W ludzkiej i leśnej kniei/Część pierwsza/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część pierwsza
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
ŻYCIE KOCZOWNIKÓW.

Przez całe lato do późnej jesieni podróżowaliśmy stepami pomiędzy Abakanem a koleją Syberyjską. Zwiedzaliśmy lewy brzeg Jeniseju, gdzie koczują Tatarzy. Należą oni do szczepu Abakańskiego. Jest to szczep mieszany i składa się z resztek różnych narodowości mongolskich, które dążyły przez stepy i pozostawiały tu swoich ludzi. Tatarzy abakańscy z wielkim trudem poddają się wpływom cywilizacji i pozostają na stopniu kultury XIII–XIV wieku, a był to wiek, który tak wybitnie zaznaczył się w ustroju społecznym i państwowym Azji.
Prawo Dżengisowe, czyli tak zwane „prawo stepowe“, pomieszane z przepisami Koranu, panuje tu wszechwładnie.
Autorytet starszyzny, która rządzi i sądzi, jest niczem niezachwiany. Na ustroju rodziny odbijają się wszelkie cechy plemienia, prowadzącego wojowniczo-koczowniczy tryb życia, w którem kobieta jest przedmiotem rozrywki, czasami tylko chwilowej. Nie ma ona żadnej wartości, gdyż koczowniczy bojownik, który jutro może zginie w pierwszej potyczce, nie zamierza wcale kochać kobiety lub przywiązywać się do niej. Dziś ją posiada, nazajutrz porzuca bez żalu i wspomnienia, lub morduje nożem, aby się nie stała łupem przeciwnika, gdy musi uciekać. Kiedy zaś życie koczownika bywa nieco spokojniejsze, spogląda on na kobietę, jak na „pałan“, czyli bydlę robocze, i zmusza ją do ciężkiej pracy od wschodu słońca do północy, odmawiając jej nie tylko czystej, duchowej miłości, lecz nawet szacunku.
Jednak kobieta, ów szczyt marzeń mężczyzny, była przedmiotem pożądania wojowniczych koczowników, spędzających długie miesiące na wojnie i tułaczce. Bili się oni o kobiety z innych plemion, podejmowali dla ich zdobycia ciężkie i ryzykowne wyprawy.
Brak miłości i szacunku dla kobiety odbił się na stosunkach rodzinnych. Zawsze jest ona sługą, roboczem lub ciężarowem bydlęciem. Nic jej od tego losu nie ochroni, chyba przypadek!
Zwierzęcy pociąg do kobiety, do zdobycia jej tak, jak to było przed wiekami, ustalił szczególne zwyczaje przy wyszukiwaniu żony. Tatar wypatruje sobie żonę pośród córek swego znajomego, nie mówiąc o tem nic dziewczynie i nigdy z nią nie rozmawiając. Wkrótce przysyła ojcu podarki, a swat mówi do niego:
— Mój „kunak“ (przyjaciel) jutro objedzie twoją jurtę na gniadym koniu i rzuci na ziemię związany rzemień.
— Powiedz swemu „kunakowi“ — odpowiada ojciec lub brat — że jest on złodziejem, i że go kula nie minie; jeżeli nazajutrz po rzuceniu rzemienia, o wschodzie słońca będzie szybko jechał w pobliżu naszego koczowiska!
Po tym sakramentalnym frazesie swat dostaje dary dla siebie i dla swego przyjaciela.
Młody Tatar spełnia obietnicę. Objeżdża w milczeniu namiot i rzuca rzemień. Ojciec i matka przed wschodem słońca związują ręce dziewczynie i wyprowadzają ją z zasłoniętą twarzą na step. O wschodzie słońca przybywa konkurent, porywa dziewczynę na siodło i mknie w step.
W tym momencie oświadczyn musi być bardzo ostrożny i zręczny, i mieć konia karnego.
Gdy mknie koło koczowiska, ojciec lub starszy brat wydają okrzyk i strzelają do jeźdźca, mierząc w głowę konia. Jeśli jeździec nie usłyszy okrzyku, lub nie potrafi odrazu konia osadzić, może dostać kulą.
Niekiedy się to zdarza, lecz prawie zawsze z innej przyczyny. Czasem ojciec, jeżeli jest stary i nie ma syna, porucza dać ognia do narzeczonego jednemu z parobków.
Nieraz się trafia, że taki parobek kocha się w córce swego gospodarza, a przez nią ma nadzieję stać się wolnym obywatelem stepów; widząc, że ta nadzieja znika, mocno trzyma karabin w ręku, mierzy starannie w jeźdźca i... nie wydaje okrzyku ostrzegawczego.
W takich razach niefortunny konkurent ciężko spada z konia, a nadzieja w sercu skromnego parobczaka zapala się nowym płomieniem. Biegnie do dziewczyny, starannie zdejmuje z jej rąk więzy rzemienne i, kto wie? może szepce jej do ucha proste a mocne słowa pierwotnej miłości, nieokiełznanej, jak żywioły stepu...
Jeżeli narzeczony dowiezie pomyślnie wybraną do swego koczowiska, wtedy zdejmuje ją z siodła, siedząc na koniu i, trzymając za rzemień, oprowadza dokoła swego namiotu, rozcina więzy i wprowadza do nowego domu.
Obrządek na tem się kończy. Nazajutrz państwo młodzi poślą do domu rodziców kobiety „kałym“, czyli wiano, składające się z bydła, pieniędzy i różnych przedmiotów, co do których już się byli umówili poprzednio rodzice młodej pary.
Takie małżeństwa, w których odgrywa rolę jednostronny wybór, bez prawa protestu ze strony kobiety, są powodem do częstych dramatów w życiu kobiecem. Już opowiadałem powyżej o samobójstwie nieszczęśliwych niewolnic, jakiemi stają się wszystkie żony tatarskie. Bywają inne wypadki, mianowicie wtedy, gdy w sercu kobiety zakwitnie szkarłatny kwiat miłości, a wraz z nią zrodzi się zazdrość, dzika i bezwzględna, jak sama natura tego oceanu trawy, piasków, nagich gór i straszliwych, mroźnych wichrów zimowych.
Kobiety przechowują między sobą sztukę tajemną przyrządzania trucizny z jagód cykuty (Belladonna) i z korzonka tajemniczej rośliny „gazam“, której poszukują zawzięcie i dla nabycia której dopuszczają się przestępstwa, wykradając mężowi z jego tabunów dobre, drogie konie.
Dopomagają zawiedzionym kobietom tatarskim lekarze-szamani. Ci znają trujące własności traw i ziół, umieją przyrządzać „lubczyki“ i amulety. Posiadają oni tajemną moc zaklęć i za dobrą zapłatę fabrykują niezawodną truciznę dla rywalki — nowej żony, lub dla samego pana i władcy — męża. Szamani, szepcąc zaklęcia, szperają po starych dolmenach, zbierają czarne kości ludzkie, ścierając je na proszek, rozkopują świeże mogiły i w gnijące ciała nieboszczyków wbijają noże, zatruwając ostrza, które posypują proszkiem z kości zmarłych lub maczają w płynie z gruczołów jadowitych żmij. Taki zatruty nóż przerwał niejedną nić życia koczowników i dał ujście zazdrości i rozpaczy kobiecej, nieukojonej w surowych warunkach dzikiego życia stepowego.
Od czasu do czasu wydaje się, jakgdyby śmierć przypominała sobie o tem cmentarzysku historycznem, zjawiając się, aby powiększyć ilość mogił i kości. Naraz zaczynają grasować różne choroby: cholera, dżuma lub ospa i dziesiątkują ludność koczowniczą. Przychodzą też epidemje na bydło: dżuma, zakaźne zapalenie płuc, śliniak; padają tysiącami byki, konie i owce, zaczyna szaleć głód, a za nim idzie śmierć i zbiera swe ponure żniwo.
Pierwotne formy życia, pierwotne prawa, pierwotna psychologja i obojętność rządu rosyjskiego dopomagały jej, i niczem niekrępowana śmierć mknęła i ścinała istnienia ludzkie, jak ścina kosa wieśniaka soczystą i bujną trawę.
Nikt się nie dziwi, nikt nie protestuje i nie walczy ze śmiercią, bo postawiła tu ona wszędzie swe ślady odwieczne. Pośród mogił rodzą się stepowi koczownicy, matki opowieściami o śmierci usypiają niemowlęta, ojcowie kształcą swych synów opowiadaniami o zmarłych i straconych bohaterach.
Każda skała, każdy wąwóz, każde jezioro lub łożysko wyschłej rzeki stepowej ma swą historję, krwawą, ponurą, zakończoną śmiercią...
O niej mówią tysiące dolmenów, ciągnących się nieprzerwanym pasmem od ujścia Many aż pod Sajany i Wielki Ałtaj.
Tu, pod temi znikającemi już kopcami i monolitami z czerwonego piaskowca, pogrzebane są całe cywilizacje, plemiona i ludy, o których pozostały tylko słabe i niejasne wspomnienia.
Kamienne, zgruba ociosane posągi, ledwie dostrzegalne pośród traw i skał ruiny nieznanych miast, o losach których już nikt nigdy się nie dowie — wszystko to mówi, woła, krzyczy głosem rozpaczliwym o śmierci, tylko o śmierci.
Przed wojną światową kultura europejska zaczęła się zwolna posuwać naprzód przez te stepy.
Zjawili się lekarze, pomoc weterynaryjna, przedsiębiorstwa przemysłowe, współczesna hodowla bydła, rasowe konie i barany, projekty kolei, szos i stacyj leczniczych.
Ale przyszła wojna i porwała za sobą wolnych synów stepów, a ich śmierć wśród obcych, niezrozumiałych dla nich warunków widziały Karpaty i Prusy Wschodnie.
Czy powrócili do swoich stepów rodzinnych, czy ujrzeli raz jeszcze stare dolmeny przodków?
Chyba nie!...
Później nadszedł krwawy, zbrodniczy bolszewizm...
Widziałem jego ślady w r. 1920, kiedy, uchodząc przed bolszewikami, jeszcze raz przebiegłem ten kraj mogił i śmierci z północy na południe.
Widziałem kulturalne stacje doświadczalne, gdzie rasowym koniom odrąbywano nogi do kolan, a merynosy rżnięto na pokarm dla pijanych żołnierzy sowieckich.
Jechałem stepami, gdzie przez wieki pasły się miljony głów bydła i koni. Teraz tam — pustynia! Tatarzy odeszli na południe, przekroczyli granicę mongolską, uciekając od występnych rządów sowieckich; trawa albo była spalona zapomocą umyślnie wznieconych pożarów stepowych, albo do szczętu zjedzona przez szarańczę.
Całe chmury szarańczy unosiły się nad stepami, szukając pożywienia. Gdym jechał pomiędzy Bateni a Czarnem Jeziorem, koła mojego wozu pozostawiały mokry ślad na wyschłej, ubitej, popękanej od skwaru ziemi. Była to rozgnieciona szarańcza, miljardy tych owadów, pokrywających, jak szronem, cały step.
Kara Boża?... Przekleństwo Abuka-chana?.. Zemsta pokrzywdzonych i znieważonych cieniów wielkich wodzów i bohaterów oddawna zmarłych ludów?
Wszędzie spotykałem trupy Tatarów, zamordowanych przez bolszewików, kości zjedzonych tatarskich baranów i krów.
W kilku miejscach droga była otoczona trupami, jak ramą, droga, którą przechodziły bandy sowieckich partyzantów-Ukraińców z pod Tannu-Ołu i zachodnich odnóg Ałtaju.
Na Czarnem Jeziorze, gdzie niegdyś mieszkałem z uczonym profesorem i ze zbiegami z więzień rosyjskich, zobaczyłem spalone zabudowania fabryki soli i zwaliska domów mieszkalnych. Pozostała tylko mała chałupa, gdzie mieszkał stróż z rodziną, — ludzie głodni i chorzy, oczekujący śmierci, która musiała tam zawitać.
Jak symbol tego beznadziejnego, ponurego życia, rzuciła mi się w oczy na szczycie góry, na tle wiosennego nieba ciemna sylwetka wilka.
Stał nieruchomo, jak posąg ze spiżu.
Nagle podniósł głowę, wyciągnął szyję i zawył.
Wył przeciągle, tęskno i groźnie, jakby wołał na śmierć, zagładę i zapomnienie...
Gdzieś ty jest, moja młodości? Gdzież twoje myśli i ideały? Czyż tego się spodziewałem od życia i cywilizacji, gdy, błądząc wśród dolmenów, słuchałem opowiadań o starych, dawno minionych czasach i myślałem, że przyjdzie tu potężna wiedza i kultura i wybawi te umierające szczepy od zagłady? Czyż takie obrazy chciałem tu widzieć w przyszłości, gdy dla lepszego losu tej ziemi bezbrzeżnej a rozrzewniającej swą prostotą, skromnie pracowałem, jak mogłem i umiałem, dla postępu i szczęścia ludzkości?
Czyż wreszcie tego oczekiwałem od najsilniejszego przejawu postępu — rewolucji, gdy w imię tego postępu, tego protestu przeciwko zbrodniczemu rządowi cara, ujarzmiającego inne narody, rzuciłem się w 1905 r. w wir pierwszej rewolucji i gdy potem za ten poryw cierpiałem dwa lata w celi więzienia carskiego?
O nie! Nie tego pragnęła dusza moja!
Mówią, że rewolucja — to postęp.
Lecz czyż zawsze tak bywa?
Kraina śmierci i mogił w stepach Czułymo-Minusińskich szeptem swych traw i kamieni na grobach mówiła to samo, co powiedział mi Hak, gdyśmy już w końcu września żegnali naszych towarzyszów pracy niedaleko od Minusińska.
— Źle nam będzie teraz bez was, ale wam gorzej! My o głodzie i chłodzie oczekiwać będziemy śmierci, ale zato dookoła nas będą szumiały wolne lasy i trawy, mówić do nas będą góry i rzeki!... Wy tam, w miastach, będziecie walczyli z chytrem i złośliwem życiem, które z każdym rokiem staje się chytrzejsze, coraz bardziej złośliwe, i coraz bardziej czyhające na ludzi. Umrzecie, a umierając słyszeć będziecie krzyki i jęki tych, których morduje życie!...
Uścisnęli nam ręce, głęboko zajrzeli w oczy i odeszli.
Szli gęsiego, jak wilcy, kryjąc się w krzakach, gdyż obawiali się i nienawidzili uczęszczanych, wielkich dróg, dużych miast i nieznanych ludzi.
Na skraju gąszczu zatrzymali się i badali okolicę, milczący i czujni.
Byli wtedy podobni do tego wilka z nad Czarnego jeziora, co wył z nienawiścią i przekleństwem zato, że postęp ludzkości skazał go na głód i śmierć.
Przeklinał „chytre, czyhające życie“, o którem mówił nieszczęśliwy zbrodniarz Hak, występny i wdzięczny za każde słowo serdeczne, za każdy odruch zrozumienia jego chorej duszy.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.