Przejdź do zawartości

Warjat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Warjat
Pochodzenie Ojcobójca
Wydawca Wydawnictwo "Taniej Książki"
Data wyd. 1927
Druk Warszawa : I. Haendler
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un fou?
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




WARJAT



Umarł jako prezes trybunału, urzędnik nieposzlakowany, którego nieskazitelne życie stawiano za przykład wszystkim sądownikom. Adwokaci, mecenasi, jak również młodzi prawnicy chylili nisko głowy na znak głębokiego szacunku przed tym bladym i szczupłym mężczyzną o błyszczących i przenikliwych oczach.
Strawił życie na ściganiu występku i zbrodni, a na otaczaniu opieką słabych i pokrzywdzonych. Oszuści i mordercy nie mieli groźniejszego nadeń prześladowcy, gdyż zdawało się, że czyta najtajniejsze myśli w głębi ich duszy i jednym rzutem oka odkrywa najskrytsze zamiary.
Umarł więc w osiemdziesiątym drugim roku życia, otoczony czcią i żałowany przez całe miasto, Żołnierze w czerwonych spodniach odprowadzili jego zwłoki do grobu, a cały szereg mężów w białych krawatach wylewał nad trumną potoki słów rozpaczliwych i łez gorących, które robiły nawet wrażenie prawdy.

Tymczasem w biurku, w którem nieboszczyk przechowywał akty wielkich zbrodniarzy, przerażony natarjusz znalazł szczególny papier, zatytułowany:
„Dlaczego?

20 czerwca 1851 r, wychodzę z posiedzenia, Skazałem Blondela na śmierć. Dlaczego ten człowiek zabił pięcioro swoich dzieci? Dlaczego? Często spotyka się ludzi, doznających najwyższej rozkoszy w odbieraniu życia innym. Tak, tak, to musi być rozkosz, kto wie, czy nie największa, bo czyż zabijanie nie jest najpodobniejszem do tworzenia? Tworzyć i niszczyć. Te dwa wyrazy zawierają w sobie dzieje wszechświata, dzieje całej ziemi, wszystkiego co jest, tak, wszystkiego! Dlaczego zabijanie jest rzeczą tak upajającą?...
25 czerwca, Pomyśleć, że tam przede mną jest istota, która żyje, chodzi, biega... Istota? Co to jest istota? Rzecz żyjąca, mająca w sobie źródło ruchu i wolę kierującą tym ruchem! Rzecz ta nie ma związku z niczem. Nogi jej nie są przytwierdzone do ziemi. Jest to ziarnko życia, poruszające się po powierzchni i to ziarnko życia, które się nie wiedzieć skąd wzięło, można, jeżeli się chce, zniszczyć. Nastąpi rozkład, zgnilizna i na tem koniec
26 czerwca. Dlaczego zabójstwo ma być występkiem? Tak, dlaczego? Przeciwnie, jest ono prawem natury. Posłannictwem każdego stworzenia jest — zabijać. Zabija, by żyć, zabija dla samego zabijania. To już leży w jego temperamencie; trzeba zabijać! Zwierzę zabija ciągle, codziennie, w każdej chwili swego istnienia. Człowiek przedewszystkiem zabija dla wyżywienia się, dla dogodzenia zaś uczuciu przyjemności, jakie mu sprawia zabijanie, wynalazł myślistwo! Dlaczego zabija owady, ptaszki, każde zwierzątko, jakie mu wpadnie w rękę? Ale to wszystko nie wystarcza jeszcze tkwiącej w nas nieprzezwyciężonej potrzebie mordowania, Niedosyć zabijać zwierzę, potrzebujemy także zabijać człowieka. Niegdyś zaspakajano tę potrzebę ofiarami z ludzi. Dziś konieczne warunki życia społecznego uczyniły z morderstwa zbrodnię. Skazują i karzą zabójcę! Ponieważ jednak nie mogliśmy wyżyć bez zaspokojenia instynktu zadawania śmierci, przynosimy sobie od czasu do czasu ulgę wojnami, w których jeden naród wyrzyna drugi. Dopieroż to z całem rozkiełznaniem rozkoszują się wojska, a następnie upajają mieszczanie, kobiety i dzieci, czytając wieczorem, przy świetle lampy, dosadne opisy rzezi.
Zdawałoby się, że ludzie przeznaczeni na sprawców tych jatek ludzkich żyją w pogardzie społeczeństwa. Bynajmniej. Obsypują ich zaszczytami! Ubierają w złoto i jaskrawe sukna; stroją ich głowy w pióra, na piersiach przypinają ozdoby, dają im krzyże, nagrody, najrozmaitsze tytuły. Są dumni, szanowani, kochani przez kobiety, oklaskiwani przez tłum, dlatego tylko, że mają za zadanie przelewać krew ludzką! Ciągną za sobą po ulicach narzędzie śmierci, któremu przechodnie czarno ubrani przyglądają się z zazdrością. Bo zabijanie jest potężnem prawem, przez naturę narzuconem sercu żywej istoty! Niema nic piękniejszego i zaszczytniejszego nad zabijanie!
30 czerwca. Zabijanie jest prawem, bo natura lubuje się w wiecznej młodości, Zdaje się, jakby każdym swoim bezwiednym czynem wołała:
— Prędzej! prędzej! prędzej!
Im szybciej się niszczy, tem się szybciej odnawia.
2 lipca. Człowiek — co> to jest człowiek? Wszystko i nic. Myślą — jest odbiciem wszystkiego. Pamięcią i nauką — jest odłamkiem świata, którego dzieje nosi w sobie, Jako zwierciadło rzeczy i zwierciadło czynów. Każdy człowiek jest małym światem wśród wszechświata.
Ale podróżujcie; przypatrzcie się natłoczonym jedna na drugiej, kłębiącym się rasom, a człowiek wyda się wam niczem, niczem, niczem! Wsiądźcie w łódkę, odpłyńcie od brzegu zasianego tłumem, a wkrótce nie ujrzycie nic prócz wybrzeża. Człowiek znika, tak jest małym, nic nie znaczącym. Przebiegajcie Europę pociągiem pośpiesznym i wyglądajcie przez okna wagonu. Ludzie, ludzie, ludzie bez końca, niezliczeni, nieznani, rojący się na polach i ulicach; wieśniacy ograniczeni, nie mający o niczem wyobrażenia, poza przewracaniem roli pługiem; kobiety brzydkie, umiejące tylko rodzić i przyrządzać strawę dla mężczyzny. Udajcie się do Indyj, do Chin, a zobaczycie miljardy istot, które się rodzą, żyją i umierają, pozostawiwszy po sobie zaledwie tyle śladu, co mrówka zdeptana na drodze. Idźcie do kraju murzynów, gnieżdżących się w lepiankach z błota, do kraju arabów, żyjących pod płóciennemi namiotami, a zrozumiecie, że człowiek sam, oderwany, pojedyńczy jest niczem. Cóż może znaczyć jednostka jakiegoś naprzykład koczującego na pustyni plemienia? I ci ludzie, prawdziwi mędrcy, za nic sobie ważą śmierć! Człowiek nie wchodzi u nich w rachunek. Zabija się swego nieprzyjaciela — od tego jest wojna. Niegdyś robiło się tak wszędzie, od krańca do krańca każdej prowincji. Tak, przebiegnijcie świat i przypatrzcie się niezliczonej ilości ludzi nieznanych. Nieznanych?... Ach? otóż słowo zagadki! Zabić — jest zbrodnią, bośmy ponumerowali ludzkie istoty! Gdy się rodzą, zapisujemy je, nadajemy im imiona, nazwiska. Prawo bierze je pod swą opiekę! Na tem rzecz cała polega! Człowiek nie wciągnięty na listę, nie liczy się: zabij go wśród pustyń lub gór, na stepie lub w wąwozie, a nic za to nie grozi! Natura, lubująca się w śmierci, nie wymierza za nią kary!
Co jest naprzykład świętem — to stan cywilny! On to opiekuje się ludźmi! Człowiek jest nietykalny, bo wpisany do stanu cywilnego! Chylmy czoło przed stanem cywilnym, równym Bogu. Na klęczki przed nim!
Państwo może zabić, bo ono ma prawo zaprowadzić zmiany w stanie cywilnym, Gdy każę wyrżnąć dwieście tysięcy ludzi na wojnie, wykreśla ich z listy cywilnej i rzecz skończona. Ale my, my, co nie możemy rozporządzać aktami urzędowemi, my musimy szanować życie. Stanie cywilny, wszechpotężne bóstwo, panujące w świątyniach urzędów municypalnych, składam ci hołd. Jesteś silniejszy od natury. Ach! ach!
3 lipca. Zabić — to musi być ogromna i niezwykła przyjemność. Mieć przed sobą istotę żywą, myślącą, naraz zrobić w niej mały, maleńki otwór, z którego będzie wypływało to coś, co się krwią nazywa, a co stanowi życie i po chwili widzieć już tylko masę zimną, sztywną, pozbawioną myśli!
5 sierpnia. Gdybym też ja, co sądziłem, skazywałem, zabijałem jednem wyrzuconem słowem, zabijałem z pomocą gilotyny tych, co zabijali nożem, gdybym też ja! ja! zrobił to, co robią wszyscy zabójcy, któżby się o tem dowiedział?...
10 sierpnia. Któżby mógł o tem wiedzieć? Czyżby posądzonoi mnie, mnie, tem bardziej, gdybym wybrał istotę, w której usunięciu nie miałbym żadnego widocznego celu?
15 sierpnia. Pokusa! Pokusa ogarnęła całą mą istotę i toczy ją, jak robak. Pełza po całem ciele, wciska się do mego mózgu tak, że o niczem prócz zabójstwa myśleć nie mogę, — do moich oczu, które pragną patrzeć tylko na krew, widzieć tylko śmierć, do moich uszu, gdzie bezustanku słyszę coś nieznanego mi dotąd, strasznego, rozdzierającego, rozpaczliwego, jak ostatni krzyk ludzkiej istoty; do moich nóg, któreby chciały iść naprzód, by jak najprędzej dojść na miejsce zbrodni; do moich rąk, drżących z pragnienia zabójstwa. Jakież to musi być uczucie rozkoszne, niezwykłe, godne człowieka wolnego, wyższego nad innych, umiejącego panować nad własnem sercem, goniącem za wyszukanemi wzruszeniami.
22 sierpnia. Nie mogłem już dłużej oprzeć się pokusie, Na próbę, na początek, zabiłem ptaszka. Mój służący, Jan, miał szczygła w klatce, wiszącej w oknie stołowego pokoju. Wysłałem go do miasta, a sam wyjąłem ptaka z klatki. Czułem bicie jego serca. Wszedłem do mego pokoju — ściskałem go coraz mocniej, serce biło mu coraz szybciej; było w tem coś strasznego i rozkosznego zarazem. Omal go nie zadusiłem, ale w takim razie nie byłbym widział krwi. Wziąłem więc nożyczki od paznokci i powoli przeciąłem mu trzykrotnie gardło. Otworzył dzióbek, usiłował mi się wyrwać z rąk, ale go trzymałem, och! trzymałem całą siłą; byłbym utrzymał wściekłego brytana, by tylko, krew zobaczyć. Jaki to płyn piękny, czerwony, świecący i przezroczysty! Byłbym się go chętnie napił. Umaczałem nawet koniec języka. Doskonały. Ale biedny ptaszek miał go tak mało, że nie mogłem dowoli nasycić się tym widokiem. Patrzeć naprzykład na płynącą krew z byka, jakież to musi być, wspaniałe!
Następnie zrobiłem tak, jak robią prawdziwi zabójcy. Umyłem nożyczki, umyłem ręce, wylałem wodę, a trupa zaniosłem do ogrodu, by go pogrzebać. Zakopałem go pod krzakiem poziomek. Nie znajdą do nigdy. Zjem codziennie jedną poziomkę z tego krzaka. Jak jednak można używać życia, jeśli się tylko umie używać! Mój służący płakał; jest przekonany, że ptak uciekł. Bo czyż mógł posądzić mnie? Ach! ach.
25 sierpnia. Muszę zabić człowieka. Muszę koniecznie.
30 sierpnia. Zabiłem. Jakaż to drobnostka! Poszedłem na spacer do Vernes. Idąc przez las, nie myślałem o niczem, ale to o niczem. Wtem na drodze spotykam chłopczynę, zajadającego z apetytem trzymaną w ręku kromkę chleba z masłem. Stanął, by mi się przypatrzeć, i rzekł:
— Dzień dobry, panu prezydentowi.
W tej chwili strzeliła mi myśl:
— Gdybym go też zabił!
I odpowiedziałem:
— Jesteś sam, mój chłopcze?
— Tak, panie.
— Zupełnie sam w lesie?
— Tak, panie.
Żądza zabicia go upajała mnie, jak wódka. Zbliżyłem się powoli, będąc pewnym, że zechce uciec. Chwyciłem go za gardło... ściskałem, ściskałem z całej siły! Patrzał na mnie przerażonemi oczyma! Co za oczy! Okrągłe, głębokie, przezroczyste, straszne! Nigdy jeszcze nie doznałem wzruszenia tak brutalnego... ale zarazem tak krótkotrwałego! Chwycił mnie za ręce swemi małemi rączkami, a ciało jego wiło się jak pióro na ogniu. Po chwili już nie żył.
Serce mi biło, jak serce owego ptaka! Rzuciłem ciało w rów i przykryłem trawą.
Wróciłem do domu; obiad jadłem ze smakiem. Jakaż to drobnostka! Wieczór spędziłem u prefekta. Byłem wesoły, swobodny, odmłodzony, a nawet dowcipny, jak utrzymywano.
Jestem zupełnie spokojny, ale cóż, kiedy nie widziałem krwi.
30 sierpnia. Znaleziono zwłoki, Poszukują zabójcy, Ach! ach!
1 września. Uwięziono dwóch włóczęgów, których jednak wypuszczono, dla braku dowodów.
2 września. Rodzice dziecka przyszli do mnie. Jak płakali! Ach! ach!
6 października. Nic nie odkryto. Przypuszczają, że zabił jakiś wałęsający się nicpoń. Ach! ach! Gdybym był widział krew płynącą, zdaje mi się, że teraz byłbym już zupełnie spokojny!
10 października. Znowu mnie opanowywa pragnienie zabójstwa. Zupełnie podobnego doznawałem uczucia w dwudziestym roku życia, kiedy mnie dręczyła żądza miłości.
20 października. Jeszcze jeden. Szedłem po śniadaniu brzegiem rzeki i spostrzegłem pod wierzbą śpiącego rybaka. Było właśnie południe. Jakby umyślnie tuż przy nim, na polu z ziemniakami stała zatknięta w ziemię motyka. Wziąłem ją, podniosłem jak pałkę i jednem uderzeniem rozciąłem głowę. Och! z tego to się dopiero lała krew! Różowa, i pomięszana z mózgiem! Spływała prosto do wody, a ja szedłem dalej krokiem poważnym, miarowym! Ach! ach! Jakimże mógłym być doskonałym zbrodniarzem!
25 października. Sprawa rybaka narobiła wiele hałasu. Podejrzenie pada na jego siostrzeńca, który z nim razem łowił ryby.
26 października. Sędzia śledczy utrzymuje, że ów siostrzeniec popełnił zbrodnię, całe miasto podziela to zdanie, Ach! ach!
27 października. Siostrzeniec broni się bardzo niedołężnie. Poszedł, jak utrzymuje, kupić chleba i sera na wsi. Przysięga, że zabito wuja podczas jego nieobecności. Któżby temu uwierzył?
28 października. Obwiniony tak stracił głowę, że o mało nie przyznał się do zbrodni. Ach! ach! Sprawiedliwość!
15 listopada. Znaleziono bardzo — poważne dowody przeciw obwinionemu, który miał po stryju dziedziczyć. Będę prezydentowa! na posiedzeniu.
25 stycznia. Na śmierć! na śmierć! na śmierć! Skazałem go na śmierć! Ach! ach! Jeszcze jeden. Zobaczę, jak go będą tracić!
I już po wszystkiem. Dziś rano go gilotynowali. Zachowywał się do ostatniej chwili bardzo, bardzo dobrze! Zrobiło mi to istotną przyjemność. Jaki to piękny widok, kiedy ścinają głowę ludzką! Krew wytrysnęła jak strumień! Och! gdybym był mógł, z jakąż rozkoszą, byłbym się w niej kąpał, zanurzał w niej twarz swoją, włosy i stanął cały czerwony, krwawy! Ach! gdyby wiedziano!
Teraz zaczekam, mogę czekać. Tak mało potrzeba, żeby mnie odkryto.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rękopis składał się jeszcze z kilkunastu kartek, na których już nie było wzmianki o nowej zbrodni.
Psychjatrzy, którym ten rękopis pokazano, utrzymują, że na świecie jest wielu warjatów, równie zręcznych i niebezpiecznych, jak wyżej opisany potwór.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.