W puszczy (Dygasiński)/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.




Skutki nocnych strzałów i domysły Marka Kukułki.


Rano dnia tego około dworu w Orłowej Woli był ogromny ruch i rwetes; znaleziono bowiem w stajni starego masztalerza nawpół żywego, był bardzo skrępowany, a usta miał wypchane konopnemi pakułami. Przy żłobach brakowało białej Atalanty i złotego kasztana Pyrola. Wieść niebawem doszła do panny Leontyny. Cała służba rozbiegła się na wszystkie strony; wszyscy byli czynni, bo każdy szczerze pragnął wyświadczyć przysługę powszechnie wielbionej dziewczynie. Kierunku, w którym uszli złodzieje, jakoś nie umiano odnaleźć; uszli zapewne do boru, ale bór roztaczał się na wszystkie strony.
Sama Tynia dopadła konia i w towarzystwie psa Jaśmina popędziła także ku lasowi; ona jedna była na dobrej drodze, na złodziejskim szlaku. Pędziła przez las, podniecając szpicrózgą wierzchowca. Naraz Jaśmin przystanął na drodze, przyglądał się uważnie jakiejść czerwonej plamie, obwąchiwał ją i począł szczekać. Tynia wstrzymała konia, wezwała psa do siebie, ale kiedy zwierzę nie okazywało zwykłego posłuszeństwa, podjechała i spostrzegła na ziemi znaki krwi. Domyśleć się trudno było, że to krew ludzka; jednakże panna Strojomirska jechała w las za tym czerwonym śladem; Jaśmin nieustannie ją poprzedzał i zdradzał wielką ochotę do poszukiwania. Krew połyskiwała wśród rosy na zielonej trawie, na mchach.
— Być może, iż w nocy raniona sarna, lub inne jakie zwierzę przebiegło tędy — pomyślała Tynia, a choć skradzione wierzchowce niepokoiły jej umysł, jednakże puściła się w gąszcz za krwawym tropem. Jaśmin gnał naprzód, kiedy niekiedy odwracał głowę i mądrym wzrokiem spoglądał ku swej pani.
Przybyli nareszcie w nieprzebytą gęstwinę, poprzez którą prawie niepodobieństwem było przedzierać się na koniu. Tutaj Jaśmin grubym głosem począł zaciekle szczekać i w las popędził. Tynia zwróciła się w tę stronę i zobaczyła uciekającego człowieka, którego pies doganiał. Daremnie panna Strojomirska przywoływała Jaśmina, mniemając, iż uciekający jest zwykłym leśnym złodziejem; pies dopędził chłopa i rzucił się nań z wściekłością. Drżący z przestrachu Kijanka — on to był bowiem — upadł na ziemię, podczas gdy Jaśmin szarpał go natarczywie. Tynia, ażeby bronić napadniętego, musiała zsiąść z konia i pozostawić go pod drzewem, kiedy się zaś zbliżyła do miejsca walki, chłop wzniósł ku niej błagalne spojrzenie, nie mogąc słowa wyrzec, tak był wylękły. Dziewczyna zauważyła natychmiast, że ręce, twarz i cała odzież chłopa były zakrwawione; jak błyskawica przeszła jej przez głowę myśl, że człowiek ten mógł być kłusownikiem Kostuchem, o którym tyle razy słyszała od strzelca Marka Kukułki. „Niósł pewnie zabitą zwierzynę i ukrył ją gdzieś w krzakach“ — pomyślała, wstrzymując Jaśmina, zrywającego się nieustannie do chłopa. Napróżno atoli usiłowała wydobyć słowo z ust wybladłego chłopa i drżącego Kijanki. Tynia przyzwała wreszcie psa i poczęła się przedzierać do swego wierzchowca; jednakże zaledwie uszła kilkanaście kroków, gdy Jaśmin straszliwie się pojeżył na karku i począł przeraźliwie warczeć. W niewielkiej odległości ujrzała teraz straszny obraz: Garłacz, porzucony przez Kijankę, leżał rozciągnięty na ziemi w kałuży krwi własnej. Jakkolwiek uczucie męztwa nie było obcem dla panny Leontyny, zadrżała jednak na widok człowieka, wijącego się w cierpieniach, i na myśl, że w miejscu tym popełniono widocznie straszliwą zbrodnię. Wspomniała sobie przerażenie Kijanki, ślady krwi na całem ciele i zimny dreszcz ją przeszył. Pierwszą atoli rzeczą było niesienie pomocy cierpiącemu. Garłacz zdawał się być obojętnym na wszystko, co się działo dokoła niego; oddychał ciężko, jakaś mgła przysłoniła mu oczy, a na twarz padał cień śmierci.
— Gdzie jesteś ranny, nieszczęśliwy człowieku? — zapytała wzruszona Tynia.
Garłacz rozwarł ponure, zamglone oczy, wpatrzył się w piękną, łagodną twarz dziewczęcia i jakby mu ulżyło, z wysiłkiem podniósł rękę, ukazując na piersi, oraz okolicę żeber; poczem z wielkim trudem wyjąkał cicho:
— Niech mnie paa-nien-ka raaa-tuje... Bóóóg na-groo-dzi...
— Spotkałam tu w lesie przed chwilą człowieka, który już uszedł, czy to był twój zabójca?
Chłop przecząco wstrząsnął głową; widocznem było, że mówić nie mógł.
Dużo czasu nie było do stracenia; Tynia zrozumiała, iż powinna wracać do domu, jeżeli pragnie skuteczną pomoc przynieść nieszczęśliwemu; Garłacza należało przedewszystkiem zabrać z boru i pod dach przenieść. Myśl swą w krótkich słowach mu oznajmiła i pobiegła do wierzchowca, którego postawiła była pod drzewem; daremnie jednak poszukiwała konia, puszcza jak gdyby pochłonęła go w siebie.
W pobliżu właśnie Majcher i Jankiel opatrywali ranę Guzika, kiedy naraz usłyszeli rżenie konia. Herszt złodziejów, choć mocno cierpiał, pierwszy rzucił domysł, iż musi to być któryś z koni w nocy skradzionych i że sprowadzenie go byłoby bardzo na rękę.
— Lżej nam będzie ztąd się wydostać, a nocy na darmosa nie stracimy.
Majcher spełnił życzenie Guzika i do taboru przywiódł konia z damskiem siodłem, co złodziejom dało dużo do myślenia. Jankiel znacząco kiwał głową, mówiąc:
— Jest w tem coś złego!... Pewnie nas szukają po lesie; panna z Orłowej Woli jest tu gdzieś blizko... Wszystko mi się zdaje, żem słyszał przed chwilą szczekanie psa... Trzeba zmykać.
— Może złowili Garłacza i Kijankę! — wtrącił Majcher.
— Nu, to co robić? Po co próżno gadać? Trzeba uciekać jak najprędzej! — powiedział Jankiel, któremu się zdawało, że pogoń ma już na karku.
Stanęło na tem, iż żyd na koniu odstawi rannego herszta w głęboką puszczę, do tak zwanej Zabrańskiej Budy, Majcher zaś niech się ratuje, jak może. Plan ten niebawem urzeczywistniono.
Kiedy Tynia powróciła do domu, wzruszona zaszłemi wypadkami, miała tę przynajmniej pociechę, że znalazła tu już w stajni Atalantę i Pyrola. Skoro wszakże przybyła znów do lasu, aby zabrać ztąd rannego Garłacza, złodziej już wyzionął ducha. Obok panny Strojomirskiej zjawił się też w lesie strzelec Kukułka. Ten uważnie przyglądał się zmarłemu, obejrzał jego rany i rzekł:
— Oho to także był rzadki ptaszek!... Za ludzką krzywdę Bóg mu srogo zapłacił. — Poczem dodał: — Pokój wiekuisty racz dać duszy jego, Panie!
— Cóż myślisz, Marku, co znaczy ta zbrodnia dzisiejszej nocy? — spytała Tynia.
— Nic innego, tylko, że Garłacz ukradł dziś w nocy konie panienki; za to głową poręczyć mogę. Byli tu z nim i inni złodzieje, było z pięciu lub sześciu chłopów... I nie on jeden postradał życie... Działy się tu dzisiaj w boru straszne, dawno niepamiętane rzeczy! Obejrzałem tropy; krwi ludzkiej pełno wszędzie, jeszcze nie obeschła, choć to już prawie południe. Ale kto do nich strzelał?... Kto śmiał zaczepić bandę Guzika?... On tylko chyba, on, nie kto inny!
— Kostuch kłusownik? — spytała Tynia.
Kukułka obejrzał się mimowoli i wykonał ręką ruch, jakby się chciał przeżegnać; potem dodał pocichu, mówiąc niejako sam do siebie:
— Zkąd on mógł do nich strzelać?
— Jakto zkąd? O co ci chodzi?
— Znalazłem miejsce, gdzie stały w nocy przywiązane konie; wiem, w którem miejscu znajdowali się złodzieje, przekonałem się, że pili wódkę, jedli chleb i szperkę; odnalazłem flejtuch od dwóch strzałów; widziałem znaki na drzewie od takich siekańców — tu Marek pokazał wielkość kulek na palcu — a nie mogę wyszukać śladu człowieka, który strzelał. To były tęgie strzały, krwi po nich wylało się dużo!...
— Szczególna rzecz! — mówiła Tynia, zamyślając się o tych zdarzeniach.
— Wiem, że ktoś siedział w krzaku pod lasem, czatował Bóg wie na co... Czy panienka uwierzy, żem śladu ludzkiej stopy nie znalazł?... Z krzaka onby nie strzelił do tych ludzi, a przytem kulki poszły nie ztamtąd; widać to po drzewach... W głowie mi się przewraca, jak to być mogło. Z takiego Garłacza będzie w piekle tęga uciecha; no, a jeśli jeszcze utłukł Guzika, to mu już chyba Lucyper dobrze za to zapłacił!...
— Ależ, Marku, piekło się wtedy tylko cieszy, gdy źli ludzie żyją na ziemi!...
— A kto ich tam wiedzieć może, panienko! Niech im Bóg przebaczy grzechy; ale dopiekli oni ludziskom. Wszystkie wilki z tej puszczy przez sto lat nie zrobią tyle szkody, ile nabroił sam Guzik przez rok jeden.
— No, ale jeśli go zabili, trzeba odnaleźć zwłoki; zawsze to człowiek i powinien być pogrzebany
— Odnajdą się, odnajdą! — zawołał Kukułka. — Jeśli my się o to nie postaramy, wyprawią mu w nocy piękny pogrzeb wilki i lisy... Będą tam i świeczki i muzykanci.
Po chwili strzelec znów dodał:
— Ale zkąd on mógł do nich strzelać?...
Naraz rozległ się po boru okrzyk:
— Hop, hop!.. Stasiu!..
I znowu zabrzmiał
— Hop, hop!..
Tynia i strzelec ujrzeli w dali spiesznie biegnącą po ścieżce kobietę.
— To Marcycha, waryatka! — mruknął Kukułka.
— Nieszczęśliwa! — szepnęła panna Strojomirska.
Kobieta szła prosto ku nim, niespokojnie wywijając rękoma, twarz i ręce miała zczerniałe; z pod brudnej chustki, narzuconej na głowę, widać było włosy poplątane w nieładzie. Ominęła po drodze strzelca, jakby go nie spostrzegła, i podeszła do Tyni, wpatrując się w nią dzikim, obłędnym wzrokiem.
— Wojna, panienko! — zawołała — wojna! Strzelali tu dziś w nocy po lesie!
— Zdaje ci się tak tylko, moja Marcysiu; nie było tu żadnej wojny — rzekła łagodnie panna Leontyna.
— Powiadam panience, że była! On wie, że tu wojna była! — i ukazała palcem na Kukułkę. — Oj, zabili mi go!.. Zabili!...
Z temi słowy poczęła płakać.
Tynia przystąpiła do biednej kobiety, objęła jej głowę i uspakajała nieszczęśliwą.
— Zabili mojego Stasia na wojnie, już go nie zobaczę, moja panienko! — jęczała kobieta.
I dalej pobiegła ścieżką, wołając jakimś dziwnym, chrapliwym głosem:
— Stasiu!... Hop, hop! Stasiu!...
A echo odbijało ten głos daleko w puszczy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.