[154]W WARSZTACIE.
Gdy dziko w warsztacie zahuczą maszyny,
Tak jest mi, jak gdyby mój duch we mnie spał;
Sam w sobie jakoby przepadam bez śladu,
Świadomość zanika — maszyną-m się stał!
Pracuję bez końca, pracuję bez miary,
Już tyle zrobiłem, a praca wciąż trwa;
Dla kogo i na co — nie pytam i nie wiem,
Bo jakże-ż maszyna zamyślać się ma?
Wymarły uczucia i myśli wymarły —
Uśmierca je gorzki i mąk pełny trud;
Najlepszą treść duszy, najczystszą, najgłębszą,
Szlachetne porywy i wzloty — on zgniótł.
Pierzchają sekundy, minuty, godziny,
Przemija mych nocy i dni długich ciąg:
Ot, koło obracam, jak gdybym je gonił,
Nieświadom czynności zdrętwiałych mych rąk.
A zegar w warsztacie nie cichnie na chwilę:
Wskazuje i bije i cyka tu wciąż; —
Ach, pomnę! znaczenie pzedziwneprzedziwne tych cykań
Przed laty uczony wyjawił mi mąż.
Jak przez sen, coś jeszcze dotychczas pamiętam:
Że zegar jakoby mą myśl budzić miał
I... co?... Nie pytajcie mnie, już zapomiałem,
Nic nie wiem, maszyną-m bezduszną się stał!
Lecz nieraz, gdy bicie zegara usłyszę,
Inaczej rozumiem już sens jego słów;
Wrażenie mam nieraz, że woła wahadło:
„Nie próżnuj, do pracy zabieraj się znów!“
I w dźwiękach zegara gniew majstra poznaję,
A w twarzy zegara — jest majstra zła twarz;
Uczuwam, że zegar do pracy nagania
I łaje: „Maszyno, maszyno, szyć masz!“ [155]
I wtedy dopiero, gdy wrzawa ustaje, —
W obiadu czas, kiedy już wyszedł mój pan,
W mej głowie zaczyna coś świtać powoli,
Niedolę swą czuję i ogień mych ran.
I gorzkie łzy moje, ach, łzy te gorące
Mój obiad zwilżają, mizerny chleb mój;
Jedzenie mię dusi, nie mogę jeść, biada!
Okrutna-ż to praca, o krwawy-ż to znój!
W południa czas warsztat wygląda, jak pole
Walk strasznych, gdy broni przycichnął już dźwięk;
Wokoło, ach! tyle ciał widać poległych,
Ku niebu się zrywa przelanej krwi jęk.
Za chwilę ryk trąby do szturmu zawoła,
Umarli powstają — znużony ich krok,
I walczą żyjące te trupy — za obcych,
Aż wszystkie padają i chłonie je mrok.
W katuszach na plac ten bojowy spoglądam,
W mem sercu rozpala się zemsta i złość,
A zegar — pojmuję go teraz! — mnie budzi:
„Niech koniec nastąpi, niewoli już dość!“
On myśl mą rozjaśnia, orzeźwia uczucia
I uczy, że chyżo ucieka mój czas:
Nędznikiem jam był, gdy milczałem dotychczas,
Przepadnę, gdy z ścian tych nie wyrwę się wraz!
Ów człowiek, co we mnie spał dotąd, się budzi,
Niewolnik, co czuwał, zapada w sen tuż.
Ha, teraz właściwa godzina nadeszła,
Kres musi nastąpić, niedoli dość już!
Wtem słychać świstawkę — wszedł majster — zgiełk rośnie,
Bój wkoło się wszczyna — faluje tłum głów —
Pochłania mię gwar — o nic nie dbam — nic nie wiem —
Maszyną bezduszną, maszyną-m jest znów!
|