W więzieniu/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maksym Gorkij
Tytuł W więzieniu
Wydawca Administracja »Naprzodu«
Data powstania 1904
Data wydania 1910
Drukarz W. Teodorczuk
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Тюрьма
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Maksym Gorki - W więzieniu page07b.png


C

Co nocy niemal, gdy miał służbę przychodził do celi stary dozorca. Zwał się Korniej Daniłowicz. Wsuwał w otwór okienka swą ciemną twarz i poczynał gadatliwie, jak zwykle starcy, opowiadać Miszy różne historye bez związku. Korniej widział wiele, przeżył wiele, ale wszystkie wrażenia życia zbiły się w jego pamięci w ogromny kłąb strasznych katastrof, bezmyślnej pracy, poniżeń i innych jeszcze jakichś niejasnych czynów. Wszystko tam było razem zmieszane. Czasem wydawały się te czyny Korniejowi dobrymi i wzruszały go, najczęściej jednak uważał, je za głupie i złe, a nigdy wyjaśnić ich nie umiał. Były to same przypadki, nie płynące z własnej jego woli, ale wykonywane bezwolnie i bezmyślnie jako rozkazy nieznanej mu, niezrozumiałej dlań siły, która tkwiła kędyś poza nim.
— Już będzie z piętnaście lat temu — mówił cichym głosem Korniej Daniłowicz, wpijąc swe rybie oczy w twarz Miszy — widzę, że on zadumał się czegoś... to jest syn mój, Aleksiej... do kościoła nie... do szynku nie... ba myślę źle jest... Począłem go śledzić i cóż!... zadał się ze sztundystami... Ktoby myślał! Zwymyślałem go... naturalnie to była rzecz pierwsza... uważaj i... mówię, już ja zrobię tak, że ci będzie ciepło... Ale on nic... więc ja naskarżyłem na niego przed popem. Wraca on raz od popa... widzę, zły bardzo... a ja się z niego śmieję i mówię: A co... zmył ci pop głowę... no powiedz! I wie pan, na dobitek nieszczęścia Aleksiej zbeształ popa jak psa... Mówię: Ach ty gałganie, ach ty szubrawcze, jakżeś ty śmiał! A on do mnie. No, tego były mi za dużo, porwałem garnek z kaszą i cisnąłem mu w łeb... rozwaliłem mu nieźle pysk... I wie pan... poszedł sobie precz i od tej pory nie widziałem go już, ani nie słyszałem o nim... tak, tak... poszedł. Tacy wyście, tacy wy wszyscy... wy młodzi... ha, ha!
— Czy wam go nie żal? — spytał cicho Misza.
Stary milczał chwilę. Potem poskrobał się za uchem, pomruczał przez parę sekund coś pod nosem i rzekł spokojnie:
— Czasem mi go żal... żal mi wszystkich... czasem nawet morderców... tak... tak. Bo wie pan... nie każdy zabija tak ni z tego ni z owego... często ma powód słuszny i sprawiedliwy. Niektórym mordercom winno się wdzięczność... naprzykład katom. Oni zabijają także z pewnych powodów, dla przyjemności wszystkich... zabić mordercę, to nie grzech przecież, ha? A czy pan myśli, że to katowi miło?
Misza wychylił się szybko przez okienko, by zobaczyć jaki wyraz ma twarz człowieka, który bezwiednie odepchnął od siebie, syna własnego, a teraz jest w stanie żałować kata. Ale twarz Kornieja była jak zawsze podobna kamieniowi, pokrytemu pęknięciami, w którym tkwiły matowo połyskujące oczy, jak dwa szkła kawałki.
— Czemuż pan wygląda? — spytał stary.
— Tak sobie tylko — odparł cichym głosem Misza. — Ale mówcież Kornieju Daniłowiczu, czemu wam się nie podobało, że wasz syn wdaje się ze sztundystami?
— Mówiono tu, że to nauka szkodliwa... zresztą przed kilku laty siedzieli tu sztundyści... byli to... bardzo porządni chłopi! Umieli wszyscy czytać i pisać, byli spokojni, nic złego w nich nie spostrzegliśmy. — Nie, doprawdy, to byli bardzo dobrzy aresztanci... pytałem o mego syna Aleksieja... Nie wiemy, mówią: Jest nas bardzo wielu. Zresztą to i słusznie... siadują tutaj często...
Milczał chwilę, potem ciągnął dalej:
— Teraz coraz więcej zbrodniarzy... przedtem byli to sami złodzieje, rabusie, mordercy... ha, czasem nawet, odpuść Boże, — świętokradzcy... ale teraz mamy robotników, studentów... politycznych, sztundystów i dyabli wiedzą kogo jeszcze... masę połapano... zaczyna być ciasno...
Nie mówcie tak Kornieju — odparł szybko i z zapałem Misza nie mówicie tak, bo nie wiecie... ludzie chcą życie poprawić... chcą, by wszystkim było lepiej...
Za drzwiami rozległ się cichy, suchy śmiech, stary odkaszlnął i rzekł:
— Ha, słyszałem, ja to... tak, tak... słyszałem. Wszyscy wasi tak gadają...
Wyprostował się i odszedł, jakby był niezadowolony i zły nawet.
Innym razem opowiedział taką historyę:
— Ja, wie pan, jestem bardzo miłosierny... cierpiałem sam wiele i ludzi rozumiem, tak, tak. Otóż, wie pan, siedzi sobie raz w moim kurytarzu zbiegły katorznik, młody, zdrowy, miły człowiek... był chłopem, ale uśmiechał się jak wielki pan... gdy się tylko uśmiechnął nie mogłeś mu niczego odmówić. Powiada naprzykład: Daniłowicz, przynieście mi tytoniu... to ja zaraz idę i przynoszę mu tytoniu... ha wie pan... ukradł ci on raz gdzieś scyzoryk, zrobił z niego piłkę i wystarał się o słoninę i zaczął manipulować koło kraty. ...Zaraz to spostrzegłem i żal mi go się bardzo zrobiło. Ach, myślę sobie, braciszku, ta sztuczka ci się nie uda! Ale udaję, że nic nie widzę. Niech się chłopak bawi, myślę sobie, nie będzie mu się nudziło.
Oj długo pracował... może ze trzy tygodnie... a ja nic... patrzę tylko i patrzę... i ciągle mi go żal... zabaw się, myślę sobie, zabaw!
Korniej roześmiał się cicho, przyjaźnie.
— No a kiedy skończył już prawie robotę... wtedy powiedziałem dyrektorowi.
— Jakto, czemuż to? — wykrzyknął Misza ze smutkiem — czemu dyrektorowi?
— A komuż? — spytał zdziwiony Korniej.
— Mogliście powiedzieć więźniowi, powinniście byli nawet.
— Dziwny z pana człowiek — roześmiał się Korniej. — A cóżbym począł z kratą? Przecież była przepiłowana?
— To mogliście powiedzieć mu zaraz z początku, gdy zaczął piłować!
— Ha tak, doprawdy? Mogłem tak zrobić, racya. Ale lepiej się stało, jak się stało... człowiek musi mieć jakąś rozrywkę...
— Ale przecież go za to ukarano!
— A jakżeby inaczej. Bez tego przecież się obejść nie mogło... dostał karę.
— A wielką?
— Nie mogę... nie mogę sobie przypomnieć — coś miesiąc siedział sam w celkowem... potem mu jeszcze sąd dał jakąś karę... nie, doprawdy już nie pamiętam...
— Cóż za głupota — wykrzyknął oburzony Misza. Co za ludzie, jakże nisko upadli moralnie... a życie... całe życie!...
Ciemna twarz starca poczęła się dziwnie kołysać w ramie okienka. Potem Korniej ziewnął, westchnął i rzekł cicho, powoli:
— A widzi pan... tak, tak... masz pan racyę... życie nie da się poprawić... oj nie!
Na takich rozmowach schodziły im nieraz długie godziny.
Stary był zawsze zimny, obojętny, Misza dygotał bezsilnem oburzeniem, dręczył smutną niepewnością, pytaniem bez odpowiedzi. Miedzy studentem a nadzorcą tkwiły zawsze te same stare mocne drzwi z żelaznymi okuciami, nadgryzionemi przez rdzę i małem wycięciem okrągłego okienka, przez które cierpiący na bezsenność starzec smutnym balastem swych wspomnień obciążał duszę młodzieńca. Misza poczuł w sobie coś ciężkiego, ponurego, ale wiedział, że nie więzienne, stare, kamienne mury go gniotą, tylko to wszystko, co tutaj widział i słyszał kładzie mu się głazem na piersi i od tego w jego duszy wstają smutne, czarne, straszne widziadła...
Leżąc całe noce bezsenne na pryczy pod sklepiskiem czarnem, co dławiło oddech nisko zwisając, Misza usiłował opanować haos cisnących się na myśl wrażeń i szeregować je w porządne jasne rozumowanie... ale nie mógł...
Raz spytał Oficerowa.
— Słuchajno pan, podoba się panu tu?
— Gdyby nie bili... — byłoby nie źle... — odparł ospowaty spokojnym, miękkim głosem.
— Biją pana? Kto bije?
— Mnie biją rzadko... bardzo rzadko... sam tylko pierwszy pomocnik dyrektora... po twarzy bije... ale mówię wogóle... o wszystkich... biją się między sobą aresztanci, biją się straszliwie! I dozorcy ich biją... to jest nie wszystkich!... nie wszystkich bić można... ale tych co biją, tych tłuką niemiłosiernie!
Wzruszył ramionami, obejrzał się i ciągnął dalej, otwierając szeroko przestraszone oczy:
— Ale ja... ja nie mogę gdy biją... boję się! Nie mogę na to patrzyć.
— Powinien pan znaleść sobie inne zajęcie — doradzał Misza.
— A jakież... a gdzież? — rzekł smutnie, spuszczając głowę Oficerow. — Wszędzie... wszędzie się ludzie biją... całe życie to wojna... tak, tak wiem ja o tem... Mama tylko jedna... i może jeszcze po klasztorach nie trafia się bicie. Byłbym naturalnie wstąpił do klasztoru... ale...
Zamilkł nagle. Stali za węgłem wieziennego gmachu, przy kupie odpadków, kamieni i wiór drzewnych, nad ich głowami sunęły powoli, majestatycznie wielkie ciemne chmury. Wiatr się zrywał chwilami i niósł z miasta strzępy akordów jakichś niepojętych.
— Ale co?... proszę, powiedz pan! — prosił Misza.
— Niech pan wybaczy, panie student — począł Oficerow szeptem nerwowym, mrugając oczami, jakby patrzył na coś rżącego, — wybaczy pan... może to z mej strony wielka głupota... zresztą... tak, tak...
— Co pan chce powiedzieć? — spytał cicho, krótko, dobitnie Misza.
Oficerow zbliżył się do jego ucha i szepnął drżącym głosem.
— To jest... ze względu... na Boga... czy pan wierzy?
Misza spuścił głowę i po chwili, odrzekł cicho:
— Ja sam doprawdy nie wiem.
— Właśnie... właśnie... i ja też nie wiem! — wpadł mu żywo w słowa dozorca — myślę o tem często... bo jeśli jest naprawdę... to i na cóż ten strach wkoło... ten wielki strach wszędzie i ta srogość?... Czemu? — Pan uczony, mądry.. powiedz, czemu strach i czemu źle... czemu srogość?
W oczach błysły mu wielkie łzy.
Strząsnął je ruchem głowy i odszedł szybko, nie oglądając się.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maksim Gorki i tłumacza: Franciszek Mirandola.