Iwona rozwinęło się i stało aktem codziennym wiarołomstwo, zdrada, nałożnictwo i cudzołóstwo, jakich dopuszczali się Krzyżacy bezkarnie. Patrzał za dni swoich, jak żony i córki obywateli, służące i pracownice narażone były na uwiedzenie i krzywdę. Patrzał, jak ci władcy kraju pod przymusem skupują na jesieni za tanie pieniądze zboże od chłopów, a przed wiosną sprzedają je tymże kmieciom lub za granicę według ceny ogromnej. Patrzał, jak rujnują swych poddanych nadmiarem robocizny w lasach, zabronieniem wymiału zboża, gdzie się taniej trafi, i sprzedawania mąki. Patrzał i słuchał, jak w nicość zamienili wszelką sprawiedliwość, gdyż jeśli kto poważy się zanieść skargę do Wielkiego Mistrza na urzędnika Zakonu, to Mistrz natychmiast wymierza skarżącemu się karę pieniężną, karę więzienia lub wygnania z kraju. Patrzał na konfiskaty majątku bezdzietnych, nakładanie podatków wbrew własnym ich, chełmińskim prawom i na szerzenie bezprawia bez końca i miary.
To też brat Iwo myślą, namową, czynem i całą duszą popierał związek miast ze szlachtą. Z radością zawsze dowiadywał się o rozterkach panujących w łonie Zakonu. Śledził pilnie skutki i objawy działania związku dawnego, który za godło miał »Jaszczurkę«, ongi w okolicach Radzyna przez czterech możnych założonego rycerzy, przez Mikołaja i Jana braci z Ryńska, oraz Fryderyka i Mikołaja z Kitnowa — w imieniu wszystkich rycerzy i giermków chełmińskiej krainy. Patrzał z radością, jak ów związek tajnie rozszerzał swe wpływy, rósł na siłach w powiatach radzyńskim, chełmińskim, toruńskim, — wchłaniał w siebie ziemie inne i żywioł nienawiścią do Zakonu przejęty, — aż po latach kilkudziesięciu, jako Związek Pruski wyniknął. Nadeszła wreszcie chwila, gdy wszystko, cokolwiek się w tych ziemiach dokonywało jawnie czy skrycie, działo się wbrew Krzyżakom, z rozkazu »Ziemi, miast i powszechnej woli«.
Brat Iwo rozważał te dzieje w celi swej gdańskiej i czasu nieustannych po świecie wędrówek. Oto Zakon, — rozmyślał, — szeregiem szalbierstw tajemnych, mądrych podstępów i matactw niedościgłych posiadł ziemię chełmińską i michałowską, oderwał Pomorze, zbrojno zajechał ziemię dobrzyńską, wreszcie usiłował przywłaszczyć sobie Kujawy. Do ziemi Prusaków, których mieczem i ogniem wytępił i straszliwemi sposoby do nogi wygubił, z głębi Szwabii, Saxonii i Branderburgji sprowadził ludzi niemieckich. Tu ich ziemią obdarzył, dobytkiem zaopatrzył i w miastach rozplenił. Wszystko zaś z szatańską premedytacyą tak zamyślił i wykonał, ażeby w tych stronach na wieki wieków władza polska, mowa, obyczaj i sama pamięć wytracona została. Aliści, — o, przedziwny widoku! — cisami ludzie niemieccy, przeciwko temuż Zakonowi Panny Maryi w związek się nieubłagany związali i w spisek zaklęty sprzysięgli. Ten to związek, zbuntowawszy się jawnie przeciw władzy toruńskiego komtura, zaczął niemieckiemi rękoma łamać mury i palić domy pod zamkiem. Gdy zaś Toruń został opanowany przez lud pruski i gdy stał się związku pruskiego stolicą, za jego przykładem inne poszły zamki i miasta: Brodnica, Świecie, Gniew, Grudziądz. Wtedy wielki Gdańsk, jako lew się podźwignął. Lwiemi zaiste łapami zburzył, zdruzgotał, rozniósł w drzazgi i w pyle rozdeptał zamek krzyżacki, siedlisko zbrodni, gniazdo tyranii, zdrady i kłamstwa. Zadeptał miejsce, gdzie stała ta twierdza bezprawia. W ciągu jednego miesiąca pruscy powstańcy opanowali pięćdziesiąt miast i zamków: Gdańsk, Elbląg, Grudziądz, Golub, Kowalewo, Gniew, Świecie, Papów, Tucholę, Holand, Królewiec, Radzyn, Nidborg, Brodnicę, Chełmno, Działdów, Ragnetę, Ostrudę i inne. Sam Wielki Mistrz oblężony został przez gdańszczan w stolicy swojej, w Malborgu. Brat Iwo najpiękniejszą miał w życiu godzinę, gdy pod wodzą senatora Ewalda Wrige, gdańszczanie pospołu ze szlachtą pomorską zatoczyli obóz warowny na lewym brzegu Nogatu, naprzeciwko tej radnej sali, w której ścianie tkwi kula armatnia Jagiełły. Gdy ta potężna, zwycięska, wspaniała i przezacna rewolucya całego pruskiego ludu w pełni wybuchła, wielki mistrz z całej swojej potęgi miał pod sobą jedynie Sztum i Malborg. Ale i tam właśnie, w wieżach, lochach, salach i sekretnych przejściach Malborga, na murach i blankach Sztumu dosięgło go i poraziło na głowę nie co innego, tylko to właśnie, czem przez całe swoje istnienie Zakon wojował i zwyciężał, czyli zdrada. Oto jego najemniki wojenne, czeskie kondotyery, sprzedały Sztum i Malborg. Brat Iwo gorzał z radości, gdy cały pruski świat, jak długi i szeroki, zwrócił się w walce swej, w trosce głuchej, — iż przez wszystkie Niemcy zostanie teraz zmiażdżony, — w tę stronę, gdzie wolność jaśniała, gdzie od dawien dawna stanęło prawo, iż nikt szlachetny nie będzie więziony bezprawnie, że nikomu dobra odjęte nie będą. To też żarliwy zakonnik powtarzał wraz z całą ludnością ziem nadmorskich, jakoby litanię powszechną, słowa wysłańców Stanów Pruskich, Jana i Gabryeala Bazenów i Augusta ze Szczabdy, gdy zalani łzami, na twarz upadłszy, króla polskiego błagali:
»Gdy ziemie Pomorska, Chełmińska i Michałowska gwałtownym najazdem od ciała Królestwa są oderwane, przybyliśmy do Ciebie, Królu i Panie najmiłościwszy, z prośbą, abyś nas za wierne Państwa Twojego sługi, poddanych i podległych przyjął, — nie raczył wzgardzić nami, niegdyś od wspólnej ojczyzny oderwani, a dziś do niej wracającymi. Przybywamy oddać się w Twoją opiekę, uznać Twoją władzę nad naszym krajem, Tobie miasta, ziemie, grody, Tobie zamki obronne i warownie poruczyć«.
Skoro zaś przezorny władca polski wyciągnął ponad te ziemie swą rękę, niosącą skasowanie bezprawia, ucisku, niesprawiedliwych podatków, a podającą ziemiom i grodom swobody, — brat Iwo szedł z wojskami polskiemi i niósł im swą pomoc duchową. Brał udział w klęsce chojnickiej, w oblężeniach łaszyńskich, w przeprawach i pochodach.
Z oczyma zamglonemi i spoglądającemi ponad głowy ludzkie, w odległość, ów mnich czarnobiały biegł, mamrocząc do siebie i podśpiewując sobie samemu słowa egzaltacyi i egzorcyzmów, zaklęć i błogosławieństw. Mało kto wiedział, co on tam gwarzy i radośnie przyśpiewuje, śmiejąc się wciąż i cości pokazując na migi. Ale przecie raźniej było rycerzom, gdy niewzruszony w swej wierze pomorzak o bursztynowej czaszce wyrywał w bitwie obok hufca, albo, dopadłszy luźnej kulbaki, czwałał sprawniej od niejednego rajtara.
Teraz, w świecińskiej nizinie, brat Iwo nie spał tej nocy. Jak upiór, czy jak mgła ponadwodna snuł się wśród śpiących drabantów i drzemiących na siodle pancernych, wśród koni, co chrupały otawę ostatniego pokosu, i przy wodza siedzisku. Wsuwał się niepostrzeżenie w sam środek przodującej czaty, wychodził na czoło obozu, stawał na nasypie okopu i z cicha, a z samej głębi duszy rzucał w obóz krzyżacki zaklęcie:
Ego minister et servus Dei et Domins nostri Jesu Christi, autoritate qua fungor, exorciso vos patres mendacii per Patrem ingenitum, mando vobis filii perditionis per Filium bis incarrabiliter genitum et constringo vos spiritus maledicti per spiritum sanctum non genitum...
Tak pracował duchem, aż do poranka. A gdy pierwszy, jesienny brzask uwydatnił żółtawe kity trzcin na mokradłach przymorskich, smugi białych pieczarek wzdłuż pastwisk i ciemne lasy na wałach piasczystych, brat Iwo, wciąż twarzą zwrócony do krzyżackiego obozowiska, modlił się głośno, żarliwie.
Skoro świt, ruszył się nieprzyjaciel z legowiska. Wyszedł całą potęgą z obwarowanego obozu na równinę, pragnąc długim i szerokim zastępem okrążyć Polaków, a potem wepchnąć ich w bagno i w morze. Na rozkazanie hetmańskie Paweł Jasiński wywiódł cichcem hufiec swych kawalerów poza rów obozowy. Ustawił ich z prawej strony na twardej ziemi, ponad błotem. Rycerze wodze skrócili, niezwalczonem ramieniem ujęli łamne drzewa pod ramię i kolce nastawili przeciw bokom biegunów. Wódz pokazał im drogę, półkolem od polskiego obozu do krzyżackiego biegnącą. Na znak dany uderzyli. Szybko, jak błyskawica, wypadli za obóz i gnali po łuku obwodzie twardą ziemią pagórka. Ziemia tęgo jęknęła od przecwału bachmatów. Zaświstały w powietrzu barwnych proporców przeguby. Nim się kopijników krzyżackich szeregi opatrzeć zdołały i nastawić, — uderzyli, jak pocisk potęgi. Długie kopie roztrąciły piechurów, wielkie konie, kirysem okute, zwaliły na ziemię, co stało na nogach. Z boku, od strony niespodziewanej wymierzywszy swą napaść, rota jazdy wyrwę stworzyła w krzyżackim obozie. Jako ów Po wsze czasy sławy godny Arnold Winkelried w bitwie pod Sempach, — polski jeździec wziął na się wszystkie uderzenia kopiją, strzały łuków, pociski armaty, cięcia mieczem i zdzielenia obuchem topora. Lecz już raz potrącona piersią końską piechota zakonna, stratowana kopytem, albo pchnięta świstem mieczów w obręby paniki, nie zdołała utrzymać, ni odnowić mocnej linii w podstawie. W tę to wyrwę skoczyła, od czoła, wprost z pastwiska uderzywszy, Duninowa piechota. Zaczepił się zastęp o zastęp. Żołnierz zwarł się z żołnierzem. Miecz rypał w tarczę. Młot z góry wbijał szyszak w ramiona, aż mózg przez widziory wytryskał. Polscy i niemieccy mężowie gromili się wzajem mieczami z ramienia, o śmierć walcząc lub życie. Nie ostał się gruby napierśnik przed ostrzem spadającego topora. Zaciekły sztylet zdradzieckiem popchnięciem przerzynał gardło lub kiszki. Szereg uderzał na szereg, rota przypadała na rotę, w furyi miotając przekleństwa. Bitwa się rozpętała uparta, zaciekła, niezłomna. Dwa wojska mordowały się wzajem, wciąż stojąc w miejscu temsamem. Aż nie mogąc się zgoła pokonać i przemóc, ustały w napaści. Cofnęły się do swych obozów, w rowach i pod zasłoną palisad szukając chwili wytchnienia. Wnet jednak, gdy siła w omdlałe ramiona wróciła, porwały się do boju nanowo. Teraz wódz najemniczy, posługujący krzyżakom, Frycz Rawenck, stanął mężnie w szeregach. Zagrzał swoich do męstwa. Dał rozkaz. Patrzyli weń żołnierze. Ruszył do boju na koniach wspaniałych, w zbroje niezrównane zakuty, powiewający piórami, oddział rycerzy krzyżackich. W wojnach litewskich i polskich wsławieni, w ogniu walk i wielkich pochodów zaczerpnąwszy wojennej nauki, bracia zakonni chcieli dzieła dokonać. Otoczyli wodza Frycza kołem żelaznem i na miecze obnażone przysięgli, iże z placu tego boju nie ujdą. Zwarli się sam na sam z jazdą polską, która teraz, powtóre z obozu wypadła. Znowu piechur uderzył w piechura i jeździec dopadał przeciwnika w pażycy. Jęczały i rżały bachmaty, po brzuch zapadając w mokradło. Walił się rajtar, jak kłoda ścinany przemyślnym koncerza wybiegiem. Bitwa się znowu rozpętała powszechna. Lecz oto drzewcem raniony przez polskiego rycerza, Fritz von Raveneck runął z siodła na ziemię. Zachwiała się od tego widoku krzyżacka kolumna. Okrzyk zuchwały wydali Polacy. Natarli ze wszystkiej swej mocy. Nie schodząc z placu boju, gdyż niemal potrójna przewaga podporę jej i siłę dawała, broniła się piechota pod Nostitzem. Lecz już w niej nie było potęgi zaczepnej. Zepchnąwszy z czołowego przedboju zakonnych rycerzy i w błoto ich wegnawszy głębokie, konnica Polaków nowem się poniosła natarciem. Sformowana przez Dunina piechota uderzyła z dwu skrzydeł, od jeziorzysk i lasów. Wdzierała się w wyłamane otwory. Zdwojonym i zgęszczonym szeregiem, wciąż wzmacnianym przez wodza, popychała przed sobą najemnych. Aż wojsko Nostitzowe zmięszało się w swem sercu, leniwiej odbijało uderzenie, unikało napaści i cofać się zaczęło. Podźwignął się z ziemi Fritz von Raveneck, zatrzymał wokół siebie piechotę i jazdę, jął zagrzewać do walki. Jeszcze raz zastawił się obronnie. Usiłował uderzyć. Obskoczony przez polskich żołnierzy, zarąbany straszliwymi ciosami, broniąc się do ostatka Fritz mężnie dał gardło.
Wówczas najemnicza piechota, nie mogąc strzykać uderzeń, ani szukać ratunku w ucieczce, cofała się z resztą jeźdźców poza okop i za częstokoły. Tu wśród wozów zczepionych, zza palisad broniła się jeszcze. Wówczas na rozkaz polskiego hetmana natarczywie uderzono w obozy. Padały konie, rażone spod kolas, i w ciasnocie przesmyków przygniatały rycerzy. Jeźdźcy strąceni na ziemię, wyrywali stopy ze strzemion i stawali w szeregu ciągnącej piechoty. Obalano na ziemię koły w żelazo okute i wdzierano się w obóz. Tam jeszcze bitwa zawrzała, gdy wóz zdobywano po wozie. Biegnąc uliczkami wśród kolas, wypędzano piechotę krzyżacką nazewnątrz, wtrącano ją w fale Świecińskiego jeziora, w błota grząskie, w topiele bajora.
Rycerze zakonni, postrzegłszy, iż wódz ich nie żyje, a obóz jest w ręku Polaków, nie chcąc słowa danego odmienić, iż z placu boju nie ujdą, woleli rzucić miecz pod nogi zwycięsców, niż się ucieczką ratować. W niewolę zostali zabrani.
Gdy noc nadchodziła, pole bitwy było w ręku Polaków. Cała prawie jazda Zakonu trupem poległa w świecińskiej nizinie. Jeden oddział wpadł w ucieczce do lasu, lecz zabrnąwszy we własne pułapki, zasieki, wilcze doły, zaręby nie mógł się z matni wydostać i wpadł w ręce zwycięsców.
Dwa tysiące poległych trzeba było w ziemię zakopać. Na polach Domatowa i Polchowa usypano wysokie mogiły.
Sześciuset poszło w niewolę, wzięto dział piętnaście, dwieście wozów, dobrem naładowanych wszelakiem.
Rozbiegli się Kaszubi, pod przymusem do tej walki pędzeni. Od checzy do checzy, od dworu do dworu, od zamku do zamku szli borami, drożynami, ścieżkami, radosną wieść roznosząc, iż porażony jest Zakon.
Dopadł konia brat Iwo i pognał, co koń skoczy, ku Wiśle. Zwiastował radosną nowinę przysiołkom, gburskim strzechom i dworom.
Mijając lasy, doliny i pola, ciszą jesieni zasłane, ze łzami uniesienia szczęśliwy pomorzanin śpiewał pean radosny pustkowiom:

»Vexilia Regis prodeunt,
Fulget Crucis mysterium,
Quo carne carnis Conditor
Suspensus est patibulo,
Quo vulneratus insuper
Mucrone diro lanceat,
Ut uos lavaret crimine
Manavit unda sanguine...«

Żegnał się znakiem wyzwolin naród kaszubski i z czoła znój niewoli ocierał. Zawrzał od radości głębokiej Gdańsk wyswobodzony z ucisku. Rozwarł na ścieżaj swe bramy wysokie na powitanie króla polskiego, króla wolnych ludów polskiej korony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.