W puszczy (Ejsmond)/Akademik smorgoński

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Ejsmond
Tytuł Akademik smorgoński
Pochodzenie W puszczy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



AKADEMIK SMORGOŃSKI



W dzikim ostępie poleskim śród niebotycznych wywrotów, w sercu dziewiczej gęstwiny przyszedł na świat o zimowym poranku.
Był jeden z tych dni styczniowych, w które puszcza zda się krainą czarodziejską z białej bajki. Ośnieżone drzewa skrzyły i lśniły tysiącem barw. Ich biel promieniała fioletem, purpurą i złotem żywych iskier słonecznych... Śnieg rumienił się pod pieszczotą słońca różowym odblaskiem, modre cienie znaczyły miejsca, gdzie gęstwina broniła dostępu jasnym promieniom... Był jeden z tych cudnych dni zimowych, w których bór taki jest biały — jakgdyby był niepokalany, a taki promienny — jakby był szczęśliwy...
Słoneczne miał pierwsze dzieciństwo — jak ten zimowy dzień, a pieszczoty matczyne słodsze były i gorętsze od pieszczot styczniowego słońca.

*

Jak przez sen pamiętał grozę zimowych ostępów, złowieszcze wycie wichrów lodowych — a potem dni promienne przedwiośnia, gdy cała puszcza uśmiechnęła się radością modrych przylaszczek, liljowych sasanek i złotych jaskrów, rozebrzmiała weselną pieśnią ptaszęcej miłości i srebrnym szeptem wezbranych, leśnych strumieni.
Ssał jeszcze wówczas pierś matki. Pamiętał pierwsze wyprawy z nią i z bratem w tę wiosenną puszczę, pełną dziwnych głosów i pokrzyków. A potem wspominał długie poszukiwania korzonków, wonnych ziół, traw pachnących, smacznych żuków i gąsienic... Na jednej z takich wędrówek niedźwiedzie trafiły na leśnej polanie na zabitą sarnę, której trupa szarpał krwiożerczy ryś. Miś przypominał sobie dobrze, jak Matka-Niedźwiedzica ryknęła krótko a groźnie, jak ryś z dzikim błyskiem złych ślepi opuścił swą zdobycz i lękliwie zniknął w zaroślach... Miś uwierzył wówczas we wszechmoc swej Matki, uwierzył, że pod jej tkliwą opieką nie stanie mu się nic złego, gdyż nie ostoi się jej nikt w puszczy.
Niedźwiedzie wychodziły na młode owsy i pożerały łakomie ich słodkie kiście, lub urządzały śmiałe wyprawy na barcie leśnych pszczół, złych i zjadliwych.
Matka odsłaniała przed nim bezmierną mądrość puszczy. Niezgłębione tajemnice leśnego ostępu, surowe prawa kniei, rządzące mieszkańcami boru od wieków zamierzchłych... Umiał rozróżnić zioła smaczne od trujących, po których na mózg pada szaleństwo, umiał wybierać z pod mchu tłuste poczwarki i wyszukiwać w zaroślach smakowite, słodkie korzenie... Rozróżniał trupy zwierzęce i woń wrogów niedźwiedziego rodu — ludzi, którymi straszyła go nieraz matka, tak jak nasze ludzkie matki straszą czasem rozkapryszone dzieci legendarnym kominiarzem...
Pamiętał zapach jagód leśnych, który w letnie skwary upajał i odurzał go, i rozmarzał... A potem wspominał ze drżeniem tę jamę przeklętą — to runięcie w otchłań, mchem przysłoniętą, gdzie zwabiła go rozkoszna woń miodu... Źli ludzie o posępnym poranku wrześniowym wydobyli go brutalnie z dołu, związali i powieźli młodego więźnia, mimo jego ryków bolesnych. Nie pomogła mu dobra Matka ani jej zęby, ni pazury, przed któremi nawet ryś drapieżny uczuwał trwogę.

*

W Smorgoniach nie był jednak samotny. Ze zdziwieniem zobaczył młode niedźwiadki, rówieśników swoich, i stare czcigodne niedźwiedzice, podobne do jego matki, i zupełnie małe niedźwiedziątka, i groźne, kudłate samce niedźwiedzie, złe a niedostępne...
Jadąc w więzach, sądził, że zginie... Czuł bliską śmierć. Ratunku przed nią nie było. Zdziwił się więc, że żyje i nikt nie zamierza go zabijać. Nikt nie zabijał również towarzyszów niedoli. Niedźwiedzie mruczały z zadowoleniem, pożerały łakomie dawane im smakołyki, a choć między sobą wygadywały nieraz na ludzką zwierzchność, czuły dla niej respekt, a nawet wdzięczność.
Powoli mijał gniew i bunt w duszy Misia. Zastąpiła je ciekawość. A potem przyszły długie dni ciężkiej pracy i nauki, w czasie której pojętny uczeń jął sobie przyswajać tajemne arkany ludzkiej mądrości... Ludzka mądrość — jakże mu się wydała głupią w porównaniu z mądrością puszczy, której go ongi uczyła matka!...
Najpierw w młodym niedźwiedziu budził się często bunt, tak gwałtowny nieraz, że Miś wpadał w istny szał. Wówczas człowiek-nauczyciel karcił go boleśnie, ucząc bezwzględnego posłuchu dla swoich dziwnych zachcianek. Lecz powoli nasz akademik zaprzyjaźnił się z oswojonemi już niedźwiadkami, złagodniał i jakgdyby pogodził się z losem. Przyswoił sobie przytem sztukę tańca i kunszt chodzenia na tylnych łapach, i trudną umiejętność usługiwania do stołu... Był najpojętniejszym uczniem... Nauczyciele dumni byli z niego. Wieść o mądrym niedźwiedziu głosili szeroko po całym kraju... Ucznia zaś swego wysłali na dwór ks. Karola Radziwiłła, do Nieświeża, by pana miłościwego krotochwilami swemi cieszył i delektował.

*

Rozmiłował się w nim potentat nieświeski nazabój. Rozmiłowali się w nim dworzanie książęcy, i nie było przysmaku, któregoby Misiowi odmówiono.
W pewien uroczysty dzień ks. Radziwiłł Panie-Kochanku gościł u siebie posła włoskiego. Ks. Karol nie lubił cudzoziemców i rad był zawsze zakpić z takiej frantowskiej kreatury nowego autoramentu — drwiąc rubasznie a krotochwilnie z peruk i pończoch.
A gdy towarzystwo dobrze już podpiło, książę począł żartować z włoskich polowań na ptaszki śpiewające. Cudzoziemiec ciekawie rozpytywał o łowy na Litwie. Spytał go tedy ks. Karol, czy widział kiedy w życiu prawdziwego niedźwiedzia i czy wie, jak to zwierzę wygląda?
Poseł odparł, że niedźwiedzia nie widział, lecz sądzi, że zwierzątko to jest wielkości psa, kota lub szczura.
Radziwiłł szepnął coś do ucha jednemu z biesiadników. Obiad miał się ku końcowi. Przyszła kolej na wety.
Poseł nałożył sobie sutą porcję z podawanego półmiska, książę zaś rzekł: — „Panie pośle! Czy służący, panie-kochanku, który podaje obecnie słodycze, przypadł ci do serca?“
Poseł spojrzał za siebie, a ujrzawszy olbrzymiego niedźwiedzia, podającego mu półmisek, krzyknął nieludzkim głosem, przewrócił się z krzesłem na podłogę, a potem, wciąż krzycząc „Dio mio“, wypadł z komnaty.
Gdy wrócił po niejakim czasie śmiertelnie blady, książę spytał go, czy zawsze twierdzi, że niedźwiedź jest wielkości psa, kota lub szczura?
„Zmieniłem zdanie“ — rzekł dygnitarz zgaszonym głosem: — „Jest nieco większy“.

*

Miś nasz, ulubieniec książęcego dworu, mógł bezkarnie zabić psa trzepnięciem olbrzymiej łapy, gdy go rozdrażniło natrętne ujadanie. Wolno mu było wszystko.
Urósł i zmężniał. Stał się wielkim szaro-brunatnym niedźwiedziem, pod brzuchem i na łapach futro jego przybrało tony czarne, jak węgiel.
Książę otaczał go najtkliwszą opieką. Najlepszy miód z książęcych pasiek, najsmaczniejsze kąski ze spiżarni — dla niego były przeznaczone.
A jednak w sercu niedźwiedziem w dobrobycie dworskiego życia poczęły się budzić jakieś nieznane, dziwne tęsknoty.
Coraz częściej wspominał dziewiczy bór, owiany wonią budzącej się wiosny i czarem pierwszego dzieciństwa...
Cztery lata przeszły już od tego czasu, cztery lata nauki ciężkiej i trudów w ludzkiem jarzmie. A choć książę nie szczędził mu pieszczot — oddałby je wszystkie za jedną pieszczotę Matki. Mimo iż wspominał ją w letnim stroju, okrytą rudemi rzadkiemi kudłami — zdawała mu się piękna, jak żadna inna istota na świecie. Gdy zaś wiosna otoczyła radziwiłłowski dwór całem czarnoksięstwem woni, dźwięków i barw — w pewne roześmiane rano porzucił księcia i przepych pałacu, i złotą klatkę, i przysmaki ulubione i uszedł w puszczę dziką, niegościnną, surową — a jednak umiłowaną nadewszystko...

*

Uśmiechała się puszcza tym wonnym pogodnym uśmiechem wiosennego poranku, który rzuca dziwny czar w dusze ludzkie i zwierzęce. Uśmiechała się puszcza do modrego, choć zimnego jeszcze nieba. Pierwsze jaskry, jak złote gwiazdy, zabłysły nad leśnemi wodami. Pierwsze łozy zapaliły się złotem. O poranku z uroczyska brzmiała jeszcze głuszcowa pieśń, a na mszarach dalekich słychać było bełkotliwe zaloty cietrzewi...
Miś szedł w bór i poił się każdym dźwiękiem znanym z dzieciństwa, witał się z każdym odgłosem kniei, jak z dobrym znajomym.
Oto przeciągnęła, chrapiąc, słonka, oto z ostrym świstem skrzydeł przeleciała para rozkochanych krzyżówek na leśną topiel... Poranny głos kszyka rozbrzmiewa z błękitu...
Szczęśliwość pierwotna, dzika zwierzęca szczęśliwość, znana jedynie mieszkańcom ostępu i duszom myśliwskim, napełniła całe jego jestestwo. Zielona puszcza zamknęła się nad nim, głusząc wszelką wieść o jego samotnej wędrówce...

*

Powiew boru, który dolatał do nieświeskiego dworu, przyniósł mu na swoich wonnych skrzydłach zew leśnej wonnej miłości, nakaz potężny i władczy. Gdy był już w puszczy — samotny i swobodny — każdy kwiat i każdy ptak, wszystko dokoła niego i wszystko nad nim pełne było miłowania.
To też i Miś niebawem tęsknić począł do ciemno-kudłej kochanki, szukał jej po gęstwinach niedostępnych, aż znalazł i połączył się z nią w bezmiernej a gorącej miłości.
Były to najsłodsze chwile jego życia. Miłość i łowy przepełniały jego dni i noce... Kochał i polował...
Nikt w puszczy nie śmiał się z nim zmierzyć. Był najsilniejszy. Porywał barany i powalał bydło jednem uderzeniem łapy mocarnej. Stał się postrachem pastuchów, złym duchem leśnych pastwisk, pogromcą pól owsianych i pszczelich barci...
Dzięki zaś wielkiej mądrości, omijał zdradne doły i jamy mchem przesłonięte, pomnąc o nieszczęściu wczesnej młodości...

*

Uwierzył w swoją wszechmoc, tak, jak ongi uwierzył we wszechmoc matczyną. Cały świat zdał mu się owcą lękliwą, którą powalić może siłą swoją nieposkromioną. I powoli porzucił wszelki strach i ostrożność, aż w pewien wrześniowy wieczór, wpadłszy w zagrodę, chroniącą stado owiec — nie znalazł z niej wyjścia. Daremnie starał się obalić lub przeskoczyć wysoki częstokół. Uczuł gniew, lęk, wściekłość — zrozumiał, że wpadł w pułapkę.
Po krwawej walce został związany i wepchnięty do ciasnej klatki. A choć wiedział, że nie grozi mu śmierć — drżał z trwogi, że znów stanie się niewolnikiem ludzkich kaprysów. Nie bał się jednak głodu — dobrze pamiętał radziwiłłowskie śpiżarnie. To też niemało był zdziwiony, gdy mu nie dano ani jeść, ani pić w ciasnej i niewygodnej klatce.
A były to czasy ciężkie dla grubego zwierza, kiedy z rozkazu księcia Karola lud puszczański chwytał w sidła i jamy niedźwiedzie, dziki, wilki przed rozpoczęciem wielkich łowów, by je ze złotych klatek przed altany pańskie puszczano... Łowy zaś miały być nie bylejakie: sam król zjeżdżał na nie do Nieświeża światłością majestatu opromienić knieje litewskie...

*

W złotej altanie, kobiercami wysłanej, zdobnej koroną, zasiadł dostojny gość radziwiłłowski, Stanisław August. Obok króla zajął miejsce książę kasztelan trocki, podkanclerzy litewski i gen. Komarzewski. Pod altaną zaś stanął z kordelasem i oszczepem Sapieha, generał artylerji, Szydłowski i Judycki. Książę Wojewoda dosiadł konia, na którym uwijał się, jak łowczy, powtarzając:
„A to, panie-kochanku, pięknieby było, abym ja z założonemi rękami sobie patrzył. We mnie krew kipi!“.
Zaczęto od wilków. Z podniesienia, urządzonego w altanie, król mógł do nich strzelać wygodnie. Wilki padały po strzałach Majestatu, choć złośliwcy twierdzili, że lufy Szydłowskiego często dymiły, wtórując echom strzałów królewskich.
Radziwiłł nie był rad. „Panie-kochanku“ — krzyknął na łowczego — „te twoje wilki na suchoty chore, czy co, panie kochanku, że takie ślamazarne bestje? Puść mi niedźwiedzie! Niech król choć jednego ubije!“
Łowczy skoczył w gęstwinę, gdzie ukryto klatki i psy.

*

Myślał najpierw, że to zabawa rycerska, jak za dawnych czasów. Zaniepokoił go ludzki jazgot i rozgniewało ujadanie psów. Gdy otworzono klatkę, nie chciał z niej wyjść. Lecz gdy go kłuć poczęto ostrzami oszczepów, runął jak burza w skłębioną masę zjadliwych psów, szarpiąc na prawo i na lewo, rwąc wnętrzności, zabijając psy i konie, kalecząc wrażą ciżbę ludzką. Walił groźny, szybki jak grom, niepowstrzymany jak huragan, ku wzniesieniu, na którem stał król.
I była jedna z tych chwil, w których czas zdaje się zamierać w swym biegu, jedna z tych sekund, które trwają wieczność. Ktoś krzyknął strasznym głosem: „Ratujcie króla!“. Poczem nastało milczenie.
Skoczył Radziwiłł z kordelasem, i nagle stała się rzecz przedziwna. Zwierz spostrzegł księcia u stóp altany. Poznał dawnego pana. Gniew jego przeminął. Pod opieką pańską chciał szukać zbawienia przed furją swoich okrutnych prześladowców... Ruszył przyjaźnie ku księciu wojewodzie, opędzając się od psów zaciekłych, niemal radosny...
Lecz w tejże chwili dziesięć oszczepów wbiło się w jego nieszczęsne ciało. Uczuł ból straszliwy, śmiertelny... Usłyszał książęcy krzyk — bolesny... Pan nieświeski poznał smorgońskiego akademika — za późno!
Runął, drgając, do pańskich stóp, oczy mu zaszły mgłą, rozszalałe psy pokryły go mrowiem skłębionych cielsk, krwawe szczęki szarpały go i rwały. — Skonał.
A gdy tak ciało jego leżało, sponiewierane, okrwawione, powalone u stóp króla, dusza niedźwiedzia wolna i dumna ulatywała ku ostępom dzikim, które jesień ubrała tysiącem barw najcudniejszych... Ulatywała w krainę dzieciństwa, w krainę leśnych mokradeł i gęstwin splątanych, gdzie żaden dół nie czyha na mieszkańca puszczy, ani żadna ludzka zdrada.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Ejsmond.