W dolinie łez/Towarzystwo Oświaty Narodowej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł W dolinie łez
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1920
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Towarzystwo Oświaty Narodowej.

T. O. N.

Lecz zaklinam — niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec,
A kiedy trzeba — na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie, przez Boga rzucane na szaniec.
J. Słowacki.

Najsroższym prześladowcą oświaty w Królestwie był dyrektor okręgu naukowego w Warszawie Apuchtin (1879 — 1897). W szkole elementarnej od pierwszego roku wprowadził naukę rosyjskiego i wykłady w języku rosyjskim, — polski był prawie usunięty. W szkołach średnich nietylko obowiązywała nauka wszystkich przedmiotów po rosyjsku, lecz zabroniono uczniom rozmawiać po polsku, za posłyszany polski wyraz wydalano. W niedziele i święta usiłowano zmusić młodzież polską szkół rządowych, aby na nabożeństwie bywała w cerkwi prawosławnej. W wypisach i kajetach do języka polskiego tytuły ćwiczeń musiały być wpisane po rosyjsku.
Pilnowano nietylko uczniów, ale i nauczycieli. Zgraja szpiegów pod nazwą inspektorów wpadała do szkoły nagle, rzucała się do klas, przetrząsała kasetki i tornistry uczniów, zadawała podstępne pytania, czy nie wyśledzi jakiej książki polskiej, polskiego wykładu, podpisu w kajecie; gorliwi ci opiekunowie podsłuchiwali pode drzwiami, rewidowali dzieci na ulicy.
Do takiej szkoły rząd potrzebował wiernych sobie nauczycieli, a nie miał dosyć pewnych, choć usuwał każdego Polaka za lada podejrzeniem, że nie spełnia jego rozkazów sumiennie. Najważniejszym jednakże posterunkiem była zawsze szkoła ludowa, a więc i nauczyciele ludowi.
Tylko ciemny chłop będzie słuchał pokornie strażnika i wierzył jego bajdom. Lud uświadomiony, oświecony — to największe niebezpieczeństwo. Dlatego też nauczycieli ludowych hodowano w osobnych seminarjach pod najściślejszym dozorem. Powinni byli wychodzić stąd głupcy, nie znający przeszłości własnego narodu ani jego poezji i arcydzieł, oddani całą duszą rządowi rosyjskiemu, wierzący w jego potęgę i mądrość.
Apuchtin dostał publicznie policzek od studenta uniwersytetu Żukowicza, zrobiła się okropna awantura. Kilkuset studentów stanęło przed uniwersytetem, wołając: — Precz z Apuchtinem! — Młodzież rzemieślnicza spieszy im na pomoc. Wezwano wojsko: aresztowania, śledztwo, paruset wydalono.
Ale Apuchtinowi przysłał cesarz order, więc rana się zgoiła, i dalej pełnił obowiązki.
Czyż więc nie było rzeczą najpilniejszą zająć się oświatą narodową? szerzeniem prawdziwego światła i zwalczaniem kłamstw i fałszów, jakie znajdowała młodzież w moskiewskich podręcznikach i jakie wykładali wierni słudzy carscy, niesłusznie zwani nauczycielami?
W tym celu zawiązuje Liga Towarzystwo Oświaty Narodowej, T. O. N. Musi ono nad całym krajem roztoczyć opiekę, trafić do każdej wioski, każdej szkoły, wszędzie znaleźć pomocników, uczyć, dostarczać książek do czytania, tworzyć kółka młodzieży, pobudzać do pracy nad sobą.
Jakże to wszystko zrobić?
Do większego mieszkania w godzinach wieczornych schodzi się garstka ludzi, 20 do 30 osób. To Zarząd T. O. N. Każdy z tych ludzi ma powierzoną sobie cząstkę kraju. Musi wiedzieć, co się tam dzieje, pomagać tym, którzy pracują na miejscu, dostarczać książek, pieniędzy, opieki.
Rozkładają na stole dużą mapę, a ten i ów mapkę swojej okolicy. Każdy mówi, co zrobił, i oznacza na mapie miejsce, gdzie jest nauczanie, szkoła, bibljoteczka.
We wsi, gdzie niema szkoły, dwór musi się zająć nauką. Ktoś ze dworu. Jest to trudne i niebezpieczne, bo strażnik czuwa i szpieguje, a kara wielka. Ale trzeba. Czasem można rzecz ukryć przy pomocy ludu, który nauki pragnie; czasem da się strażnik przekupić i milczy; czasem pan ma stosunki z samym naczelnikiem, i strażnik go się boi. Tak czy inaczej — większość dworów uczy.
A gdzie jest szkoła, trzeba poznać się z nauczycielem. Ośmielić go, zbudzić w nim duszę, polskie serce. Mało między nimi złych ludzi, najczęściej tylko ciemni, w moskiewskiej szkole wychowani, nic nie wiedzą, nie rozumieją.
Trzeba z takim pomówić, dać mu trochę książek, jakich dotąd nie czytał, w jakieś święta sprowadzić na zjazd do Warszawy.
Tu po raz pierwszy w życiu znajdzie się wśród ludzi rozumnych i kochających ojczyznę. Usłyszy rzeczy, o których nie wiedział. Przestanie wierzyć, że Rosja jest wszechmocna. Uwierzy zato w zmartwychwstanie Polski i zapragnie walczyć o tę lepszą przyszłość dla swoich własnych dzieci.
Bardzo szybko szła praca z nauczycielem ludowym. Zmieniali się do gruntu, ale musieli zachować pozory, żeby nie stracić miejsca. Miejsce to posterunek, a on jest żołnierzem, niewolno porzucić placówki.
To też on nie wprowadza języka polskiego, ale lud się tego domaga. Dzieci czytają książki poza szkołą, zadają pytania, więc musi odpowiadać i objaśniać.
Przykre są takie drogi, ale w walce niema wyboru. Wobec chytrego wroga nie można być szczerym.
W miastach, w Warszawie kwitnie tajne nauczanie. To odrębna organizacja. Na czele stoi kilka dzielnych kobiet i świetnie sobie radzą.
W ubogiej izbie, nieraz w suterenie, kilkoro dzieci przy składanym stole, nauczycielka. Lekcja idzie z zapałem, w oczach dzieci radość i żywe zajęcie, piszą, liczą, czytają, deklamują, opowiadają zdarzenia z historji, pytają, rozprawiają.
Nagle ktoś drzwi otwiera — na progu stójkowy. Sam tylko. Wypatrzył, przyszedł sprawdzić.
Dzieci pobladły, nauczycielka milczy.
— Tajna szkoła?
Nikt mu nie odpowiada.
Wtem dzieci klękają, zaczynają głośno odmawiać modlitwę: Pod Twoją obronę, Święta Boża Rodzicielko...
Stójkowy zdejmuje czapkę, chwilę stoi, potem cofa się cicho i drzwi za sobą zamyka.
Jutro przyjmie rubla, a może trzy ruble!
W taki sposób uczy się przeszło tysiąc dzieci w Warszawie. Płacą po złotówce miesięcznie, czasem i tego nie mogą. Nauczycielki płatne, bo to nie wielkie panie, — pracownice; mieszkania także płatne, bo u ludzi biednych, tam najbezpieczniej. Czasem trzeba opłacać stróża, stójkowego, żeby nic nie widzieli. Skądże na to wszystko pieniądze?
Składki, a resztę daje jakiś koncert czy zabawa publiczna, pod pozorem dobroczynności urządzona. Zaczęła się ta praca jeszcze wcześniej, potem z T. O. N. się złączyła.

Na wielkiej mapie w lokalu Zarządu oznaczają się też miejscowości, gdzie umieszczono małe bibljoteczki. Są w fabrykach, przy szkołach, po wsiach u gospodarzy, zawsze niby własność jednej osoby: gospodarza, nauczyciela, robotnika, księdza. Bywają i we dworze. Czytelnicy zmieniają książki raz na tydzień. Są one cenzurowane, lecz głównie historyczne i bardzo starannie wybrane: każda jest zajmująca, a mówi coś dobrego i pięknego.
To też gdzie umieszczono bibljoteczkę, stamtąd zwykle płyną pieniądze. Czytelnicy nabrali ochoty do czytania i własnym kosztem sprowadzają sobie nowe książki.
Najodważniejsi mają osobno schowane książki niecenzurowane. Te nie każdemu dać można, ale jak się podobają!
W wielu miejscowościach lud sam przewozi sobie przez granicę zabronione broszurki i pisma, zwłaszcza „Polaka“, który wychodzi w Krakowie i bardzo jest pożądany i czytany.

Ogromnie ważna praca to seminarja nauczycieli ludowych.
Było ich pięć w Królestwie. Języka polskiego nie uczono w nich wcale, historję, geografję fałszowano, trochę matematyki i przyrody stanowiło całą naukę. Ale zato seminarzysta musiał znać historję Rosji, dowiadywał się o jej bogactwach, potędze, wielkiem znaczeniu w świecie, bo to wszystko miał potem przelać w swoich uczniów.
Do seminarjum w święto przyjeżdża jakiś młody człowiek, dowiaduje się o warunki, bo chce umieścić brata; poznaje się z uczniami, razem wychodzą na przechadzkę, gdyż musi czekać na pociąg. W rozmowie rzuca kilka słów zachęty i zawsze znajdzie takich, którym trafi do przekonania.
Zawiązuje się tajne kółko — młodzież tak lubi wszelkie tajemnice! Nieznajomy przyrzeka im pomagać, dostarczać książek. Oni będą uczyli się po polsku, historji, literatury, będą mu przysyłali do poprawy ćwiczenia, a potem, kiedyś tam, odwiedzą go może w Warszawie.
Takim sposobem w każdem seminarjum tworzy się organizacja tajna, z wybranych i najlepszych uczniów. Na Boże Narodzenie wysyłają kilku na zjazd do Warszawy. Tutaj mają wykłady, wycieczki, zebrania, bilety do teatru; tu przed nimi otwiera się świat inny, zabroniony, a piękny, drogi, do którego ich młode serca rwą się odtąd stale.
Innym razem zjeżdżają na egzamin z polskiego, literatury i historji. W lecie mają wycieczki z dobrym przewodnikiem, nieraz aż do Krakowa.
To też w murach szkolnych myślą o Warszawie, przypomina im się, kiedy nauczyciel opowiada o Rosji lub prawi kłamstwa historyczne, na których się teraz poznają; zawsze żegnają ją z żalem.
Piękny, obszerny salon, kilkadziesiąt osób, 20 do 30 seminarzystów. Tutaj po każdym zjeździe spędzają wieczór ostatni.
Już po wszystkich odczytach, nauka skończona, dziś wieczór przyjemności, zebranie towarzyskie.
Ktoś odczytał pięknie jakiś ustęp z Mickiewicza, Słowackiego lub Krasińskiego, potem rozmawiano o nim, wogóle o poetach, pięknych dziełach. Ktoś deklamuje.
Po kolacji znowu rozmowa o tem wszystkiem, co ich zajmuje, czasem o wypadkach w kraju, jeśli stało się coś ważniejszego.
Pan domu, muzyk utalentowany, siada do fortepianu. Melodje polskie. Trochę chóralnego śpiewu i — rozejść się trzeba, zanim zamkną bramy, a tu właśnie w chłopcach największy animusz, gadaliby do rana. Któryś zaczyna znowu deklamować:

„Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasylowy!“


I wszyscy czują, że bez szabli i bagnetu ściągają koronę z krwawej głowy cara. Są dumni z siebie, ze swojej przyszłej pracy.
Na pożegnanie kilka słów serdecznych. Wzburzone serca uspokajać trzeba, zalecać pracę spokojną, wytrwałą, bo taka nasza droga, która prowadzi do celu.
Trwało to lat kilkanaście, aż do wielkiej wojny, i rząd się nie domyślał, co się dzieje w seminarjach, jaki zawód go czeka ze strony tych nauczycieli, których sam wychowywał, na których tak liczył!
Tak więc naród znowu żył tem samem życiem, co przed rokiem 30-ym i 63-im, Berg, Hurko i Apuchtin nic nie dokazali, nie zniszczyli polskości, która odradzała się teraz potężniej, bo ogarniała wszystkie stany, cały naród, łączyła wszystkie dzielnice, zabory, i coraz mocniej czuła swoją nieśmiertelność.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.