Warszawa i Kraków

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
WARSZAWA I KRAKÓW.




A znacie wy piosnkę żaków, piosenka to gładka,
Dla Polaków ojciec Kraków a Warszawa matka.
Jak odezwie się w Krakowie, w Warszawie odpowie,
Jak w Warszawie hukną żwawie, powtórzą w Krakowie.
A dla czego ojciec Kraków? bo stary za katy,
Siwe mchy mu opędziły ten Wawel garbaty,
Choć niewiada już którego krzyżyka dościga,
Jeszcze na swych silnych barkach stary zamek dźwiga.
I Maryjacki kościół czarny z trębaczem na wieży,
Na swéj dłoni spracowanéj trzyma jak należy.
Cały dzień w nim dusza rusza, a spokojną nocką,
Wyciąga się ojciec Kraków przez ulicę Grodzką.
I patrzy się dniem i nocą na góry te same,

Ku Warszawie okiem mruga przez Floriańską bramę,
A na oku Matka Boża, bo dziadek pobożny,
A na grzbiecie reszta złota bo był pan wielmożny.
Oj! powiedział ojciec Kraków, co wiedział powiedział:
Dzieci moje zabierają będęż ja tak siedział.
Daléj moje głośne dzwony dzwońcie na wsze strony,
Niechże będzie kraj zbawiony i Bóg pochwalony.
I wypuścił naród złoty jakby pszczoły z ula,
Wyroił się lud Krakowski i po Polsce hula.
Usłyszała to Warszawa kochane miasteczko,
Oj! Warszawo ty Warszawo serdeczna mateczko,
Niedaremno Bóg cię związał tą Wiślaną wstęgą,
Niedaremno cię z Krakowem połączył przysięgą,
Niedarmo wam błogosławił na zdrowiu, na dzieciach,
Byś leżała na marnościach jak kosa na śmieciach.
Jak zawołał stary Kraków dzieci gdzie jesteście?
Aż zawrzało na Podwalu i na starem mieście.
Świętojańska się zbudziła od zamku do Fary,
Poskoczyła na Działyńskie, Mirowskie koszary,
Radzi ojciec, radzi matka bo oboje krewcy,
Chłopi stają od Krakowa, od Warszawy szewcy.

Dowiedział się szewc Kiliński jak i co się święci,
Znał Kościuszkę z pierwszéj wojny, chował go w pamięci,
I w obrazek jenerała na szarej bibule,
Nad warsztatem zawieszony codzień patrzał czule.
Myśli tedy co tu robić z tą Moskwą obrzydłą,
Troska w sercu mu utkwiła i siedzi jak szydło,
Przyszły wieści do Warszawy o wygranéj bitwie,
Babka babce powiedziała w ławce na modlitwie.
Niechże teraz król zabrania i Moskiewskie draby,
Kiedy się już dowiedziały na Dunaju baby.
Co Moskiewskie, co królewskie nieśmie spojrzeć śmiało,
Co życzliwe, co poczciwe odwagi nabrało.
Kiedyć mogły proste chłopy narznąć tego chwastu,
Czemużby się nie udało stołecznemu miastu.
Niema rady cne sąsiady trzeba z miasta kurzyć,
Krwi i życia nie żałować, a ojczyznie służyć.
Zebrało się szewców, krawców, we wieczór do Jana,
Posiadali, rozmawiali do białego rana.
A był też tam Kałuzowski z Działyńskich rejmentu,
Ten najpierwszy zapowiedział żeby ciąć do szczętu.

Suchodolski od Mirowskich i Hiż bardzo hyży,
Obaj ludzie kochający ojczyznę najszczerzéj,
I Dembowski kasztelanic od Warszawskich granic.
Tak więc tedy szewc Kiliński skłoniwszy się gościom,
Trzeba, rzecze, koniec zrobić tym moskiewskim złościom,
Już w Krakowie ogłoszono Polskę niepodległą,
I co żyło broń chwyciło za wojskiem pobiegło.
Czegoż zatem się ociągać kiedy lud gotowy,
I Kościuszko naczelnikiem siły narodowéj,
Kto go nie zna to go nie zna, to mi go żal bardzo;
Kto nie wzgardzi takim człekiem szewcy nim pogardzą.
Kto go nie zna to go nie zna myśmy go poznali,
Znamy majstrze naczelnika wrzasło trzech kowali.
To więc tedy kto świadomy co to imię znaczy,
Niech do rzeczy przystępuje i poprzysiądz raczy.
Przysięgamy Panu Bogu i Najświętszéj Trójcy,
Że w ojczyznie żyć nie damy i jednemu zbójcy,
I przyklęknął pierwszy z rzędu, czapkę pod stół rzucił,
A klęczący Antifona najpierwszy zanucił.
Za nim bractwo powtórzyło i też inne cechy,
O ty Matko i Szafarko wszelakiéj pociechy...

I na rotę przysięgali a słowo po słowie,
Że aż wszystkie włosy ludziom wstawały na głowie.
Co się tycze broni w dłoni, Sierakowski rzecze,
Mam ja taką rzecz co kłuje i taką co siecze,
Więcéj wierzę toporowi niźli marnéj kulce,
Nie ustąpią bagnetowi rzeźnickie szpikulce.
Już tam który wpadnie w rękę bracia towarzysze,
Niech się kręci czy nie kręci a testament spisze.
Dobrze mówi Sierakowski jakby czytał z książki,
Więc szpikulce oprawimy jak należy w drążki,
I od biedy będą dzidy, topór za fartuchem,
I dopiero kłój go nożem, zawracaj obuchem.
Jak kto może niechaj orze byle Moskwę czubił,
Czy z bagnetem czy z lancetem to go będę lubił.
Tedy Hiż i Kałuzowki obadwaj wojskowi,
Wysłuchawszy osobliwie co i jak kto powie,
Oświadczyli od wojskowych radzie rzemieślniczy:
Co się tycze kuli, prochu, że niech na nich liczy.
A więc bracia na początek na ten związek święty
Dokończymy, wysuszymy gąsior rozpoczęty.
Złączyła nas jedna sprawa nie żadna przebiegłość,
Lecz ojczyzny naszéj całość, wolność, niepodległość.

Godna mowa, złote słowa a bez żadnéj pychy,
Kapie wino w ludzkie usta, kapią łzy w kielichy.
Kiedy chwila tak szczęśliwa taka uroczysta,
Polskie serce się rozpływa jak oliwa czysta.
Kochajmy się wszyscy społem bez żadnéj różnicy,
Wiwat wojsko! wiwat chłopi! wiwat rzemieślnicy.
Kto Moskali wyforuje niech go Bóg ozłoci,
Niech się święci polska cnota, wiwat patrjoci.
Stoją rzędem kamienice i domki samotne,
Księżyc w chmurach, a po murach wiszą ćmy wilgotne.
Noc pochmurna nieprzejrzana, ciepły deszczyk pada,
W wielki wtorek miasto milczy, we czwartek zagada.
Pomnę ja te dni anielskie, pomnę ja te ranki,
Gdy mnie matka przynosiła woskowe baranki.
Pomnę ja te miejskie targi, założone tasy,
Pomnę owe upłynione szczerozłote czasy,
Pomnę Włocha z figurkami na podstawie z deski,
I gipsową Matkę Boską i jej płaszcz niebieski.
Cudnie, wonno i przestronno, w kościołach ogrody,
Wilgoć groty i blask złoty i skaczące wody.
Chrystus w grobie położony jak był z krzyża zdjęty,
Rany w boku, łza na oku, aż strach zdejma święty.

Drzewa duże, kwiaty róże, aniołowie biali,
Wiara mnoga patrzy w Boga rychło grób rozwali.
Resurexit Jesus dixit, więc do ziemi czołem,
Chwalże duszo moja Pana ze wszystkim kościołem.
W wielki czwartek w wielki piątek cierpiał Jezus rany,
Nasz Zbawiciel za trzydzieści srebrników sprzedany.
W wielki czwartek w wielki piątek cierpiał naród wierny,
A w sobotę z martwych powstał bo Bóg miłosierny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teofil Lenartowicz.