Wcześnie spać

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Wcześnie spać
Pochodzenie Pedagogika żartobliwa. Moje wakacje. Gadaninki radiowe Starego Doktora
Wydawca T-wo Wydawnicze w Warszawie
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1939
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WCZEŚNIE SPAĆ

Niełatwa sprawa. Zdaje wam się, że jeśli ja powiem, to zaraz tak już będzie. Przeceniacie mój autorytet (posłuch, zasięg mojego tu wpływu). Trzeba ostrożnie i dyplomatycznie. Bo jeżeli powiem, że „dzieci nie kury, żeby spać z kurami, jak kury w kurniku — żeby musiały wcześnie spać“, — zapewniam was, że nic z tego nie będzie, i przegramy.
Zaraz powiedzą, że spać zdrowo, że cały dzień i tak dosyć i za wiele, wieczorem mgła i goła szyjka, rosa i bose nóżki, że promienie ultrafioletowe, ubędzie na wadze, gruczołki, że wieczorem ciemno, nie widać, więc można gałęzią w oko. — Powiedzą, że dorosłym należy się też odpoczynek, bo w dzień wrzaski i trzeba ujadać się, i dorośli chcą wieczorem w spokoju bez dzieci, bez tych promieni ultrafioletowych.
Jeżeli dwie nawet mamusie życzliwie, to inne: że ten za mały, ten słaby, ten przepracowany (bo praca szkolna i postępy szkolne, więc trzeba na wsi siły na cały szkolny, uciążliwy rok). — Powiedzą, że ja teoretycznie, bo nie miałem własnych dzieci, że wiedza zmumifikowana, a teraz postęp, prądy, kierunki, że jestem naftalina i mucha w przedpotopowym bursztynie.
Zresztą wcale nie z kurami, bo trzeba się umyć gruntownie, i marudzenie, więc i tak późno. I wybije się ze snu, więc bezsenność i sine podkrążenia, zamglone oczki i nie jedzą szpinaku z krwiotwórczym żelazem. — Ja oś, dwie mamusie, albo trzy i ja — oś, a reszta koalicja, i sprawa przegrana. — Trzeba bez kur, inaczej, ostrożnie i nie zaraz.
Trzeba grunt przygotować. Naprzód tu i tam balon próbny i propaganda. Tu coś powiem, tam szepnę. — Na przykład: że jeśli nie zacząć teraz hartować, potem już samodzielny i wyzwolony na narty, saneczki, i wychuchany kręgosłup skręci, albo oczko w głowie — strzeżony — zasiądzie przy kierownicy, straci panowanie i rąbnie w słup albo stertę kamieni przydrożnych. (Orientację najlepiej za młodu i po ciemku). — A drugiej mamusi powiem, że w najświeższym zagranicznym numerze lekarskim czytałem najnowsze odkrycie, że właśnie rosa wieczorna radioaktywna i hydroklimatobalneologiczna. — A trzeciej powiem, że poezja wiejskich wieczorów wyzwala z podświadomości wzniosłość i elektrony, na całe życie niezapomniane wpływy i wrażenia. A czwartej, że mówił mi jeden chłopak, że wcześnie w łóżku nie śpi i zły, i przychodzą mu do głowy różne „draczne“ myśli. Naprawdę powiedział: „ja czasem lubię poleżeć w łóżku i pomyśleć, ale jeżeli po awanturze zły muszę zaraz iść spać, przychodzą do głowy różne sprzeczne (to znaczy złe) myśli“.
Więc dopiero układy i rokowania przy okrągłym stole, żeby opór skruszyć i obrót pomyślny; no i różne warunki, ograniczenia, zastrzeżenia i targi.
„Nie oddalać się?“ — Dobrze: zakreślimy granice. — „Trepki?“ — Zgoda, i pończoszki też. — „Mleko bez grymasów?“ — Ile: jedna, dwie szklanki, jarzynka na dokładkę? — I termin prekluzyjny, żeby już bez ociągania. — „Robi się: raz, dwa, na pierwsze zaraz wezwanie, bez ociągania, myją (nawet ząbki) — i siup — do łóżka, głowa do poduszki — moment — chrr, śśś, — chrr, śśś“.
A opieka ma ręce rozwiązane.
Ale — umowa nie świstek papieru. Bo co z tego, jeżeli dwa wieczory święcę dyplomatyczne zwycięstwo, a potem — świstek i elementy niechętne cofają koncesję — i święcimy porażkę — i klapa. Znów spać? — A na moje rano uprzejme: „dzień dobry“ — otrzymuję mroźne: „dzień dobry“, bo jestem obca interwencja i nieproszony wtrącam się.
Serdecznie chcę wam pomóc, ale nie dziś i ani słowa o kurach. Drażniący argument.
Ale i wy nie zasypiajcie bananów w popiele. — No bo „potrzebne wam wieczory do wypracowań z polonistyki“: „Jak spędziłem wakacje“. Nie można pominąć wieczorów, bo temat nie pogłębiony. Albo: „praca wieczorna rolnika w związku z charakterystyką Tadeusza“. Albo: „las i rzeka wieczorem w pełni księżyca“.
A ot. — Wspomnienie dawnych lat i zdrowego bez nerwów rozsądku.
Późny wieczór. Na wsi. Siedzimy przy stole, rozmawiamy. — Pytam się: „gdzie chłopak-junior, gdzie pociecha“? — A jego ojciec: „lata obwieś: albo w stajni, albo na żaby poluje“. — A mama: „dół jakiś kopią, od obiadu go nie widziałam“. — A ojciec: „wróci do miski“. A na stole stoi i czeka miska wystygłej kaszy na mleku. — No i chłopak-pociecha wraca; śpieszy, słania się na nogach i woła ostatkiem sił: „skończyliśmy, mamo, jeść“. — Siada — i energicznie — raz, raz, raz — łycha za łychą — zajada, pałaszuje. — Nagle oparł się łokciem o stół, ostatnia łyżka kaszy sterczy znieruchomiała, zwisa nad głową. — Zasnął. — Łyżka przechyla się, kasza mu z mlekiem ciurkiem na czuprynę, a on przez sen szeptem: „dawaj łopatę“.
Więc tata go na ręce. — Cichy teraz, bezwładny, posłuszny, ani drgnie (Sen dziecka — to jeden z najpiękniejszych cudów życia). A potem mama go na łóżku mokrym ręcznikiem śpiącego, — łapska, jak czarne nieszczęście, portki, jak klęska, w strzępach, nożyska pocharatane, — ręcznikiem mokrym tę kaszę mu ze łba, i serdeczną, kochaną, przemiłą mordę umorusaną mokrym ręcznikiem. — A on pije, żłopie sen zawiesisty, rzęsisty, — sen kopiasty, sumiasty, — przepaścisty, pożywny, — spartański sen.
Możesz teraz postawić lekką i ciężką artylerię, działa oblężnicze, zenitowe — salwa ze wszystkich naraz; a on — ołów, beton, nic, — nie drgnie, śpi.
W nocy pchły (bo pies też) i komary, od świtu muchy bezczelnie w oczy, uszy, w nos. — Kichnął, przewrócił się na drugi bok, mruknął, westchnął, kołdrę kopnął — śpi.
Dopiero kiedy już niemylnie, matematycznie wymierzył, że akurat, że dosyć, — wtedy dopiero skrzywi się, przetrze pięścią powieki, otworzy oczy, zamruga, rozejrzy się zdziwiony, podrapie, — patrzy, — patrzy, — już widzi, — i uśmiecha się dopiero.
(Bezsenność dziecka — też wymyślili).
Alee... Zlał się... O wa, — nie utonie, — wyschnie, — już sucho.
Czy to słomy brak? — Pożałuje mu ziemia ojczysta? — Czy ci kawałka mydła żal, żeby wyprać ten twój skarb, kuse prześcieradło, koszulinę, — wykąpać ten młody las, — wody brak? — to młode pokolenie, tę przyszłość narodu i tajemnicę jutra?
Niech leje, szanowna pani, — na zdar! — na zdrowie — banzaj. Ani ujma ni hańba, ni szkoda — żałoba. — A cóż ma robić innego i lepszego? — Wieczorem zapomniał lekkomyślnie, a w nocy zaspał pracowicie. — Rośnie, kochana pani, a to nie lada wysiłek i trud.
Staroświecki jestem, niedzisiejszy. — Wiele byłoby do gadania.
Pamiętam na kolonii. — Upał, żar. — Sto chłopaków. — Nie mogli w dzień, nie jedli. A wieczorem chłodek i mleko zsiadłe z kartoflami. — Uprzedziłem, że będzie miało powodzenie. — No i rano, — aż sześciu, proszę ja was — jezioro pod łóżkami. — Sześć na sto — to za dużo? — Według moich ścisłych obliczeń — powinny być dwa — trzy sienniki, które należy suszyć. — Mówi się: trudno. — A urwis tłumaczy złośliwie: „oni dziś, panie doktorze, takie święto morza”. — Więc ja: „daj spokój, bo im będzie przykro”.
Wiem — badałem — znam sprawę.
Za długo byłoby mówić, ale stwierdzam, że każde dziecko ma niezłomne prawo do dwóch rocznie katastrof. Na kolonii, w niedomowych warunkach, należy odsetek zwiększyć. Twardo mówię to.
Wygodny dziś, niecierpliwy, zarozumiały dziś człowiek. Wszystkiemu chce łatwo zaradzić, zapobiec; gniewa się i psioczy na każdą niewygodę, przeszkodę; śpieszy się, żąda zaraz.
Drzewku potrzebne lata, zanim dojrzeje. — Niedoświadczony sen niedoroślęcia, naiwny i niesprawny. — Pieniactwo jakieś takie: procesował się będzie o prawa natury?
Żądacie ode mnie, żeby później chodzić spać, nie z kurami? Nie o kury chodzi wcale, ale o ducha czasu, ekscelsiory wiedzy. Prąd. Trudno przeciw prądowi. — Boją się ludzie. — Zaraz tężec zadrapany, zardzewiałe zakażenie krwi. — Wiem, no przecież wiem, że właśnie wieczorem i podchody, i Rinaldo, i chowanki. — Wiem, że o chłodzie najlepiej. — Kiedy kto chce, — padnie pod chojakiem i zaśnie. — Potem dopiero oni, dorośli — to jest my — wyruszamy na poszukiwania — i grzybobranie; znajdujemy was, znosimy śpiących, rozmieszczamy dopiero do odnośnych łóżek zmorzonych, snem zaskoczonych.
Ale proszę was, marzenie marzeniem, życie życiem. Ideał i twarda rzeczywistość. Plan, a jego wcielenie. I odpowiedzialność. — Bo zważcie tylko bezstronnie: niech tylko coś się nie uda, — jakiś gruczołek, kaszel i 37,3, — wszystkie zaraz demarsze i interpelacje na moją biedną głowę. — A wtedy gdzie mój spokój i wypoczynek, praca w terenie i studia; wakacyjne podciągnięcie się wzwyż, własne dźwignięcie się (bo właściwie szelki się podciąga), dźwignięcie się i równanie w górę?
Nie sądźcie, że pragnę wykręcić się. Nie. — Zaraz jutro powiem, że wieczory i gwiazdy dla dzieci, że Towarzystwo Naukowe, zebrania naukowe, właśnie rozmowy najlepiej, bo w dzień czasu nie ma i szkoda — i czasu nie ma w dzień, więc wieczorem.


UWAGA:

Przekarmianie dzieci snem prowadzi poprzez niestrawny sen do znieprawionego snu, zwyrodniałego snu, rozchełstanych nerwów. — Ile godzin dziecko winno spać? — Akurat tyle, ile śpi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.