W puszczy (Dygasiński)/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.




Marcycha i spotkanie się dwóch starych znajomych.


Kiedy Marek Kukułka rozmawiał w ten sposób z Tynią, na grobli po drodze do Orłowej Woli między wiejskiemi chatami biegła stara, wysoka, chuda kobieta. Na głowę narzuciła brudną chustkę; miała na sobie zgrzebną koszulę i czerwoną, oberwaną spódnicę. Rozpięta koszula dozwalała widzieć pierś zmiętą i poczerniałą, a z pod spódnicy wysuwała się para nóg obrzękłych, podrapanych. Szła z zaciśniętemi pięściami, potykała się niekiedy jak pijana, spoglądała dziko na prawo i na lewo. Za tą wiedźmą pędziła gromada brudnych, obdartych chłopaków i dziewek, a wszyscy krzyczeli:
— Marcycha! Marcycha! Marcycha!
I rzucano na nią garściami pyłu niekiedy zaś bryła zeschłego błota trafiała w głowę kobietę wśród głośnych wybuchów śmiechu. W takich razach ścigana przystawała, zwracała się ku napastnikom, klęła, spoglądała nienawistnie, goniła za nimi, a gromada dzieci z wrzaskiem pierzchała na wszystkie strony. Na podwórkach szczekały psy, a z chat powychodzili gospodarze, gospodynie, parobcy i dziewki; ci wszyscy także się natrząsali z tej kobiety, pokazywali ją sobie palcami. Był krzyk, zgiełk wielki, uciecha pomiędzy ludźmi w Orłowej Woli.
Marcycha szybko mijała chaty, dzieci już ją przestały ścigać, tylko trzech najwytrwalszych chłopaków jeszcze ciągle za nią pędzi. Przybiegła na groblę, stanęła, zwróciła się w stronę bagna i poczęła mówić sama do siebie:
— Wyjedzie Staś mój, wyjedzie na białym koniku, w czapeczce z białem piórkiem. Przyjedzie na groblę, powita: „Jak się masz, Marcysiu!“
I wyciągnęła chude, czarne ręce i przyzywała:
— Słyszysz, Stasiu, czekam tu na ciebie! Stasiu! Stasiu!...
Biegnący chłopacy przystanęli, podeszli do Marcychy i nasłuchiwali; patrzyli zdziwionemi oczyma, jak wywijała w powietrzu rękoma, jak do siebie przyzywała kogoś z czarnego błota.
— Pojechał Staś na wojnę, wojna się skończyła, a on do mnie nie powraca... Pst, cicho! On śpi; kochany Staś śpi tam na wodzie!... Cicho dzieci! — mówiła, zwracając się do chłopaków i kładąc palec na spieczonych wargach.
Podeszli chłopcy bliżej jeszcze; dzikiemi, głupowatemi oczyma spoglądali to na Marcychę, to na bagno, świecące sinemi wodami.
— Strzelił! — zawołała. — Słyszeliście, jak on strzelił?...
— O kim wy mówicie, Marcycho? — zapytał jeden z chłopaków, Maciek.
— O kim mówię?... Nie wiesz, o kim mówię?... Mówię o Stasiu moim, który z wojakami pojechał na białym koniu i w czapce z białem piórkiem; pojechał na wojenkę, zostawił mnie niebogę, samą jedną na świecie!... On tam jest na Trytwie pod wodami, wypłynie z konikiem, przyjedzie; zobaczycie!...
— Kuba, palnij w łeb tę pałubę i ucieknijmy! — Szepnął najmłodszy z chłopaków, Szczepanek.
Podstąpił zblizka Kuba i ręką się zamierzył, miał zamiar zepchnąć kobietę z wysokiej grobli w błoto. Ale Maciek w mgnieniu oka pochwycił go za czuprynę i powalił na ziemię, wołając:
— Będziesz ty pustował, sobacza? Krzywa ci co ta biedna kobiecina?... Hę?...
Porwał się z ziemi Kuba, uchwycił w pas Maćka i poczęli się gwałtownie szamotać z sobą; atoli jeden drugiego nie zdołał przemódz; zgrzali się ogromnie, zasapali w złości, wreszcie puścili się pędem ku wsi, robiąc nogami umyślnie dużo kurzawy po drodze.
— Bez co ty, Maciek, broniłeś tej czarownicy? — zapytał Kuba.
— Czy ja wiem, bez co? Tak mi jej czegosik markotno; nie chcę, żebyśta ją bili!
— No, no, dziękuj Panu Jezusowi, com dzisiak nie przy sile, bobym cię dopiero zeprał i nabiłbym to babsko! — zawołał Kuba.
— Pleć baja, kiej ci widno! Myślisz, że jabym się bał takiego, jak ty, pępa?... Widzisz, Kuba, Marcycha mówiła gadkę o wojakach i bez tom jej bronił... Bawmy się w wojaczkę! Siadać na konie i jazda!...
Teraz wszyscy trzej chłopcy siedli na drewniane kije i poczęli defilować; na przędzie jechał Maciek, głośno przytupując bosemi nogami i udając, że drewniany koń jego wierzga.
A Marcycha rozmawiała na grobli sama z sobą, to się uśmiechała, to płakała znów:
— Jezus Marya!... Jaka tu była straszna wojna. Strzelali, bili się, świeciły szabelki, skakały koniki... Poszli w Trytwę!...
Usiadła na grobli i wołała tęsknym głosem:
— Stasiu!... Stasiu!...
Potem zerwała się i biegła ku pustej karczmie; po drodze spotkała pannę Leontynę i strzelca; wpatrzyła się w nich wzrokiem osłupiałym, pytając:
— Czy tu była wojna? Strzelali?...
A kiedy nie otrzymała odpowiedzi, szła dalej; przyszła pod starą ruderę, usiadła tu pod ścianą do słońca i znów rozmawiała z sobą. Z dachu sfrunął wróbel, porwał na ziemi duże, białe pióro, począł z niem podlatywać w górę, chciał sobie zapewne wysłać gniazdko. Ale piórko to było mu za ciężkie, przeto w powietrzu uronił je z dzioba. Marcycha spojrzała i krzyknęła:
— Białe piórko, białe piórko, z czapeczki mego Stasia!...
Później znów pomrukiwała:
— Poczekam tu do północy, o północy przyjadą wojacy, z wojakami Staś przyjedzie:
I wysiadywała tak do zmierzchu pod ścianami karczmy, prawiąc nieustannie o wojnie, o wojakach, o Stasiu. Słońce utonęło w wodach Trytwy, mgły zwolna unosiły się ponad bagnami. Znużonej czuwaniem poczęły się kleić powieki, głowa opadła na piersi; nareszcie całe ciało upadło na ziemię w barłóg igieł sośniny, oraz szyszek, naniesionych pod pustą karczmę przez jesienne wiatry. Głośnemu chrapaniu kobiety wtórował tylko od czasu do czasu głos sowy, siedzącej na zwaliskach komina.
W Orłowej Woli kury odpiały już północ, kiedy z boru wyszedł człowiek w długim czarnym surducie, jaki zwykle noszą małomiasteczkowi izraelici; człowiek ten zakasał poły, unosząc je w ręku, i szedł cicho, jak gdyby się ku wsi skradał.
Atoli znów na bagnach Trytwy rozległ się cichy plusk i z białej opończy mgły wystąpiła szara postać człowieka, uważnie przebywającego błota ze strzelbą na plecach, z myśliwską torbą na ramieniu. Za człowiekiem z trudem podążał pies na krótkich nogach, który to docierał do grzęzkich wysepek, to się wpław puszczał przez wodę. Po długiej, bardzo mozolnej podróży człowiek i pies wydobyli się wreszcie na groblę. Pod karczmą rozlegało się głośne chrapanie. Właśnie w tę stronę szedł prosto człowiek z psem. Stanął on nad śpiącą Marcychą i tak w milczeniu pozostawał przez chwilę; potem wydobył z zanadrza jakiś zwitek i położył go obok śpiącej. Naraz pies, który tymczasem przyległ do ziemi, warknął głucho, zwracając głowę w stronę boru. Człowiek spojrzał bacznie w tym kierunku i widocznie musiał coś dojrzeć, czy dosłyszeć, bo niebawem schronił się razem z psem wewnątrz pustej karczmy. Tu zdjął strzelbę z ramienia i, trzymając ją w pogotowiu, wpatrywał się w ćmę nocną poprzez liczne szpary w starych ścianach, usiłował rozpoznać przedmiot, zdążający od puszczy ku grobli. Chrapanie Marcychy brzmiało jakoś przeraźliwie. Człowiek, idący z boru zdawał się być bojaźliwym, chrapanie przestraszało go nawet zrazu; jednakże cicho, jak kot podszedł do śpiącej kobiety, ujrzał leżący tu jakiś zwitek, pochwycił go i ukrył w kieszeni; poczem niebawem puścił się w dalszą drogę ku Orłowej Woli. Ale zaledwie postąpił kilkanaście kroków, zaledwie zauważył, że ktoś za nim goni, a już poczuł na szyi strasznie dławiący uścisk. To człowiek, który wyszedł z bagien Trytwy, żylastą dłonią ujął za gardło człowieka, idącego z puszczy. Przez krótką chwilę trwało szamotanie się w milczeniu, potem obaj ludzie spokojnie szli w stronę boru. Kiedy przybyli pod dębinę, gdzie niegdyś Garłacz został ugodzony śmiertelnym strzałem, człowiek ze strzelbą nakrzesał iskier i z garści suchych liści rozniecił ogień. Przy blasku ognia człowiek w czarnym, długim surducie ujrzał coś strasznego dla siebie, bo się zatrząsł cały, zbladł i wybełkotał:
— Pan Sta...
I nie domówił w przerażeniu.
— Tak jest, stara znajomość, Janklu!... Pamiętasz groblę... Myślałeś, że już się nigdy nie zobaczymy na ziemi... Tymczasem ja śpię tam w bagnach pod wodą, a o północy się budzę, wstaję i błądzę, ażebym się mógł z tobą porachować!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.