W puszczy (Dygasiński)/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.




Wyraźni złodzieje i niewyraźny człowiek.


Wyobraźmy sobie jasną, spokojną i chłodną noc październikową. Gwiazdy jaśniały w ciemnym błękicie, wyznaczając rozmaite figury na niebie, właśnie z za boru wychylała się jaskrawo krwawa łuna księżycowego koła, zwolna rzucając na ziemię promienie tajemniczego światła. Na skraju lasu przemykał wówczas cicho jakiś człowiek, przystawał chwilami i jakby badał, rozpatrywał położenie, czy może przysłuchiwał się szczekaniu psów, które tu z siół odległych dochodziło. Trzy lub cztery krzaki, obszernie rozrosłe na objętość, rosły opodal od lasu, jakby się wysunęły z boru i zdążały w pole. W jeden krzak taki wszył się ów człowiek, przykucnął w owym namiocie tak nieznacznie, iż go bardzo wprawne oko mogłoby zblizka wziąć za kawałek polnego granitu. Tuż u stóp jego przywarował cichutko pies dosyć długi, a na krótkich nogach, jak gdyby do pełzania stworzony. Miałżeby to Kostuch ze swoim Żmijką polować na wychodnego? A może!... Ludzie opowiadali o nim, że podczas zimy na takiej zasadzce przyodziewał się białą płachtą, a psa też zwykle przyoblekał w białą szmatę.
Gdy się tak czaił człowiek z psem, niedaleko od niego z lasu wyszedł ostrożnie rosły chłop; powiódł po polu okiem, a potem wydał donośny głos, wybornie naśladujący wołanie sowy. Pies drgnął w krzaku, lecz się z miejsca nie ruszył, warknął tylko głucho, w głębi piersi głos tłumiąc. Czatownik w krzaku przycisnął psa do ziemi, nakazując mu widocznie w ten sposób milczenie.
Po niejakim czasie ukazał się pod lasem inny chłop. Znów zabrzmiało echem po lesie hukanie sowy. Zebrało się pięciu ludzi; później przybyli otoczyli tego, który się pierwszy pojawił, i teraz coś przedstawiał swoim towarzyszom. Jakkolwiek szept pod lasem był przytłumiony, niewyraźny, jednakże człowiek zaczajony w krzaku słyszał taką mniej więcej rozmowę:
— Koniecznie z wami pójdę, Sobku — upierał się jeden. — I Jankla weźmiewa ze sobą... Będzie nam wartował przed stajnią; on to dobrze uczyni.. Wy się sprawicie ze starym, co przy koniach stróżuje. Nie będzie pokrzykiwał, jak mu się w gębę zasadzi pakuły.. A nie, to...
I tu mówiący pokazał ręką na gardło, potem zaś dodał jeszcze:
— Nikt tu lepiej odemnie nie zna tych koni; nie darmo przez kwartał służyłem na Orłowej Woli; wiem, jak zażyć..
— No, więc prędzej! Majchar i Jankiel ze mną na Wolę, a Kijanka i Garłacz machną po te sołtysowe siwki do Żabic!.. Zwijać się prędko, żeby za kilkanaście pacierzów być pod lasem!.. Flaszkę z gorzałką, sakwę z chlebem i szperką zostawiam przy dębczaku — mówił człowiek, będący widocznie wodzem wyprawy.
— Kto nie wróci, ten się nie napije — rzekł wesoło Majcher.
— Może się napije, ale wody w kryminale — powiedział Sobek.
Każdy się domyśli, iż Guzik to urządzał przedsiębiorstwo ze swymi towarzyszami.
Człowiek w krzaku ani drgnął, a właśnie z narożnika lasu prosto pod światło księżyca wybiegł na strzał zając; stanął na miedzy słupka i odrysował się w przestrzeni wyraźnie; snadź szmer posłyszał, bo oto, kicając, sunął w pole, poczem niebawem zniknął w oddaleniu. Czatownik widział dobrze zająca, mógł strzelić i zabić go, skoro na wychodnego polował; ale on widać wolał obserwować grubszego zwierza, Sobka Guzika.
W cichości rozbiegli się złodzieje i parowami, a każdy oddzielną drogą, zdążali do celu. Teraz dopiero zaczajony człowiek poruszył się w krzaku i wstał na równe nogi, popatrzył wkoło, posłuchał. Wykręcił z obu luf dubeltówki naboje zajęczego śrótu i nabił grubemi siekańcami, jakby na dziki; potem wydobył dwa pistolety, odwodził kurki, zdejmował stare kapiszony, a nowe nakładał. Nareszcie wziął psa za kark i wpakował go do myśliwskiej torby. Poczyniwszy takie przygotowania, tajemniczy ów człowiek zawiesił strzelbę na plecach i szedł z nadzwyczajną przezornością, jak gdyby nie chciał po sobie zostawić żadnego śladu na trawie lub piasku. Nakoniec podszedł do rozłożystego dębu, wdrapał się nań z niezwykłą zręcznością i usadowił na grubym konarze, tak, iż przy świetle księżyca mógł ztąd widzieć wszystko dokoła siebie.
Uroczysta cisza zapanowała, czasem tylko zbudzony ptak gdzieś zatrzepotał, lub pisnął; psu, wyglądającemu z torby i spokojnemu jak dobre dziecko, połyskiwały ślepie; obracał on łeb na wszystkie strony, zdawał się być przyzwyczajony do takiej sytuacyi.
Upłynęła prawie godzina czasu, gdy się rozległo głuche tętnienie w polu. Pies drgnął, ale snać nie wolno mu było ani w głębi piersi warknąć, bo gdy to uczynił, pan jego niebawem ścisnął mu pysk ręką i pies stał się cichy, tylko całą skórą drżał niespokojnie.
Pod las podjechał człowiek na białym koniu, mającym pysk obwinięty jakimś łachmanem, widocznie, aby nie rżał głośno, kopyta konia również obwiązano szmatami, zapewne dlatego, ażeby nie odciskały po drodze i nie pozostawiły za sobą śladów, czy może w tym celu, aby się nie zdradzać odgłosem. Przybyły uwiązał konia do drzewa i nasłuchiwał. Wnet zatętniało znów głucho i pojawił się inny jeździec; pędził na wspaniałym rumaku, który się niespokojnie rzucał na prawo i na lewo, a podobnie jak koń biały miał też łeb skrępowany i szmaty na nogach. Złodzieje skradli w Orłowej Woli wierzchowce Tyni: Atalantę i Pyrola.
— Gdzie jest żyd? — spytał Guzik, który pierwszy przybył na białej klaczy.
— Wnet przyjdzie z hańtej strony poprzez łąki — szeptał Majcher, ukazując ręką kierunek; potem zaś dodał: — Żeby ino w Żabicach nie capnęli Garłacza i Kijanki.
— Gadaj-ta zdrów — rzekł Guzik. — Musiałby się z harmatą zasadzić taki, coby Garłacza chciał przycapić!... Opóźnią conieco, bo im kto może barłoży.
— Pst!... Już jadą! — powiedział Majcher, natężając wzrok i słuch.
Jakoż na dwóch szpakowatych mierzynkach przybyli nareszcie oczekiwani złodzieje; w milczeniu zeskoczyli z koni i wiązali przy drzewie swoje wierzchowce.
— Dobre pieniąchy będą za te szkapy! Cnotliwości bydlęta!... Rwą truchta aż miło — mówił pocichu Kijanka, podchodząc do Guzika.
— Jankiel weźmie to wszystko na swoją porękę — odparł herszt. — Przesiachruje kaj niebądź na jarmarkach, ino mu je musiewa czemprędzej dostawić za rzekę...
— No, Sebastyanie, duchem trza coś przetrącić i w nogi! — rzekł Garłacz — żeby się nie opatrzyli i nie pognali za nami... Miesiączek pięknie przyświeca.
— Niema nic nagłego; poczekajmy na Jankla — powiedział Guzik.
— Po co czekać? toć on trefnej wódki nie pije i szperki też nie przełknie — mówił znów Garłacz.
— Już idzie, idzie! — szeptał Kijanka, ukazując w oddaleniu szarą postać, która się szybko poruszała.
— Świśnijcie mu dla pewności, żeby nie błądził — odezwał się Guzik.
I rozległ się po boru świst przerażający, pełen jakiejś dziwnej grozy. Na świst ten odpowiedziano krótkiem szczeknięciem, jakie nieraz ni ztąd, ni zowąd zaspane psy wydają.
— Napijmy się — poszepnął Guzik.
Poczem podniósł z ziemi flaszkę, przechylił ją i przez chwilę wysączał. Następnie flaszka przeszła w ręce Garłacza; herszt dobył długiego noża, uciął nim kawałek słoniny i począł ją z chlebem zajadać.
— A co, czy wszystko w porządku? — zapytał Jankiel, stając pośród chłopów.
— Ma nie być — odrzekł z obojętnością Guzik. — Żebyś tylo za kunie pieniądze zwalił!... Kiedy powrócisz?
— No, jakto kiedy? Ja tu rano muszę już być na gruncie przecie... Jakby mnie nie było, powiedzieliby wszyscy zaraz, że Jankiel złodziej.
— Nie to! — powiedział Guzik — ino mi gadaj, kiedy wrócisz z pieniędzmi?
Żyd począł cicho na palcach rachować i zawołał:
— Za dwa dni będę u was w Zabrańskiej Budzie!... W nocy z czwartku na piątek złożę wam pieniądze.
— Ino mi czego nie stumań, pamiętaj! Bobym na sośnie za brodę obwiesił! — groził herszt złodziejski.
— Siła że wy, Sebastyanie, myślicie za one konie zapłacą? Czy ja wiem, za co sprzedam? — usprawiedliwiał się Jankiel.
— Jak nie wypadnie po czterdzieści rubli do podziału na czterech, to mi się na oczy nie pokazuj; ino się dobrze schowaj, bo ja umiem szukać! — rzekł Guzik ze stanowczością.
— Oj, oj! Co to za gadanie? Taki mądry człowiek, a Bóg wie, co mówi... A dla mnie co będzie? A droga, a..
— No, no, nie wydziwiaj, nie mądruj!... Za takie koniki letko zgolić można ze trzysta rubelków, choćby się je w strachu sprzedawało — przerwał żydowi Guzik.
— Nie bałamućcie — rzecze Garłacz. — W drogę, bo już wielgi czas i cno! Wypić tę krzynę gorzałki, co we flaszce ostała, i dalej marsz!
To powiedziawszy, zbliżył się do butelki, która stała na ziemi u stóp Guzika, opartego o drzewo; butelka połyskiwała w świetle księżyca. Właśnie gdy się Garłacz pochylił, pomiędzy konarami poblizkiego dębu huknął strzał podobny do gromu i straszliwem echem rozsypał się po głuchym boru.
— Oj, oj, oj! — zawył żałośnie Garłacz, upuszczając na ziemię co tylko podjętą butelkę.
W tejże samej chwili i Sobek Guzik skurczył się jakoś i zgiął ku ziemi, a chociaż głosu nie wydał z siebie, znać było po jego trzepotaniu rękoma, iż dostał postrzał.
Pozostali trzej złodzieje skamienieli z przerażenia. Pierwszy Kijanka rzucił się do Garłacza, niosąc mu pomoc i usiłował go doprowadzić do koni. Również Jankiel i Majcher porwali znów Guzika i spiesznie poczęli z nim w las uchodzić.
Aliści niebawem rozległ się za nimi strzał drugi; słychać było kulki świszczące po liściach, jak gdyby grad gwałtowny z nieba spadał. Konie, które już i tak niespokojnie stały przy drzewach na uwięzi, urwały się i rozbiegły po polach. Tymczasem człowiek na drzewie w milczeniu nabił znów swą strzelbę.
— Sparzyli nas — mruczał Majcher, unosząc wspólnie z Janklem postrzelonego Guzika.
— Oj, wiem ja, wiem, kto mnie tak urządził! — jęczał herszt złodziejów.
Teraz tajemniczy człowiek spuścił się z dębu zręcznie jak dzięcioł, wyzwolił z torby psa i, trzymając na pogotowiu broń nabitą, udał się w stronę przeciwną kierunkowi złodziejów. Szedł jakoś niezwykle, zataczał koła, jak gdyby usiłował, ażeby ślady swoje na rosie zatrzeć; wychodził na ścieżkę, puszczał się w gąszcz i znów nagle zmieniał kierunek, udając się niby miedzą na pole.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.