W więzieniu/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maksym Gorkij
Tytuł W więzieniu
Wydawca Administracja »Naprzodu«
Data powstania 1904
Data wydania 1910
Drukarz W. Teodorczuk
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Тюрьма
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Maksym Gorki - W więzieniu page07b.png


M

Misza czuł, że go coś wytrąciło z marnej szarzyzny życia. Przyszłość jego skurczyła się, znikła. Najjaskrawsza na niej plama, jego »czyn«, nie wracał mu już prawie na pamięć. W dziwnem, kamiennymi murami zewsząd otoczonem, strzeżonem, zazdrośnie istnieniu obecnem w więzieniu począł domyślać się symbolu swej świadomości, do niedawna niedostępnej, nieznanej, zamkniętej. Obserwował bacznie wszystko, co go otaczało, często z niedowierzającym, mętnym uśmiechem, czasem z chciwem, pożądliwem zaciekawieniem, lub troską i z ciężkiem powątpiewaniem w duszy.
Więzienne władze traktowały go pobłażliwie.
Dozorcy i urzędnicy uśmiechali się doń łaskawie, protekcyonalnie.
Otwarta, szczera fizyonomia Miszy, jego rumieńce, niebieskie, naiwne oczy, dobroduszny uśmiech, piękny silny organ głosu i cała jego, trochę przysadkowata postać usposobiły wszystkich dobrze dla więźnia.
— No, no, panie Malinin, jakże się panu u nas podoba? — zapytał go raz przy kontroli, lubiący drwić, pierwszy pomocnik dyrektora więziennego.
— Wie pan... to wszystko bardzo ciekawe! — odparł Misza z uśmiechem.
Pierwszy pomocnik zaśmiał się mrukliwie, ściągnął czoło poorane siecią zmarszczek i rzekł:
— Ha no, to powiem panu, panie badaczu, że władza przydłużyła mu czas przechadzki o pół godziny... i inne ulgi też nastąpią zapewne...
— Dziękuję — odparł Misza.
— Niema za co! — rzekł sucho przełożony i wyszedł z celi.
Aleksander Oficerow, ospowaty dozorca więźniów opowiedział Miszy o tym człowieku następującą historyjkę: Powziął on raz podejrzenie co do swojej służącej, że ukradła jego żonie pierścionek i by wymusić przyznanie się do kradzieży, przez całą noc męczył dziewczynę. Kazał zawołać dwu aresztantów, na których miał z jakiegoś powodu złość, rozkazał im rozebrać ją do naga, przywiązać do stołu i zmusił ich do łechtania ofiary przez całą noc. Gdy dziewczyna omdlewała, kazał jej dawać pić, a potem dręczyć na nowo. Rzecz skończyła się tem, że jeden z aresztantów, nie mogąc znieść męki, stracił przytomność. W ataku szalonej żądzy, rzucił się w oczach przełożonego i towarzysza na dziewczynę i chciał ją zgwałcić. Obito go, zamknięto do lochu i gdy znikły ślady uderzeń, odesłano go do domu waryatów.
— Na tem się skończyło — zamknął Oficerow swe opowiadanie, obejrzał się trwożnie dokoła, i spuścił oczy. Misza słuchając tego, czuł niepokonany wstręt do dręczyciela, gdy go jednak tego samego dnia zobaczył w swej kaźni, spostrzegł ze zdziwieniem, że w sercu jego prócz ciekawości i lekkiej odrazy, nie ma innych uczuć...
Misza dostrzegł ze swego okna, że prócz człowieka w grubym palcie, wypuszczano na przechadzkę jeszcze około sześciu innych politycznych. Byli to widocznie robotnicy... rośli, silni, źle odziani, patrzyli na wszystko ponuro, ukradkiem. Gdy ich spojrzenia pierwszy raz się skrzyżowały z wzrokiem Miszy, studentowi zrobiło się nieswojo jakoś i mało nie zeskoczył z deski okiennej. Na brudnych i wygłodzonych twarzach tych ludzi widniała stalowa nieugięta moc, coś co przypominało szczutego wilka, wykuta tam była siła niespożyta, świadoma siebie. Niektórzy uśmiechali się doń czasem, dawali znaki. Misza odpowiadał także uśmiechem, i gestami. Uczuł wielki szacunek dla tych ludzi... ciekawili go też bardzo. Zauważył, że i kryminalni otaczają ich szacunkiem. Czasem korzystając z niedbałości straży, kryminalni biegli do politycznych, prosili ich o papierosy, i rozmawiali z nimi cicho i szybko.
Raz rozegrała się taka scena:
Wysoki, smukły ponury robotnik o podłużnej, chudej twarzy i małej, szpiczastej bródce, pochodziwszy czas jakiś wzdłuż muru tam i napowrót, przystanął, założył ręce w tył, podniósł głowę w górę i zapatrzył się w niebo. Na zakręcie, przy budce strażnika zajęty był zmiataniem i zgarnianiem łopatą suchych liści, średniego wieku, smukły kryminalny, z dużymi rudymi wąsami, bladą twarzą i bielmem na oku. Spojrzał raz na stojącego, nieporuszenie opartego o mur robotnika, spojrzał drugi raz... potem niedbale rozmiatając liście po ścieżce, począł zbliżać się doń zwolna, i... nagle zaśpiewał, cicho, pięknie, marząco melodyjnym głosem:

Tam gdzie kurhan stary i dal stepu w okół,
Rwie się na łańcuchu dumny, dziki sokół...

Robotnik zwrócił powoli głowę w stronę śpiewającego i słuchał. Usta mu się na pół rozwarły, jakby w upalny dzień dojrzał zimną, krystaliczną wodę zdroju i łaknął ochłody. Jednooki nie patrząc nań zbliżał się zwolna. Gdy był już blisko zanucił:

Ale niemasz, niemasz dla ciebie swobody!...

Wargi robotnika drgały... szeptały coś cicho.
...Jednooki spojrzał nań i uśmiechnął się w milczeniu.
Misza uczuł nagle, że go coś dławi, zeskoczył z deski i podrażniony, począł biegać po kaźni. A przez uchyloną kwaterę okna płynęła pieśń:

Chmury się po niebie bezmiarami wleką
Stepie, wolny stepie, jakżeś ty daleko!

Często aresztowani poczynali śpiewać po jedzeniu w sali jadalnej, położonej pod kaźnią Miszy. Huczało wtedy przez podłogę i tętniło donośnie, ale Misza nie mógł wyłowić słów oddzielnych pieśni. Raz tylko, gdy ktoś zanucił silnym, żałośliwym tenorem, posłyszał zwrotkę:

Hej morze ty morze,
Rozhukane morze!
Wicher cię skrzydłami,
Jakby pługiem orze!

Często też śpiewali aresztanci wesołe, rubaszne piosnki, gwizdali i pokrzykiwali, a tony biły o mury, silne, rozpętane, aż zdało się, że więzienie drży w posadach, i że się czynią nowe rysy i szczerby w murach i że niepokój i rozgoryczenie ludzkie od tych pieśni bije falą... Zewsząd też zbiegali się dozorcy i gasili coprędzej płomienie owej, z mąk urodzonej szaleńczej uciechy...
Misza zauważył, że dozorcy nie postępowali jednako ze wszystkimi kryminalnymi. Gnębili tych, co się gnębić i katować dali i pogardzali nimi, ale wobec odważnych, umiejących stać na straży swej ludzkiej godności, przybierał cały zarząd więzienia postawę ostrożną, wyczekującą, nieraz grzeczną nawet i niewielu było takich, którzy ośmielali się przewagę swą urzędową, okazywać tym ludziom, jawnie i brutalnie. Zwłaszcza na politycznych pilne miano oko. Dozorcy, tak się przynajmniej Miszy wydawało, czatowali na nich z wzrokiem wlepionym w ofiary, przyczajeni, gotowi do skoku, czekali na coś niezwykłego, decydującego i to pełne niewiary czekanie nużyło ich bardzo...
Jednego dnia szepnął Oficerow Miszy do ucha podczas przechadzki:
— Tej nocy przyprowadzono znowu trzech waszych!...
— Studentów?
— Nie, robotników.
— Powiedzcie mi Oficerow — zagadnął Misza — nie wiecie wy przypadkiem za co ich uwięziono?
Dozorca podumał chwilę, obejrzał się dokoła, szeroko rozwarł oczy i odparł z westchnieniem:
— Każdy chce żyć wedle swej woli... ot stąd cała bieda!
Potem dodał tajemniczo:
— Oni nie są zadowoleni...
— Z czego?...
— Oni wogóle nie są zadowoleni... z niczego!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maksim Gorki i tłumacza: Franciszek Mirandola.