W puszczy (Dygasiński)/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.




Obława.


Mnogo ludzi podąża drogą ku puszczy; liczne sanki suną po Trytwie, a z sanek wyglądają błyszczące lufy dubeltówek; furmani z całych sił biją rękami o ciało, aby się rozgrzać na mrozie; konie parskają, para bucha z nich kłębami. Gospodarze i parobcy przywdziali kożuchy, na kożuchy zaś oblekli jeszcze brunatne sukmany, na ręce naciągnęli futrzane rękawice o jednym palcu. Saneczkami w jednego konia pędził w stronę lasu Kukułka, a za plecami jego przysiadł Byś, mając głowę zwróconą ku puszczy. Pies dziko spoglądał, zdawał się marzyć o przyszłych bojach, w których za chwilę miał wziąć udział; przeczuwał może swoje bohaterskie awantury.
Na drodze gwar był niezmierny, rozmawiano o innych ciekawych rzeczach. Kiedy atoli cały ten tabor przybył już do puszczy, Kukułka wyskoczył z sanek i cichym głosem, gestami, oraz migami dawał do zrozumienia, że należy zachować milczenie. Strzelec podzielił gromadę na oddziały, oddziałom wyznaczył dowódców, porozumiał się ze strzelcami, Bysia wziął na smycz i umieścił w sankach przy swych nogach. Skoro zaś wszystko zostało ułożone, gdzie jak i kiedy ma się rozpocząć obława, Kukułka przedsięwziął objazd kniei; wnet zniknął na jakichś tajemniczych ścieżkach, a cały orszak sunął w bór, zachowując głębokie milczenie.
Zanim jeszcze łowcy wyruszyli byli z Orłowej Woli, kiedy gromada ich od wczesnego rana nieustannie wzrastała, ogromny zgiełk panował przed karczmą; wystrzeliwano stare naboje, a zakładano nowe; ostrzono topory, długie myśliwskie noże; wiązano psy na sfory; przygotowywano jedzenie i napitek. Wtedy to wśród zgromadzonych tłumnie pojawiła się Marcycha.
— Wojna! — zawołała, przebiegając w szale. — Wojna! Staś przyjedzie! Czekajcie, on wnet przyjedzie!
Zebrani chłopi drwili z obłąkanej.
— Może Marcycha pójdzie z nami oto na wojnę? — pytał dobrodusznie jeden z chłopów.
— Takiej toby się chyba i wilk nie chycił — powiedział ktoś inny z tłumu, a wszyscy rozgłośnie śmiać się zaczęli z rzekomego dowcipu.
— Moi ludzie, nie taką ona była przed laty! — zawołał poważny gospodarz, którego towarzysze nazywali Marcinem. — To była panna całą gębą, kobieta jak się patrzy... Zmogła ją ino ta wartogłowizna, no a także i bieda.
— Tać znałem jej nieboszczyka ojca — odezwał się z boku sędziwy już, lecz bardzo krzepki staruszek. — Ślachcic to był rzetelny, a każdemu lubił wygodzić. Na niego też przyszło nawiedzenie boskie i sytko się poterało.
— No, toć on pono był dzierżawcą we Strumiłowie, a starzy ludzie pedają, co nie chciał nijak zwolnić chłopów z pańszczyzny... Może też i za to ukarał go Pan Jezus na dziecku — rzekł chłop jeszcze inny.
— Czy un ta chciał, czy nie chciał, nie wasz rozum gadać o tem, Matusie! — zawołał żywo staruszek. — Co warte wasze bajdurzenie?... Ja tylo wyraźnie mówię, jak on ślachcic ze Strumiłowa, będzie temu siła roków, przyjeżdżał co niedziela do kościoła z córką swoją, tą oto błędną kobietą...
— A no, boć Strumiłów do naszej parafii rychtyk przynależy — wtrącił ktoś z boku.
— I bez co ona tak osialała? — pytali chłopi.
— Nie miała osialeć, kiej tam u nich źle się działo... Ślachcic skapiał, zabrali mu dobytek i Bóg wie, co się z nim stało!... Dopuszczenie boskie w tem było — mówił staruszek.
— Dyć mówili, jako się kochała z bratem naszego dziedzica i mieli iść do ożenku, ino on się kajś takoż zaprzepaścił, zginął bez słychu — powiedział Marcin.
— Aha, ten pan Stanisław Strojo... A bodajże cię, zabaczyłem na śmierć, jak się zowie — mówił jeden z chłopów.
— Tać się nazywa Strojomirski! — rzekł Marcin.
— Pedacie, Kwietniu, iże ten pan Stanisław zginął kajsik? — zapytywano staruszka.
— Kto to może wiedzić, zginął, nie zginął?
— Kiedy nie zginął, toby był tu — mówił Marcin. — A jakby był, to ten nasz stary nie chciałby takiej kupy ziemi; połowę musiałby oddać rodzonemu bratu.
— Juści oddałby!... Z dyabłem się podzielić, co on komu odda, skąpy, psianoga, ino mu grosz w łapie piszczy, tak ściska — mruczał staruszek.
— E, tamten miał być szczodry, że do rany przyłożyć... Pono się oba okrutnie nie lubili — powiedział znów Marcin.
— Wojna!... Wojna! — wykrzykiwała Marcycha, przebiegając wśród tłumu chłopów.
Wtem nadszedł Kukułka i zaczął wykładać, od jakich punktów w puszczy należy rozpocząć obławę.
— Ostęp ze starodrzewem dębowym — mówił — w ósmym rewirze leśnictwa przechowuje dzisiaj wilków. Przeniosły się ciżbą od Zabrańskiej Budy i, podzielone na bandy, trzymają w obławie nietylko bór, ale wszystkie wsie okoliczne; trzeba je przepłoszyć po gąszczach...
— Żebyście wy się, Marku, ino nie mylili — rzekł staruszek. — Do dębowego starodrzewia będzie ztąd dobre dwie mile; jeżeliście je wczora otropili, dziś ich tam już niema; prędzej te bandy drzemią w gąszczach około Łabędziowych Stawów.
— A co będzie, jak je dziś w dębowym starodrzewiu przydybiemy? — spytał Kukułka.
— No, no! Róbcie, co wam każe własna karkulacya; ale się zawdy dobrze pomiarkujcie! To i ja byłem przed laty borowym strzelcem, a w życiu swojem niejednegom wilka uśmiercił...
Takie i tym podobne rozmowy prowadzono przed karczmą, oraz po drodze do puszczy.



Na dany znak rozległy się krzyki: „Oha! Oha!... Huu! Huu!.. Aha hu!... Ula-la-ha!...“ Zgiełk, świst, huk, okrutna wrzawa brzmiały powszędy. Niektórzy z idących obławą klaskali w dłonie, inni gwizdali, a jeszcze inni krzyczeli, uderzając drągami o drzewa. Tymczasem strzelcy, rozstawieni w półkole, z bronią w ręku, gotową do strzału, oczekiwali na skutki naganki owej.
Kukułka pilnował porządku i szedł z tymi płoszycielami, oraz naganiaczami zwierzyny. Właśnie podszedł do starego dębu na polance i dostrzegł na nim znaki pożogi; zatrzymał się więc, uważnie badając stan rzeczy. Obejrzał drzewo dokoła, a musiał dojrzeć coś ważnego, bo przyzwał do siebie jednego z chłopów, idących obławą; poczem wgramolił się sam pomiędzy konary dębu i żerdzią począł sięgać do wnętrza pnia wypróchniałego. Snadź natrafił na jakieś przedmioty z żelaza, bo w pniu głuchy brzęk dał się słyszeć. Ta okoliczność pobudziła strzelca do energiczniejszego poszukiwania; zeskoczył on niebawem z drzewa, wyrwał chłopu topór utkwiony za pasem i jął się krzepko do podrąbywania dębu. Od samego dołu poleciały trzaski, a w dębie zrobił się spory otwór. Kukułka sięgnął wgłąb ręką i wyciągnął z wnętrza rozmaite graty, jakieś popsute sprzęty... Ale jakże się przeraził, kiedy przez ów otwór wywlókł ludzką nogę, zupełnie opaloną i od mrozu skostniałą!
Teraz przyzwano czemprędzej jeszcze dwóch chłopów z siekierami, rozszerzono znacznie otwór i wydobyto z dębu całego człowieka, który, równie jak noga, był opieczony w ogniu; wydobyli też ztamtąd psa, resztki rozerwanej i potrzaskanej strzelby, popsute pistolety, pogiętą szablę, rozmaite kawałki blachy, oraz żelaza... Kukułka odłożył to wszystko ostrożnie pod starym dębem, a następnie razem z chłopami, których tu przyzwał, puścił się żwawo w pogoń za obławą.
Słyszano strzały, grzmiące w oddaleniu, a strzelec mówił:
— Nie powiedziałem ja, że wilki być tu muszą!... Teraz oto wystrzelił dzierżawca z Gązwów.
A kiedy znów huknęły dwa strzały jeden po drugim, Kukułka zgadywał:
— Założyłbym się, że to wypalił nasz podleśny, Tropiszewski. O, jego strzelba dobrze bije!
I jeszcze strzał dał się słyszeć.
— Rządca z Orłowej Woli strzelił!
Dobiegając pospiesznie, strzelec i trzej chłopi połączyli się nareszcie z resztą obławników. Zdawało się, że ta straszliwa wrzawa chrapliwych głosów, trwożąca wszelkie zwierzę, pozostanie już na zawsze w kniei.
Nagle z wielu piersi wyrwał się żywszy jakiś okrzyk:
— Oha! Oha! Wilk! Wilk!
Kukułka spostrzegł szybko przemykającego wśród krzaków wilka; zwierz oszołomiony wpadł w gąszcze i zniknął strzelcowi z oczu. Po chwili jednakże obława wypędziła go ztamtąd; zaledwie się znów ukazał, a strzelec już go wziął na oko i dał ognia. Wilk padł, szamocząc się ze śmiercią; kilku ludzi przyskoczyło niebawem, posypały się ciężkie uderzenia i pchnięcia, które skróciły życie rannemu zwierzęciu. Gdy idzie o takie sprawy, człowiek nie jest łaskawszym od jastrzębia lub wilka. Wszyscy teraz dziwili się niezmiernie, iż co tylko zamordowany wilk miał na karku zupełnie opalone kudły..
Olbrzymia naganka, która osaczyła przeszło milową przestrzeń, dochodziła nareszcie swego kresu, przybyła do drogi, gdzie właśnie rozstawili się byli strzelcy.
Na tej linii bojowej zaszły znów wypadki bardzo niezwykłe. Wprawdzie zabito dwa wilki, ale do jednego z nich wielu strzelało i nieskutecznie. Otóż los zdarzył, iż jedna z tych chybiających kul poszła w gęstwinę i tu ugodziła w piersi nieszczęśliwą Marcychę, która za obławą podążyła do puszczy, a pocichu skradała się ku linii strzelców.
Straszne to zdarzenie okropnie przeraziło i dotknęło pannę Leontynę; natychmiast zabrała ona do sanek ciężko ranną kobietę, opuściła polowanie i powróciła do domu, aby czemprędzej nieść pomoc cierpiącej.
Zabić człowieka wtedy, gdy ludzie odbywają łowy na zwierzęta, jest to okropne. To też wszyscy stracili teraz chęć do dalszego polowania, jakkolwiek nikt w Orłowej Woli, ani w okolicy nie uważał Marcychy za osobę godną współczucia.
Kukułka obejrzał zastrzelone wilki i ku wielkiemu zdziwieniu zauważył, że były opalone w podobnyż sposób, jak wilk przezeń zabity. Mimowoli przyszedł mu teraz na myśl ów stary dąb, na którym widział znaki pożaru, i zagadkowy człowiek widocznie razem z psem spalony w wypróchniałym pniu dębowym.
— Jakiś dziwny wypadek z ogniem musiał się zdarzyć w boru! — mówił strzelec sam do siebie. — Ale co to był za wypadek?... Byłżeby to trup Kostucha i psa Żmijki.
Myśliwi, dowiedziawszy się od strzelca o dziwnem odkryciu ludzkiego trupa w starym dębie, udali się na miejsce, aby fakt sprawdzić. Podczas więc, gdy jedni powracali już z polowania do domów, inni udali się za Kukułką na polankę pod ten stary dąb, gdzie w jesieni matka rodziny dzików stoczyła bohaterską walkę z ludźmi i psami, a zimą odegrał się straszny dramat pomiędzy wilkami a człowiekiem, oblężonym razem z psem w dębowej chacie.
Rozszerzono teraz należycie zrobiony przez strzelca otwór w dębie i wszystko, co było wewnątrz, wydobyto na pole. W dębowej chacie znaleziono dużo sprzętów oraz narzędzi, które widocznie miały związek z zawodem rycerskim i myśliwskim. Jakkolwiek wszystkie te przedmioty były mocno uszkodzone przez jakiś gwałtowny wybuch ognia, jednakże ocalały one do tyla, iż przeznaczenie ich dało się odgadnąć. Znaleziono tu ostrogi, części broni palnej, kawałki drucianej koszuli, sprzączki, klamry i t. d.
Trup był tak spalony, iż niepodobieństwem było chcieć rozpoznać jakieś rysy fizyognomii.
— Tak wygląda ta spalenizna, jakby ją sprawiła nieczysta siła! — mruknął Kukułka. — Widno z tej samej przyczyny i wilki w boru mają opalone kudły na karkach.
W liczbie zebranych tu był także zagorzały myśliwy, dzierżawca z Gązwów. Człowiek ten miał bardzo wysoko rozwiniętą obserwacyę: zdawał się spostrzegać wszystkiemi swymi zmysłami; rozpatrzył dębową chatę, obmacał jej ściany, przypatrzył się zwłokom człowieka, oraz psa i rzekł:
— W tym pniu miał miejsce wybuch prochu przed kilku dniami, znać to jeszcze wyraźnie, a nawet czuć z każdej rzeczy. — To mówiąc, podawał Kukułce różne przedmioty do wąchania. — Zapachem spalonego prochu jest i dąb cały przesiąknięty.
— Ale zkądże się wzięły te wilki opalone na karkach? — zapytał ktoś z boku.
— Wilki oblegały człowieka w dębie, a on bronił się przed nimi ogniem; walczył bronią, od której sam zginął — mówił pan dzierżawca. — Patrzcie tylko, wiele tu musiało być tych bestyj, ile śladów zębów pozostawiły one na drzewie!... A z tego oto okienka oblężony wyrzucał na wilków zapalone szmermele z żywicy i prochu. — Tu ukazał palcem okienko w dębie. — Cóż dziwnego, że się wilki popiekły, że wreszcie dąb się zajął?... To też z całej bandy łotrów tylko tych kilku chorych pozostało jeszcze dzisiaj w dębowym starodrzewie; one się tu ukryły, ażeby ich zdrowe nie zjadły... Dlatego na dzisiejszej obławie zabijaliśmy opalonych wilków.
Wszyscy słuchali z zajęciem opowiadania znanego myśliwego, a on tak dalej ciągnął:
— Gdybyśmy tylko zmietli z wierzchu warstwę śniegu, który może ze trzy razy spadał od czasu, jak cała ta przygoda miała miejsce, przekonalibyśmy się lepiej jeszcze o tem, co tu zaszło.
Niektórzy pochwycili gałęzie i poczęli w różnych miejscach śnieg odgarniać. Jakoż ukazały się krwawe plamy, znajdowano wilcze kudły i obgryzione kości.
— Same się zjadały! — powiedział Kukułka. — Dobrze stary mówił, że cała banda poszła pod Łabędziowe Stawy, a jutro Bóg wie, gdzie one już będą...
Następnie pan dzierżawca z Gązwów zajął się uważnem oglądaniem spalonego człowieka; i znów także spostrzegł on to, czego dotąd nikt z obecnych nie zauważył. Mianowicie też trup miał na palcu pierścień, nieznaczny z tego powodu, ponieważ był również zczerniały, jak całe ciało. Pierścień tkwił na palcu dosyć dobrze, zdjąć go było jednak łatwo. Po troskliwem wytarciu i oczyszczeniu okazało się, iż to był ametyst w złoto oprawny; ujrzano herb i wyryte jakieś litery.
— Jezus Marya! — zawołał pan dzierżawca, pokazując pierścień rządcy z Orłowej Woli. — Toż to jest wyraźnie herb Strojomirskich, a te dwie litery — S. S...
Zdumiony pan rządca kiwał głową, chcąc dać do zrozumienia, iż cała ta sprawa w jego umyśle ma dziwnie niewytłómaczony charakter.
— Trzeba te zwłoki natychmiast ztąd zabrać! — zawołał znów pan dzierżawca. — Zapewne je pogrzebią po ludzku na cmentarzu w Orłowej Woli... Może nawet w rodzinnym...
— Ej, nie! Do tego przyjść nie powinno! — zaprotestował Kukułka. — Przecież to jest najwyraźniej Kostuch, a każdemu rzecz wiadoma, że czarowników nie grzebie się między chrześciany.
Słowa strzelca nie wywarły jednak na zgromadzonych dobrego wrażenia. Zwłoki razem z rozmaitemi szczątkami zabrano z puszczy i przewieziono natychmiast do Orłowej Woli.
Po skończonych łowach, wielkopańskim zwyczajem, niektórzy tylko myśliwi zostali zaproszeni do dworu, gdzie goście oddawna stanowili nadzwyczajnie rzadkie zjawisko. Pan Kornel Strojomirski, starzec schorzały, na poły sparaliżowany, od ośmiu coś lat nie opuszczał łóżka, albo lektyki, w której go służący przewozili z jednej komnaty do drugiej, a w dni pogodne na ganek i po parku. Obecnie wyglądał on atoli bardzo dobrze, jadł wiele, przytył nawet; głuchł tylko coraz bardziej i tracił mowę.
Między zaproszonymi do pałacu z polecenia pana Kornela znajdował się także dzierżawca z Gązwów. Strojomirski przyjął myśliwych w swojej lektyce, a rozmowa z nim szła bardzo ciężko. Opowiadano tu dużo wesołych łowieckich anegdotek, które trzeba było panu Kornelowi przy samem uchu po kilka razy wykrzykiwać. Rozmawiano i o rezultatach dzisiejszej obławy; utajono tylko fatalny wypadek, wskutek którego obłąkana Marcycha utraciła życie. Trzeba wiedzieć bowiem, iż lekarze gorliwie zalecali, ażeby stary unikał wszelkich silnych wzruszeń i prowadził życie, o ile można, jak najbardziej do roślinnego zbliżone. W warunkach absolutnego spokoju, a przy obfitem odżywianiu, obiecywano Strojomirskiemu jeszcze kilkanaście lat względnego zdrowia.
Nie wszyscy atoli mogli wiedzieć, iż opowiadanie o wypadku pod starym dębem mieści w sobie pierwiastki specyalnie wzruszające. Ponieważ Strojomirski nietylko był wielkim bogaczem, ale nadto zaliczał się do magnatów, a zaproszeni do pałacu należeli do bardzo drobnej szlachty, lub byli parweniuszami, przeto każdy z kolei, kto miał zaszczyt rozmawiać z wielkim panem, usiłował opowiedzieć coś zajmującego, starał się rozmawiać jak najdłużej. Przecież o pałacu w Orłowej Woli krążyły po okolicy dziwne wieści, w których pan Kornel, ten skąpy milioner, wyglądał w umysłach zwykłych śmiertelników, jak czarodziej, nie mówiąc już o Tyni, pięknej dziewicy, cudacznej emancypantce, a jedynej spadkobierczyni milionów!...
Więc też pan dzierżawca z Gązwów, dobrawszy się raz do rozmowy z dziedzicem Orłowej Woli i wpadłszy w zapał opowiadania o myśliwskich przygodach z wilkami, tak się rozgawędził, że wygłosił całą naracyę o tajemniczym człowieku, zamieszkującym dąb wypróchniały. Pan Kornel nie był znów tak dalece skłonnym do wzruszeń i opowiadanie dzierżawcy zrazu bawiło go raczej, niż wzruszało. Przyszło do tego, iż Strojomirskiemu przedstawiono pierścień, zdjęty z palca spalonego samotnika. Stary kazał sobie włożyć na nos okulary i przy jarzącem świetle licznych lamp, oraz kandelabrów, rozpatrywał uważnie przez niejaki czas ciekawy sygnet. Nagle twarz zmieniła mu się niezmiernie; widocznie doznał nadzwyczajnego wzruszenia, bo upuścił pierścień na ziemię i musiano go natychmiast przenieść z lektyką do sypialni, a następnie umieścić w łóżku.
Dzierżawca z Gązwów powiódł znaczącym wzrokiem po całem zgromadzeniu i z delikatnie ironicznym uśmiechem na ustach opuścił pałac.
Zdarzenie to zaniepokoiło mocno Tynię; na szczęście znajdował się w domu lekarz, sprowadzony do Marcychy, ranionej podczas obławy; ten atoli oświadczył, że niebezpieczeństwo jest nadzwyczajnie groźne, iż pan Strojomirski może nie doczekać jutra. Natychmiast więc rozesłano sztafety po innych lekarzy, do miasta gubernialnego i do Warszawy.
Wielki dwór, w którym przed chwilą tylko było nieco gwarniej, zaległa teraz znów powaga i cisza; po najodleglejszych częściach tego domu służba krzątała się na palcach.
Kiedy nadeszła noc, Tynia czuwała przy ojcu, od którego i lekarz na krok się nie oddalał.
Cały pałac był oświetlony, jakby w dzień godowy; umierał w nim człowiek bogaty.
W jednej zaś z oficyn tego pałacu konała obłąkana Marcycha.
Tej nocy nie słyszano od strony puszczy wycia wilków, a jednak Byś i inne psy około północy poczęły wyć przeraźliwie.
Nazajutrz po południu rozstawnemi końmi od stacyi kolei żelaznej przybyli lekarze. Marcycha właśnie wtedy skończyła życie; Strojomirski nie żył już od kilku godzin. Widocznie rana, którą mu zadały jakieś życiowe wspomnienia, była cięższą od rany kobiety, ugodzonej kulą w piersi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.