W ludzkiej i leśnej kniei/Część druga/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część druga
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.
WIELKIE AKWARJUM.

Wczesną jesienią wypadło mi po raz trzeci zwiedzić Hankę. Tym razem pojechałem już na samo jezioro, a mianowicie do wielkiego sioła Kamień-Rybołow, którego ludność stanowili przesiedleni przed 30 laty chłopi z Ukrainy. Jest to duża i bogata osada, trudniąca się połowem ryb i gospodarstwem rolnem na urodzajnej glebie południowego brzegu jeziora.
Prowadziłem tam badania nad składem chemicznym gleby owych okolic, rząd rosyjski bowiem nosił się z zamiarem założenia tam nowych kolonij wychodźców z Rosji. Chodziło więc o to, aby ściśle określić charakter gleby i warunki klimatyczne, w celu przysłania nowych osadników z takich miejscowości Rosji europejskiej, gdzie te zasadnicze czynniki są podobne do czynników południowej części kraju usuryjskiego.
Spędziłem w Kamieniu-Rybołowie około trzech tygodni i dobrze się zapoznałem z jeziorem, pływając z rybakami i objeżdżając je podczas wycieczek naukowych, jak również w wolnych chwilach podczas polowań.
Jezioro Hanka dzieli się na dwie części. Większa, należąca do Rosji, nosi nazwę „Wielkiej Hanki“, mniejsza położona już w granicach Chin, na obszarach Mandżurji, nazywa się „Mała Hanka“. Właściwie są to dwa jeziora, przedzielone wąskiem pasmem piaszczystej gleby. Badania geologiczne dowiodły, że ten podział Hanki na dwa jeziora odbył się niedawno, zapewne jakieś 80 — 100 lat temu. Przez ten naniesiony przez wiatry pas przechodzi granica rosyjsko-chińska.
„Wielka Hanka“ jest to olbrzymie jezioro, mające około 4100 kwadratowych kilometrów powierzchni, lecz niegłębokie, gdyż rybacy twierdzą, że największa głębokość nie przewyższa 22 stóp. To jest powód, dlaczego podczas wiatru lub burzy na Hance powstają tak wielkie fale, że mały parowiec, kursujący między brzegiem północnym a Kamieniem-Rybołowem, nieraz bywa wyrzucany na brzeg.
Mimo to jezioro jest przepełnione rybami, pośród których trafia się sporo olbrzymów. Największa pośród ryb Hanki jest tak zwana „Kaługa“, z gatunku jesiotrów (Acipenser orientalis). Na wiosnę złapano tu kaługę, ważącą 2100 funtów i długą na 6 metrów. Nie widziałam tej ryby, ale w parę lat później, mieszkając w Charbinie, widziałem kaługę, złapaną przez rybaków chińskich w rzece Sungari. Był to potwór długości około 7½ metrów, a wagi — 3320 funtów!
Bardzo ciekawy jest sposób połowu tych grubych ryb.
Rybacy z Hanki znają drogi podwodne, któremi płyną w niegłębokim basenie jeziora największe ryby, i tam właśnie stawiają na nie pułapki. Są one nadzwyczaj proste i należy się tylko dziwić, w jaki sposób mogą oszukać ryby. Rybacy przegradzają najgłębsze miejsca w jeziorze grubą liną, która leży na dnie. Do liny są przywiązane krótkie na 2 stopy kawałki mocnego sznura z hakiem na końcu. Do tych sznurów przyczepia się albo próżne blaszanki, albo duże kawały kory dęba korkowego, które pozwalają hakom pływać w wodzie i bujać w niej swobodnie. Żadnej przynęty na haki się nie zasadza.
Ten dziwny na pierwszy rzut oka sposób połowu oparty jest na niezrozumiałem upodobaniu dużych ryb do „zabawiania się“ przedmiotami, poruszającemi się w wodzie. Ryba zaczyna potrącać taki przedmiot, naprzykład tonący kawał drzewa lub pogrążony w wodzie trup małego zwierzęcia, podrzuca go, ociera się o niego grzbietem i bokami, igra dokoła niego, chwyta paszczą i wlecze za sobą. Takie igraszki z ostrym hakiem, wiszącym na korku, są bardzo niebezpieczne, i ostatecznie ryba-kaługa, jesiotr zwyczajny, duża keta lub szczupak, muszą się zahaczyć. Wtedy poczynają się z bólu miotać, trafiają na inne haki i wreszcie słabną zupełnie, stając się łupem rybaków. Często się zdarza, że olbrzymie ryby trafiają na haki, zaczepiwszy się bokiem lub ogonem.
Dlaczego jednak ryby uprawiają ten niebezpieczny foot-ball z zawieszonemi przez ludzi niebezpiecznemi hakami? A może to ryby, trafiające na haki, są nader tragicznemi typami samobójczemi? Prawda, że skromna ilość mózgu w głowach rybich wyłącza istnienie jakiejkolwiek manji, lecz, kto wie, czy manja jest dowodem rozwoju mózgowego, czy może odwrotnie?
W kilka dni po przyjeździe swym na Hankę, popłynąłem z rybakami na jezioro wyjmować „peremiot“, czyli linę z hakami. Płynęliśmy na dwóch czółnach, a rybacy zaczęli wyciągać linę z różnych końców i oglądać haki. Wkrótce z drugiego czółna zawołano, że złapała się gruba ryba. Po skończeniu kontroli naszego odcinka liny, z której zdjęliśmy dwie małe kaługi, po jakieś 40–60 funtów każda i szczupaka, takiego, jakiego złapałem zapomocą „mordy“ w „Starem jeziorze“, podpłynęliśmy do rybaków. Zdjęli już byli rybę z haka i, przeciągnąwszy jej przez skrzela sznur, uwiązali do tylnej części łodzi. Chciałem koniecznie zobaczyć rybę, bo była to duża „kaługa“, ważąca około 500 funtów. Wziąłem za sznur i zacząłem podciągać rybę do łodzi. Była już zmordowana bólem i walką, więc nie stawiała oporu.
W głębinie widziałem długie, potworne jej ciało. Posunąwszy ją do łodzi, zacząłem podciągać do góry, aby lepiej obejrzeć. Gdy była niedalej, niż na 2—3 stopy od powierzchni wody, zobaczyłem ogromną, spiczasto zakończoną głowę, szaro-żółtej barwy, silnie zamuloną. Zadziwiająco małe, krwawe oczki patrzyły na mnie ponuro i złośliwie.
Nagle stała się rzecz niespodziewana. Kaługa machnęła ogonem i rzuciła się wbok z tak straszliwą siłą, że nie zdążyłem wypuścić z rąk sznura, do którego była uwiązana, i runąłem do wody.
Naturalnie odrazu wypłynąłem i po chwili już zpowrotem siedziałem w czółnie, ociekając wodą i trochę zawstydzony. Rybacy dyskretnie się uśmiechali, lecz jeden z nich, młody, nie wytrzymał i parsknął głośnym śmiechem.
Wszyscy się rozśmieli i ja sam również śmiałem się serdecznie, później zaś powiedziałem:
— Dobrze, że wydobyliśmy linę, bo byłbym się zahaczył, a cóż wtedy zrobilibyście ze mną, chłopcy?
Jeden z rybaków pokiwał głową i odparł poważnie.
— Byłaby trudna sprawa, bo niewiadomo, jak uwiązać taką kaługę; skrzeli nie ma, a za szyję nie wypada!...
Pływając po Hance, zwiedzałem zaciszne zatoki, zarośnięte trzcinami i sitowiem. Bliżej północnego brzegu, niedaleko od źródeł rzeki Sungacza w podobnych zatokach spotkałem olbrzymie kolonje miejscowej „Victoria Regia“. Jest to t. zw. „Nelumbia“ (Nelumbium speciosum) — prześliczny okaz, nie ustępujący co do piękności swemu indyjskiemu prototypowi. Olbrzymie liście, podobne do tac, szersze, niż pół metra, pływają na powierzchni wody, umocowane na długich łodygach, wznoszących się z dna. Niektóre okazy jeszcze kwitły; cudowne, różowe kwiaty miały w średnicy do 50 centymetrów. W zaroślach „nelumbji“ roiło się od ryb, które pluskały się, wyskakiwały nad powierzchnię wody, uganiały się i polowały na różne ślimaki, hydry i robaki, żyjące na łodygach i liściach olbrzymiej i pięknej rośliny.
Znany przyrodnik Maak wyjaśnił tę nadzwyczajną obfitość ryb w jeziorze Hanka.
Jezioro jest bardzo obficie zaopatrzone w „plankton“, czyli w mikroskopijną florę i faunę, która stanowi najlepsze pożywienie dla ryb i innych żyjących istot, między innemi dla żółwi, o ciemno-zielonem zabarwieniu pancerza i o długich nogach. Są to żółwie z gatunku „Szyonix Maackii“, ważą zwykle 10—15 funtów, chociaż można spotkać i znacznie większe okazy.
Pewnego razu byłem świadkiem takiej sceny. Kozacy z Kamienia-Rybołowa pławili w jeziorze konie. Po skończeniu pławienia, gdy wyprowadzano konie na brzeg, jeden z nich rozpoczął jakieś dziwne harce. Stawał dęba, wierzgał, rzucał się i rżał. Z wielką trudnością udało się zmusić go do wyjścia na brzeg i wtedy spostrzeżono, że żółw uczepił mu się do ogona. Był to duży okaz, gdyż ważył około 40 funtów, a jego rogowe szczęki były tak potężne, iż dopiero po zabiciu go udało się uwolnić ogon koński.
Pewnego razu obserwowałem na jeziorze tragiczny wypadek z „bakłanem“, czyli kormoranem. Jest to duża czarna kaczka o ostrym, zagiętym na końcu dziobie. Kormorany są znakomitymi rybakami-nurkami i Chińczycy tresują je w ten sposób, że ptaki, dawszy nurka i złapawszy rybę, powracają do właściciela i oddają mu swą zdobycz. Coprawda, nic innego im nie pozostaje, gdyż przebiegły Chińczyk nakłada kormoranom na szyję żelazne kółko, które nie pozwala im połykać ryby.
Otóż widziałem stadko kormoranów, zajętych połowem ryb. Ptaki co chwila znikały pod wodą i wypływały ze zdobyczą w dziobie. Wtedy rozpoczynała się gonitwa i walka o łup.
Jeden z kormoranów dał nurka i wypłynął, rozpaczliwie wymachując skrzydłami i z rozdziawionym dziobem. Rzucał się, jak opętany, zrywał do lotu i znowu ciężko opadał, aż wreszcie zanurzył się w wodzie i wypłynął już nieruchomy. Zdziwiony, kazałam wiosłować na miejsce wypadku, wydobyłem kormorana i obejrzałem go uważnie. Pokazało się, że ptak schwycił pod wodą „kasatkę“, która najeżyła swe kolce obronne i ugrzęzła w gardzieli niefortunnego rybaka. Ptak udusił się z braku powietrza.
Zawsze nienawidziłem natrętnych „kasatek“, które nieproszone gwałtem nadziewały się na haczyk mej wędki, ale nigdy nie przypuszczałem, aby tupet tych nicponiów sięgał tak dalece, żeby włazić do cudzego gardła.
Porównywając Hankę ze wszystkiemi widzianemi w życiu jeziorami, mogę nadać jej tylko jedną nazwę, a mianowicie „Wielkie Aquarium“. gdzie się roi od różnych istot, poczynając od mikroskopijnych „diatomea“, kończąc zaś na potwornych „kaługach“ i największych na świecie natrętach i intruzach, „kasatkach“.
W roku 1921, gdy przeszedłem Azję Środkową, los rzucił mię znowu do kraju Usuryjskiego. Byłem niedaleko jeziora Hanki, którego zapomnieć nie może nigdy moje wdzięczne serce myśliwskie i rybackie; byłem w Razdolnoje, gdzie niegdyś poznałem odważnych konkwistadorów — Chudziakowów; byłem we Władywostoku, gdzie nieudolna kultura rosyjska spotkała się z najazdem najgorszych elementów Chin i Korei. Lecz przybyłem nie dla naukowych badań i podróży. Chciałem się przekonać, o ile poważną jest rzeczą ruch antybolszewicki, który się tam wtedy rozpoczął i czego się od niego można było spodziewać!
Znalazłem tam zwykłą u Rosjan walkę partyjną, intrygi, groźbę wojny domowej i, naturalnie, zbliżającą się klęskę, która przyszła w rok później.
Ten piękny, bogaty, porywający kraj Usuryjski, pełen nieznanego uroku dziewiczych lasów, ojczyzna wspaniałego tygrysa, czerwonego wilka i jenota, miejsce, nawiedzane przez czarnego łabędzia australijskiego, indyjskiego flamingo, japońskiego ibisa i żórawia chińskiego, ulega bezkarnemu i bezmyślnemu zniszczeniu i spustoszeniu przez zdziczałe bandy czerwonych partyzantów, pijanych od krwi i wódki.
Prawdziwa cywilizacja, mądra i humanitarna, powinna tam zawitać i uczynić z tych lasów, gór i jezior, z rzek i z morza, wielką kuźnię szczęścia społeczeństwa i ludzkości, aby nie przepadła darmo łaska Twórcy, który, podług podania, rzucił na ziemię Usuryjską pełną garścią wszystko, co posiadają inne kraje, narody, a nawet kontynenty.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.