Przejdź do zawartości

W obronie mogiły

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł W obronie mogiły
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W OBRONIE MOGIŁY.

 Na dalekim Kaukazie powstała świeża mogiła.
 Pod nią leży trup młodej kobiety o dziecięcym wyrazie ust, o kaskadzie jedwabistych, złotych włosów, o głowie dziwnie pięknych form. Ta głowa ma ranę, przez którą uleciało w przestwór to, co się życiem nazywa.
 Ten trup jest bezbronny, ten trup nie może nawet powstać na jedną sekundę i zawołać „milczcie! pozwólcie mi rozpaść się w proch spokojnie!... milczcie!“...
 O! bo na tę daleką mogiłę spadł grad łez kochającego człowieka i spadł równocześnie, zamiast kwiatów pośmiertnych, grad pocisków, analiz, objawów świętoszkowatej obłudy.
 Całe grono szakali uznało, że trup tej kobiety, tej żony znakomitego poety, to żer łatwy i łakomy.
 I rozpoczęły się harce pióra. Ach! co za artykuły, broszury — czytać można w tej chwili! Jaki turniej moralności, jaki popis łatwy surowych wymiarów w karze za zrywanie z tradycją, jakie błoto, ubrane w retoryczne kwiaty! A ile to wszystko niesie od wiersza?
 Redakcje niewybredne płacą chętnie tego rodzaju szakalom. Taki artykuł popłaca i dobrze robi w oczach przeciętnych czytelników. Zaraz widać moralny kierunek i szlachetną tendencję! Panie dziennikarzu czy autorze, dorzuć pan jeszcze słówko, tak coś z prywatnego życia. Więc jakże to było? Młody sokół z Kaukazu? Ależ panie, to był najzwyklejszy krasnoludek, niedowarzony i od dziecka mający chęć zbrodniczą. Ach!... zrób go pan osobistością zajmującą, świeżą naturą, a ją przedstaw pan jako demona, a męża... Tak! ale mąż żyje! E! co tam — czytelników to zajmie.

———————————————

 I oto jest turniej, sarabanda koło trumny, honorowy tan dokoła umarłej. Nicowanie jej życia, analiza jej spojrzeń, słów, uśmiechów. To brutalne zdzieranie zasłony z tajemnicy śmierci odbywa się w sposób tak naturalny, że zdumienie i trwoga przejmuje przed tymi ludźmi, którzy dla sensacji, dla zarobku nie wahają się przed niczem.
 I cały ten los, ta dola tej złotowłosej — ta dola smutna, krwawa, raczej podobna do jakiejś tragedji, ciężącej nad nią od kołyski — przypisywana jest kierunkowi literatury, którą ta kobieta oddychała i przesiąknięta była. Wyborne zdarzenie! Fakta złożyły się same, aby rozkrzyczanym dać broń w rękę. Widzicie, widzicie — do czego prowadzą rozstaje, wigilje — i inne potworności! Do śmierci, do zginięcia od kuli szaleńca. Ależ, na Boga! — niemal codziennie ginie w ten sposób na świecie kilka kobiet z tych, które są zanadto kochane, a pomiędzy temi kobietami niema dekadentek. Są sługi, są mieszczki, są żony lub córki panów MatołkiewiczówMatołkiewiczów. Giną od rany takiej samej, z jaką położono do mogiły na Kaukazie tamtą wdzięczną i harmonijną w linjach kobietą. I nikt wtedy nie wydaje krzyków pawia. Nikt z tego powodu nie rozkopuje mogiły, aby sobie na kantach trumny ostrzyć osełkę dowcipu. Szanuje się smutek i krepę na ramieniu pana Matołkiewicza, szanuje się pamięć pani Matołkiewiczowej, mówi się ze współczuciem „nie piszmy nic... pozostały dzieci“.
 Ale krepy żałobnej innego człowieka, pod pozorem, że ten człowiek oddał swe serce i mózg na usługi ogółu, ale pamięci kobiety, która jak niezwykłe zjawisko przesunęła się przez świat, ale tej córeczki, którą odziano w kir i powiedziano, że „mama pojechała daleko“, — tych oszczędzać nie trzeba! Artyści, literaci, to własność publiczna, to własność ogółu. Oni nic nie mają swego. Pan X. lubi coś przeczytać „tego panie, jak się patrzy“ przy herbacie. Prenumeratora szanować należy. Oddajcie nam swe serce na chwilę. Krew z niego ocieka?... To nic — czuć ją będzie jeszcze świeżą w artykule. To dodaje... pikanterji. Ach!... świecie! ludzie! straszny, ohydny świecie!...

———————————————

 Słyszałam ją raz, gdy grała na fortepianie cicho, spokojnie, tak, jakby śpiewała. Patrzyłam na nią, gdy zmrok powoli utworzył tło na jej postaci. Wydała mi się, jak te pastele Rafaela, które się widzi z poza obłoków, rudawej mgły.
 I dokoła niej był taki czar, jaki mają w sobie kobiety, przeznaczone zgóry na zagładę. Są bowiem takie kobiety. One idą przez świat cicho, jak smuga zdradzieckiej mgły. Lecz to są zwykle natury bardzo proste i nieskomplikowane, pomimo, że wzniecają dokoła siebie ciągle jakieś tragiczne sytuacje. Skoro obecnie staram się przypomnieć ją sobie, widzę ją zawsze jednakowo. Odziana czarno, z pochyloną głową — idzie samotna wśród jakichś skał. Idzie ścieżką nieskończoną, idzie wolno, zniechęcona — wlokąc się raczej i nie patrząc poza siebie nigdy.
 — Dlaczego widzę ją idącą tak samotnie tą nieskończoną ścieżką? Za życia nie widziałam jej tak nigdy. Była zawsze otoczona, była zawsze kochana. A przecież dziś — gdy wyzwolono ją z jej harmonijnej postaci, ona mi się przedstawia jak istota smutna, samotna, wlokąca się po jakiejś zgóry jej nakreślonej drodze. — Ona nie umiała... kłamać. Żabusie kłamią. Ona spełniała zbrodnie na samej sobie. Lecz ona chyba była panią swego życia! Są różne przeznaczenia na świecie. Są kwiaty, które pachną, a nie wydają owoców. Woń heljotropu zabija, kwiat jabłoni jest pożyteczny. Czy winić heljotrop? — Och! miejmy choć tyle pobłażania, ile jest w słowach: „Kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem...“ a wtedy mogiły tych kobiet o dziecięcym wyrazie ust, o oczach sennego zjawiska, o pochylonych pod żelazną dłonią losu głowach — wtedy te mogiły spokojnie zapadać w ziemię będą.
 Bo to są kwiaty, które katowski miecz losu na zagładę skazał, to są żałobne kolumny, stojące na własnych grobach, dokoła których unoszą się roje tęczobarwnych motylimotyli. Lecz te kolumny są bardzo tragiczne, te kwiaty są bardzo żałobne. Ich mogiły kryją również święty i nietykalny majestat, jak inne mogiły; całuny, w które trupy takich kobiet owinięto, są tak samo śmiertelną i uszanowania godną szatą, jak inne całuny. Niechże więc i ta złotowłosa i ta o pochylonej głowie i sennych, ciężkich źrenicach istota — śpi spokojnie. Nie dobywajcie się do jej trumny, nie szukajcie przyczyn w ewolucji literackiej. Umarła! — to dosyć. Umarła! — to wystarcza. Idźcie na cmentarz, błądźcie wśród grobów, wsłuchujcie się w tę ciszę — tam wszyscy śpią jednakowo. Taka mogiła samotna woddali nie zburzyła wszakże społecznego porządku. Wszystko będzie jak dawniejdawniej. Dozwólcie tej śpiącej rozpaść się w proch spokojnie...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.