W puszczy (Dygasiński)/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.




Historya, w której wilki są bohaterami.


Zima... Śnieg zawiał puszczę, chwyciły siarczyste mrozy i dęły straszne wichry. Wtedy jednak musi też wyżyć każde stworzenie. Już w początkach grudnia dolatywały z pod boru do Orłowej Woli złowieszcze dla ludzi wycia wilków, a różni przejezdni widywali zdaleka tu i owdzie błyszczące ślepie wałęsających się po drogach zgłodniałych bestyj. Pod samą wsią odnajdywano w mroźne poranki wilcze ślady, nocami zaś słyszano z chat psie skomlenia i ujadania. Któż nie wiedział w całej okolicy, że tej a tej nocy wilki pożarły strażnika lasów rządowych, że innym razem padły znów ofiarą dwa psy z plebanii, a jeszcze kiedyindziej wilki wpadły do Żabic, podkopały się pod chlew i u pewnego zagrodnika zadusiły trzy sztuki nierogacizny? Rozzuchwaliły się i przybyły raz przez ogród pod sam dwór w Orłowej Woli. Gwałt się zrobił niezmierny, psy już nie szczekały, ale wrzeszczały formalnie; stróż nocny się obudził, wylazł z budy pod stodołami i począł z całej siły na gwałt trąbić, a psy pobudzać: „Huź go! Huź go!“ Zbudził nareszcie ekonoma, ekonom pisarza, pisarz prowentowy karbowego, karbowy dopiero wyrwał z uśpienia istotną siłę — fornali. Fornale porwali za żerdzie, koły, drągi i, wywijając temi strasznemi narzędziami, pod wodzą ekonoma, pisarza, oraz karbowego rzucili się gromadnie do ogrodu. Psy, między którymi były także znane nam już pogromce dzików, zajadle poskoczyły w gąszcze ciemnego parku; Byś rzucał się jak wściekły, drapał ziemię przedniemi i tylnemi łapami, wyrzucał śnieg w powietrze, przystawał co chwilę, to znów gnał na czele psiarni, niby ekonom na czele fornali. Wilki naturalnie zwąchały pismo nosem, poszły w pole, a z pola umknęły do boru, dokąd ich już nikt nie miał chęci ścigać.
Nazajutrz w obecności biegłego, Kukułki, oglądano wilcze tropy i różne były zdania co do ilości niesłychanie śmiałych zbrodniarzy, którzy się odważyli dotrzeć prawie do drzwi tak wielkiego i pięknego pałacu. Niektórzy naliczyli trzydziestu wilków, inni tylko piętnastu; ktoś utrzymywał, że mogło ich być tylko dwóch, ale kluczów narobiły dużo, używając przechadzki po parku. Spytany Kukułka nikomu nie przeczył i oświadczył, iż wilków mogło być dwóch, piętnastu, trzydziestu, albo nawet czterdziestu i więcej, ponieważ zbójeckie te zwierzęta chodzą na sposób złodziei: jeden za drugim i następujący utrafia stopą w ślad swego poprzednika. Widzi się nieraz trop jednego wilka, a mogło ich być wielu.
W Orłowej Woli panowała wogóle większa zawziętość i nienawiść przeciw wilkom, aniżeli przeciw ludzkim złodziejom i rozbójnikom. Tych ostatnich przecież każdy nosił jakąś cząsteczkę w sobie. Pierwszy Kukułka, po obejrzeniu wilczych tropów, postawił wniosek zarządzenia w puszczy wielkiej obławy na wilki. Projekt ten został jednomyślnie i z zapałem przyjęty przez dwór, oraz przez gromadę. Orłowa Wola stała się środkowym punktem koalicyi przeciw wilkom; niebawem bowiem dwory i gromady wsi okolicznych przystąpiły także do akcyi. Przeszło czterystu chłopów uzbroiło się w widły żelazne, w topory, sztaby żelaza. Wójci gmin, służba dworska wyższych stopni szła na wyprawę ze strzelbami, kordelasami, oszczepami. Niby druga Atalanta, wzięła też udział w wyprawie panna Leontyna, a wszyscy jednozgodnie oddali się pod rozkazy Marka Kukułki; on to miał wieść w las hufiec ludzi, roznamiętnionych do walki ze zwierzętami.
Porzućmy na chwilę łowców owych, a zobaczmy, co się zimową porą dzieje w puszczy, jak tu żyją jej mieszkańcy.
Zimą bór szumi jakoś poważniej, a może tylko człowiek z innym nastrojem ducha słucha tego szumu zimową porą. Śniegi do kolan zasypały smugi i ługi, w białe płachty przyodziały drzewa, których konary pod ciężarem tego stroju gięły się ku ziemi. Zarośla karłowatej sośniny i świerczyny przydęło zupełnie, wyglądały one niby śnieżne kopce, pagórki, niby fale na śniegowem morzu. Tajemnicze gąszcze podrosłych zagajników stały jakby iskrzące się białością labirynty, wykute w jednej olbrzymiej skale białego marmuru, a tu i owdzie tylko widać było czarny otwór, przez który może bóstwa puszczy na świat wyglądały. Ktoby tu wgłąb chciał przeniknąć, musiałby sobie góry śniegu zwalić na głowę. Co za mieszkańcy mogą przebywać w takich siedzibach, w tem państwie białego mrozu i ciszy? Taką jest puszcza w zimie! Człowiekowi wydaje się ona piękną, jako obraz; ale jest przecież straszną, ponurą dla istot, które w niej żyć muszą. W stolicy wiecznego głodu i mordu, gdzie dzikość, oraz siła zwyciężają, nietyle może rozczulać się należy, ile myśleć o tych srogich, nieubłaganych prawach, które my zwykle tak po swojemu objaśniamy; brak nam zdolności, czy odwagi ażeby poznać, jakiemi one są rzeczywiście. Te prawa są chyba proste, zwykłe, codzienne!...
Dobrych i niewinnych stworzeń niema na świecie; nie łudźmy się!... Są tylko silni i mniej silni. I niema wśród żywych innej miłości, tylko miłość gatunku, a w niej o to jedynie chodzi, aby słabych zniszczyć lub mocniejszymi uczynić. Jest jedno jedyne, najwyższe prawo życia: Bądź silnym! Uczyń silnym jeden swój organ: zęby, oczy, rozum lub nogi, a będziesz na świecie zwyciężał, dopóki nie spotkasz silniejszego od siebie. Hartowne dzieci puszczy to jedno mają przykazanie, zapisane w swoich organizmach.
Nie znajdziesz drugiego zwierzęcia, któreby u ludzi w Orłowej Woli miało reputacyę gorszą, aniżeli wilk. Niemowlęciu, co piersi matki ssać jeszcze nie przestało, już powtarzano: „Bądź dobre, bo cię wilcy zjedzą!“ Malec rósł, słuchał o strasznych wilkach, bał się wilków, wilkiem innych straszył. Dużo przerażających powieści o wilkach krążyło po Orłowej Woli. Stare baby i stare dziady opowiadały na ten temat takie straszne rzeczy, iż słuchaczom włosy stawały na głowie, a po sercu roiło się mrowie. Bo ileż to szkap, krów, psów, wieprzów, ludzi pozjadały tu wilki, a każde takie pożarcie ma swoją własną historyę!
Więc też, gdy dzieci wyrosły na energicznych ludzi, obawa przeszła w nienawiść dla wilków. Któżby nie chciał być bohaterem, duszącym Minotaura lub ścierającym łeb Hydrze?...
Wiemy, że już w początkach grudnia późnym wieczorem i w nocy dolatywały do Orłowej Woli przeciągłe wilcze wycia, niby żałosne, niby tęskliwe. Usłyszały to zawsze najpierw psy i poczynały szczekać niespokojnie, inaczej niż zwykle szczekały. Robił się alarm w całej wsi, a wśród ciszy dawały się słyszeć tylko psie głosy i odległe wilcze wycie. Byś stawał wtedy, jakby do boju, łukowato opuszczał ogon ku ziemi i grubym głosem wyróżniał się w tym koncercie.
Cóż to jest za istota, której się wszyscy boją? Musi być strasznym potworem? Czasem najbardziej nienawidzonymi są najbardziej prześladowani. Wilk jest tylko silny, mądry, wytrzymały, zuchwały i zahartowany. Dogania wiatronogą sarnę, zwycięża strasznego odyńca i nie schodzi z drogi człowiekowi. A przecież to krewniak psa, największego ludzkiego poufalca i zausznika! Tylko, że on ma kark grubszy i bardziej nieugięty. On kiedyś zginie zapewne, a wtedy ludzie oddadzą mu sprawiedliwość w literaturze; tymczasem walczyć z nim trzeba.
Śnieg sypał dużemi płatami, niebo było czarne; w okolicach Zabrańskiej Budy, pomiędzy gąszczami kniei przedzierała się pośpiesznym biegiem istota czworonożna z ogonem puszystym i w dół spuszczonym, z nastawionemi śpiczastemi uszyma, o świecących, ukośnych oczach, z głową zakończoną ostro, a na grubej szyi osadzoną. Był to mały wilk, jeden z nierzadkich mieszkańców naszej puszczy. Wybiegł na wzgórzystą polankę, pełen jakiegoś nerwowego niepokoju, błysnął dokoła ślepiami, obwąchał grubą sosnę, przysiadł na tyle ciała, wzniósł w górę paszczę i posłał w obłoki jeden przeciągły głos „Huuuu!“ Posłuchał echa, rozbijającego się po boru w nocnej ciszy, a potem począł wyć na dobre. Tu i owdzie odezwały się podobne głosy, a gdy jedne z nich milkły, inne poczynały zawodzić znów te posępne pienia. Nie wiem, czy to były głosy miłości, czy skargi głodu; może — hasła wojny, którą ród wilków wypowiadał światu.
Niezadługo potem przybył inny wilk: błysnął w krzakach oczyma, popatrzył przez chwilę, przysiadł naprzeciwko wyjącego współplemieńca i zaczął mu wtórować. Niebawem zjawiło się więcej śpiewaków i puszcza zagrzmiała wrzawą wycia, które strachem musiało przejmować każdego, kto nie był wilkiem. Gdyby ci po ludzku przyszło odczuwać i osądzać wilcze wycie, musiałbyś przyznać, że w niem drga rozpacz, czy mściwość, którą wywołuje może gorycz zbyt twardej życiowej doli. No, a czemużby wilk nie miał odczuwać swej niedoli? Może ją i odczuwa, lecz silny jest i dużo znieść potrafi. Zwyczajnie, jak wszelka istota prześladowana, zewsząd szczuta.
Puściła się teraz w pochód cała zgraja wilków; pozajmowały one w puszczy różne zwierzęce trakty i podzieliwszy się na pomniejsze oddziały, przetrząsały knieję. Naraz jeden z wilków przystanął, nasłuchiwał bacznie, potem począł węszyć, rozglądać się uważnie po śniegu i cichutko podchodzić ku krzakom; pozostali jego towarzysze, jakby pojmowali, o co chodzi, rozpierzchli się na wszystkie strony i po tyraliersku okrążyli zarośla w półkole. Był to jeden z typów wilczego polowania, strategia podobna do tatarskiego tańca. W krzakach powstał nagły szum, zamęt jakiś; widocznie tropiona i osaczona ofiara spostrzegła, z kim ma do czynienia. W olbrzymich susach wypadły z zarośli dwie sarny i rzuciły się na wilczy kordon, niezupełnie jeszcze sformowany. Któryś przyczajony wilk poskoczył ku nim, lecz otrzymał nadzwyczajnie energiczne wierzgnięcie w głowę i stracił na chwilę przytomność umysłu; zawył więc wściekle, a zewsząd dały się słyszeć charkania, namiętne mruczenie i szczękanie zębami. Alarm ten poleciał przez cichą puszczę i był myśliwskiem hasłem dla innych wilków, włóczących się na jakiej milowej przestrzeni po kniei i po drogach. Wszystko zawrzało. Jedna wilcza gromada popędziła za sarnami w tropy, inna sunęła z boku, zabiegając ściganym.
Sarny wybiegły na równą drogę, gnały, zaledwo tykając ziemi; był to lot raczej, niżeli bieg na nogach. Atoli w oddaleniu po obu stronach drogi już dwa wilki przycupnęły do ziemi i oczekiwały na spłoszone ofiary. Kozieł gnał na czele, pędził jak szalony; nie powstrzymałaby go żadna przeszkoda, przesadziłby wały, wzniósłby się nad przepaściami, zginąłby, ale nic nie zdołałoby go już wstrzymać w tym pędzie. Zaledwie o długość ciała wyprzedzona pozostawała za nim koza. On pierwszy z istotnie męzką odwagą rzucił się między dwa wilki, dotknął ziemi i jak kula przeleciał ponad ziejącemi paszczami, lekko się odbił od ziemi i znów w susach, podskokach pędził, mknął, a za nim waliła się tłuszcza wściekłych łowców. Ale wierna jego towarzyszka nie zdołała mu sprostać w męztwie, oraz sile. Widok wilków, zastępujących drogę, stropił ją nieszczęśliwą i odbił od boku małżonka; rzuciła się między drzewa i wnet spotkała zawziętych naganiaczy, którzy z boku wytrwale prowadzili obławę; znów się stropiła i zawróciła na drogę, lecz tu właśnie miała za sobą bandę rozjuszonych tropicieli; jeszcze wykonała zwrot, rączo dała susa, kiedy na gardle poczuła straszne wilcze zęby; z całych sił wstrząsnęła nieznośnym ciężarem mordercy i padła, bo ją już kły ze wszech stron szarpały, a zażarta wrzawa łowców towarzyszyła jej srogim męczarniom śmierci. Rozdarte w mgnieniu oka na kawałki, ciepłe ciało stanowiło teraz przedmiot zaciekłej walki, tak solidarnie dotychczas działających siepaczy. Każdy z nich rwał, żarł, dławił się, a łykał coprędzej, aby mu mocniejszy nie odebrał kąska. To jego, co już zasymilował, co zamienił na siebie samego.
A cóż się stało z kozłem, jej małżonkiem?
Jego znów ścigały inne bandy wałęsających się po boru wilków. I on gdzieś koniecznie zginąć musi; jeśli nie zaraz, to w ciągu godziny, bo tacy myśliwi nie łatwo porzucają wytropioną zdobycz... Wytęża siły i goni, czuje, iż mu nogi omdlewają, iż zwolnić biegu musi... Za chwilę padnie może, a wilki, choć w tej chwili daleko są od niego, niebawem jednak przypadną i rozszarpią. Wybiegł na jakąś obszerną płaszczynę, przystanął: wyraźnie czuje, słyszy, iż wrogów pełno ma za sobą i po boku. Trzeba skorzystać z tego przestronnego, białego pola i na równinie powierzyć się wiatronogiej ucieczce. Więc rzuca się w tę stronę, gdzie miejsce zdaje się być wolne od nieprzyjaciół, gdzie mu zmysły mówią, iż tam jeszcze tylko mógłby się ocalić. Poskoczył rączo, zrazu wpadł w zaspę, lecz się z niej wyrwał sił resztami, bieży dalej i pod stopami czuje jakąś dziwną przeszkodę, iść nie może.. nogi mu się ślizgają... śnieg coraz to mniejszy, a przed nim wiatrami wydmuchana płaszczyzna gołoledzi. Powracać? Jak latarnie świecą już dokoła roziskrzone ślepie prześladowców. Porywa się, piersią rozpaczliwy rzut robi naprzód i pada. Jeszcze się zrywa i jeszcze pada.... A wilki zawyły i tłumnie walą się ku niemu. On powstać na nogi już nie zdoła, mróz ścina mu członki, biegiem rozgrzane... Wydał głos trwogi, głos rozdzierający i uderzył głową o twarde lodu zwierciadło. Może się zapaść chciał pod ziemię, może głosem przyzywał jakiejś nieznanej sobie siły na pomoc. Na jego głos rozpaczy odpowiedziały liczne głosy wściekłości, zgraja przybywała coraz bliżej, z otwartych wilczych paszcz unosiły się kłęby pary. On widział to wszystko, słyszał, a był bezsilnym. Srogą ty jesteś, przyrodo!... Wnet jedno więcej życie poszło na korzyść mocniejszych w puszczy.
To była jedna noc tylko, a ileż nocy takich, i straszniejszych jeszcze, bywało w kniei! Przecież walki głodu i walki miłości grzmiały tu nieustannie. Ciągle przelewało się życie z jednych organizmów w drugie, a co za uczucia towarzyszyły tym faktom!
Spadł z nieba większy śnieg jeszcze i przysypał pole bitew, mogilnym całunem nakrył ślady krwi i skąpe resztki zwłok tych, co polegli w boju o życie. Spokój im wszystkim!
Znów chwyciły „trzaskające“ mrozy i znów wszystkim żyć było ciężko, wilkom — także.
Jest w naszej puszczy znany nam dębowy starodrzew; wśród niego znamy polankę, wokoło oblamowaną gąszczem, jakby kołnierzem; na tej polance stoi ów dąb, tak piękny, tak wielki, że mógłby posłużyć za środkowy punkt dla tajemnic jakiej starożytnej religii. Jest to pradziad dębów puszczy, naoczny świadek krwawych zapasów, jakie od wieków miały w boru miejsce. Krzyżowały się na tej polance liczne drogi zwierząt leśnych, których ciągi tędy widocznie wypadały, dokądkolwiek zdążał wędrowiec. Atoli widocznie nie same zwierzęta kroczyły po tych drogach, bo oto, w kilka dni po opisanych wypadkach sarn z wilkami, przed samym zmierzchem wysunął się z gąszcza na polankę człowiek, ubrany w wilczurę, w lisiej czapce na głowie, ze strzelbą w ręku, z torbą na ramieniu, z psem przy nogach; szedł on ostrożnie jak wilk, rzucając dokoła siebie bystre spojrzenia. Wyszedł na polankę, podstąpił do dębu, troskliwie ślad odeptał wokoło, tak, iż ludzkiej stopy na śniegu znać nie było; wsadził psa do torby i wdrapał się między konary rozłożystego drzewa. Po niejakiej chwili można było słyszeć wewnątrz pnia dębowego jakieś drapanie, jakby powolne zsuwanie się, czy schodzenie czyjeś ku dołowi. Jeżeli więc dąb ów nie był świątynią bóstwa, był jednak siedzibą człowieka.
Gruby wypróchniały pień przedstawiał przy podstawie obszerną komnatę, w której można było nietylko stać lub siedzieć, ale legnąć i wygodnie się wyciągnąć. Mieszkaniec tej dziwnej chaty, dosięgnąwszy stopami gruntu, mchem wysłanego, uwolnił psa z torby, oparł strzelbę o ścianę drzewa, również mchem suto zaopatrzoną, powiesił torbę, wziął w rękę wysoką żerdź z dużą wiązką mchu i zatkał u góry otwór w pniu, którędy poprzez konary dębu przeświecało dosyć wypogodzone niebo. Po tych czynnościach w milczeniu legł na ziemi, nakrył się jakąś zwierzęcą skórą i tak, we mchu zagrzebany, z psem w nogach rozłożonym, niebawem zasnął.
Ta sama banda wilków, która przed kilku dniami polowała na sarny w części puszczy, zwanej Zabrańską Budą, wałęsała się dzisiaj nocą w tych znowu okolicach, podzielona na kilka gromad, bobrujących blizko siebie po kniei. Jedną gromadę, złożoną może ze dwudziestu głów, prowadził właśnie po trakcie zwierzęcym, którędy człowiek przed trzema godzinami szedł w milczeniu, wódz-wilk, roślejszy od innych. Zdawało się, że te zwierzęta biegną teraz za tropami człowieka uśpionego w dębie. Kiedy wódz miał już wyjść z gąszczu na polankę, zatrzymał się nagle, jakby coś zoczył, posłyszał, czy zwietrzył; nawet pochylił się nieco, rzucając w stronę dębu przenikliwe spojrzenia, a przytem pilnie nasłuchując. Cała gromada naśladowała go mniej więcej i zachowała uroczyste milczenie... Wódz przezornie począł się wysuwać z gęstwiny, delikatnie stawiając nogę za nogą, jak wyżeł, podchodzący do szaraka w kotlinie. Kiedy wilk nareszcie przyszedł do dębu, począł go obwąchiwać wkoło, ale nagle odskoczył, bo wewnątrz pnia coś warknęło. Stanąwszy teraz w odległości jakich dziesięciu kroków, cała zgraja wilków z nastawionemi uszami i świecącemi oczami wpatrywała się w dąb niedowierzająco. Nareszcie jeden z nich przysiadł na tyle ciała i zawył przeraźliwie, niektóre go naśladowały. Niebawem nadbiegła inna gromada; zewsząd w gąszczu ukazywały się łby wilcze. Wycie stawało się coraz ogólniejsze.
Ktoby się wpatrzył był dobrze w pień dębu, dostrzegłby, iż na tym pniu znajdował się otwór wielkości kurzego jaja, niby wypróchniała dziupelka, dosyć nieznacznie wśród mchu umieszczona. Z owego otworu wysunął się teraz ubity zwitek mchu, widocznie zatyczka, której nie można było wciągnąć ku wewnątrz. Prawdopodobnie mieszkaniec dębowej chaty przyglądał się wyjącym wilkom, może obliczał ich ilość. Na wyrzucony kłaczek mchu wilki rzuciły się z zajadłością, wyrywały go sobie z paszcz, charcząc i zgrzytając zębami, poszarpały go na drobne części i rozrzuciły. Potem z wrzaskiem i zaciekłem szczekaniem przyskoczyły do dębu, wspinały się nań przedniemi łapami, zębami łupały korę i nadgryzały drzewo; lecz stary dąb, jakkolwiek spróchniały wewnątrz, za twardym się okazywał dla wilczych zębów. Zgiełk był niezmierny i straszna zaciekłość zwierząt, które poczuły oczywiście w dębie obecność człowieka i psa. Obległy one drzewo, rzuciły się na nie, obwąchiwały je, gryzły od dołu, a niektóre poczęły gwałtownie śnieg odgrzebywać i ziemię kopać, ale zmarzła ziemia była twardą, a od ziemi twardszemi jeszcze były korzenie dębu.
Na niebo jasne wszedł księżyc, srogi mróz ścisnął około północy; wilki stawały się coraz zaciętsze. Mieszkaniec dębu czuł się widać zupełnie bezpiecznym w swojem schronieniu, bo bardzo spokojnie przez długi czas znosił to natarczywe oblężenie. Kiedy jednakże wilki już kilkakrotnie a daremnie wykonały napad, kiedy zupełnie ogryzły korę u podstawy dębu, wówczas strudzone znów zasiadły i rozpoczęły straszliwą kantatę; wycie to sprowadzało coraz nowych przybyszów. Z okienka w pniu dębowym huknęły dwa jednoczesne prawie strzały... Trudno byłoby opisać zamieszanie, powstałe w wilczem zbiorowisku. Jeden z wilków, ugodzony kulą, czy loftką, począł się miotać po śniegu, jakby w tańcu Wita, wydając przytem przeraźliwe wrzaski i skowyty. Gromada rzuciła się nań i w mgnieniu oka rozszarpała rannego, a potem, ziejąc wściekłością, cała ta rozjuszona rzesza zwierzęca przypuściła nowy, gwałtowny szturm do dębu, szturm daleko natarczywszy od poprzednich napaści. Wilki skupiły się teraz około twierdzy dębowej tak tłumnie, że jeden drugiemu na karku stawał, byleby dotrzeć do dębu i wywrzeć na nim wściekłość ostremi kłami. Dąb, olbrzymi taki, a przecież chwiał się i wstrząsał przy tem natarciu.
Wtem z okienka wysunął się długi, zapalony lont z mchu, czy szmaty oblanej żywicą; knot rozgorzał i spadł między zgraję tłoczących się bestyj, czepił się karku wilka, poparzył go dotkliwie i sprawił istną pożogę w gęstych kudłach zimowego futra; wilk stanął w płomieniach, a od niego zapaliły się włosy sąsiadów... Żywica rozlewała się, płonąc i zadając zwierzęciu dotkliwe męczarnie. Wściekły wilk, trapiony bólem, rozpychał swych towarzyszów gryzł ich, wyrywał się z tłumu, padł na śnieg i tarzał się, wydając jęki. Z wnętrza dębu wypadły nowe takie rozpalone świeczki, wypadały też żywiczne kulki, widocznie napełnione prochem strzelniczym, bo pękały, rozpryskując wkoło wrzącą żywicę. W gromadzie wilków wybuchły teraz straszne nieporządki: pieczone gorejącą żywicą, zwierzęta rzucały się w bólu na wszystkie strony, napadały na innych wilków, gryzły ich i kaleczyły wściekle. Takich poparzonych szaleńców porywały znów inne wilki, rozciągały i rozszarpywały. Wzorowa dotychczas solidarność zamieniła się w krwawy bój domowy, pełen rzezi. Najlepszą jest ta polityka, która sprawia, że nieprzyjaciel siebie samego bije.
A jednak zawzięte wilki długo nie odstępowały z pod dębu, liczba ich wzrastała nieustannie, nowe hufce przybywały z głębi puszczy. Napady na dąb powtarzano z taką samą, jeśli nie z większą jeszcze zajadłością. Mchu obdartego zębami, obłupanej kory, kawałków drzewa wyrwanego kłami — wszędzie było pełno.
Z okienka w dębie huknęło kilka jeszcze strzałów, od których zginęły nowe ofiary; wypadały nowe knoty i nowe kule, pękające niby granaty, których odłamki raziły wściekle, zwłaszcza, gdy się dostawały w oczy, lub ziejące paszcze.
Wreszcie, znużone walką, pokaleczone, poparzone wilki odstąpiły od szturmu; ale przedsięwzięły one widać prowadzić oblężenie w inny sposób, bo zasiadły teraz zdala wkoło dębu i rozpoczęły znów przerażające wycie na tem polu bitwy.
Atoli nie wszystkie owe żywiczne knoty i pękające kule trafiały w wilcze kudły; wiele ich spadło na ziemię, zasłaną trzaskami omszonej dębowej kory; różne też odłamki bomb wybuchających przylepiły się niżej i wyżej do dębu, gdzie wilki nie dotarły już kłami i nie odarły kory. Ztąd poszło tlenie się trzasek pod dębem i mchu na dębie. Woń spalenizny czuć się dała w powietrzu; powiał wiatr i rozdmuchiwał te ogniska. Na dębie pojawiły się czerwone płomyki, sięgające ku wierzchołkowi; języki ich szybko ślizgały się po powierzchni, łączyły się z innymi, dotarły do grubszych konarów, rozlały się po nich, buchnęły i ogarnęły dąb zewsząd. Płomień dotarł do dziupli, prowadzącej wewnątrz dębu, ogarnął ją, zajęła się wiązka mchu, stanowiąca zatyczkę otworu, niby strzecha dębowej chaty; wiązka ta musiała być bardzo zeschła, bo odrazu buchnął z niej płomień i spadła wewnątrz na łoże gęsto mchem wysłane i pomiędzy ściany... Krocie iskier rozsypały się po dębowej chacie, a każda iskra była zarodem pożaru. Wewnątrz pnia dębowego stał się gwałtowny jakiś ruch, słychać było drapanie się człowieka i skomlenie psa. Nagle huknęło strasznie, aż dąb trzasnął i wstrząsnął się cały. Masa ognia buchnęła wierzchem i przez okienko; przerażone wilki wyć przestały i oddaliły się czemprędzej w krzaki. Mieszkaniec dębu posiadał widocznie znaczny zapas prochu.
Potem wszystko ucichło, tylko stary dąb wysyłał od siebie w obłoki kolumnę błękitnego dymu, jakby stary arcykapłan, składający bóztwu ofiarę w imieniu puszczy.
I znów spadły nowe śniegi, które zasypały pole bitwy...
Po owych to wszystkich zdarzeniach, krwią zapisanych w księdze ziemi, zkąd je właśnie wyczytaliśmy, jedna gromada wilków, nie mogąc snadź w puszczy znaleźć już pożywienia, wpadła nocą do Orłowej Woli, a to niesłychane zuchwalstwo wywołało ostatecznie wielką obławę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.