[161]W WARSZTACIE I W DOMU.
Choć pierś ma w kaszlu drga chorobliwie,
W zaduchu trawię me dnie;
Dobywam plony na cudzej niwie,
Nie zieję zemstą, żalu nie żywię,
Lecz serce me bólem tchnie.
Wzrok mam schorzały, błędny, sterany,
A oczy są pełne łez;
Zbolałej duszy piekące rany
Na zewnątrz rwą się poprzez łachmany,
Zwiastując mi szybki kres.
Choć rany zieją, krwawią się, pieką,
W podziemiu pędzę mój byt;
Pod zimnych majstrów srogą opieką,
Godziny nudne, jak żółw, się wleką, —
W sercu rozpaczy mam zgrzyt.
Gdy w progi domu wracam wieczorem,
O których od rana-m śnił,
Jam nie człowiekiem już, lecz upiorem;
Z duchem złamanym i ciałem chorem
Na łóżko padam bez sił.
Na drugiem łóżku żona ma leży,
Kołysząc dziecko do snu,
I śpiew żałosny z piersi jej bieży
O doli cichych pracy rycerzy,
A kaszel wtóruje mu.
O swoich dumam i szlochać chce się:
Gdy dzisiaj skosi mię zgon, —
Cóż mym najdroższym jutro przyniesie,
Kto dłoń im poda w życiowym lesie,
Kto chleba da im i schron?
[162]
Kto ich nazajutrz pieczą otoczy,
Uchroni od gwałtów, zdrad?
Czy ktoś im otrze spłakane oczy,
Czy ich przygarnie cny lud roboczy,
Czy z torbą puści ich w świat?
Dumam do póżnej godziny, w której
Powieki kleją się w śnie...
Lecz ot, zabłysnął ranek ponury, —
Znów mknę, gdzie nędzy syny i córy
W mozołach pędzą swe dnie.