Waligóra/Tom III/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Waligóra
Podtytuł Powieść historyczna z czasów Leszka Białego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



X.

Zameczek na stromym brzegu rzeki, zwał się Lambach... Jeden to był z tych burgów rycersko-rozbójniczych, jak gniazda sępów porozstawianych na wyżynach, na straży rzek i gościńców... Siedział w nim zaczajony mąż zbrojny z kupą pachołków i oko miał a ucho na okolicę.
Zwykle gniazdo takie mieściło się w pobliżu brodu, przewozu lub mostu, którego ominąć nie mogły karawany kupieckie i wędrowcy; niedaleko wielkiej drogi handlowej, łączącej dwa kraje...
Na gościńcu rycerz miał ludzi co czaty sprawiali zdaleka i oznajmywali gdy się dobry łup obiecywał. Dobierano czas i miejsce do napadu, a liczono się z siłami, bo rzadko kupcy i wędrowcy bez orszaku zbrojnego się puszczali. Od jednych brano okup skromny, drugich zagarniano jak trzodę, odzierano i sadzano do ciemnic. Z niewoli można się było wyzwolić groszem...
Rzemiosło to zwało się szlachetnem i rycerskiem. Niekiedy sposobnego czasu, przy większych siłach puszczano się dalej na łowy. Lambach był takim burgiem obronnym, obwarowanym i panował nad kawałkiem saskiego kraju nad granicą, aż po promień drugiego zamku, w którym zasiadał inny rycerz drapieżny.
Podwójnym obwiedziony murem, z wyniesionem w drugiem podwórcu wysoko dominium, krągłą wieżycą — z małemi bastyonikami po rogach, z przekopem i mostem od strony lądu, uchodził za niezdobyty...
Lecz świetne jego czasy gdy żył stary Henno już były minęły... Raniony w czasie jakiegoś napadu, rycerz ów po kilku miesiącach próżnych leków, zmarł zostawując wdowę i jednego niedorosłego syna. Chcieli się dlań znaleść opiekunowie, ale Greta równie niepodległego jak mąż ducha nikomu do swego zamku przystępu nie dała. Ludzie jej byli wierni.
Została więc sama z dziecięciem, które się wychowywało po rycersku.
Młody dziedzic burgu nauczył się zawczasu konia dosiadać, mieczem i kopią władać, ze psy po lasach się uganiać, w potrzebie stanąć odważnie, bronić się i napadać, kubki wychylać, piosenki śpiewać i wieść życie pańskie.
Matka widząc w nim żywy obraz ojca, cieszyła się wszystkiem... pozwalała na co tylko chciał, wyjątkowo nawet na takie sprawki którychby innemu nie przebaczyła.
Hans ze swojego burgu dostał się dla rycerskiego pasa, na dwór Markgrafa, służył mu, z nim razem jeździł się pokłonić cesarzowi; zaciągnął się na krótko i odbywszy nowicyat, poznawszy świata trochę, do wyższych zaczął sięgać sfer dumnemi myślami.
Właśnie naówczas zaczynał się w Niemczech sławić zakon rycerzy szpitala P. Maryi, zaciągali się doń młodzi ludzie, chciwi walk i wypraw awanturniczych. Przez przyjaciela swego Gerona, którego stryj był już rycerzem tego zakonu.[1] młody Hans wyrobił sobie że go jako ochotnika na próbę wziął jadący na Mazowsze Konrad von Landsberg...
Widzieliśmy jak dwaj młodzi nieszczęśliwie padłszy ofiarą zuchwalstwa swego, musieli zań pokutować w zamku na Białej Górze...
Gero i Hans rozmiłowali się w dwu Halkach, do których ich stara Dzierla podprowadzała. Wieczory spędzane z niemi rozbudziły namiętność w obu, a dziewczęta dały się urokowi młodości, nowości, jakiemuś czarowi który dwu rannych w ich oczach bohaterami czynił — pociągnąć ku nim...
Lecz — miłość to była jak te dwie istoty dziwna i smutna. Hala i Halka nie mogły mieć dwu uczuć, dwóch miłości — dwóch ulubionych. — Same nie wiedząc o tem obie zarówno pokochały Hansa. Nie zdawało się im to dziwnem — dla nich inaczej miłość przyjść nie mogła tylko jedną.
Gero namiętnie kochał tę jedną połowę dwóch Halek, pewien będąc że uśmiechy ich na pół do niego, w połowie do Hansa należały. — Z Hansem nie mówili nawet o tem, odrazu w myśli podzieliwszy się skarbem który pochwycić postanowili, choćby go życiem przyszło przypłacić.
Uciekłszy z zamku Waligóry, Hans zdołał szczęśliwie powrócić do matki z Geronem. — Postanowili oba zabrać ludzi, wyszukać pewnego przewodnika któryby ich lasami i manowcami doprowadził do Białej Góry, i dwie Halki porwać ztamtąd. Szalony ten zamysł udało się im wykonać szczęśliwiej niż się spodziewali.
Gero w czasie pobytu na grodzie porobił znajomości, wcisnął się sam naprzód niepostrzeżony, przekupił kilku ludzi, którzy potrafili czujność innych oszukać.
Nie wątpili oba że Halki pójdą za niemi, bo im obiecywali ożenienie — po którem stary ojciec musiał przebaczyć...
Wśród nocy wśliznąwszy się do zamku, Hans i Gero nieświadome życia dziewczęta chwycili pod pozorem że z niemi pojadą wprost do kościoła...
Lecz zaledwie byli na koniach, wioząc każdy z osobna swą zdobycz, otoczyła ich kupa zbrojna i musieli unikając pogoni, prawie bez spoczynku lasami się przebierać do saskiej granicy. Dwie Halki pół żywe, rozdzielone raz pierwszy w życiu, patrząc ku sobie, płacząc, przelękłe dostały się do burgu Hansa... Tu najpierwej pobiegły ku sobie, objęły się rękami i tak połączone znowu omdlały...
Stara Greta, która dla syna gotową była na wszystko, przyjęła dziewczęta z macierzyńską troskliwością, chociaż nadzwyczajne ich podobieństwo, i przywiązanie do siebie wprawiało ją w jakąś zabobonną obawę.
Dopóki Halki nie nabrały sił, dano im odpoczywać... Gero czekał by należną sobie część dostać. Lecz, gdy się upomniał o jedną z nich, żadna się rozstać z drugą nie chciała — i obie zgodnie okazały dla Gerona wstręt prawie.
Hans przecie dwóch żon mieć nie mógł. — Greta mruczała aby je obie odprawić. Podobieństwo ich było dla niej dowodem że nie niewiastami jak inne, ale duchami jakiemiś złemi na pokusę ludzką stworzonemi być musiały...
Gero wpadł w gniew wielki i wściekłość, bo Hans broniąc Halek, żadnej mu oddać nie chciał z powodu że się opierały.
Wyzwali się więc dwaj przyjaciele i poranili, a Gerona z zamku wygnano.
Hans został z dwoma siostrami, rozmiłowany w nich, strofowany przez matkę, w sporze ciągłym ze starą Gretą.
Dziewczęta kochały go, płakały, jedna gotowa była drugiej odstąpić go za męża, ale żadna nie chciała przyjąć ofiary.
Stara Greta pobożna i zabobonna, rozgniewana na syna, w końcu nie widziała innego ratunku — tylko pozbyć się tych istot niebezpiecznych.
Lecz że je miała za jakieś duchy w ciało ludzkie zaklęte, obawiała się zemsty tego niewidzialnego świata, do którego należały. — Hansowi nie wolno było do nich przystąpić inaczej jak przy matce, która lękała się o swe dziecko aby związek bliższy z temi czarnoksiężnicami nie pociągnął go na wieki gdzieś w otchłanie.
Pomiędzy matką a synem nieustanne trwały spory. — Do wieży w której trzymała Halki przystęp był wzbroniony, klucz u jej pasa... Hans szalał, lecz matka o duszę dziecka troskliwa, była nieprzełamaną.
A dwoje biednych dziewcząt zamkniętych płakało i schło z tęsknoty, z niepokoju i obawy.
Stan ten niepewności przedłużał się — i nie szczęśliwa matka nie wiedziała jak wyjść z niego.
Jednego dnia chciała dziewczęta życia pozbawić, drugiego lękała się zemsty duchów...; czasem łzy, bladość, wynędznienie tych ofiar budziły w niej litość.
Hans przychodził do tego szaleństwa że starą matkę chciał uwięzić, aby mu nie przeszkadzała, lecz ludzie byli jej wierni, a Greta ostrożna.
Z dwóch świeżych kwiatków, które niemcy porwali z Białej Góry, wkrótce pozostały dwa cienie uwiędłe, milczące — w oczach zdające się rozpływać.
Objąwszy się rękami pół dnia drzemały, główki przycisnąwszy ku sobie, płakały drugą połowę. W nocy bały się spać bo im się zdawało, że we śnie mogą je napaść mordercy.
Hansa matka wpuszczała tu coraz rzadziej, mówiła mu, że dziewczęta były chore i że ta choroba na niego przejść może...
Jednego dnia gdy stara Greta sama przyszła do wieży, Halki drżące padły na nią na kolana, prosząc aby je puściła do domu...
— Wróciemy tam! — mówiły — my tu dla was ciężarem — a nam niewola śmiercią. Puść nas!...
Greta byłaby to uczyniła chętnie, lecz obawiała się aby syn nie pobiegł za niemi.
A dziewczęta tak ją po nogach całowały i błagały, że się zadumała. Wyszła nasępiona i gniewna....
Halkom miłość wystygła w sercu, jednym kochanym podzielić się nie mogły, żyć bez siebie i tego wspólnego życia by nie umiały — musiały wracać tam, gdzieś, do starego ojca i do śmierci marzyć o dwu kochankach, którzy by byli tak jednym, jak one jedną były istotą.
Tymczasem Hans z gniewu i ciągłych sporów z matką zachorzał. Gorączka go w łóżku trzymała bezprzytomnego dni kilka.
Gdy wstał i zażądał aby go Greta puściła do wieży, dała mu od niej klucz obojętnie, nie idąc sama.
Hans pobiegł na wschody jak szalony, otworzył drzwi, krągła izba w której mieszkały stała pusta...
Okno otworem.
Na ławie leżała jakby zapomniana chusta co łzy ocierała, naczynia i sprzęty nie poruszone zdały się wczoraj jeszcze postawione dla nich... ale dwóch Halek już tu nie było.
Hans krzyknął z boleści takim głosem, iż i służba zamkowa i stara matka nadbiegła. Rzucał się, wołając co się stało z dziewczętami, grożąc śmiercią, chwytając za nóż.
Greta ręce złożywszy na piersiach, nieporuszona stała naprzeciw niego, nieodpowiadając mu.
Dawała się wylać gniewowi, wypalić płomieniom.
Gdy Hans zapomniawszy poszanowania wszelkiego, przyskoczył ku niej rozsrożony, dziki, wskazała mu zimno na drzwi i rzekła.
— Idź, szukaj ich — uciekły dwie wiedźmy twoje! Niewiem jak i dokąd, oknem, podziemiem... przez ścianę, ale — uszły...
Ja o nich nie wiem!!
I nikt o nich nie wiedział na zamku, nikt nie dostrzegł uchodzących, nikt nie słyszał szmeru, ni jęku...
Hans napróżno kilkadziesiąt grzywien złota obiecywał temu co mu ślad wskaże. Śladu nie było, wieści nie było.
Matka widząc rozpacz syna, na krzyżu mu przysięgła, że nie wie dokąd uciekły, że śmierci ich na sumieniu nie ma.
Zwlókł się Hans nazad na swe łoże i postanowił nie przyjmować pokarmu, a umrzeć lepiej niż żyć bez nich...
Stara Greta siadła przy nim, choć ją odpychał, całując w głowę i obejmując rękami drżącemi. Gorączka wróciła znowu, i Hansa trzeba było trzymać kilku ludziom, aby w szaleństwie nie porwał się na matkę i na siebie...
Dopiero po kilku dniach osłabły wpadł w sen ciężki i zdawało się że mu życie powróci, ale wkrótce śmierć przyszła.
Na Białej Górze jakimś cudem, wśród opustoszałego zamczyska, bo Waligóra już nie żył, i gród stał tak jak bezpański — ujrzeli ludzie u wrót które stały teraz na oścież otwarte, dwie białe, chwiejące się na osłabłych nogach, ku bramie dążące niewiasty.
Przodem szła zgięta staruszka o kiju, która je prowadziła.
Szły tak, szły zadumane, nie patrząc, jak senne i weszły we wrota, w podwórze i powlokły się do dworca, którego drzwi były kołem podparte.
Ludziom się zdało, że widzą cienie dwóch Halek, przestraszyli się, i zbliżyć nie śmieli, a one u drzwi siadły na ziemi, założyły ręce na szyję, przycisnęły główki i zdały się usypiać.
Starsze baby — powoli przybliżać się zaczęły ośmielone.
Jedna przypełzła do nich — Halki to były żywe jeszcze, lecz już w pół snem śmierci ujęte. Gdy ujrzały starą prządkę, wskazały na drzwi dworu... otwarto je...
Wstały chwiejąc się i weszły.
Na ognisku popiół tylko i węgle leżały, po izbie wiało chłodem zimowym... Poszły na dawne miejsce swoje do starego znanego kątka i siadły w nim spokojnie, nie żądając nic, nie przemówiwszy, objęły się — usnęły...
Czeladź tym cudem przerażona w początku jęła się niecić ogień. Ludzie się zbiegali, tłum stanął u drzwi, zalegał u progu... Baby przystawiały garnki do ognia, nieciły coraz większy płomień, zbliżały się do dziewcząt śpiących, ale ich nic nie budziło.
Były blade jak rąbek, który im główki osłaniał.
Noc nadeszła a one spały, i minęła a nie zbudziły się, zaświtał ranek — pozostały nieporuszone...
Aż prządka niespokojna odważyła się zbliżyć i dotknąć ich rąk... Dłonie ściśnięte, były jak lód zimne — uszło z nich życie. Halki wróciły tu aby umarły... I nazajutrz w jednej trumnie, tak jak siedziały uściśnięte, z rękami splecionemi, których nic rozerwać nie mogło po zgonie, poniesiono dwie białe siostrzyczki — do grobu.


KONIEC.



1879. Sierpień.
Drezno.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast kropki winien być przecinek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.