W ludzkiej i leśnej kniei/Część trzecia/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część trzecia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
PRZED OBLICZEM BOGA.

Nareszcie wydostaliśmy się z Barnaułu, gdzie, korzystając z chemicznego laboratorjum miejscowego zarządu górniczego, wykończyliśmy niektóre bardziej złożone analizy.
Przewieziono nas promem na prawy brzeg Obi, skąd ruszyliśmy na południo-wschód, do miasta Bijska.
W pobliżu tego miasta Ob się kończy, gdyż tu dwie rzeki, Katuń i Bija, płynące z pod lodowców grzbietu ałtajskiego, łącząc się, tworzą Ob.
Bijsk, typowe syberyjskie miasteczko, posiada tylko 5000 mieszkańców i jest położone bardzo malowniczo na rzece Biji, która wartką, zimną, szmaragdową strugą mknie pomiędzy skalistemi brzegami, porośniętemi gęstym lasem. Spędziliśmy tu zaledwie kilka godzin i wyjechaliśmy do wielkiej wsi, Biełokuricha, odległej o 35 kilometrów od miasta. Tu znajduje się znane ze swych właściwości leczniczych źródło siarczane o temperaturze wody +57° C. Po zbadaniu tego źródła powróciliśmy do Bijska, skąd odbyłem wycieczki samodzielne do miasta Kuźniecka, położonego na Tomi. Wtedy było to straszne odludzie, obecnie zaś Kuźnieck jest ośrodkiem olbrzymiego obwodu przemysłowego, gdyż w obwodzie Kuźnieckim wykryto nieprzebrane pokłady metalurgicznego węgla kamiennego i doskonałej rudy żelaznej. Jeszcze przed rządami sowieckiemi rozpoczęto tu wznoszenie ogromnych fabryk metalurgicznych i chemicznych, które z czasem niezawodnie będą stanowiły wielkie bogactwo Syberji.
Wtedy zaś zebrałem tylko niewielką liczbę okazów węgla i rudy i dostarczyłem to profesorowi Zaleskiemu do jego zbiorów. W okolicach Kuźniecka zwiedziłem parę kopalni złota, zresztą bardzo ubogich.
Po powrocie do Bijska, nie zastałem profesora, który na kilka dni wyjechał do Barnaułu, wezwany telegraficznie w jakiejś sprawie. Skorzystałem z tego, aby nieco zwiedzić Ałtaj. Wynająłem sobie na kilka dni konia wierzchowego, obładowałem się zapasami myśliwskiemi i pojechałem prawym brzegiem Katuni na południe. Droga biegła przez bardzo malownicze miejscowości, pośród lasów sosnowych i gór.
Zimne, wartkie, pełne piany potoki przecinały mi drogę. Lasy były cudowne. Wcale nie było w nich wysokiej trawy, złociste konary sosen dumnie pięły się w górę, gdzie szerokie, wspaniałe korony tych drzew szumiały, opowiadając coś tajemniczym szeptem.
W pewnej małej wiosce zatrzymałem się na obiad. Nikogo z dorosłych nie było w domu, gdyż wszyscy wyszli na sianokos. Tylko dzieci i psy błąkały się po jednej ulicy. W jakimś domku znalazłem bardzo starą i głuchą kobietę, której wytłumaczyłem, że chcę jeść.
— Chleba i mleka nie mam, bo gospodarz zamknął śpiżarnię — odparła — ale mogę usmażyć rybę.
— Doskonale! — zawołałem. — Smażcie rybę.
— Pietrze! — zawołała baba, wychylając się przez okno. — Chodź no tu! Przyjechał gość, biegnij i nałap ryb!
— Co? — krzyknąłem z przerażeniem. — Dopiero teraz łapać? Umrę z głodu do tego czasu...
— Nie, panie, to odrazu będzie! — odpowiedziała staruszka, zabierając się do czyszczenia patelni.
Chłopak, może 10-letni, wydobył ze strychu szopy podłużny kosz, umocowany na krótkim drągu, i skierował się do bramy.
— Czekaj-no! — zawołałem na niego. — Pójdziemy razem.
Chłopak przyprowadził mię do małego, lecz dość głębokiego potoku, gdzie odnalazł miejsce z urządzonym sztucznie wodospadem. Struga spadającej wody wyżłobiła w skalistej glebie dość głęboki dół. Gdy zanurzyliśmy w nim kosz tak, jak się zanurza łyżkę w misie, a później wyciągnęliśmy i wytrząsnęli, przekonałem się, że staruszka miała słuszność.
Złapaliśmy odrazu pięć dość dużych „chajrusów“, czyli pstrągów azjatyckich. Po paru takich połowach mieliśmy w worku zapas doskonałych ryb, dostateczny nawet dla tak zgłodniałego, jak ja, podróżnika. W pół godziny potem już zajadałem ten przysmak, zanosząc dziękczynne modły do Nieba zato, że w potokach ałtajskich na zawołanie głodnego podróżnika jest dostateczna ilość ryb, i do tego bardzo dobrych.
Jadąc brzegami rzeki Katuń, natrafiłem na małą wioskę, posiadającą nie więcej, niż piętnaście domków. Byłem zmuszony zatrzymać się tam na nocleg. Podjechałem tedy do chaty, która wydała mi się czystszą od innych i poprosiłem o gościnność.
— Proszę! — odpowiedział gospodarz, poważny, sędziwy chłop. — Będzie pan miał towarzystwo, bo tu z Ongudaja przyjechała jakaś pani.
Poprowadził mego konia do stajni, ja zaś, zdjąwszy swój skórzany worek, wszedłem do izby. Przy świetle lampy spostrzegłem młodą, ciemno ubraną kobietę, o dużych, czarnych oczach i inteligentnej, smutnej twarzy. Gdy się ukłoniłem, rzuciła na mnie niechętne spojrzenie i ledwie kiwnęła mi głową.
Podczas wspólnej z gospodarzami wieczerzy rozmawiałem z nieznajomą i dowiedziałem się, że była żoną inżyniera, z którym przyjechała do Ongudaja, — stacji klimatycznej w górach Ałtajskich, chętnie uczęszczanej przez mieszkańców miast Zachodniej Syberji.
Zdziwiło mię, że sama przybyła do tej wioski, oddalonej od głównej drogi, ale nie pytałem, bo, zresztą, co mię to mogło obchodzić?
Pod koniec wieczerzy otworzyły się cicho drzwi, i wszedł wysoki, chudy człowiek, o pałających oczach i czarnych, już siwiejących na skroniach, długich włosach, spadających mu na ramiona. Ubrany był w habit mniszy, na piersiach miał srebrny krzyż, zwisający na łańcuchu.
Przeżegnał się i usiadł przy stole. Jakaś trwoga wyjrzała z pełnych uszanowania oczu chłopów, gdy spoglądali na nowego gościa. Ten zaś siedział wyprostowany, nieruchomy i milczący. Obserwowałem go bacznie i nagle spostrzegłem, że oczy mnicha spotkały się ze smutnemi, prawie tragicznemi oczami kobiety, która nagle spłonęła rumieńcem, a potem straszliwie zbladła; z kurczowych ruchów cienkich palców mogłem sądzić o jej niepokoju wewnętrznym. Mnich siedział również ze splecionemi palcami, a ściskał je coraz silniej, aż poczęły trzeszczeć w stawach.
Coś się działo w tej izbie i w tej odludnej wiosce. Lecz co?
Mój instynkt literacki zmusił mię do pozostania w tej osadzie do chwili rozwiązania dziwnej tajemnicy.
Mnich wypił szklankę herbaty, podniósł się, pobłogosławił obecnych i głuchym, przenikliwym głosem powiedział:
— Jutro niedziela... Będę odprawiał nabożeństwo...
Jeszcze raz spojrzał ostrym, przejmującym wzrokiem na kobietę, która siedziała z głową, nisko spuszczoną, podniósł rękę do błogosławieństwa, szerokim ruchem przeżegnał wszystkich zebranych i wyszedł, szczelnie zamknąwszy drzwi za sobą.
W izbie zapanowało długie milczenie.
Uważnie przyglądałem się obecnym, a myśl pracowała, gubiąc się w domysłach.
— Straszny to mnich! — odezwał się gospodarz z ciężkiem westchnieniem.
— Oj, tak! — zawtórowały mu dwie kobiety wiejskie. — Straszny!...
— Świątobliwy człowiek! — gorącym, niespodziewanie silnym głosem wybuchła nieznajoma. — Wielką prawdę głosi ten mnich, a jeżeli jest ona straszna, to czyż nasze grzechy nie są stokroć straszniejsze? On, świątobliwy, jeszcze bardziej za nas cierpi!
Podczas tej gorącej mowy uwagę moją zwrócił jakiś cień, który zjawił się w oknie, tuż przy szybie, lecz natychmiast znikł w ciemności. Po chwili zjawił się znowu, a wtedy dojrzałem bladą twarz, nos i przejęte trwogą oczy.
— Pójdę spojrzeć na konia! — rzekłem, wychodząc.
Szybko wybiegłem z podwórka i z poza rogu domu wyjrzałem. Zobaczyłem porządnie ubranego mężczyznę, który, zapatrzony w okno, nie zwracał uwagi co się wkoło niego dzieje.
Teraz już wiedziałem na pewno, że się dzieje coś bardzo poważnego na tem bezludziu.
Powróciłem do izby i udałem się na spoczynek. Długo słyszałem, jak w tej samej izbie, za przegródką płakała i modliła się smętna kobieta o tragicznej twarzy; zasnąłem wśród szeptu jej gorących, namiętnych modłów do Boga, który zsyła ukojenie i chęć do życia.
Obudziwszy się rano, napiłem się mleka i, wziąwszy strzelbę, pod pozorem polowania wyszedłem z chaty. Ukryłem się za wsią, w krzakach, na stoku gór i śledziłem. Widziałem, jak gromadka chłopów i kobiet, pobożnie żegnając się, wyszła z domów i skierowała się boczną ścieżką do lasu. Wkrótce po nich wyszła nieznajoma i udała się tą samą drogą. Przeczekawszy, aż wszyscy przeszli, ruszyłem ich śladem. Miałem już za sobą około trzech kilometrów drogi, gdy nagle usłyszałem trzask w krzakach i odgłos kroków. Podniosłem strzelbę:
— Niech pan nie strzela! — rozległ się dźwięczny, inteligentny głos i z krzaków wyszedł człowiek, ten sam, który w nocy podpatrywał pod oknem. Poznałem go po ubraniu i małej bródce, dobrze utrzymanej.
Patrzyłem na niego pytająco. Zrozumiał i z rozpaczliwym ruchem ręki szepnął:
— Nie mogę nic mówić, nie mogę, nie śmiem... ale wiem, że stanie się wielkie nieszczęście!...
Wobec tej rozpaczy i trwogi nie czułem się uprawniony do rozpytywania; częstując go papierosem, spytałem obojętnie:
— Dokąd prowadzi ta ścieżka?
Podniósł na mnie strwożone oczy, lecz odpowiedział:
— Do małej sekciarskiej kaplicy „Skita“, gdzie się będzie odbywało nabożeństwo...
— Do widzenia! — rzekłem i wyszedłem na ścieżkę.
Las tymczasem zaczął głośną rozmowę, głuchą i groźną. Wiatr kołysał i szarpał wierzchołki drzew. Po niebie sunęła zdaleka ciemno-szara chmura, zwiastunka zbliżającej się burzy. Przed nią pędziły powichrzone i poszarpane białe obłoki, co chwila zmieniając swe kształty. Gdzieś w gąszczu kwilił krogulec i z krakaniem krążyło ponad lasem czarne stado wron.
Ścieżka, wijąc się pośród lasu, wyprowadziła mię na obszerne błoto, zarośnięte krzakami i ostem.
Nogi grzęzły w rozmiękłej ziemi, a stojące wpobliżu kępy za każdym moim krokiem drżały i kiwały się na wszystkie strony. Nie wątpiłem, że ścieżka przecinała trzęsawisko.
Szedłem jeszcze około godziny, wreszcie trafiłem na obszerną polanę, otoczoną gęstym lasem. Na przeciwległym jej krańcu stała mała kaplica, zbudowana z belek modrzewiowych, już sczerniała ze starości, z pochyloną kopułą i z krzyżem na niej.
Kilku wieśniaków, przybywających tu z innej strony lasu, wchodziło właśnie do wnętrza kaplicy. Wszedłem razem z nimi. Mroczno tu było i ciasno, gdyż około pięćdziesięciu ludzi zgromadziło się w małej i niskiej izdebce. Wsunąłem się w najciemniejszy kąt i zacząłem się rozglądać. Przy jedynem malutkiem okienku stał stół drewniany z prostych, heblowanych desek, a na nim krzyż mosiężny obok Biblji. W kącie na lewo wisiał zupełnie czarny od starości obraz Chrystusa, przed którym w wiszącym świeczniku jarzyły się dwie cienkie woskowe świeczki, ledwie dostrzegalnym płomykiem. Ogniste języczki świec to siniały, przygasając, to rozpalały się silniej w większe żółte płomyki. Cienie i błyski biegały po obrazie Zbawiciela Świata, w wieńcu cierniowym, o groźnym i surowym wyrazie twarzy. Pod wpływem migających świateł ożywiały się oczy Chrystusa, nabierały blasku, a usta zdawały układać się w uśmiech bolesny, pełen męki i trwogi.
Chłopi z przerażeniem patrzyli w żyjącą twarz Syna Bożego, coraz częściej padali na kolana i, czyniąc znaki krzyża, bili czołem o podłogę.
Za stołem stał w pozie nieruchomej, jakby z czarnego kamienia wykuty, blady mnich o pałających oczach i z natężeniem wpatrywał się w okno, coś szepcąc cienkiemi wargami. Niedaleko od stołu zauważyłem nieznajomą. Klęczała z oczami wlepionemi w podłogę i widocznie się modliła.
Nagle mnich szybkim ruchem zwrócił się do zebranych, objął ich płomiennemi oczami i głosem, budzącym trwogę, rzekł:
— Oto wzrokiem duszy mej widzę zbliżającego się Boga, Twórcę świata i dusz naszych, Boga — czarę wszelkich błogości i dobra; Boga — sędziego za grzechy ludzkie! Módlcie się i proście go wołaniem duszy swojej, ogniem serc waszych, aby zstąpił pośród nas, w żywem ciele ukazał się nam grzesznym i zezwolił, abyśmy byli przed Jego obliczem!
Powiedziawszy to, zgiął się prawie do ziemi, przybrał postać skuloną i błagalną, wyciągnął przed siebie ręce i wśród rozsypującego się przed nim tłumu skierował się ku wyjściu.
Pozostali zaczęli głośno szeptać modlitwy, padać na kolana, pochylać głowy ku ziemi i wzdychać z trwogą i ze skruchą.
— Boże Miłosierny, Boże, Sędzio i Królu dobry! — rozległ się już z poza ścian kaplicy głos mnicha. — Wnijdź do świątyni swojej, gdzie stado Twoje wykona Twoją wolę, gdy wejdziesz do przybytku Twego.
Tłum z zapartym oddechem w piersiach, zamarł w oczekiwaniu i strachu.
Jakby w odpowiedzi na wołanie mnicha rozległ się głuchy i groźny pomruk lasu, rozkołysanego przez coraz to potężniejsze podmuchy wichru. Dalekie odgłosy grzmotu dobiegły ciężkiemi falami i rozbiły się o czarne ściany „Skita“.
— Tu są słudzy i niewolnicy Twoi — posłyszałem głos mnicha już znacznie bliżej. — Są przygotowani, aby krew swą przelać za grzechy świata dla zmycia śladów wielkich zbrodni!
Znowu dopłynęły i odbiły się od ścian pomruki burzy, dążącej na skrzydłach wiatru.
Po chwili zobaczyłem mnicha; czołgał się na kolanach, twarzą dotykając ziemi i ręką wyciągniętą jakby kogoś niewidzialnego prowadząc za sobą. Doczołgał się do progu świątyni, a nikt z modlących się nie śmiał spojrzeć ku drzwiom, wszystkich bowiem objął potężny, paraliżujący strach mistyczny. Patrzyłem na mnicha. Widziałem, że nikogo niema przed nim; pojąłem, że wicher, grzmot, burza i wstrząsany przez nią las odpowiadają na słowa chudego mnicha o płomiennych oczach; lecz jednocześnie czułem, że lęk zakrada mi się do serca, a mózg przestaje pracować logicznie i chłodno.
Spojrzałem na kobietę. Wciąż klęczała, lecz twarz podniosła ku obliczu Chrystusa, a w jej szeroko rozwartych oczach, pełnych łez, nadziei i męki oczekiwania, była taka wiara, że zaczęło mi się zdawać, iż jestem w zaraniu chrześcijaństwa, w jakiejś ukrytej katakumbie Rzymu za czasów Nerona lub Kaliguli, pośród tych, których nazajutrz szarpać będą na arenie cyrku dzikie zwierzęta i dzicy a okrutni niewolnicy afrykańscy. Tok mych myśli przerwał nagle mnich. Zerwał się na równe nogi, wydał się jakimś olbrzymem; rozpaczliwie wymachiwał rękami, padał na ziemię i znów się zrywał, odbiegał i powracał. Wreszcie chrapliwym głosem jął wołać:
— Odchodzisz?... Na pastwę grzechu i zbrodni porzucasz stado Twoje?... Nie odchodź! Wielki, Miłosierny! przyjmij ofiarę błagalną!...
Padł raz jeszcze na ziemię, podniósł się, krzyknął przeraźliwie i wbiegł do kaplicy, wołając głosem zdyszanym, stłumionym, lecz pełnym nakazu i woli:
— Ludzie boży, odchodzi od nas Twórca i Król! Znowu zbrodnie, grzechy i ohyda panować będą na ziemi!... Krwią swoją błagajcie Go o przyjście! Krwią!... Śpieszcie się! — śpieszcie!...
Głos mnicha przenikał do głębi duszy, wołał, zabijał wolę, rozkazywał, przeszedł wreszcie w syczący szept:
— Śpieszcie się!... śpieszcie!...
Jęki, łkania i ciężkie westchnienia napełniały niską, duszną izbę.
W jednym kącie uczynił się ruch. Tłum, depcąc się nawzajem po nogach, szybko rozstępował się przed młodym, wysokim i barczystym chłopem, który, drżąc cały, szedł naprzód do ołtarza, powtarzając jedno tylko słowo:
— Ja!... ja!... ja!...
Raptem stało się coś niespodziewanego. Chłop błysnął szerokim nożem myśliwskim i padł z przerżniętem gardłem, charcząc i rzężąc głośno. Krew szeroką strugą polała się na podłogę i wsiąkała w szczeliny.
Mnich stanął przy konającym i krzyknął wysokim, przeraźliwym głosem:
— Padajcie na twarz! Na twarz!... On kroczy, Wielki, Miłosierny Bóg, który krew przyjął za grzechy świata!
Wszyscy padli na ziemię, a w tejże chwili oślepił mię błysk olśniewający; straszliwy huk i łoskot wstrząsnął całą ziemią; zdawało się, podrzucił do góry „skit“; z pułapu posypała się ziemia i kurz, i z brzękiem żałosnym rozprysła się w kawałki mała, mętna szyba...
Oczywiście, mnich umiejętnie korzystał z rozpętania żywiołów w celach swej mrocznej propagandy samobójstwa dla zbawienia reszty ludzkości z otchłani grzechu. Lecz tłum tego nie rozumiał i leżał na ziemi, drżąc na całem ciele, bojąc się ujrzeć oblicze Boga i jeszcze raz usłyszeć Jego groźny głos. Ludzie leżeli, wtuliwszy głowy w ramiona i zasłoniwszy twarz rękami, i nie słyszeli, że rzężenie samobójcy już ucichło i że ciało jego już się nie miotało i nie drgało, sztywne i nieruchome...
Pierwsza ocknęła się z przerażenia nieznajoma. Z przestrachem patrząc na trupa i unosząc suknię nad kałużą krwi, zaczęła ostrożnie stąpać pośród leżących chłopów. Doszła do drzwi i nagle zaczęła biec, ściskając głowę blademi dłońmi i od czasu do czasu wykrzykując jakieś niezrozumiałe słowa.
Mnich, spostrzegłszy ucieczkę kobiety, depcąc po głowach i plecach leżących, wypadł za nią i zaczął gonić.
Wyszedłem z kaplicy i widziałem, że ją dogonił; chwycił w objęcia i zaczął okrywać pocałunkami szyję, czoło, twarz, oczy i usta kobiety. Wydarła mu się, z rozpaczliwym krzykiem, odtrąciła go i uciekła w stronę lasu. Mnich ją gonił.
Pobiegłem za nimi, aby ją bronić. Gdy już las mię ogarnął, spostrzegłem, że ktoś przede mną pędzi krzakami, lecz nie mogłem ani razu dojrzeć biegnącego. Na zakręcie ścieżki dostrzegłem mnicha, który, chcąc kobiecie przeciąć drogę, pobiegł naprzełaj przez zarośla i kępy trzęsawiska. Nagle rozległ się jego ponury głos, pełen zgrozy i strachu:
— O... o... o... Ratujcie!
Echo leśne długo nosiło od konaru do konaru, od skały do skały to pełne trwogi „O... o... o...“.
Dobiegłem do miejsca, skąd rozległ się krzyk mnicha, gdy nagle huknął strzał. Zapadając się głęboko w torfowisko, z trudnością przedzierałem się przez krzaki i — nagle skamieniałem z przerażenia.
Przede mną była mała polana, porośnięta jaskrawo-zielonym mchem.
Trzęsawisko wciągnęło już było człowieka do swej otchłani; na powierzchni pozostawała tylko blada twarz mnicha: szeroko rozwarte, błagające oczy i skrwawione czoło, strzaskane wystrzałem. Po chwili znikła ta twarz straszliwa, a na jej miejscu wystąpiła mała kałuża czarnej wody z pękającemi na niej pęcherzykami.
W krzakach stał człowiek, którego wczoraj widziałem pod oknem chaty, dziś zaś spotkałem w lesie. Trzymał w ręku dymiący karabin i wzrokiem pełnym nienawiści patrzył na czarną plamę wody na zielonym, zdradliwym kobiercu trzęsawiska.
Podniósł głowę, i oczy nasze się spotkały.
— Sąd był straszliwy i surowy, ale ręka ludzka musiała dosięgnąć zbrodniarza — szepnął nieznajomy.
Długo staliśmy w milczeniu, przeżywając różne myśli i wrażenia. Pojmowałem, że ten półobłąkany mnich, oszukaniec, założyciel ponurej sekty samobójców, kaznodzieja, żądający krwi pobożnych dla zmycia grzechów świata i prześladujący cichą, smutną kobietę, porwaną jego mistyczną siłą i wymową, zasłużył na karę śmierci. Lecz miałem jeszcze wątpliwości...
Po długiem milczeniu zapytałem.
— Dlaczego pan to uczynił?
— Jestem mężem tej kobiety.. — odpowiedział z jękiem.
Las szumiał trwożnie. Czułem w całej naturze niepokój, który, jak bojaźliwy, ostrożny zwierz czaił się w kniei, pośród kęp tej otchłani, ukrytej pod pokrowcem z zielonych mchów, wodnych roślin i gęstych krzaków. Jakiś mały ptaszek żałośnie piszczał, kruk krakał, skrzypiało złamane przez burzę drzewo, i nagle bagno odezwało się jakimś głosem okrutnego i dzikiego triumfu. Myśli mknęły przez mózg ze straszliwą szybkością; zrodziło się i utrwalało jeszcze niesformułowane postanowienie.
Wreszcie spojrzałem w twarz bladego człowieka o nienawistnych oczach i rzekłem:
— Byłem na polowaniu przez cały dzień. Nic i nikogo nie spotkałem...
Odwróciłem się i poszedłem przez krzaki ku ścieżce...
— Dziękuję!... — dobiegł mię gorący, przenikliwy szept.
Upadły pierwsze krople deszczu. Szybko szedłem leśną ścieżką, zdążając do domu. Tego samego dnia wyjechałem z wioski, którą obrał był sobie za siedzibę krwawy sekciarz, Stefan Koleśnikow, mnich, zbiegły z jakiegoś klasztoru.
Poza mną pozostała smutna twarz, tragiczne oczy kobiety i drżący z nienawiści surowy sędzia.
Gdym wyjechał za ostatnie zagrody wiejskie, z lasu, od trzęsawisk wiatr przyniósł mi jakieś głosy, wołanie, czy jęk — „o... o!“
Lecz było to echo wspomnień i przeżyć dnia minionego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.