Przejdź do zawartości

Wakacje (Zapolska, 1923)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wakacje
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WAKACJE.

 — Co się dziś dzieje? Spać od rana nie można!
 — Proszę pani... dziś się zaczynają wakacje. Cały dom wyjeżdża... Wszystkie dzieci wyjeżdżają.
 Wstaję — biegnę do okna. Przed kamienicami stoją dorożki, landa, jednokonki, a nawet bryczki wiejskie. Na nich pakunki, góry pakunków, najdziwaczniejszych, powiązanych w niezwykły sposób. Wszystko zdaje się czekać chwili odjazdu, sygnału, który popędzi dorożki w stronę kolei, bryczki w stronę gościńców.
 Tak — to wakacje!
 Dziwny, nieokreślony czar ma to słowo. Wakacje!... Jak w kalejdoskopie migoce cały łan żyta — Boże... naszego żyta, co to całe złote, a miejscami od maków purpurowe, miejscami od habrów błękitne. Co to za rozkosz wpaść w taką falę żyta, utonąć w niej razem z Bekasem, Azorem, albo Śpiewką... Tylko trzeba być nato bardzo niedużym, mniejszym od kłosów, co szumią nad głową. Albo ten staw z łódką o złamanych wiosłach. Nie wolno wsiąść w łódkę. Nie wolno?... Szaleństwo! Na wakacjach wszystko wolno! Więc nabrawszy pełne kieszenie niedojrzałego agrestu, siada się w łódkę i kryje się znów — tym razem w trzcinę. I przez ten szumiący las widać tylko błękit nieba, widać tylko czarujące, tęczobarwne, srebrnoskrzydłe łątki, które przelatują jak w przestrzeń rzucone uśmiechy.
 Dokoła szum, szum trzciny — i nic, nic więcej. Czasem coś pluśnie cicho, cichutko. Czasem ode wsi doleci jakiś przeciągły jęk, przeciągły śmiech...
 I dziecko wpółsenne usuwa się na dno łódki. Zapomina o agreście, zapomina o dwójce z greki, zapomina o poprawce, zapomina o twardej ławce szkolnej.
 Leży ciche, nieruchome z pełną piersią jakichś pragnień, smutków, dążeń. Patrzy w błękit nieba, patrzy na tęczowe łątki, wsłuchując się w swą własną duszę — zaczyna żyć fantazją, sercem...
 Pod wpływem uroku słońca, drzew, kwiatów, szumu trzciny, w powrocie do tego, z czego istota ludzka tak niebacznie wyrwaną została — dziecko staje się poezją, czarem, wdziękiem. W jego duszy budzą się piękne strony. Cały rok szkolny wlewał w zmęczony mózg „wiedzę“ — przez te dwa miesiące wakacji poezja świata budzi serce, budzi duszę, jak słońce, budzi wczesnym rankiem kwiat powoju, stulony wśród kaskady liści...
 Ukryte wśród żyta, ukryte wśród krzaków leszczyny, ukryte wśród trzcin i nenufarów — dziecko zaczyna marzyć...

———————————————

 W zimnym przedsionku gimnazjum rój chłopców. Wszyscy trzymają w ręku arkusze — ten i ów uśmiecha się, ten blady kryje swe wzruszenie — inni obojętnie chowają swe „świadectwa“ do kieszeni i idą dalej, jakby nie spodziewali się już od życia niczego, w samem zaraniu. Na korytarzu jakaś chłopka w fioletowym kaftaniku i czerwonej chustce tuli do siebie niedużego chłopca w butach i kurtce. Chłopak ma w czarnych o powyrywanych paznokciach rękach zeszyty i biedną nadtłuczoną butelkę atramentu. W oczach tego dziecka jest cała przepaść jakiejś silnej woli, jakiejś chęci dojścia.
 Skąd— Skąd wy matko?
 — Z Bóbrki — odpowiada — ja się nazywam Katarzyna, a to mój syn, Mikołaj. Przygotowałam go do pierwszej, będą go wysłuchiwali!
 — Boisz się? — pytam Mikołaja.
 Ten nie odpowiada nic, lecz wzamian z pod mego łokcia wyrasta nagle sympatyczna, wesoła twarzyczka miejskiego malca, ubranego dostatnio, tylko w bardzo oberwanym kapeluszu.
 — E, co się tam bać! — mówi wesoło — ja już drugi raz, a przecież mi nic!
 — Dlaczego drugi raz?
 — A no, bo mnie spalili!
 — Niby kawaler przepadł?
 — A naturalnie!
 Dokoła, powoli, nadciągają malcy, mający zdawać egzamin do pierwszej klasy — strwożeni... Niejeden tuli się jeszcze do sukni matki. W głębi kurytarza widać jakiegoś drugoklasistę, który, oparłszy się o okno, gorzko, serdecznie płacze. Przez wpół otwarte drzwi klasy dostrzegam drugiego malca, którego uspokaja profesor. Ten malec nie płacze, ale jest blady, jak chusta, wargi ma zacięte, widać, że bardzo cierpi.
 Takie to młode, takie to małe, a tyle już przechodzi, tyle się męczy, tyle cierpi w tym dniu, w którym się zaczną wakacje. Gdy widzę płaczące dziecko, zdaje mi się, że ktoś motylowi wydziera skrzydło, że ktoś pali wolno i z całą samowiedzą świeżo rozkwitły kwiat.
 I czy jest coś straszniejszego w życiu, jak później, gdy już los rozszarpie nam serce na strzępy — nie mieć nawet wspomnienia wesołych lat dziecinnych i widzieć tam łzy, łzy — i smutek, niemniej gorzki, choć tylko byliśmy dziećmi, gdy na nasze małe twarzyczki te gorące łzy spływały.
 Na tablicach dzieci wypisały: „Płacz i zgrzytanie zębów“.
 To żart wesoły tych, na których czeka pobłażliwy uśmiech rodziców. Lecz inni? Szczęściem jest zboże, są krzaki leszczyny, jest kołyszącą się w trzcinie łódź!... jest błękit nieba i pasący się na łące koń.

———————————————

 Wracając — wstępuję do gimnazjum żeńskiego pomiędzy panienki.
 Strojno tam, gwarno, wesoło. Sukienki jasne, żółte trzewiczki, włoski zafryzowane. Małe kobietki szczebioczą, śmieją się, gwarzą, rade z nowych sukienek. Wchodzę w grupę tych maleńkich dziewczątek, z których każda ma w ręku świadectwo.
 — Cóż? Jakże tam? — pytampytam — dobre stopnie?
 — Ja mam bardzo dobry postęp ogólny — wyrywa się jakaś kremowa sukienka — ale ona ma niedostateczny.
 Owa „ona“ ma sześć lat, perkalową, niemodną sukienkę burakowego koloru i twarzyczkę wesołego klowna. Urąga swemu świadectwu i zdaje się być bardzo dumna z tego „niedostatecznego postępu“.
 — Panienka jedzie na wieś? — pytam małego nieuka.
 — Jadę — mówi, mnąc z zapałem świadectwo na nieforemną kulkę — i mama jedzie ze mną.
 Na twarzyczce dziecka tego jaśnieje uśmiech, pokazują się wszędzie dołki. Tej los nie wyrwie motylich skrzydeł — tego powoju ogień nie spali. Wprawdzie ona marzyć nie będzie na dnie łodzi, ale pójdzie sobie przez życie równo, spokojnie i bez burz. Ta na wakacje wlezie do loszku i tam kawałkiem razowego chleba będzie wyjadać z garnków śmietanę. Dziewczynka ta musi mieć matkę, która nie chce patrzeć na dziecięce łzy. I choć tam na świadectwie „niedostatecznie“ — ale ta mieć będzie wesołe wakacje!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.