W kraju piratów i szeików

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W kraju piratów i szeików
Podtytuł (z Algerji)
Pochodzenie Afryka
Data wydania 1934
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Druk. Br. Swięcki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
W KRAJU PIRATÓW i SZEIKÓW.
(Z ALGERJI).

Czarne, ciężkie chmury gromadziły się nad Algierem. Od czasu do czasu zaczynał kropić deszcz, lecz ustawał po chwili. Od strony morza dochodził ryk i plusk bałwanów morskich, bijących w kamienne molo i piennemi strugami przelewających się przez mur. Silny, porywczy wiatr dął od gór Kabylskich, gdzie na najwyższych szczytach tam i sam majaczyły jeszcze białe płachty śniegu.
O tej późnej godzinie nocnej cisza panowała w ruchliwem mieście, nazywanem „Paryżem Afryki“. Tramwaje nie pędziły już wzdłuż szerokich ulic; zrzadka tylko przemykał się prywatny samochód. Chodniki puste były, a spadające liście kasztanów i magnolji mknęły z szelestem po kamiennych płytach, smagane wiatrem.
Na rogach ulic widniały skulone postacie francuskich policjantów, otulonych w ciepłe, granatowe peleryny.
Od strony zatoki dobiegał przeraźliwy ryk spóźnionego parowca, dobijającego do brzegu po długiej i ciężkiej walce ze wzburzonem morzem.
Na granitowe wybrzeże, niedaleko od białych murów meczetu Mustafy wyszedł Arab. Wysoki, zgrabny jak topola, szedł śmiałym, pewnym krokiem, chociaż porywczy wiatr szarpał go za poły burnusu i usiłował zerwać mu z głowy biały turban, opasany czerwonym sznurem.
Arab przeciął plac Republiki i zanurzył się w labiryncie wąskich, ledwie oświetlonych zaułków. Szedł szybko, chociaż nierówny, pełen dziur i wybojów chodnik piął się na zbocza wzgórza. Z poza nieszczelnie zamkniętych drzwi i okiennic padały pasma światła i dobiegały odgłosy fujarki i bębenka, ponure, groźne śpiewy lub głośny i chrapliwy śmiech.
Wreszcie doszedł do serca miasta. Dzielnica ta, zamieszkała przez Arabów, nosi nazwę „kazby“ czyli twierdzy, bo istotnie na szczycie niewysokiej góry, zabudowanej dużemi i małemi domami, wznosiły się porzucone obecnie bastjony i obszarpane mury groźnej niegdyś fortecy tureckiej. Świadczyła ona o krwawych rządach wojewodów sułtana, które się skończyły z przybyciem Francuzów, zdobywających Algerję od morza Śródziemnego aż do Sahary.
W chwili, gdy Arab wkroczył do kazby, na gmachu magistrackim zegar wydzwonił północ, a jednocześnie na szczycie cienkiego minareciku zjawił się muezzin i jękliwym, drgającym głosem jął wykrzykiwać:
La Illa Illach Allach u Mahomet — Rassul Allach Akbar!
Arab podniósł głowę i mruknął do siebie:
— Spóźniłem się... Stary Jusuf śpi już dawno...
Zapuścił się w ciemną, wąską uliczkę. Biegła wgórę, załamując się co chwila i znikając za potężnemi rogami ślepych, grubych murów. Arab szedł szybko wyślizganemi, krzywemi stopniami uliczki. Kamienie, zlane różnemi nieczystościami i zaśmiecone papierami, skórkami pomarańcz i łuską orzechów, śliskie były, lecz przyzwyczajony do takich uliczek Arab szedł pewnym, zamaszystym krokiem.
W rynsztokach szemrała płynąca woda, dźwięcznie pluskała mała fontanna na skrzyżowaniu dwu uliczek; śmigały szczury, a łaciaste, biało-rude koty skradały się ku nim.
W murach czaiły się nędzne legowiska ludzkie, do czarnych jaskiń podobne. Gnieździła się tam biedota miejska: tragarze, ładujący okręty, żebracy, drobni rzemieślnicy, wieśniacy, przybywający z dalekich osad i szukający taniego noclegu w mieście.
Z tych nor, ukrytych w głębi murów, buchały czerwone błyski płonącego ogniska i kłęby dymu; rozpływały się w powietrzu zapachy topionego łoju baraniego, cebuli, czosnku, suszonych ryb i warzonego mięsiwa. Jakieś skulone postacie siedziały na słomianych matach i przy niskich stolikach grały w karty i warcaby, jadły i paliły fajki o długich cybuchach lub nargile“. Kobiety w brudnych, niegdyś białych burnusach krzątały się koło ogniska, przygotowując strawę. Twarze miały zasłonięte płachtami, bo zwyczaj muzułmański nie pozwala kobietom pokazywać swego oblicza obcym mężczyznom. Zaduch, gorąco i brud panowały w tych barłogach ludzkich, lecz nie przeszkadzało to, że tu i tam rozlegała się muzyka, śpiew i miarowy tupot tańczących nóg. W innym znów zakamarku, szczelnie zatłoczonym Arabami, w milczeniu słuchano jakiegoś starca, śpiewnym głosem opowiadającego o dawnych dziejach, o sławnych kalifach, wspaniałych sułtanach i groźnych piratach, którzy porywali łupy i jeńców, zapuszczając się na swych galerach aż do brzegów Hiszpanji, Francji i Anglji.
Tu na kazbie, otoczonej zewsząd francuskiemi gmachami, wojskiem i policją, ludzie Algerji żyli zwykłem życiem, — takiem, do jakiego przywykli w swoich wsiach — bledach lub przenoszonych z miejsca na miejsce koczowiskach — duarach.
Skręciwszy w wąziutką, do szczeliny podobną uliczkę, nad którą wystające balkoniki przeciwległych domów niemal stykały się ze sobą, tworząc sklepienie, Arab odnalazł w murze żelazną furtkę i zapukał w nią kołatką. Ku wielkiemu zdumieniu spóźnionego gościa stary, dziobaty Arab po krótkiej chwili oczekiwania uchylił przed nim drzwi i wpuścił go do wnętrza.
Był to zwykły na kazbie dom bogatego człowieka. Wchodziło się tu na obszerne podwórze, otoczone strzelistemi topolami, ozdobione trawnikiem z bijącą pośrodku fontanną. Podwórze to kryło się wśród potwornie grubych i wysokich murów, w których głębi mieściły się pokoje mieszkalne, pełne drogich kobierców, wygodnych sof wschodnich, bronzowych świeczników i zwisających z sufitu latarni z różnokolorowych szkieł.
— Mój pan — sidi Jusuf ben Ghazi el Akid oczekuje ciebie, sidi! — oznajmił sługa, prowadząc gościa i świecąc mu latarką.
Weszli do dużej izby, gdzie przed okrągłym stolikiem siedział sędziwy starzec w ciemnym zawoju i z ciekawością przez duże okulary przyglądał się wchodzącemu gościowi.
Salam alejkum! — rzekł gość, dotykając dłonią swych piersi, warg i czoła. — Wybacz mi, sidi Jusuf, że wpadam tak późno! Mam jednak pilny interes i niezmiernie ważny!
Alejkum salam! — odparł starzec, kiwając głową. — Rad jestem widzieć cię u siebie, sidi Abdallah ben Ihudi! Siadaj, proszę!
Skinąwszy na sługę, kazał mu przynieść kawy i owoców, a gdy ospowaty Arab zniknął za kotarą, szybko pochylił się do Abdallaha i szepnął:
— Wiem już o wszystkiem! Dostałem wczoraj pismo z oazy Gardaja od przyjaciół. Mówi co mam robić?
Urwał, bo wszedł sługa, niosąc w jednej ręce tacę z drobniutkiemi filiżankami i mosiężnem naczynkiem, pełnem dymiącej, aromatycznej kawy, w drugiej — kosz z winogronami, pomarańczami i granatami.
Gdy sługa, cicho stąpając, opuścił izbę, Abdallah szeptem jął opowiadać:
— Na południu zjawił się jakiś człowiek z Timbuktu i twierdzi, że jest prorokiem, posłanym przez Allaha, aby wypędzić z Algerji białych ludzi...
— Zapewne znowu jakiś fałszywy prorok i awanturnik? — przerwał mu Jusuf, krzywiąc wargi.
— Zapewne! — wzruszył ramionami gość. — Ale nic mnie to nie obchodzi, bylebym mógł na nim zarobić! Takie ciężkie teraz nastały czasy, sidi! Ten prorok ma pieniądze od Niemców i płaci hojnie. Musisz wypłynąć jutro w nocy, trzymając się zachodniego brzegu, a ujrzysz statek z jedną tylko zieloną latarnią. Przyjmiesz od jego załogi sto skrzyń z bronią i trzydzieści z nabojami, odstawisz ładunek na przylądek Dżinet, gdzie karawana moja będzie czekała na ciebie. Oto masz pieniądze...
Stary Arab drapieżnym ruchem porwał podaną mu paczkę banknotów, długo i starannie liczył je chciwemi, drżącemi palcami.
— W porządku! — zamruczał wreszcie. — O tej właśnie sumie pisali mi przyjaciele... Moja dwumasztowa krypa na czas stawi się pod skałą przylądku, sidi Abdallah!
Nie mówili już więcej o tej sprawie, głośno wysysając soczyste grona winne i popijając kawę. Nagle Jusuf podniósł głowę i, przymrużywszy oko, spytał:
— Na Allaha! Ty, szeik szczepu Rasamija, podejmujesz się takiej niebezpiecznej roboty, jak przemycanie broni?
Gość podniósł ramiona i, westchnąwszy, odpowiedział natychmiast:
— Powiadasz — szeik? Byłem nim przed dziesięciu laty, a teraz jestem biedakiem!
— Co się stało? — ze współczuciem w głosie zadał pytanie starzec.
— Stało się to, co wszystkich nas oczekuje! — mruknął Abdallah. — Moi ludzie poszli za radą Francuzów, nauczyli się uprawiać rolę, kopać studnie i handlować zbożem! Porzucili oni dawne życie koczowników i mnie — swego wodza! Teraz pobudowali sobie chałupy i pracują w polu. Wzbogacili się wszyscy. Mają obfite urodzaje pszenicy, jęczmienia i prosa. Zbierają wino i sprzedają Francuzom. Sadzą palmy daktylowe i zakładają ogrody drzew oliwnych. Zyski mają wspaniałe i nie chcą znać mnie — swego szeika, bo już nie jestem im potrzebny!
— Dlaczegóż nie pójdziesz za ich przykładem? — spytał Jusuf.
— Dlaczego? — powtórzył Abdallah. — Jestem wojownikiem i kocham wolność...
Stary Arab milczał, ciągnąc dym z długiej fajki.
— Teraz ja zapytam ciebie, czcigodny sidi — przerwał milczenie gość — dlaczego ty, jeden z najbogatszych ludzi w Algierze, posiadający pałac, biuro transportowe na głównej ulicy, szacunek wśród Francuzów i kilkanaście okrętów, dlaczego ty przyjmujesz zlecenia na przeładowanie z niemieckiego parowca zakazanej broni dla powstańców?
Jusuf spokojnie odłożył fajkę, zdjął okulary i, mrużąc oczy, bacznie przyglądał się gościowi.
Po chwili zaczął pukać palcami w blat stolika i mówić głębokim, rozmarzonym głosem:
— Spójrz na te mury mego domu, sidi! Wszak to twierdza! Pięćdziesięciu uzbrojonych ludzi w tych wąskich uliczkach bronić jej może przez dwa miesiące. Czy dobrze mówię? No — widzisz! A czy wiesz, że w tych murach żył mój daleki pradziad, który rządził całą prowincją w Hiszpanji, gdy ją opanowali Maurowie; inny mój przodek bił się na morzu z Anglikami, Francuzami, Włochami i Grekami; inny znów był tak potężnym dowódcą własnej floty, że nie uznawał nawet namiestnika sułtana tureckiego i do oczu mu skakał... Cały ród Ghazi el Akidów — od dziada, pradziada był, jest i będzie rodem piratów, tygrysów morza! Dlatego to każda niebezpieczna wyprawa pociąga mnie i zagrzewa starą, stygnącą już krew! Tu na kazbie my wszyscy tacy — gniazdo to pirackie! Rozumiesz?
— Rozumiem! — odpowiedział Abdallah i, powstawszy, żegnał starca, całując go w ramię i szepcąc zwykłe życzenia powodzenia dla gospodarza, jego domu i rodziny.


∗                              ∗

W pięć dni później karawana złożona z pięćdziesięciu wielbłądów i sześciu ludzi, sunęła szybko ku południowi. Przewodnik jej, jadący na czele, dziwną wybierał drogę, prowadząc karawanę tak zwanym „czarnym szlakiem”, którym niegdyś przybywali do Algerji kupcy z poza Nigru, a teraz oddawna nie uczęszczanym.
Szlak ten przecinał malowniczy, górzysty kraj Kabylji, gdzie wioski, niby gniazda orle, wieńczyły szczyty gór, porosłych cedrami; w głębokich dolinach widniały ogrodzone niewysokiemi murami kwadraty winnic, gaje oliwne i figowe, gdzie pracował dorodny, poważny lud, przechowujący stare obyczaje rzymskich wojowników, broniących niegdyś tej kolonji wielkiego cesarstwa. Przekroczywszy dwa razy linję kolejową, karawana dotarła wreszcie do dziwnego miasta bez mieszkańców.
Nazywało się ono Timgad, wybudowane wśród gór, południowemi uskokami swemi ginących na pustyni Sahara. W pierwszem stuleciu po Narodzeniu Chrystusa, rzymski cesarz Trajan rozkazał swemu trzeciemu legjonowi założyć to miasto na południowym krańcu skwarnej afrykańskiej kolonji. Barbarzyńskie szczepy koczowników podziwiały wspaniałe gmachy, powstające na pustynnej równinie, otoczonej wieńcem gór. Szeroka droga, wykładana płytami białego kamienia, ozdobiona kolumnami, prowadziła na forum, główny plac, gdzie wznosiły się świątynie i pałace starszyzny rzymskiej; inne ulice biegły ku amfiteatrowi, świątyniom różnych bóstw, do łaźni publicznych, na rynek, w stronę łuku Trajana i do Kapitolu z posągiem boga Jowisza. Widocznie szczęśliwe i beztroskie pędzili w Timgadzie życie rzymscy legjoniści, bo na forum pozostał wyryty w kamieniu napis: Polować, kąpać się, grać i śmiać się — to znaczy żyć“!
Przewodnik, który prowadził karawanę, ujrzawszy ruiny rzymskiego miasta, poczuł niepokój i troskę.
Wiedział, że należy dać wypoczynek zwierzętom i ludziom. Szli już dwa tygodnie, zatrzymując się na parę godzin zaledwie, zmuszeni kryć się w wąwozach lub pod stromym brzegiem wyschłych rzeczek algierskich. Przechodzili właśnie środkową część kraju, tak zwany — Tell. Przed trzydziestu laty rozparł się tu step, gdzie koczowali Berberowie i Arabowie ze swemi stadami. Teraz wszystko się tam zmieniło. Francuzi nawodnili Tell, wykopawszy studnie i ustawiwszy pompy, nauczyli ludność uprawy roli i walki ze szkodnikami. Znikły namioty koczowników, a na ich miejscu powstały wioski i duże osady, leżące wśród zielonych, urodzajnych pól i sadów. Przywykli do wolności i lenistwa tubylcy stali się rolnikami i, wzbogaciwszy się, zapomnieli wkrótce o karabinie i szabli, których nie chciały się imać spracowane przy pługu dłonie. Młodzi Algierczycy, ukończywszy szkoły francuskie, nie pamiętali już starych pieśni wojowników, marząc nie o krwawych najazdach i wojnach, lecz o wiedzy, która zapewniłaby im stanowisko wśród innych narodów, dobrobyt i wolność.
Wieśniacy z Tellu nie lubią awanturniczych rodaków, wszczynających bunty i zamieszki w kraju, podejrzliwem okiem patrząc na tajemnicze karawany, dążące na południe. Wiedzą oni, że tam, wśród dzikich i ciemnych koczowniczych szczepów, różni fałszywi prorocy i samozwańczy wodzowie knują coś, narażając na niebezpieczeństwo łatwowiernych a bitnych prostaków.
Abdallah nie czuł się bezpiecznie na Tellu, więc parł, ile tchu wielbłądom starczyło, przez ten spokojny, lubiący ład i sprawiedliwość kraj. Postanowił wypocząć wśród ruin starego, rzymskiego grodu. Obawiał się jednak, że kilku Francuzów, pracujących zwykle nad wykopaliskami Timgadu, już przybyło na roboty. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy wysłany na zwiady poganiacz doniósł mu, że znalazł w mieście jednego tylko stróża.
Abdallah wiedział, że człowiek ten, otrzymawszy od niego pięćdziesiąt franków, będzie milczał, jak ryba, więc śmiało już skierował swych ludzi ku ruinom.
Wypocząwszy i popasłszy zwierzęta, ruszył dalej. Prowadził wielbłądy nie zwykłą jednak drogą — na Biskrę, skąd kolej biegła aż do Tugurtu; skierował karawanę przez góry Oresu, do drobnej oazy Negriny, skąd pozostawał tylko jeden dzień marszu do słonego jeziora Gharsa. Ktoś miał spotkać go tam, zapłacić za dostawę i zabrać skrzynie z przemyconą bronią niemiecką. Ciężkie to było przejście przez góry, najeżone kilkoma wysokiemi na dwa i więcej tysięcy metrów szczytami Czelia i Kaf Mahmel! Idące równolegle łańcuchy Oresu przypominały fałdy zwiniętej tkaniny. Na stromych zboczach gór i na ich szczytach, niedostępnych dla wroga, widniały wioski, a nad niemi — na najwyższych skałach zbudowane przez górali szczepu Czauja wznosiły się tak zwane Gelaa. Były to śpichrze, pełne zapasowego zboża na wypadek nieurodzaju lub wojny, lecz budowle te o grubych murach i potężnych basztach obronnych mogły wytrzymać długie nawet oblężenie.
W głębokich dolinach, z biegnącemi na ich dnie potokami, górale uprawiali jęczmień, proso i boby, na lesistych zaś uskokach gór paśli stada owiec i kóz. Niedawno jeszcze Czauja nie chcieli uznać władzy Francuzów i stoczyli kilka rozpaczliwych bitew z wojskami generałów Solomona i Bedau, lecz z biegiem czasu pogodzili się ze swym losem, a cisza i spokój zapanowały w wąwozach surowego Oresu. Abdallah nie mógł popasać tu długo i prowadził karawanę bocznemi drogami, unikając ludniejszych osad, gdzie mieściły się biura urzędników francuskich, a nieraz nawet — patrole wojskowe.
Wyszedłszy na równinę, westchnął z ulgą. Przed oczami jego biegła i ginęła woddali pustynia; tam i sam połyskiwały wysychające szotty“ — słone jeziora, otoczone rozległemi bagnami.
Na ósmy dzień ujrzał na widnokręgu pierzaste czuby palm.
Karawana zbliżała się do małej oazy Negriny. Zaledwie dziesięć tysięcy palm daktylowych żywiło kilkanaście rodzin Berberów. Trudnili się oni przewożeniem daktyli z sąsiednich oaz do Biskry, skąd hurtownicy ładowali je do wagonów i wysyłali do portów Algieru lub Philippeville. Mieszkańcy Negriny odznaczali się odwagą, przebiegłością i chciwością. Za dobrą zapłatę mogli się podjąć każdej roboty. Napadali na karawany, robili wyprawy na małe osady, urządzali zasadzki na przewożoną pocztę i samotnych podróżnych.
To też, gdy tylko spostrzegli zbliżające się wielbłądy Abdallaha, otoczyli karawanę z groźnemi okrzykami, potrząsając długiemi arabskiemi karabinami i chwytając się za głownie noży. Abdallah przeraził się nawet, nie spodziewając się takiego przyjęcia, lecz jeden z Berberów podszedł do niego i szepnął:
— Bierz pieniądze za przyprowadzenie karawany, milcz i uciekaj! Twoi ludzie będą myśleli, żeś został napadnięty i ograbiony... My dostarczymy skrzynie na południe... prorokowi... Alejkum salam, bracie!
Abdallah, zacisnąwszy w ręku sporą paczkę banknotów, uderzył wielbłąda piętami i szybko odjechał.
Odnalazłszy wydeptaną przez stada, wyraźnie widoczną na piargach ścieżkę, jechał szybko, aby jak najprędzej dotrzeć do rozbiegających się w różne strony wąwozów Sidi Salah. Miał zamiar zaczaić się tam i bacznie rozejrzeć po okolicy. Chciał przekonać się, co uczynią mieszkańcy Negriny z ładunkiem karawany i poganiaczami. Ukrywszy wielbłąda w wąwozie z rosnącemi po jego zboczach nędznemi krzaczkami tamarysków, wdrapał się na niewysoki pagórek i, położywszy się na nim, oglądał żółtą, falistą równinę, usianą odłamkami skał.
Wkrótce spostrzegł swoich poganiaczy, pędzących idące luzem wielbłądy.
Widocznie Arabowie nie doznali żadnej krzywdy, gdyż do uszu szeika dobiegły odgłosy ich śpiewu i wesołych okrzyków. W godzinę później od strony oazy wynurzył się długi sznur ładowanych wielbłądów, na chwilę zamajaczył na niewysokiem wzniesieniu pustyni i zniknął za horyzontem.
— Aha! — pomyślał Abdallah. — Berberowie ruszyli ze skrzyniami na południe.
Uspokoił się, przeliczył banknoty i, wyprowadziwszy swego garbatego wierzchowca, już bez obawy ruszył ku widniejącym woddali minaretom osady Sidi-Okba. Przejechał przez tę małą oazę, zatłoczoną handlującym ludem i pielgrzymami, odwiedzającymi grobowiec wielkiego wodza, który podbił niegdyś Afrykę i zatwierdził w niej panowanie potomków Proroka Mahometa.
Muezzin wszedł właśnie na balkonik minaretu i nawoływał do modlitwy, bo słońce już zapadać zaczynało za zębatemi grzebieniami gór Ziban. Abdallah kazał wielbłądowi uklęknąć i, zeszedłszy na ziemię, z małego naczyńka polał sobie wodę na ręce i stopy. Rozścieliwszy mały kobierzec, stanął na nim, zwrócony twarzą ku słońcu, z rękami złożonemi do modlitwy. Arab powtarzał za sługą kościelnym imiona Allaha, wyciągał ramiona ku niebu, klękał i głową dotykał ziemi.
— Allahu — Ojcze, Allahu — Sędzio! Allahu — Królu Królów, Allahu... — mruczał, kiwając się z przymkniętemi oczyma.
Po modlitwie ruszył dalej. Już zmrok zapadał na dobre, gdy dojechał do brodu płytkiej rzeki. Na przeciwległym jej brzegu stała czarna ściana palm, a oświetlone okna domów pociągały ku sobie zdrożonego człowieka.
— Oaza Biskra! — westchnął z ulgą Arab i przebrnął rzekę.
Dobiegł go gwar dużej osady, prawie miasta, jakiem można nazwać tę oazę, porykiwanie samochodów i dźwięki orkiestry wojskowej.
Abdallah miał tu licznych znajomych. Skierował więc wielbłąda ulicą, przechodzącą obok pięknie urządzonego parku Landona, gdzie zgromadzono wszystkie gatunki drzew, rosnących w Afryce, i wyjechał na szosę. Minąwszy malowniczy hotel „Transatlantik”, popędził ku jednej z ośmiu wiosek, stanowiących „starą Biskrę”, położoną tuż obok francuskiego miasteczka, tłumnie odwiedzanego przez turystów z Europy i Ameryki.
Dojechawszy do wioski Bab-Fatah, odnalazł zagrodę zaprzyjaźnionego Araba, właściciela czterdziestu tysięcy palm daktylowych i zapukał do bramy glinianego muru.
Na spotkanie mu wyszedł sam gospodarz. Zaczęli się ściskać, powtarzając uświęcone obyczajem pozdrowienia w imię Allaha.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.