W Sudanie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Alice Télot
Tytuł W Sudanie
Data wydania 1888
Wydawnictwo Drukarnia S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Teresa Prażmowska
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

DODATEK DO NUMERU 1219 „KŁOSÓW.”





W SUDANIE.


NOWELLA

przez

JAKÓBA FRÉHEL.



Przekład T. P.






WARSZAWA.
W DRUKARNI S. LEWENTALA.
Nowy Świat Nr. 1258a (nowy 41)


1888.




Дозволено Цензурою.

Варшава, 21 Октября 1888 года.




Szczep winny i krzak róży bengalskiéj pną się po ścianach starego szarego domku, którego nieregularna budowa wznosi się na końcu głównéj ulicy w portowém miasteczku bretońskiém.
Stary ten domek szary, którego kruszące się mury czas ostrych kantów pozbawił, ma na sobie cechę smutku i bolesnego jakiegoś niepokoju, któréj nawet festony winogradu i kwiatem okryte różanych gałęzi pędy zakryć nie mogą.
Z domami to samo bywa, co z ludźmi: jedne z nich wesołą, drugie posępną mają fizyognomią. Nadaje im ją czas, pod którego działaniem stają się uśmiechniętemi, lub łzawemi, dyskretnemi, lub roztrzepanemi. Ci, co je zamieszkują, udzielają im także coś z humoru swego, usposobienia, zapachu; a nic namiętniéj rozciekawić nie jest zdolne nad zgłębienie syntezy tych zagadek, na kamiennéj powierzchni wyrytych.
Po nad oknami, które przesłania firanka, przybita jest wielka, na biało pomalowana, deska, za szyld służąca; na niéj niebieskiemi literami: Telegraf i Poczta. Z za szyb widać rządowe jakieś pisaniny, przylepione do nich różnokolorowemi opłatkami. Na pożółkłym papierze, strzeżonym od wszelkiego rodzaju uszkodzeń drucianą siatką, do drewnianéj ramy przytwierdzoną, stoją wypisane najrozmaitszego rodzaju „ostrzeżenia,” niezmiernie liczne, bardzo rozwlekłe, a przez nikogo nigdy nieczytane.
Wstępuje się na trzy stare schodki, powyżłobiane i wypolerowane tarciem nóg; tak powyżłobiane, że woda deszczowa zbiera się na nich w żółte jeziorka; tak wypolerowane, że wszelkie chropowatości kamienia znikły już z nich bez śladu, a pierwotną matowość, kamiennym powierzchniom właściwą, zastąpiła gładkość odbijającéj słońce metalowéj blachy. Wstąpiwszy tedy na te schodki, wchodzi się do pokoju, którego ściany, wapnem bielone, jaskrawą rażą białością.
W przepierzeniu, dzielącém biuro od poczekalni interesantów, otwiera się okienko tak ciasne, że głowę wsadzić-by w nie trudno.
Zjęła mnie na ten widok nagła ciekawość przyjrzenia się nieszczęsnemu urzędnikowi, przykutemu do téj głuchéj wiosczyny i widującemu ludzi tylko przez taki marny otwór, dobry jedynie dla kotów, chcących wędrować po dachu.
Okienko uchyla się do połowy, za niém ukazuje się — kobieta. Widać tylko szczupłe jéj ramiona i wysmukłe linie kibici; głos jéj czysty i dźwięczny przyciszone ma brzmienie.
— Czego pan sobie życzysz? — pyta łagodnie.
Wysuwa przez okienko ręce, (rączki, powiedziéć-by raczéj należało), gładkie, o wypukłych paznogciach, o palcach szczupłych a długich, rączki, jak kość słoniowa blade, szlachetnie wdzięczne i do dobrych uczynków skore. Czarne, bujne jéj włosy, w gruby węzeł na karku skręcone, srebrem gdzieniegdzie przeświecają. Łagodne jéj oczy mają przenikliwość jakąś niespokojną i bolesne wytężenie wzroku, jakby w oczekiwaniu na coś nieznanego, co jest raczéj groźbą, niż obietnicą; zdawać-by się mogło, że łez potoki spłókały połysk tych błękitnych źrenic; usta jéj uśmiechają się trochę, jakby ukradkiem tylko, ale śmiéch dawno już na nich nie postał; głęboki jéj oddech nieledwie jest westchnieniem, a przelotnemu rozweseleniu tych warg bladych przeczy męczarnia tego niepokoju, jaki się w uśmiechu objawia. Ani jednéj zmarszczki na skroniach, na których pod przezroczystością naskórka krzyżuje się błękitnawych żyłek siateczka. Twarz ta, zakonną, matową bladością obleczona, nie oszpecona zmarszczkami, nie nosi śladów namiętnych burz, ani nocy bezsennie w zabawach spędzonych, ani światowych kłamstw i komedyi, dla oczu świata odgrywanych. Musiała snadź spędzić całe życie w ciasném, rodzinném kółku rodzinnéj swojéj Bretanii.
Milczenie otacza stary domek szary i zdaje się wisiéć w powietrzu, ciężkie, nieledwie dotykalne.
Nie słychać żadnego z tych odgłosów, które, ściany przenikając, świadczą o życiu, wnętrze domu napełniającém: nie daje się słyszéć ani kot, ani pies, ani papuga, ani kanarek, nic.... nic zupełnie nie słychać.
Gdy się oderwie na chwilę od nudnéj i zmudnéj pracy swojéj, przykuta do niéj kobieta nie ma czém rozweselić smutnych, niespokojnie w dal spojrzeniem biegnących oczu: niéma tu bowiem nic, prócz zapylonych szpargałów, prócz pozawieszanych tu i owdzie, nawpół otwartych worków, które czuć psem zmokłym, albo źle wyprawioną skórą, wytartą i zrudziałą od nieustannych podróży pod fartuchami dyliżansów, nic — prócz zczerniałego rondelka, przytwierdzonego nad lampką naftową, w którym zwykle przetapiają się, dla oszczędności laku, stare pieczęcie rządowe; nic — prócz nieprzeliczonych a niepotrzebnych papierów, wypełniających wszystkie szuflady i przegródki, nic — prócz stołu, na którym ustawiono przyrządy telegraficzne, ze wszystkiém, co do użytkowania z nich potrzebne.
Ani tu kwiatu, ani książki; bo książką do czytania nazwać przecie nie można starego, w zniszczonéj oprawie woluminu, zawierającego nieskończoną ilość przepisów, równie nudnych, jak do niczego nieprowadzących, ponumerowanych jak paragrafy kodexu i opatrzonych odsyłaczami, powstałemi w bujnéj fantazyi jakiegoś gryzipiórka, dobijającego się sławy i.... posady cokolwiek wyższéj od téj, jaką mu los dotychczas zajmować każe. Niéma tu powietrza, którém-by odetchnąć można swobodniéj, niż tą mdłą atmosferą, w któréj woń starych regestrów spleśniałych miesza się z wyziewami, pozostawionemi przez pocztowych roznosicieli.... niéma nic, coby wytchnieniem stać się mogło dla téj kobiety, tak delikatnéj, tak poważnéj, i która, w prostéj, ciemnéj wełnianéj sukni, tak jeszcze pięknie wygląda, mimo czterdziestki, welonami swemi przesłaniającéj już jesienne dni téj spóźnionéj młodości, jaką widzieliśmy rozkwitającą na czole naszych matek, jak smętne, wonne, blade kwiecie różane.
Więc jakże? ta kobieta żadnéj nie ma nadziei? nic, coby ją do życia przywiązywało?
O nie! łączy ją z niém węzeł potężny, nadzieja przesłodka a ciągłemi obawami zatruta.... Syna ma, życia swego szczęście i męczarnie, syna, który jest dziełem jéj i dumą, a którego portrety zawieszone są tutaj, tuż przed oczyma bałwochwalczo kochającéj matki.
Jeden z nich przedstawia śliczne dziecię, różowe, jasnowłose, o wielkich oczach błękitnych i złotych puklach, wijących się miękko nad czołem anielsko czystém i w koło jasnéj, jak u amorka, twarzyczki. Na drugim nie dziecię już, ale dwudziestoletni młodzieniec, w mundurze podporucznika piechoty morskiéj, o ściemniałych już, krótko ostrzyżonych włosach, o barczystéj celtyckiéj budowie.

..........................

Gaet, dziecię o czole anielskiém a twarzyczce amorka, dorastając, zapragnął poświęcić się pełnemu przygód zawodowi, któremu wszyscy jego przodkowie służyli.
Małém jeszcze był dziecięciem, gdy wołało go już ku sobie sądzone mu przeznaczenie.
Dwunastu lat nie miał jeszcze, gdy marzył już o cudownościach zamorskich, o dalekich w nieznane strefy podróżach i, niepokojem gnany, biegał tam i sam po morskiém wybrzeżu, rwąc się do morza, wyciągając ramiona ku statkom, w dali przepływającym z rozwiniętemi żaglami, podobnemi do szeroko roztwartych skrzydeł olbrzymich jakichś ptaków białych.
A teraz ukochany ten jedynak matki wdowy, więcéj już niż od roku w Senegalu przebywający, przyłączonym został do oddziału, który wyrusza na zbadanie wybrzeży Nigru i pogromić ma na prawym brzegu rzeki tajemniczego proroka muzułmanów, któremu w języku krajowców Samory na imię.
Niger przepływa jeden z najciekawszych na świecie krajów: wypłynąwszy z Timbuktu, skręca się i zawraca niby ogromny boa, owijający szyję olbrzymiego Psylla, czarownika i pogromcy wężów, trzymającego w każdéj z obu rąk swoich jeden koniec potwornego cielska gadu: jedna z tych dwóch części — głowa — wlewa wody swoje do morza, kreśląc wielką, prostą prawie drogę, zaludnioną potworami, zalaną słońcem, żarzącém się nad bujną przyrodą dziewiczą; część druga, ogonowi podobna, wije się w głębiach Sudanu, i poszarpana, podzielona, wikła się w plątaninę stojących odnóg, kanałów opływających obrosłe lasem wyspy, lub nieruchomo się rozlewających u stóp wysokich skał nadbrzeżnych, okrytych nieprzeniknioną krzewów gęstwiną.
Młody oficer wyszedł z Dakar, świéżo wzniesionego miasta, którego brzeg nadmorski białością olśniewa na słońcu, a którego czarni mieszkańcy zasiadają ku schyłkowi dnia na wązkich, baobabami ocienionych placykach, i patrzą na morze, jak z jękiem uderza o skały, jak na fal grzbiecie błękitne, fosforyczne ogniki migają, lub ognistym wężem po wodnéj suną powierzchni.
Oddział opuścił Diamon w ostatni dzień starego roku. Oddział ten, w pochód wyruszający, garstką raczéj nazwać-by trzeba: czterystu tylko ludzi, cztery działa i przewodnicy.
Listy dochodzą ich rzadko, bo kuryery niezawsze dobić się do nich zdołają.
Tak ich zresztą mało, tych, którzy listów z Europy czekają: z wyjątkiem oficerów, cały oddział z czarnych tylko się składa. Są to tyralierzy senegalscy; za nimi ciągną żony, matki, siostry, a nawet i dalsi krewni z rodzinami.
Popłynęli ku źródłom Senegalu, wsiadłszy na pirogi, w pniu drzewa dondul wyżłobione, a gdy płynęli, kombonesy, łowcy hipopotamów, o giętkich a silnych jak stal członkach, patrzyli na nich zdumieni, wstrzymując z kory uwinięte łódki swoje; poczém cała ta garstka przebyła potoki, rozłożystemi bambusami ocienione, po mostach naprędce z obalonego drzewa urządzonych.
Piątego Stycznia stanęli w Bafulabe, a we dwadzieścia dni późniéj w Badumbe.
Gaet odważnie wytrzymuje klimat. Etapy są jednak długie, a miejsca, na wypoczynek przeznaczone, odległe od siebie i licho w wygody zaopatrzone. Brak już oliwy, a wina zostało tak niewiele, że je tylko dla chorych chowają. A tych chorych tak wielu, niestety! Wszystkich prawie towarzyszy młodego Bretończyka trzęsie febra, rozbiera gorączka i przywiązywać ich trzeba na siodłach, żeby nie spadli z koni, napół nieprzytomni i straszliwemi wymiotami podrzucani.
Każdy jednak zapomina o znużeniu i chorobie, gdy cichym, ciepłym wieczorem dobije się nareszcie do wioski, nad którą unoszą się świetliste, gwiazdami usiane opary, a w głębi z poza nich przegląda lekki błękit nieba. Zapomina! zapominają wszyscy o straszliwém znużeniu, o wyczerpaniu sił w ciele, przez podrównikowe słońce prażoném, o gorączce, która zawrotem odurza, o nieznanych a krwiożerczo żarłocznych owadach; o wszystkich klęskach i wszystkich a licznych niebezpieczeństwach, bezustannie przez cały dzień dręczących Europejczyka, który odważy się zwiedzać głębiny tych nieznanych jeszcze okolic.
W jednéj chwili stają rozpięte namioty w cieniu lasów bez końca i drzew dziwném listowiem okrytych, obok chatek murzyńskich, których bambusowe dachy dźwigają zapas prosa, grubą warstwą rozesłanego.
Dzień blizkim jest już nocy, gdy kucharz, oddziałowi towarzyszący, mistrz w swojéj sztuce, zabiera się do przysposobienia obiadu dla oficerów. Każdy dodaje mu konceptu w dyspozycyi tego obiadu, do którego wszystko, co się gdzie znajdzie, zużytkować trzeba. Czasami znajdą się kuropatwy, lub zające, w pochodzie ustrzelone, a przyrządzone z roślinném maslem, karite; czasem kurczęta lub barany, u murzynów kupione, a upieczone w całości, przy ogniu, rozłożonym pod gołém niebem; na wety zaś są zawsze długie, żółtawe śliwki, poziomkami i terpentyną pachnące.

Tyralierowie idą każdy do swoich: każda smala męża, ojca lub brata przygarnia. Płoną ognie, war kipi w kociołkach, dogotowywa się kus-kusson. Słychać języki francuzki i sabirski, brzmią śpiewy, za chwilę rozpoczną się tańce; bo gdy księżyc błękitnawém światłem gór wierzchołki obleje, piękności Sudanu, natarłszy całe ciało olejem palmowym, lubią puszczać się w pląsy taneczne.... Całém ciałem w tył przechylone, z piersią obnażoną, szałem tańca pijane, pląsają przy dźwięku gitar, tam-tamów i balafonów, na których przygrywają gryoci, muzykanci i razem śpiewacy, popijając z tykw piwo, z prosa pędzone.
..........................
O takiéj-to chwili Gaet, siadłszy przed swoim namiotem, zabiera się do czytania listów matki, téj drogiéj, kochanéj matki, którą widzi krzątającą się przy cichéj, mozolnéj pracy w starym domeczku szarym.

Ach! ledwo dotknie palcami tych pożółkłych, zmiętych trochę ćwiartek, wnet oblegną go razem zmartwychpowstałe wspomnienia, a bijąca z macierzyńskich listów woń miłości niezmiennie gorącéj budzi mu w sercu uczucie radosnego rozrzewnienia. I przeciąga mu oto przed oczyma bretońska jego wioseczka, strome jéj skały nadmorskie i morze wyspami zaludnione.... wszystko to na oczach mu staje, jak pyszny obraz, w szarawych półcieniach trzymany.
Młody oficer zapala latarkę i nagle, jakby cudem, wynurzyła się z ciemności młoda murzynka, po to przybywająca, by mu latarką przyświecać. Wdzięcznie przykląkłszy na ziemi, zwinnemi ruchy młodéj małpki, skierowywa strumień światła na ręce, w których oficer list trzyma.
Gaet uśmiecha się, milcząc, ale żadnego nie okazuje zdziwienia, jak człowiek, do takich przysług nawykły.
Ta murzyneczka, siostra jednego z tyralierów, nosiła imię Joanny-Maryi.
Jakimże sposobem niewieście to imię bretońskie dostało się téj czarnoskóréj dzieweczce?
Musiało to być zapewne poufałe przezwisko, wspomnienie oddalonej ojczyzny, nadane małéj córze plemienia Phoulów, przez jakiego biednego nowobrańca z Bretanii, kolegującego z jéj bratem murzynem.
W saméj zaś rzeczy, brat miał na imię Sambo, siostra zwała się Dieba.
Matka ich niewolnicą była w Yola, w dalekim kraju, gdzieś aż za Timbuktu położonym, a syn chował oszczędnie każdy grosz żołnierskiego żołdu, by złożyć wreszcie sumę, potrzebną na wykupienie nieszczęśliwéj branki i sprowadzić ją z powrotem do kraju, przy pomocy ciągnących pustyniami karawan.

..........................

„Synu mój, — pisała matka Gaeta, — pamiętaj o swojém życiu i nie zapominaj, jak mi jesteś drogim! Gdybyś zachorował zdala ode mnie, tam, gdzie mi się dostać niepodobna, czy wyobrażasz, czy możesz wyobrazić sobie boleść moję?
„Z radością, za każdym razem równie żywą, odczytuję list twój ostatni, bo odnajduję cię w nim takim, jakim byłeś w dzieciństwie, bo mam w nim zapewnienie przywiązania twego do matki, zapewnienie, które szczęściem jest dla mnie.
„Jak słodko jest wierzyć w miłość tych, którzy drodzy są sercu! O! wierz mi, synu, kochaną byłam, zanim matką zostałam, ale nigdy.... nigdy tak nie potrzebowałam być kochaną. Piérwsze twoje pieszczoty upajały mnie nieznaną przedtém słodyczą. Przez tyle lat wszystkiém byłam dla ciebie! W nieszczęściu mojém tak dumną się czułam, gdy stryj twój, ksiądz rektor, mówił, widząc cię: „Jak to dziecko patrzy na matkę! oczu z niéj nie spuszcza; jak zakochany!”
„Cóż-bym ja nie dała, żeby cię tu miéć przy sobie, jak w czasach twego dzieciństwa! Do celu tego wszystkie moje pragnienia dążyły.... tyś pragnął czego innego. Nie myśl, żebym ci to wyrzucała.... nie, synu mój, miéj ambicyą, potrzebna ci jest bowiem świetna przyszłość, a my — matki Bretonki, przywykłyśmy na to chować synów, by wychowanych ojczyznie na służbę oddawać.
„Myśl o biednéj matce twojéj, tylu cierpieniami znękanéj: wiész, że jesteś duszy jéj połową.
„Jak dłużą się bez końca tygodnie! ostatni list twój odebrałam dopiéro cztery tygodnie temu! kiedyż dostanę następny? Mówią mi tu, że czasem więcéj niż miesiąc czekać trzeba! a mnie się już zdawało, że ten, który upłynął, nigdy się nie skończy.... Gdybyście chociaż mogli spotkać jakiego podróżnika, który-by powiedział, że was na własne oczy widział! Mogła-bym przynajmniéj spodziewać się jakiéjkolwiek wiadomości.... prędzéj-by mi może czas upływał!
„Ale widzę, że mówię ci o tém, co mnie smuci, a miałam zamiar same wesołe przesłać ci wieści!
„Znajomi zasyłają ci najmilsze wyrazy pozdrowienia, a ja cię po milion razy całuję.

Matka twoja i przyjaciółka.”
..........................

Joanna-Marya, drżąc cała z niecierpliwości, wpijała się iskrzącemi źrenicami w niezrozumiałe dla niéj pismo, a potém przenosiła je na twarz Gaeta, którego usta, lekko drżące, przez pół się otwierały uśmiechem, podczas gdy w oczach łzy mu prawie stały.
Nieprzezwyciężoną ciekawością zjęta, mała murzynka końcem czarnego paluszka dotknęła białéj ręki młodzieńca.
Włosy miała splecione w małe, twarde warkoczyki, z których zwieszały się bursztynowe paciorki; twarz jéj i szyję przyozdabiały muszle i świecidełka szklane.
Śliczną była w barbarzyńskim tym stroju, z figlarném i głębokiém czarnych oczu spojrzeniem, z ustami jak kwiat granatu szkarłatnemi.
— Co tam jest w tym papierze? — spytała, — dlaczego śmiejesz się i płaczesz razem?
— Bo mi razem wesoło i smutno, maleńka.
— A! rozumiem, — odparła dziewczynka, — i mnie także czasem tak bywa: wesoło razem i smutno. Myślałam jednak, że to dlatego, że ja dzika jestem dziewczyna. Między białymi ludźmi, ty tylko jeden masz twarz taką, jak wrota chaty, otwartą.... Zajrzéć tylko w głąb’, a wszystko zobaczyć można!.... Czy i ty także dziki jesteś?
Na czole jéj, delikatném nakreślony tatuowaniem, rozkwitał lotus błękitny, nad Nilu brzegami rosnący. Prostowała giętką figurkę, potrząsając warkoczykami i patrzała na księżyc, powodzią łagodnego blasku lejący; u paska jéj tkwił wielki pęk białych tulipanów, których kwiaty, do porcelanowych czar podobne, wznosiły się jedne nad drugiemi, sięgając aż po pierś jéj, śpiżu połyskiem świecącą, i ziejąc wonią dziwnie nieznaną, a upajająco mocną.
— Kto wié? może.... — odparł oficer, myśląc o szorstkiéj mowie swoich praojców, długowłosych a dzielnych staréj Bretanii synów. — Może.... Ale z jakiegoż powodu, ty, Joanno-Maryo, bywasz razem wesołą i smutną?
Joanna-Marya milczała. Niebo iskrzyło się gwiazdami, a cienie postaci tańczących nabierały w świetle dziwnie fantastycznych zarysów. Murzyni przynosili coraz to świeże tykwy, piwem z prosa napełnione, krążyły téż one gęsto, a trunek uderzał już do głów żarem; gryoci śpiewali coraz głośniéj, wydobywając z balafonów coraz to ostrzejsze dźwięki; pantominy przybierały odmienny, wyrazistszy charakter: biło od nich natężeniem życia, pragnieniem rozkoszy i jéj szałem, i tragedyą stawał się niejako miarowy ten taniec, któremu przygrywką była melodya rytmicznie monotonna, coraz to w siłę rosnąca, coraz dźwięczniejsza, z każdą chwilą bardziéj gorączkowa, wyrazistsza, upartsza, wymowniejsza, coraz to lotniéj natchniona, pieśń wojenna razem i miłosna, w którą śpiewacy i tancerze rzucali każdy całą duszę swoję, z obcemi dla nas uczuciami niepojętego jakiegoś spirytualizmu, spragnionego krwi i rozkoszy.
— Śmieję się, — odparła wreszcie, zmieszana i zawstydzona, murzynka, — gdy patrzę na twoje włosy, złote, jak proso dojrzałe, na twoje oczy, podobne do wody odbijającéj niebo, na twarz twoję, białą i gładką jak pióra gołębicy; ale gdy patrzę na ciebie, zaraz mi na myśl przychodzi, że niezadługo już może.... niezadługo, popłyniesz na wielkiéj pirodze do kraju bladych ludzi.... i wtedy płaczę....
I dwie łzy wielkie, w których jak w zwierciedle odbijała się ciemna jéj skóra, spłynęły po jéj twarzy, dwom czarnym perłom podobne.
— Pociesz się, maleńka, dam ci kołdrę w pasy niebieskie i żółte, i przyjedzie tu jeszcze niejeden o jasnych włosach młodzieniec, przyglądać się tańcom ładnych rodaczek twoich.
— Ale ciebie już tu nie będzie! — z boleścią zawołała.
I w jednéj chwili znikła, wybiegając z lekkością antylopy po za krąg światła, w owę ciemność, w któréj niewyraźnie majaczyły tylko bezładne ruchy muzykantów.
Gaet widział ją, jak, zdyszana, przystanęła na chwilkę na skraju niewielkiego z bzów gaiku. Kształtne i ciemne jéj ciało, o liniach śmiało i delikatnie zarysowanych, wyraziście odbijało nieruchomością na drżącém i przejrzystém tle bladozielonych zarośli, których gałęzie, przez lekki wietrzyk łechtane, kołysały zlekka rozkwitłemi kiściami, o słodko rozmarzającéj woni.
Wziąć ją można było za czarną Dyanę sudańskich borów.
Oddział, wypocząwszy, wyruszył w dalszy pochód przez dolinę Bakoi, przez Niagassola, dążąc ku brzegom Nigru. Wódz Kangaba, któremu dowiedziono zdrady, poniósł karę za to, że przy jego pomocy Samory przedarł się na lewy brzeg rzeki.
Dotarłszy aż do Tiguiribi, oddział zawrócił, ciągnąc przez pola i lasy drzew palmowych, kędy śpiące alligatory, słonecznym żarem odurzone, płyną z wodą nieruchomo; spotykał kiedy niekiedy podróżującą murzynkę, która, z dzieckiem na plecach, płynęła sama jedna w łódce z kory, nie lękając się hipopotamów i kaimanów.

..........................

Na wybrzeżach Nigru początek roku jest także jego wiosną. Od Listopada już, piérwsze tchy wschodniego wiatru, nad całym przeciągając krajem, zapowiadają ustanie dżdżystéj pory. Roślinność czeka tylko na ten sygnał, aby zacząć bujać bez upamiętania; głuche jakieś współzawodnictwo zdaje się rozpoczynać między roślinami. W borze każda gałąź o lepsze się ubiega z sąsiadką, każda paproć w drzewo chce rosnąć, a źdźbła trawy jeszcze są dumniejsze, bo im się olbrzymami chce zostać. Glulu o blado-zieloném listowiu góruje nad krzewów zaroślami, a na czarnym i z gałęzi ogołoconym pniu dziwacznego afrykańskiego drzewa rozwija się liść jedyny, na pięć metrów szeroki, i ruchem w niebo biegnącym wznosi się jak olbrzymia monstrancya szmaragdowa, na hebanowéj kolumnie stojąca.
W Styczniu wszystko się już łączy i jedno z drugiém się miesza: krzewiny opierają się jedne na drugich i zataczają się, rozkwitem swoim pijane, niby podochoceni kumowie, którzy, powracając z odpustu, prowadzą się pod ramię i żartami sobie drogę skracają. Z kielichów kwiatowych zieją najprzeróżniejsze wonie, jakby z wnętrza różnobarwnych kadzielnic. A barw dobór olśniewa bogactwem: szkarłat, fiolet, złoto i lazury.... gdzieniegdzie zabłyśnie biel śnieżna, jakby ją pęzel anioła niewinności upuścił w przelocie.
Lasy gardenii, bzów i akacyi o wielkich gronach złoto-żółtego kwiatu, stoją w pełnym rozkwicie, brzmiące krzykiem papug i gruchaniem gołębi; na neutralnym gruncie, kwiatami osypanéj, cienistéj ustroni leśnéj, spotyka się bez wzajemnego niezadowolenia krzykliwy ród papuzi z roztkliwioną gołębią rzeszą. Jedne nie zazdroszczą drugim, wzajemnie z losu swego zadowolone.
Orzeźwiający, wonny owoc ananasu, dojrzewa na polu, w pośród pęku liści, podobnych do staro-rzymskich mieczy, ostrzem ku niebu zwróconych, a delikatna, przejmująca woń owocu unosi się w ciepłém od słońca powietrzu.
Rozkoszna ta pora niedługo trwa jednak. Przelotna to chwila apoteozy, przydrożny ołtarz, w nietrwałe ozdoby przystrojony, krótki antrakt między potopem wody i słonecznych żarów potopem.
W Kwietniu upał dochodzi już do maximum.
Niepokojące oznaki zapowiadały sąsiedztwo nieprzyjaciela. Trzeba było siłą zdobywać żywność w wioskach, których czarni mieszkańcy siedzieli w groźnéj postawie przed chatami, ze słomianych pletni sporządzonemi. Dzieci, bojaźnią zjęte, uciekały co im sił starczyło, widząc nadciągający oddział.
Wieczorami nie było już ani tańców, ani muzyki, ani braterskich agap, skropionych bijącym do głowy z prosa napojem. W powietrzu unosiła się niechęć, a wpływ Samorego z dniem każdym silniéj się uczuć dawał.
Postanowiono zatém wycofać żony i dzieci tyralierów po za domniemane pole wojny.
Rozłączenie nie obyło się bez wielu łez, na spiekłą ziemię wylanych, jakby na zadatek tych dżdżów, których pora już się zbliżała.
Jedna tylko Joanna Marya nie płakała wcale. Czarne jéj oczy, o złotem kropkowanych żrenicach, płonęły dziwnym ogniem, nie widząc nikogo, prócz bretońskiego młodzieńca.

..........................

Ze szczytu gór swoich, Samory, czarny prorok, patrzy na zbliżanie się cywilizacyi, groźnego przeciwnika wszystkich tych, którzy żyją z ciemnoty swoich bliźnich.
Głosząc wojnę świętą, marabut broni czegoś o wiele droższego nad życie, do którego zresztą żadnéj wagi nie przywiązuje. Ocalić on pragnie, wraz z nienaruszalną całością rodzinnego kraju, doczesną i duchowną władzę, tak teraźniejszych, jak i przyszłych proroków, oraz przez tradycyą uświęconą zasadę, że z natchnienia Boga działają.
Kierować życiem współwyznawców, posiadając nad nimi wyższość, jaką mu zapewnia znajomość wielu faktów, dotyczących tak umysłowego, jak i zewnętrznego świata; zużytkowywać posiadane wiadomości magii, kabalistyki, alchemii, których pierwotne prawdy przechowują się w kaście kapłanów; zarazem być kapłanem, monarchą i lekarzem, to jest: potrzykroć być oszustem i trojaką miéć władzę w ręku; przewodniczyć torturom, obcować z duchami i posiadać tajemnicę leku, życie przedłużającego: oto są wielorakie czynności, które spełniać mocen się powiada Samory.
W każdém krytyczném położeniu otwiera on rękopisy świętych ksiąg, przepisy religijne zawierających, a pod jego wyłącznie straż oddanych, i zgromadzonemu ludowi ustępy ich odczytuje, z całą mocą groźnéj i dzikiéj potęgi swojéj, dodając na zakończenie: „Albowiem takie są drogi, przez Boga stworzeniom Jego wytknięte. A któż kiedy drogi Boże zmienić zdoła?”

..........................

Nie było Joanny-Maryi pomiędzy cofającemi się w pyłu tumanach smalami senegalskich tyralierów.
Patrzała, jak znikał jéj z przed oczu nieskończenie długi pochód kobiet, dzieci i mułów. Podobni do starożytnéj karawany, ciągnęli w milczeniu przez równiny, karłowatemi palmami porosłe; słońce oświecało nagie ich plecy śpiżowe i posągowe ruchy ciał, których twarde muskuły rysowały się wypukło pod lśniącą i gładką, ciemną skórą; wysmukłe szyje dźwigały kędzierzawe głowy, a niejedna twarz, profilem zwrócona, przypominała czystością rysów profil kamei greckiéj. Nad ciągnącą kobiet gromadą wznosiły się postacie chłopaczków: na karku matek, jak na koniu usadowieni, z wieńcami zielonych liści na głowie, wyglądali jak chłopięcych Bachusów grono. Młoda jakaś dziewczyna rozciągnęła sobie nad głową rąbek gwinejskiéj tkaniny, któréj lekkie zwoje, wlokące się za nią, wiatr rozdymał, czyniąc je do żagli podobnemi. Splątane cienie ich postaci rysowały się na białym piasku ścieżki nierównemi, wpółzatartemi liniami, jak przez wiek wygładzona, z tłem prawie już zrównana, jedna z tych płaskorzeźb starych, które znaléźć czasem można w dawnych obumarłych już grodach, a na których przeciągają korowody dzieci i nagich, niewiadomo jakiéj płci istot, z każdym dniem w proch się ze starości rozpadających. Tłum zwolna ciągnący znikł wreszcie z oczu, zlawszy się w jedno ze zmartwiałym od spiekoty krajobrazem. Czas jakiś jeszcze widziała Joanna-Marya tkaninę, nad głową towarzyszki powiewającą, a potém już nic... prócz bielejących piasków drogi.

..........................

W tymże samym czasie, gdy odchodziły kobiety i dzieci, ruszał téż z miejsca obóz mężczyzn.
Gaet iść miał ze swoją kompanią, wyprawioną do wsi Nafadie po to, by załogę tam utworzyć. Reszta oddziału szła w przeciwną stronę.
Joanna Marya wyszła teraz z zarośli, w których się ukrywała, i patrzała na mały oddziałek, stępą z miejsca ruszający, po którego bokach kłusowali na koniach oficerowie.
Jeden z nich, wyższy od innych, wyłącznie zwracał jéj uwagę. Kask z białéj wełnianéj tkaniny, podbity rdzeniem bzu dzikiego, zakrywał mu więcéj niż połowę twarzy; ale gdy, wypadkową jakąś myślą wiedziony, odwrócił na bok głowę, rysy jego, z boku ujrzane, uderzały wyrazem prawdziwéj słodyczy męzkiéj, a podbródek mięsisty i wydatny znamionował energią i wolę. Z tém spojrzeniem głęboko osadzonych oczu, z tą postawą muskularną i silną, przypominał Napoleona w czasach, gdy młody wódz oblegał Tulon.
Mała z Phoulów plemienia dziewczyna patrzała na oddalającego się Gaeta, wzywając bogów swoich i całując swoje gri-gri, rodzaj amuletu, zawieszonego na szyi pod licznemi z muszel naszyjnikami.
Od chwili wyruszenia z Dakar, rozmiłowana w urodzie młodego Bretończyka, Joanna-Marya, krok w krok za nim idąc, usługiwała mu troskliwie; w nużących godzinach południowych nikt tak, jak ona, nie potrafił wynaléźć mu cienistego schronienia i ucieszyć go świeżą wodą, któréj pełną tykwę niosła na głowie, przytrzymując ją zręcznym ruchem do góry podniesionych ramion. Ona téż chłodziła mu spieczone skwarem czoło przyłożeniem drobnych, zawsze zimnych rączek swoich, których dotknięcie sprawiało młodzieńcowi wrażenie nieopisanéj ulgi. Zapadał wtedy w sen, jak śmierć głęboki, sen niepokojony marzeniami, które dręczą jak zmora, a z których człowiek budzi się zmordowany, bez przytomności, jak ktoś, co z niezmiernie zdaleka powraca, albo gorączką odurzony, pełne ma jeszcze oczy zdumiewających widzeń i barw nieznanych.
W podobnych téj chwilach, niezrozumiała, zagadkowa dziewczyna dzika, tysiące wynajdywała pozorów, byle tylko dotknąć Gaeta, pogłaskać jego włosy, ująć w palce jego ubranie; a gdy niespodzianie podniósł powieki, mieszał się nieledwie, spotykając ogniste to spojrzenie, które całą jego postać obejmowało. Nie rozumiał tego nic wcale; w oczach jego Joanna-Marya była do innych dzieci podobną; nie zdawał sobie sprawy z pośpiechu, z jakim rozkwitała jéj młodość, ani z przyczyn wytworności jéj stroju, oraz kwiatów, któremi się dla przypodobania mu zdobiła, nie widział dzikiéj rozpaczy, jaką przejmowała ją obojętność jego, nie słyszał bolesnych jéj westchnień.
Gaet wychowywany był pobożnie, w kraju surowych obyczajów, przez kobietę, która wpoiła mu w duszę wszystką cnót własnych delikatność.

..........................

Oddział uchodził coraz daléj: ogień słoneczny odzwierciedlał się w polerownéj broni żołnierzy, rozżarzał czerwień płaszczów, olśniewał od bieli burnusów odbity, a piasek, kopytami mułów podniesiony, błyszczał jak tuman złotych pyłów.
Zstąpiwszy w dolinę, oddział przebywał właśnie wioskę, któréj chaty blado-złotego koloru, śpiczastemi dachy pokryte, opasane były łańcuchem skał granitowych. Ze złomów skał zwieszały się dziwacznie powykręcane olbrzymie drzewa figowe, uginające się pod ciężarem sino-fioletowego owocu; ptaszęta jakieś podskakiwały nad brzegiem szaréj, mętnéj wody, któréj powierzchnia skokami żab wzruszona, przypominała srebrzystą łuskę ryb, lub perłowe małż skorupki; na polance, pod sklepieniem lianów, tańczyły wykrzywiając się małpy, a po nieskończonéj, nieubłaganie błękitnéj przestrzeni bezmiarów niebieskich, krążyły złowieszczym lotem szerokoskrzydłe sępy.
Udrapowana w białą swoję pagne, Joanna-Marya zstąpiła w dolinę i w dość znacznéj odległości szła za nieliczną garstką wojenną, która nikła już na złocistym widnokręgu, owiana palącém tchnieniem epopei.
A w borze, z którego dopiéro co wyszła, wybuchał pożar, trzeszczały gałęzie, z łoskotem rozpadały się pnie starodrzewu, płomienie bladły przy łunie żaru słonecznego; groźne lwy i smukłe antylopy uciekały, panicznym zjęte strachem, podczas gdy chmura różnobarwnego ptactwa szybkim mknęła lotem w stronę Zachodu.

..........................

Kompania Gaeta stoi oblężona w Nafadże. Po bitwie, nad bagnistą rzeczułką stoczonéj, bohaterski oddział, osaczony przez sześć tysięcy murzynów, zamknąć się musiał w tata, warownym obozie, otoczonym wkoło ścianą, z pruskiego muru wzniesioną.
Piękne błękitne niebo zaciągnęło się teraz gęstemi chmurami czarnemi, deszcz pada dzień i noc bezustannie. Kto pójdzie uwiadomić rodaków, ciągnących nieznanemi brzegami Nigru, że biedni tyralierzy znajdują się w tak straszném położeniu? Nikt chyba!... tyralierzy otoczeni bowiem zewsząd niezliczonemi szeregami oblegających.
Szczury, nietoperze, pająki, zapragnęły także schronić się do zaimprowizowanéj fortecy: jedna to więcéj męczarnia.
Tyralierzy codzień kładą trupem kilku nieprzyjaciół — fanatyków odważnych, którzy ku nim podchodzą i tuż pod samym murem wojennym pląsają tańcem, wojennemi wyją pieśniami, nakładając ceny na głowy zblizka widzianych oficerów. Uważnie, długo mierzą do nich oblężeni: aż murzyni, twarzą padłszy na ziemię, martwi kładą się pod murami, gdzie pozostają ich trupy. Z tych ciał niepochowanych, gnijących pod nieustannym ulewy potopem, wydobywają się zabójcze wyziewy, od których oblężeni w groźne wpadają omdlenie.
A deszcz pada jakby z niewyczerpanego źródła. Woda, w wielkie jeziora zebrana, oblewa wkoło tata, które ma minę wyspy, na wodnym bezmiarze samotnie sterczącéj.
Samory z wojskiem swoim podejść do warowni nie może; ale żołnierze francuzcy stracili już nadzieję sprobowania ostatniéj wycieczki i wiedzą, że — z głodu umrzéć im przyjdzie!
Gaet ma gorączkę i majaczy nieprzytomny.
Wyciągnięty na ziemi, na podesłanym burnusie, leży bez ruchu i głosu; opuściła go przytomność, stracił już miarę czasu: za chwilę zapewne skończy.
Zkąd-że dolatuje do uszu jego słaby dźwięk dzwonów, których śpiżowe głosy, znajome i donośne, tak mile pieszczą słuch ukochanego dziecięcia wdowy? Lżéj będzie ruszać w wielką podróż bezpowrotną, skoro w starożytnéj wieżycą bretońskiéj, kędy dzikie gołębie gniazda ścielą, śpiżowe sercy starych przyjaciół uderzają ruchem powolnym, śląc na pola i łąki odgłos poważnéj skargi swojéj....
Myśl nieprzytomna przenosi go na miejsca, gdzie mu upłynęło dzieciństwo, na wyzębione skały nadbrzeżne, o których boki rozbijają się zielonawe morza bałwany, okrywając śniegiem mlecznych pian swoich wierzchy skał, dzikiemi gwoździkami ukwiecone.
I w dalszym ciągu gorączkowych rojeń, zdaje się Gaetowi, że stąpa karkołomną ścieżką, nad morzem wzdłuż granitowéj ściany biegnącą; ale senne to widzenie niezupełném darzy go złudzeniem, bo Gaet nie czuje pod nogami elastycznéj podściółki opadłego z sosen igliwia, po któréj ślizgały się niegdyś dziecinne kroki jego. Nadmorski ten wzgórek, głazami usiany, okrywa kobierzec różowych wrzosów; na pół już przywiędłe, fioletową przybrały barwę, od któréj żywo odbija niezmieniona zieleń ostrokrzewów, bujających u stóp stuletnich dębów garbatych.
Tak.... tutaj-to, na dwóch młodych brzózkach niejednakowego wzrostu, których korę rozdarł ostrzem noża swego, rył on obok swego imienia imię uroczéj wiochny z téj-że saméj, co on, wioski. Drzewa od téj pory wyrosły, świecącym, drobnym liściem splotły się z sobą i splątały, przechowując pamiątkę owego wiosennego dzionka.
Ale co to za kobieta z zasłoną na twarzy, która wślad za nim idzie wszędzie, płacząc nieustannie?
— Zechciéj pani powiedziéć mi, jak się nazywasz, odkryj twarz i wyjaw, co jest twego zmartwienia powodem?
A nieznajoma odpowiada:
— Płaczę syna mego, Gaeta, jedyne szczęście życia mego!
— Pociesz się, matko nieszczęśliwa, bo oto dusza syna twojego powraca do ziemi pradziadów, waży się w powietrzu, lekka, jak nieujęte pyłki, co się nad okwitłemi trawami unoszą, i wonnéj mgle podobna, łączy się ze słodką a silnie aromatyczną wonią janowca.

..........................
Przybywa wreszcie pomoc umierającemu. Orzeźwiający napój jakiś dotyka warg jego spieczonych i zwilża mu usta rozkosznie.

Młody człowiek czuje, że fruwa koło niego napowietrznie lekka jakaś istota, której cień, migający mu przed zamkniętemi powiekami, nie jest mu zupełnie nieznanym. Nic sobie nie przypomina, ale czuje, że mu lepiéj, jakby śmierć się od niego oddaliła. Świéży ten napój, kropla po kropli spływający mu w zaschłe od gorączki gardło, to sok pomarańczy, którą mu ktoś do ust wyciska.
Ktoś go w pół obejmuje, ktoś pieści....
Któż to taki?
Otworzyć trzeba oczy.... wysiłek to ciężki!
— Więc to ty, Joanno-Maryo? Ty tutaj? — słabym głosem powtarzał Gaet zdumiony, z głową od gorączkowych majaczeń ciężką. — Gdzież my jesteśmy? Wytłómacz mi....
— Cicho! bądź mi zaraz cicho! — zawołała młoda dziewczyna, — dam ci jeszcze napić się wina z pomarańczy, a potém ci opowiem com zrobiła.
— Widzisz, — zaczęła z dziecięcą powagą i arcyzabawnym pośpiechem, — wiedziałam, że Samory mścić się będzie za to, że byliście w owym tajemniczym kraju, gdzie znaléźć można kamienie złote. Często o tém przemyśliwałam wieczorem, leżąc pod namiotem o téj godzinie, kiedy obrzydliwe stada szakali o ostrym węchu, wyjąc, krążą naokoło wiosek tak wielką liczbą, że krzyki ich spać przeszkadzają. Wyją i zgrzytają zębami i chichoczą straszliwie dopóty, aż hyena, która węchu nie ma wcale, nadejdzie pocichutku, rozpędzi je i z łupu ich skorzysta. Wtedy-to dowiedziałam się, że ty i twoja kompania idziecie razem z kapitanem do Nafadże, w okolicę Bure, żeby tam pozostać, a przez ten czas wielki wódz Francuzów obchodzić będzie z żołnierzami brzegi Świętéj rzeki, tam gdzie koczujący Tuaregowie trzody swoje pasają. Odesłaliście kobiety. Ale ja schowałam się, żeby z niemi nie odejść, bo chciałam was ocalić wszystkich. Tak, chciałam was ocalić wszystkich, — prawiła daléj dziewczynka, nagłym wstydem zjęta, nie śmiejąc przyznać się, że jedynie szalona miłość dla Gaeta skłoniła ją do dokonania bohaterskiego czynu, i że o Gaecie tylko myślała, tylu niebezpieczeństwom stawiąc czoło; dziewczęta bowiem tego plemienia nie boją się śmierci ani dla siebie, ani dla braci swoich, lękają się jéj tylko dla kochanków. Wiadome im są różne rodzaje męczarni; widziały jak spadają głowy u drzwi królewskiéj chaty, gdy król, łagodnie się uśmiechając, wyrzekł wedle zwyczaju dziwny swój i różne domysły nasuwający wyrok śmierci: Ja diarnou mabe, — niech ich pić poprowadzą; — widok krwi nie przejmuje ich przerażeniem; patrzały-by bez wzruszenia na rzeź całego narodu.
— Biédne dziecko! jakimże sposobem nie zabłądziłaś w pustyni? — spytał młody człowiek.
— Szłam waszemi śladami, idąc za tropem jak myśliwy. Dymiące popioły, ułamane gałęzie, nogami zdeptane trawy, lub zmącona woda strumienia, wskazywały mi drogę. Unikałam wiosek, pagnem moim okryta, sypiałam pomiędzy gałęziami baobabu z obawy wężów i skorpionów. Pożywieniem mi były poziomki i złoty owoc kauczuku.
Spokojnie i bez trwogi przebywałam pewnego dnia niewielką dolinę, gdy nagle posłyszałam wielki hałas, a potém krzyki tak okropne, jakby za chwilę ukazać się miało całe wojsko lwów pustyni. Śpiesznie ukryłam się w krzakach i ztamtąd ujrzałam cały szczyt góry, rojący się mymi rodakami, którzy zbiegać jęli z gór z pędem, jak rwące w dal i nieokiełznane fale morza, gdy z rykiem uderzając o skały nadbrzeżne, czarnemi toniami piasek nadmorski okryją.
Wojownicy proroka przeciągnęli obok miejsca, gdzie byłam ukrytą, nie domyślając się mojéj obecności; simoun dął gwałtownie, tumany piasku wznosiły się nad ich głowami jak czerwonawy obłok żarzący, a za tymi ludźmi zbrojnymi, szła gromada gryotów i grajków na balafonie, razem z gromadą kobiet strojnych w naszyjniki z nanizanych gałek bursztynowych i szczęk nietoperzy. Wyszłam wtedy z kryjówki mojéj i połączyłam się z tym tłumem. Wszyscy pijani byli piwem, nie było więc z nimi co mówić; ale doszłam, że jeden z grajków bity i poniewierany przez drugich, nie jest z losu swego zadowolonym.... Potrafiłam go tedy przekonać, żeby się dał użyć za posła do komendanta oddziału i poszedł mu powiedziéć, że Samory podejść was myśli z nienacka i, pobrawszy was do niewoli, upiecze w studni ognistéj. Pomknął lotem ptaka......
Dziewczynka zatrzymała się na chwilę, zdyszana tak długiém opowiadaniem, z gorączkowym rumieńcem na rozpromienionéj radością twarzyczce.

..........................

Dzień świtać już zaczynał.
Orzeźwiony pomarańczami, które mu mała murzynka przyniosła, napiwszy się do syta z glinianéj amfory pełnéj świeżéj i chłodnéj wody, zaczerpniętéj w odległém źródle, płynącém na posłaniu zielonych traw, pod gęstém sklepieniem bambusów, Gaet słuchał obrazowéj i wielosłownéj mowy Joanny-Maryi. Wzrok jego śledził z zajęciem śmiałe, a dziewiczo przecie skromne ruchy giętkich jéj członków, których żadna zasłona nie kaziła kłamstwami swoich draperyi, poił się przedziwnym czarem téj młodości, czystością posągowych linii ciała, delikatnie, wdzięcznym rysunkiem kończyn drobniutkiéj postaci o wązkiéj stopie, na koczownicze jéj pochodzenie wskazującéj, o podbiciu tak wygiętém, że pod podeszwą ślicznéj nóżki boséj, pomiędzy palcami a piętą, przepłynąć-by mógł z łatwością wąziutki strumyczek wody.
Razem ze świtem ukazała się na niebie tęcza, i zwolna znikła; barwy jéj mdlały jedna po drugiéj jak wspomnienie w letargiczném zapomnieniu, powoli siłę swą tracąc; deszcz padał ciężkiemi, ciepłemi, do łez podobnemi kroplami, a na wschodzie płynęła rozwiewna, postrzępiona blado-zielona chmura, złotem i purpurą leciutko przeświécająca.
Młody człowiek wyciągnięty na burnusie z sierści wielbłądziéj, rękę na łokciu, a głowę na ręce oparłszy, nie odwracał wzroku i myśli od téj istotki zamorskiéj, tak od jego plemienia zupełnie innéj, któréj duszyczka istnienia własnego nieświadoma i pełnią sił swoich niewładnąca, miała jednak rzewny i prosty urok dziecięcy, wraz z gorącym zapałem i męzką dzielnością wojownika, a przedziwnym kobiecym instynktem litości z ukochania płynącéj.

..........................

Nieszczęśliwa załoga warowni była jeszcze pogrążona we śnie; nikt nie przeszkadzał długiemu sam-na-sam Gaeta i Joanny-Maryi, a młody oficer czekał na koniec opowiadania dziewczynki, aby pobudzić kolegów i zwiastować kapitanowi radosną wieść przez Maryę-Joannę przyniesioną.
— Jakąż dałaś zapłatę temu gryotowi, który pobiegł w stronę rzeki? — dopytywał się Gaet. — Nie miałaś przecie pieniędzy?
— Dałam mu moje naszyjniki z muszli, zawój z gwinejskiéj tkaniny, przepaskę moję, bursztynowe paciorki dżetowe wsuwane, które z Chin przywiozłeś i mnie podarowałeś, bo moja tylko ręka wsunąć się mogła w ciasny ich obwód. Dałam mu także ten zagraniczny flakonik, w którym jakiś czarodziéj zaklął ducha wszystkich na świecie róż.... Zostawiłam sobie tylko mój pagne i gri-gri. Obiecałam mu przytém, że toubah wasz wynagrodzi go wspaniale, ale pilnowałam się, żeby nie dotknąć jego palców, ani nie spojrzéć mu w oczy, bo nienawidzę zdrajców. Liczyliśmy razem, ile dni potrzeba, żeby dojść i powrócić, a jeżeli ten grajek wiernie sprawił poselstwo, to ziomkowie wasi dziś na odsiecz przybyć wam powinni. Na szczęście deszcze zimowe otoczyły tata rozległém i głębokiém bagnem, które zatrzyma w pochodzie wojsko proroka. Napisano snadź było u Allaha, że nie zginiecie, bo przybyło Samoremu tysiąc jezdnych, a każdy na przepysznym siedział ogierze i na siodle czerwoném. Pchali przed sobą piechotę, jak stado bawołów; nie bylibyście mogli się im oprzéć.
— Odważne ty dziecko, — zawołał Gaet głęboko wzruszony, — ocaliłaś nas od najstraszniejszéj śmierci, sprawiłaś się dzielniéj od niejednego mężczyzny. Naród mój, koledzy, ja sam wreszcie, wynagrodzimy cię, jak na to zasługujesz. Obudzę teraz swoich, aby się dowiedzieli, zkąd przyjdzie im ocalenie.
I przyciągnąwszy do siebie dziewczynkę, serdecznie ucałował ciemne i pełne jéj policzki, mieniące się połyskiem mory, podobne do granatu, na dwie połowy przeciętego.
— Nie potrzebuję już innéj nagrody, — odparła murzyneczka, drżąc cała z rozkoszy, z oczyma wzruszeniem miłosném zamglonemi, — ile razy o dniu dzisiejszym pomyślisz, pocałuj mnie tylko tak jak dzisiaj.... Dobrze? przyrzekasz pocałować? A tym wszystkim, — dodała, kolistym ruchem ręki razem obejmując tyralierów i oficerów, — tym wszystkim nie mów ani słowa...... nie chcę! Na co się to przyda i co mnie oni wszyscy razem obchodzą?

..........................
Daleko tam na obczyźnie, w murzyńskim kraju, grajek trąca pazurem lamparta, cztery struny trzymanéj w ręku gitary, dzwoneczkami ozdobnéj; oderwane, jękliwe akordy wpadają w ucho, niby oddalona, miłosna skarga zbłąkanéj gdzieś w borze ptaszyny.

Czarna dziewczynka omdlewa z bólu, serce w piersi się krwawi, bo czuje, niestety, jak okrutném, jak niedościgle wysoko sięgającém jest uczucie, które ją całą pochłania.
Nic, ach! nic nie wstrzyma białego toubah, spragnionego ojczyzny swojéj! A przecie gdzież znajdzie się kobieta, któraby-go ukochała z taką siłą namiętności, uczuciem aż do zapomnienia o sobie głębokiém, jak słońce afrykańskie palącém i aż do śmierci wierném?
I czując jak jest nieszczęśliwą, jak opuszczoną i nędzną, padła, jak długa, twarzą na ziemię i rozciągnięta jak całopalna ofiara, wiła się na łykowéj macie jak ranna murena, skarżąc się gorzko w swojéj mowie gardłowéj i łagodnie brzmiącéj, łkaniem przerywanéj i co chwila na ustach jéj konającéj. Kąsana w serce zajadle przez ciągle się odradzające paszczęki hydry miłosnéj, w podsycaniu swojéj boleści jedyną już widząc rozkosz, na klęczkach przypełzła do niego i błagalnie:
— O, pocałuj mnie jeszcze, — załkała, — wszak prawda? ty mnie kochasz? Powiédz mi, że mnie kochasz....
A potém, jakby złowrogiém światłem nagle w jéj umyśle błyskającém, do reszty już znękana, w ciemności rozpaczy słabą swoję nadzieję odrzucając:
— Nie, to niepodobna.... — krzyknęła, — czy ty myślisz, że ja nic nie rozumiem? Ja czuję, żeś ty ode mnie tak daleki, jakby morze bez końca rozdzielało nas wszystką tą falą, która między twoim a moim płynie krajem. Ach! i było-by tak nawet wtedy, gdybyś trzymał mnie w swojém objęciu, gdybym czuła na piersi bicie serca twojego.... Było-by tak zawsze, bo ty mnie pokochać nie możesz....
Pathos Joanny-Maryi przekonywającą miał siłę, gwałtowna jéj namiętność udzielała się téż i jasnowłosemu Bretończykowi.
Przejęty litością i żalem, do głębi serca poruszony tą miłością pierwotnéj szczeroty pełną, Gaet uspakajać zaczął dziewczynkę najsłodszemi, jakie umiał, słowy i pieszczotą pocałunków leciutko dotykających téj ślicznej twarzyczki, tak rozkochanéj a smutnéj.
Osuszywszy wreszcie jéj łzy (a łzy pięknych oczu bez trudności wygraną w miłośnéj sprawie zapewniają), znowu zwrócił rozmowę do tematu, od którego ją rozpoczynali.
— Powiédz mi, jakim cudem, czy jakim podstępem wymogłaś na wodzu czarnych, że ci tu przyjść pozwolił? Czém go sobie ujęłaś? Nie miałaś już nic do darowania: pagne twoje niewielką ma wartość....
— Nic ode mnie nie żądał, wiedząc, że dziewicą jeszcze jestem, — odparła z prostotą.

..........................

Zgiełk oddaleniem tłumiony i głośne krzyki wstrząsnęły ziemią. Z obozu Samorego słyszéć się dało strzelanie i bitwy odgłosy.
Znienacka zbudzeni oblężeńcy chciwie słuchać jęli, drżąc z radości i z obawy, czy to nie snu jeszcze złudzenie.
Chwilami zupełne, straszne milczenie unosiło się nad niewidzialną tą bitwą, potém, nagle, słychać było ostrzejszy niż przedtém świst kul; wściekłość czarnych wybuchała krzykiem i dzikiemi wrzaski, którym towarzyszył ryk bojowego rogu; strzały latały w powietrzu, jak mieczów ulewa.
Ze złoconych drzewców zwisające, kołysały się sztandary z różnych pochodzące epok, niesione przez marabutów. Jeźdźcy sprzymierzonego pokolenia, pochyleni nad grzywami rumaków, przebiegali na wszystkie strony, na wiatr puszczając końce ogromnego bubu. Szerokie błękitne szarawary nie tamują im swobody ruchów, malutką czapeczkę białą owija turban niezmierzonej wielkości, za pasem cięży ładownica z kulami i róg bawoli, pełen prochu, wraz z niezliczoną ilością amuletów. Przebiegają oni pole bitwy, zbierając, niby pasterz rozpierzchłą trzodę, wolnych wojowników z włosami do góry podczesanemi i spiętemi w czub, na wierzchu głowy sterczący, z kozią skórą przez plecy przewieszoną, z jedném okiem, przez zbytek elegancyi otoczoném obwódką białéj farby, oraz w łuk uzbrojonych niewolników, łatwych do poznania po ogolonych głowach i twarzach bez zarostu.
Od czasu do czasu rozlega się krzyk, rozpaczliwie pod chorągiew zwołujący, a krzyk ten przechodzi najczęściéj w chrapliwy jęk: la illah illallah, Mahmadu rasul allah!
— Czy słyszysz? widzisz co? — pytała Joanna-Marya Gaeta.
I ze zręcznością małpki wdrapawszy się na mur tata, nie obawiając się kul, słała w dal, od dymu wystrzałów mroczną, spojrzenie ostrowidzowych swoich oczu.
— Chodźmy! idźmy do nich! pójdź, Gaecie!
I nagle młody jakiś sierżant, podniósłszy do góry ramiona, z radości napół nieprzytomny prawie, krzyknął obok niéj na całe gardło:
— Sztandar! zobaczyłem sztandar!
Wtedy, na rozkaz kapitana, opuścili wszyscy małoobronną warownią, przebyli bagno, na którém opadły już trochę wody, i pędem pobiegli brać udział w walce, z nagle zbudzoną w piersi energią.
Otrzymawszy zwycięztwo nad czarnym wrogiem, w rozsypce pierzchającym, nieszczęśliwa załoga, która srodze ucierpiała na oblężeniu, mogła wreszcie posilić się i wypocząć.
Zjedzono wołu, upieczonego przy ogniu drzew nad rzekami rosnących; uraczono się ignamami, usmażonemi na oleju palmowym.
Gaet schwytał na polu bitwy pysznego ogiera, gniadosza bez żadnéj odmiany; dosiadł go teraz na wyjezdném. Wysmukła postać biała tuliła się do jeźdźca; była to Joanna-Marya, którą młody Bretończyk z sobą zabierał, owiniętą w swoje pagne i muskającą boki pięknego rumaka śliczną, czarną nóżką swoją.
Wszystkim wiadomy był już teraz odważny postępek małéj murzynki; nie dochowała się tajemnica, wszyscy jéj nadskakiwali, każdy ją chciał czémś obdarzyć.
Torebka z palmowéj kory zawierała wszystkie te skarby: pióra strusie, tkaniny o jaskrawych barwach, skórę goryla, kopytko antylopy i trochę złotego proszku. Jeden z tyralierów dał jéj talizman, od upicia się ochraniający: fioletowy kamień, przez zbiegłego niewolnika w kopalni ametystów ukradziony ludożerczym Mithisom, którzy tam, po-za Timbuktu, mieszkają w niepoznanych jeszcze stronach; inny znowu kość słoniową, delikatnie rzeźbioną, kupioną u kurzem okrytych kupców karawany, oraz trochę siarczanu antymonium, na powierzchni ziemi zebranego; a jeszcze inni, muślinowe bubu, skórzane obrączki na nogi, naszyjnik o kaliwach z ciasta, do którego wchodzi sproszkowany gwoździk i popiół z jądra zawartego w pestce tamecznego owocu, popiół o mocnym, korzennym aromacie; wielkie różowe muszle, w których, do ucha je zbliżywszy, usłyszéć można nieustanny szum morza; małe lusterko miedziane, które się u pasa zawiesza.
Czasami zrywał się uragan i, trzęsąc drzewami, obalał je i martwe ich gałęzie z sobą unosił. Niezadługo grzmot huczéć zaczynał do wtóru, i szalała w przyrodzie burza, dysząc gromem, siekąc spiętrzone szare chmury głębokiemi cięciami elektryczności.
Wtedy dopiéro dobrze było chronić się do chatek murzyńskich, zawieszonych na tę porę roku nad ziemią, na mocno wbitych palach. Wchodziło się tam po drabinie, z lianów uplecionéj, a z chmur lały się tymczasem potoki wody, od których wzbierały bagna i jeziorka, przez spływającą zewsząd wodę utworzone.
Kobiety w stępach tłukły proso; na chwilę przerywając robotę, podnosiły uśmiechnięte twarze, na których kwitły niebieskie tatuowania; a gdy się niebo wyjaśniło, wypoczęty i orzeźwiony oddział znowu w powrotną podróż wyruszał.
Woda deszczowa, nagromadzona w wielkich liściach, kształt kielicha mających, przeginała je swoim ciężarem, i jak z przepełnionéj po brzeg czary wylewała się na grzbiet jakiegoś dzikiego zwierzątka, co się w gęstwinie ukryło, lub małpy, która uciekała wylękła, skacząc z gałęzi na gałąź i unosząc czasem na mokréj sierści swojéj szmaragdowe piórka papug, po trawie porozrzucane.
Różowe czerwonaki, ważące się całém ciałem na jednéj do tyki podobnéj nodze, zdawały się drzémać nieruchomo, uszykowane nad brzegiem rzeki z wdzięcznie przegiętą szyją i dziobem w pierzu ukrytym; na odgłos kroków przeciągającego oddziału, zrywały się wesołą gromadą, potrząsając szkarłatnemi jak zorza skrzydłami.
Łono ziemi zdawało się podnosić prężeniem kiełkujących nasion; dyszało wonią do głowy uderzającą, zionęło przeróżnemi aromatami burzącego się w niém życia odrodzonéj roślinności.
Tyralierzy połączyli się na nowo z rodzinami swemi, każda smala doliczyła się członków swoich, z których jedni przy życiu pozostali, drugich śmierć skosiła nielitościwie, i cały oddział długiemi etapami wraca znowu do Dakar, niecierpliwie śpiesząc do celu. Jedna tylko Joanna-Marya, dzika dziewczyna z sercem przez miłość oswojoném, chciała-by, żeby dni były bez końca, a noce bez przebudzenia. Nie skarży się, nie zdradza trwogi, która ją dręczy, z bohaterstwem kobiecéj dumy tai męczarnie swoje; ale nocą, gdy z rozłożystych drzew spada łagodna świeżość, do wonnéj kąpieli podobna, gdy na wszystkich powiekach sen cięży, ona jedna oczu w gwiazdach utkwionych nie zamknie snem kojącym.
Pokój przedziwnie głęboki rozlany jest w całéj przyrodzie: wąż, piersią zginający łodygi wysokich i wątłych traw pustyni, stado aligatorów, odprawiających nocne igrzyska na wyspie, od brzegu rzeki niedalekiéj, niepewny lot nietoperzy, wszystko to słychać wyraźnie!... Wśród wielkiego uciszenia martwych i żywych tworów, wśród bezbrzeżnéj téj pustyni, nie utai się szmer najlżejszy; każdy szelest echem rozbrzmiewa i echem coraz to słabszém w dal płynie; najcichszego oddźwięku drgnienia usłyszy milczenie tu panujące, cisza, wśród któréj nieledwie usłyszéć-by można gołębie całujące się w gnieździe dziobkami.
A w umyśle biednéj murzynki tysiącem roją się myśli, jedna z drugą sprzeczne, bezładne, jakby na sekundę z chaosu jéj ciemnoty wyłonione. Wielkie problemata serc ludzkich ciągną korowodem smutnym, niewyraźne jakieś, zmalałe, mgłą zagadki owiane, zagadki, któréj rozwiązania, niestety! i my także daremnie nieraz szukamy.
Zadumy te, zbyt dla niéj głębokie, rozwiewały się prędko, znikały jak senne mary, ustępując miejsca innemu obrazowi. Przed bezsennemi jéj źrenicami zjawiało się wtedy, z okrutną sennego widzenia wyrazistością, morze, słońcem wyzłocone, o skały białą pianą bijące, a na falach jego.... mknie całą siłą pary statek, podobny do tych potworów bajecznych, co zioną snopami iskier i dymu kłębami. I oto parowiec ten, po morzu jak rumak pędzący, zabiera jéj nazawsze Gaeta, a ona, do wybrzeża przykuta, czuje.... we śnie-li to, czy na jawie?.... że piekielna, nieopisana boleść rozdziera jéj serce, w czarnéj piersi miłośnie bijące.
Gaet ponauczał ją piosenek bretońskich, które śpiewała świeżym głosikiem ptaszęcym, przecudownie giętkim i kryształowo czystym.
Jak wszyscy jéj ziomkowie, którzy z dawnych fetyszystów Mahometanami dziś zostali, Joanna-Marya miała niepewne i nieliczne wiadomości, ze Starego Testamentu zaczerpnięte. Między innemi znaną jéj była historya Abrahama i Agary. Córka plemienia koczowniczo w wielożeństwie żyjącego, uważała biblijne te postacie za piérwszych swego plemienia rodziców, a najmniejszego nie mając pojęcia o upłynionych epok przebiegu, naiwnie w nich widziała najbliższych przodków swoich. Izmael, syn niewolnicy, dzikie chłopię, gaszące pragnienie w cudowném źródle na pustyni pomiędzy Kades a Barad wytrysłém, był dla niéj czémś niby najstarszym z jéj braci, barczystych i hardych pacholąt, o wargach jak krew czerwonych, o drgających rozdętych nozdrzach, z kozią skórą, zarzuconą na ciałko, jak u bożka greckiego kształtne, biegnących u boku matki, koczowniczego plemienia córy.
Pustynia! jałowy, słońcem przepalony bezmiar oceanu, straszniejszego niż niezmierzony wód ocean. Pod spiętrzonemi białych piasków bałwanami pogrzebane tam karawan krocie, a gdy jedna z nich szczęśliwie z niebezpiecznéj podróży powraca, to zdyszane, tumanami kurzu otoczone wielbłądzice, ukląkłszy wśród ostów, modrawym kwiatem okrytych, nieruchome i jakby z głazu wykute, wyciągają tylko szyje, pijąc wiatr, traw świéżością wilgotny, a piękne czarne ich oczy, po ludzku łagodnie patrzące, toną w zachwycie błogiéj jakiéjś zadumy. A tymczasem dozorcy ich i przewodnicy, o wychudłych twarzach ascetów, od simunu spiekłych, gorącemi piaskami posiekanych, o orlich garbatych nosach, zdejmują z nich brzemię drogocennych ładunków, a w oczach mają nieopisany majestat ludzi, którzy głębią przyrody stopami przechodniów zgruntowali, a wzrokiem obejmować przywykli bezbrzeżne przestrzenie i nieskończoną próżnią bezgranicznych widnokręgów.
Gaet nauczył téż był małą murzynkę niektórych wersetów Biblii, którą matka czytywała mu za lat dziecinnych; przedziwnie prosta ich poezya zdawała się być kwiatem, wykwitłym na ustach téj córy Sudanu, gdy z nieporównanym wdziękiem mówiła:
— „Czarnać-iem, ale piękna! Nie patrzcie na mnie, iżem ogorzała, bo słońce-to barwę lic moich spiło. Kwiaty mi za podporę dajcie, a owoce dajcie za posiłek, bo oto więdnę z miłości!”
Był jednak ustęp, do którego gdy doszła, odwagi jéj brakło i urywała nagle, gniewna niby, z dziecięcą przebiegłością murzyńską udająca, że zapomniała już wyrazów, które stokrotnie powtarzała pocichu:
— „Szukałam tego, za którym usycha moja dusza, szukałam go, a nie znalazłam nigdzie!”
Powoli, głośno, z najpyszniejszemi głosu intonacyami, powtarzała smutnéj skargi wyrazy:
— „A nie znalazłam nigdzie!”
Biedna dziewczynka murzyńska!

..........................

Wtedy-to zaszedł wypadek, który wpłynął stanowczo na losy Joanny-Maryi.
Oddział, przybywszy do Kita, rozłożył się tam obozem.
Dzień się miał ku schyłkowi, gdy, z głębi kraju nadciągnął żałosny orszak niewolników: jeńcy czarnego plemienia, tak mężczyźni jak i kobiety, nadzy, ranami tylko okryci, wszyscy mieli na szyi obroże z plecionych rzemieni, połączone między sobą kijami, utrzymującemi nieszczęsnych w téj saméj jeden od drugiego odległości: żywy, niezerwany łańcuch ludzki o niezliczonych, nierównéj wielkości ogniwach. Słabszych poprzegradzano silniejszymi, którzy ciągnęli zdyszani, szałem ogarnięci, jak rozbiegane w zaprzęgu konie; ramionami uderzali czasem o siebie, a wychudłe podnosząc ręce, umocowywali niesione na głowie olbrzymie tykwy, pełne przedmiotów, któremi pan ich handlował.
Gdy stanęli, ujrzano zdumiewająco straszny widok twarzy, niedolą zmiażdżonych: jedni uśmiechali się z tragiczną jakąś błogością, drudzy kołysali całe ciało regularnie machinalnym ruchem niedźwiedzia na łańcuch wziętego; ogolenie głów uwydatniało niezwykłą ich chudość i śpiczastą ostrość rysów, twarze ich wyrażały do idyotyzmu posunięty przestrach, z chorobliwych hallucynacyi powstały; ciała, mimo młodości, zwiędłe były, jak suszą strawione rośliny; matki, same dziećmi prawie będące, matki, którym wyrwano karmione przez nie niemowlęta, wiodły wkoło obłąkaném spojrzeniem, jęcząc na bezdzietność swoję i na ból, co wyschłéj piersi karmicielek wrzodami dolegał.... Niejedna z nich, urodzona wolną, miała na wychudłéj twarzy delikatnych tatuowań rysunki....
Młodzieńcy, o słabych jeszcze muskułach, gnąc karki pod nadmiernym obarczającego ich brzemienia ciężarem, szli na samym końcu, chwiejnym i niepewnym krokiem, z nieprzytomnym wyrazem twarzy, okropnemi wstrząsani dreszczami, jakby dręczeni nigdy niezatartém wspomnieniem krwawych mordów i wstrętnych, strasznych biesiad!...
A to, co w ogromnych tykwach nieśli na głowie nieszczęśliwi ci jeńcy, miało wartość sto razy od ceny ich wyższą! Było to złoto, z gór Labul pochodzące, a z niezrównaną oryginalnością cyzelowane; czerwone, ogniami sypiące, drogie kamienie, i kły słoniowe; gliniane dziwnych kształtów naczynia; bronie misternym okryte rysunkiem; farbowane w najrozmaitszy deseń skóry; hafty, jedwabiem i metalową nicią dziergane; strusie pióra, słoniową szerść, oléj palmowy, proszek złoty i różnobarwne kwarce, oraz paciorki bursztynowe, jasne, wonne, elektryczne, do łez przez słońce uronionych podobne.
Ale biedacy lękali się okazać, jak bardzo są znużeni, i wieczorem, zjadłszy wydzieloną im porcyą gęstéj z prosa rozgotowanéj kaszy, żartują i śmieją się przy dozorcach i wątłe siły wytężają, z obawy, aby, jako chorych i na nic nieprzydatnych, nie rozpłatano ich żywcem.
Uważani jako bydlęta robocze, weszli w obieg, niby rodzaj obdarzonéj życiem monety; wartością równi dwóm sztabom soli, (których dwanaście kosztuje koń), mieli zostać sprzedani natychmiast po doniesieniu na miejsce kosztownego ciężaru, którym ich obarczono.
Przez wiele, wiele tygodni i wiele miesięcy, których liczyć już siły nie mieli, szli pod żarem z nieba padającym, wzdłuż brzegów Nigru.
Niektórzy z nich mówili językiem Phulów; w dalekiéj, po-za Timbuktu położonéj krainie, na urodzajnych wybrzeżach Benue, byli oni od dawna niewolnikami mieszkańców Yola. Podczas najazdu nieprzyjaciela jeńcami uczynieni, stali się towarzyszami niewoli dawnych panów swoich, dziś także w niewolę zabranych.
Tyralierzy licznym tłumem otoczyli karawanę, kupując dla siebie, lub dla żon swoich, orzechy z drzewa guro, którego owoc żółty, o mocno gorzkim smaku, zawiera w pestce swojéj jądro, za wielki przysmak uważane. Ostremi, białemi zębami zwolna gryząc twardą łupinę, przyglądali się jeńcom, przemawiając dźwięczném narzeczem Phulów do tych, o których sądzili, że z ich ojczyzny są rodem.
Nierzadką bowiem jest rzeczą spotkać wśród nieszczęsnéj takiéj rzeszy przyjaciela, lub krewnego, którego zostawiło się w kraju, wolnym i szanownym bogatego domu panem.
Joanna-Marya i brat jéj, tyralier, zbliżyli się wraz z innymi przyglądać się wygłodniałym jeńcom.
Mimo miedzianéj cery swojéj, Joanna Marya była bardzo piękną. Twarz jéj przedstawiała doskonały typ, właściwych jéj plemieniu, czysto kaukazkich rysów, a wygody, któremi teraz była otoczoną, nadały jéj twarzy coś łagodnie wypoczętego, coś, co przez kontrast z otoczeniem — cywilizowanym wyrazem twarzy nazwać-by prawie można. Strój téż miała na sobie wykwintny: cała owinięta wielkiém białém bubu, zawiesiła na szyi mnóztwo naszyjników, gri gri, i paciorek trójkątem opadających na jędrne, elastyczne, wysoko umieszczone jéj piersi, nieznacznie wznoszące się przy oddychaniu. Policzki, jak u dziecka okrągłe i pulchne, w oczach miłosnie omdlewających malowała się kobieca dusza dziewczęcia; smętna powolność ruchów zdradzała cierpienie serdeczne; nóżki, w złocone sandały obute, wolno i lekko stąpały, a na jéj czole, młodzieńczo-czystém, wypukłém i jak metalowa płyta gładkiém, rozkwitał, o estetycznym ideale, o mistycznych polotach plemienia jéj świadczący, doskonałém tatuowaniem niestarcie wyryty, — błękitny kwiat lotusu.
Jedna z nieszczęśliwych niewolnic utkwiła gorejące oczy w twarzy ładnéj murzyńskiéj dzieweczki.
Była to stara już kobieta, o piersi okropnie pomarszczonéj; na szyi miała straszliwy naszyjnik z ran jątrzących się, zaognionych, ran, pochodzących z ciągłego tarcia niewolniczéj obroży.
O! jak chciwe, jak zaiskrzone źrenice wpijała nieboga w błękitny ten lotus, na czole Joanny-Maryi kwitnący, czołgając się na kolanach, by zbliżyć się do dziewczynki o tyle, o ile na to pozwalała długość rzemienia, który ją do jéj towarzysza przywiązywał. Nie widziała ona oczu dziewczęcia, ani świetnego jéj stroju.... błędne, spłakane jéj oczy szukały tylko kwiatu, delikatnemi liniami skreślonego na czole dziecka, kwiatu, którego widok zdawał się budzić w niéj rozkoszne, dawne jakieś wspomnienia!
Oficerowie francuzcy przy każdéj sposobności protestują przeciwko ohydnemu zwyczajowi wiązania z sobą niewolników, i na szczęście zwyczaj ten coraz rzadziéj praktykowanym już bywa. I teraz więc, korzystając z wpływu, na naczelnika wioski wywieranego, wchodzić zaczęli w układy z właścicielem niewolników, żądając, by zdjął z nich pęta i zbolałym ich członkom wolność przywrócił. Przekupień, człowieczym towarem handlujący, acz niechętnie, uległ jednak żądaniu „zamorskich” ludzi, i własną ręką narzędzia tortury rozwiązywać począł niewolnikom.
Tyralierzy poprzynosili jeńcom pełne czary dolo, a Joanna-Marya przyniósłszy w rogu swego pagne drobne bryłki soli, rozdawała je końcami czarnych paluszków, niby istna królewna dzika.
W chwili, gdy pochylała się nad starą kobietą, niewolnica, nie zwracając uwagi na drogocenny dar dzieweczki, pochwyciła ją za ramię i, przyciągnąwszy ku sobie, z miłością wzrok w jéj rysach zatopiła.
— Dieba! — nagle zawołała, — piękna Dieba! To ty? O! dziecię moje!
Na dźwięk tego imienia, śpiewnym głosem wymówionego, brat Joanny-Maryi, szybko się obróciwszy, upadł do nóg staréj niewolnicy, a potém wpół ją objąwszy ramiony i złożywszy głowę na jéj chudych, jak ziemia czarnych, kolanach, które łzami rzęsistemi oblewał, jął szeptać od wzruszenia zdławionym głosem słowa, dzwoniące tą przedziwną harmonią miłości i uszanowania, którą murzyni dla matek tylko swoich z głębi serca wydobywają.
Nene! Nene! biedna nasza Nene! wolna już teraz jesteś!
— I ty tutaj, Sambo mój mały! — krzyknęła radośnie murzynka, — i ty! oboje was widzę.... Ach! ja się tak do Nama modliłam!
W parę godzin potém, już od więzów wolną, wykupioną, wykąpaną, orzeźwioną, w nowiusieńkie bubu odzianą, uprowadziły dzieci do chaty, którą w Kita posiadał Sambo i ułożyły na łóżku, usłaném z bambusów i łodyg prosa, a nad ziemię wysoko wzniesioném.
Sambo przysposabiał z ziół gri-gri, którém wyleczyć miał matkę, a Joanna-Marya, przewróciwszy do góry dnem koszałkę z palmowéj kory i, wyrzuciwszy z niéj na ziemię wszystkie swoje skarby, kładła matce na nogi srebrne swoje bransolety.
A stara, nawpół usiadłszy na łóżku, z gwałtownemi opowiadała ruchami, jak pewnéj nocy dzicy n’goulah, ludożerczy fetyszyści, napadłszy nieszczęśliwych mieszkańców Yola, rzeź między nimi sprawili, przeszywając ich zatrutemi strzałami, które do celu trafiały, choć w ciemności na chybił trafił ciskane; jak napadnięci pod wpływem przestrachu źle się bronili, zbiwszy się jak trzoda pod ścianami chat, a za jedyną broń mając ciężkie, źle niosące pistolety i stare strzelby skałkówki.
Wtedy-to napastnicy, żądzą mordu szaleni, porwawszy straszliwe miecze swoje, ucinali głowy i ręce, jak dojrzałych kłosów żniwo, i mordowali, rycząc jak dzikie zwierzęta, na zdobycz się rzucające, a jeden z nich, by wśród ciemnéj nocy poświecić, skrzesał ognia i podpalił wielką chatę królewską.
Złupiwszy wieś, po odbytéj rzezi krwawą się uraczywszy biesiadą, plemię n’goulah dzielić pomiędzy siebie zaczęło skarby zabitych, oraz nieszczęśliwych, którzy przy życiu pozostali. Kobiety i najsilniejsi z pomiędzy młodzieńców dostali się naczelnikom; sporą część wydzielono ludożercom, resztę zaś sprzedano karawanie, która ciągnęła lądem wzdłuż rzeki Benue, by dostać się nad Niger i jego brzegami dotrzéć do granic Timbuktu.
Przebywszy Timbuktu, okrążywszy jezioro Denve, zatrzymawszy się w Segu-Sikoro, w Niagassola, przerżnąwszy wzdłuż dolinę Bakoi, karawana przybyła wreszcie do Kita.
Podczas opowiadania staréj niewolnicy, w otworze do chaty wiodącym stanęła wysoka postać męzka i jasnowłosy młodzieniec przestąpił próg domowstwa.
Jednym skokiem stanęła przy nim Joanna-Marya, okrywając ręce jego pocałunkami.
Gaet uparcie jął szukać oczyma spojrzenia staréj matki; znalazłszy je, utonął w niém wymownym wzrokiem. Oczy ich długo, długo mówiły coś z sobą i zrozumiały się wreszcie....
Błękitne, łzami zaszłe źrenice młodzieńca, mówiły:
— „Zatrzymaj ją przy sobie! pociesz ją!”
A wilgotne, zbolałe, gorączką rozpalone oczy staréj odpowiadały:
— „Rozumiem.... ona cię kocha!.... Jedź sobie, jedź.... wyleczę ją!”

..........................

Powracał początek roku.
Pewnego wiosennego poranku, przeciągał drogą po przez łany dojrzałego prosa, oddział żołnierzy, któremu się przyglądać ściągała ztąd i owąd ciekawa rzesza.
Dwie kobiety murzyńskie, staruszka i młoda dziewczyna, ukazały się także na drodze. Były to Dieba i jéj matka.
Zapóźno jednak przybywały. Oddział wyprzedził je był znacznie, zaledwie już rozróżnić można było jadących konno oficerów od tłumu żołnierzy i kobiet.
Stara murzynka zdawała się błagać i zaklinać swoję towarzyszkę, ale młoda dziewczyna, boleści pohamować nie umiejąc, słuchać i widziéć nic nie chciała, i całém ciałem wyprężona, splótłszy wzniesione nad głową ręce obie, wyciągnęła drżące te ręce w dal, zwolna już kontury postaci zacierającą.... Czasami postąpiła kilka kroków naprzód, jak ptak, który się do lotu porywa, ale stara kobieta, jak wąż koło jéj kolan owinięta, wychudłemi ramiony obejmowała w silny uścisk giętkie nogi dziewczęcia.
I rozrzewniającym był widok pokornéj téj matki, rozpaczliwie trzymającéj się dziecka, jakby to dziecko skrzydła do odlotu lada chwila rozwinąć mogło!
Wtedy Joanna Marya krzyczéć wielkim głosem poczęła.... głosem chrapliwym, w którym nic już ludzkiego nie było, rozdzierającym głosem istoty, głęboko, śmiertelnie zranionéj.... Krzyczała.... tym wielkim krzykiem młodéj piersi, w którym drga trwoga piérwszych uczuć namiętnych i jęczy ból piérwszych ran, jakiemi kąsa miłość, a w krzyku jéj były dźwięki takie, które pierś kobieca raz tylko wydać z siebie może, które nigdy już równie silnie brzmiéć nie będą, jak nigdy nie wróci już ból ten gorzki, do amputacyi serca podobny.
Chwiejąc się, wzruszeniem wyczerpana, krzyczała murzynka biedna, słowo z głębi duszy płynące, słowo, które znaczy „miłość” w harmonijnie brzmiącéj Phoul’ów mowie:
Ntiophel! O! o! Ntiophel!

..........................

Jabłka dojrzewały; bursztynem i purpurą świecił owoc, pod którym uginały się gałęzie, wiosennéj sprężystości pozbawione, łamiące się od ciężaru tak, że niektóre do połowy się prawie nurzały w śnieżystéj fali kwitnącéj gryki, któréj kwiat, na wysokiéj, różowéj łodydze drżący, falował pod czystém a pełném tchnieniem morza, całym łanem na stoku wzgórz rozesłany.
Droga wspina się na góry, spuszcza się w dolinę, biegnie wzdłuż morza, jak ścieżka biała, brzegiem zielonego gościńca się wijąca.
Dyliżans, wiozący Gaeta, ciężko i hałaśliwie toczy się drogą przez pola. Młody oficer usadowił się w kabryoleciku, umieszczonym za siedzeniem konduktora.
Gaet znał tę drogę i całą tę okolicę, aż do najdrobniejszych szczegółów krajobrazu; dziecinne jego wspomnienia, w pamięci mężczyzny pyłem zapomnienia przysute, budziły się nagle wyraźne: na tym oto strumyku ślizgał się nieraz zimą; tamten wąwóz wysłany bywa na wiosnę kobiercem najpiérwszych fiołków; ów znowu złom granitu utkwił mu w pamięci dlatego, że na wierzchołku jego znajduje się w kamieniu odciśnięty ślad ogromnéj o kogucich szponach nogi, ślad, będący ma się rozumiéć, śladem stopy dyabelskiéj.
Pomiędzy drogą a morzem, pola odłogiem leżące, pokryte ostokrzewem, wrzosami, drzewiastemi prawie paprociami, wśród których tu i owdzie przeświecają skały, jak pociemniałe srebra bryły. Pastuch, o długich włosach jasnych, spadających mu na limousine (rodzaj barki), pędzi przed sobą trzodę, któréj pilnuje pies, z pyskiem do pyska hyeny podobnym.
Sino-fioletowe, jakby spłakane, trzciny, rosną nad stawem, w którego czarniawych wodach muszą zapewne nocami gasić pragnienie strzygi, i przeglądać się upiory, zanim wkoło sterczącego w ziemi kamienia ciągnąć zaczną taneczném kołem, które gdy rozerwie śmiertelnik, w oka mgnieniu tłumem karłów zaroi mu się cały rozłóg nadmorski. Na drucie telegraficznym, głucho brzęczącym, siedzą rzędem, jedna za drugą, przytulone do siebie jaskółki, których biała kamizelka świeci w czarnego fraka wycięciu. A u końca téj na powietrze rzuconéj linii telegraficznego drutu, widzi Gaet oczyma wyobraźni rękę kobiecą, miękką, pieszczotami darzącą rękę matki.
Serce młodzieńca wzbiera miłością najtkliwszą. Nie uprzedził matki, że dziś wieczorem przybędzie.... Byle tylko nie przelękła się szczęścia, niespodzianie ją spotykającego.
Ach! jak im dobrze będzie we dwoje, w tym starym domeczku szarym, w którym Gaet cały czas urlopu przepędzi!
Konie, poczuwszy stajnią, pędzą galopem prawie, a ciężki odrapany pojazd toczy się wzdłuż drogi z przeraźliwém skrzypieniem osi i zapamiętałém brzęczeniem wszystkich dzwoneczków uprzęży.
Oto i dzwonnica wiejskiego kościołka, na pół już zapadłego w ziemię. Wokoło cmentarzyk, ogrodzony żywopłotem.
Oto i chałupy niziutkie, słomą kryte, których strzechy irysami fioletowo zakwitły; oto i pusta dzisiaj pralnia wiejska, kamieniami ocembrowana, jak modre zwierciadło przezroczysta, i dynie w ogródkach porzucone, do spadłych księżyców podobne; oto zagony krzycząco zielonéj kapusty, widne po przez szare opłotki kamienne, na których rosną amaranty; oto szczupłe ogródki, gdzie wśród tymianów i złocieni rosną lewkonie i lilie; a daléj znowu stodoła, pełna złocistéj słomy i wonnego siana, i klepisko, na którém się co Niedziela tańczy ochoczo.
— Janie-Ludwiku! — woła Gaet na konduktora, — zatrzymaj-no się tutaj, przyjacielu, i popilnuj mi rzeczy. Matka nie wié o moim powrocie, pójdę więc piechotą do domu, żeby ją tak nie zaskoczyć znienacka.
— Kiedy, z przeproszeniem pana porucznika, muszę oddać mamie pańskiéj depesze.
— Wypij, za zdrowie moje, kochanku; oddasz je parę minut późniéj. Święto dziś uroczyste: nie codzień wraca się z nad Nigru!

..........................

Cień zalegał już ulice wioski, gdy Gaet, wysiadłszy z dyliżansu, piechotą ruszył w dalszą drogę.
Śpiesznie idąc, natknął się na młodą jakąś kobietę, która dźwigała pełne wiadro wody. Podniosła na niego dziecięco-naiwne spojrzenie, i stawiając brzemię swoje na ziemi, zawołała ze zdumieniem:
— Jezus, Marya, Święty Józefie, mój patronie! Toż to pan Gaet powrócił!
Ale Gaet nie zatrzymał się wcale.
Młodzieniec biegł teraz z radością i niepokojem w sercu, jak dziecię, do matki śpieszące. Za każdym krokiem, na przód zrobionym, czuł, że coraz go silniéj przyciąga nadzieja ujrzenia wkrótce téj pięknéj twarzy spokojnéj. Serce mu się ściskało.... radością.
Gaet kochał matkę dlatego, że była jego matką, ale kochał ją także za jéj wdowieństwo surowe, za prostotę i słodycz jéj cnoty, za jéj życie poświęcenia pełne, a szczególniéj, głównie i przedewszystkiém za to, że, cudownie piękną i młodą jeszcze będąc, nie chciała znać innych prócz synowskich pocałunków; bo w głębi serca każdego ukochanego jedynaka czai się zawsze zazdrośnik, niepodzielnie w sercu kobiety panować chcący.
Wszystko jéj zawdzięczał, nawet ten szacunek, którym ją mógł otoczyć, a jeżeli bujne jéj włosy opromienić mógł aureolą świętości, to dlatego jedynie, że ona sama nosić ją chciała na skroni.
Coraz bliżéj był domu.

..........................

Ciesz się, stary domku szary! dusza twoja powraca.
Szczep winny okryty gronami, a wszystkie krzewy różane osypane kwiecia bogactwem.
Jak połyskują te trzy stare kamienne schodki w świetle księżyca, który się w nich przegląda!
Ale oto wśród głębokiéj, życiem drgającéj ciszy wieczoru, dźwięk jakiś rozdziera przejrzyste zmierzchy powietrza. To dźwięk dzwonu.... znany mu dobrze dźwięk śpiżowy, który budzi gołębie dzikie, gnieżdżące się na staréj wieży bretońskiéj i słodko pieści ucho ukochanego jedynaka wdowy; ten sam dźwięk, który w godzinach gorączkowych majaczeń szumiał mu w uszach nad brzegami Nigru, ten sam, który pożegnalném biciem łkał niegdyś nad trumną jego ojca, ten sam, tajemniczą wypadku igraszką, wita dzisiaj powróconego matce syna.
Młodzieniec, upojony wzruszeniem, usiadł po cichutku na najwyższym stopniu starych schodków kamiennych i, w tył przechyliwszy jasnowłosą głowę, płakać zaczął cichemi łzami.
Przez zamkniętą okiennicę widać było światło, ale Gaet wejść nie śmiał, nagłą zjęty obawą. A jeżeli, niespodzianie ujrzawszy go przed sobą, padnie martwa, nadmiarem szczęścia zabita? Bywają czasem istoty, dzielnie dźwigające niedolę, a bezsilne wobec szczęścia, zbyt nagle spadającego na nie...
Przyszła mu wtedy myśl szczęśliwa: półgłosem zaczął śpiewać starą kolędę.
Była to naiwna, nierymowana i bezsensowna stara pieśń jakaś kantyczkowa, którą matka mu śpiewywała, gdy był małém dziecięciem.
Gaet półgłosem zrazu nócił.
Było to niby stłumione, dalekie, niepewne echo ulubionéj nóty pieśnianéj, niewyraźnie szemrane słowa zaledwie dosłyszalnym szeptem. Dźwięk ich wpadał w poprzeczną szparę, przecinającą mur tuż pod oknem, na to, by listy nią rzucać do skrzynki, i rozbrzmiawszy w ciasnocie skrzynki, wpływał do biurowego pokoju, łagodny i przyciszony.
Śpiew po łzach, to słońce po ulewie, tysiącem drogocennych kamieni strojące ogród, który nigdy przedtém nie jaśniał takim blaskiem piękności. Głos łzami zwilżony, nigdy bardziéj wzruszających nie miewa dźwięków; struny tego instrumentu, który się piersią ludzką nazywa, nigdy tak bozkim nie drgają dźwiękiem, jak wtedy, gdy się w gorzkich łez źródle obmyły!
Gaet usłyszał lekki krok matki, zbliżającéj się do okna: zdawało mu się, że słyszy jéj oddech i szelest powłóczystéj jéj sukni. Przystanęła chwileczkę za okiennicą, w któréj świecił otwór, kształt gwiazdy mający, a potém znowu chodzić zaczęła po pokoju. Nieraz może sny temu podobne miewając, myślała, że złudzeniu tylko podlega.
Podjął więc znowu pełniejszym a drżącym głosem:

Na trosk odegnanie
Po czterech ruszyli
Sławetni mieszczanie
Z Châtres....”

Ale nie dokończył już zwrotki.
Rozległ się okrzyk głośny, brzmiący pół jeszcze nieufną radością, i we drzwiach szeroko otwartych, wśród nieładu sprzętów, które, biegnąc, z miejsca poruszyła, w jasném świetle trzymanéj w ręce lampy, stanęła przed nim matka na piérwszym z wydeptanych schodków kamiennych, o całą głowę syna wzrostem przenosząca.
Gaet, pochwyciwszy matkę w ramiona, jednym skokiem przebył trzy schodki kamienne, na których czas wycisnął swe piętno, i wniósłszy ją do domu, posadził na środku biurowego pokoju, w ogromnym, zniszczonym jéj fotelu, obok stołu, na którym rzędem ustawione stały przyrządy telegraficzne.
Teraz młody człowiek padł do nóg samotnéj pracownicy tym samym ruchem czci miłosnéj, z jakim tyralier murzyn pochylał się w Kita do kolan téj, w któréj rodzicielkę swą poznał... I głowę na jéj kolanach złożywszy, płakał i śmiał się razem, tak jak wówczas, gdy zauważyła to Joanna Marya, pod niebem Afryki, złotemi gwiazdami usianém.
Wtedy-to cisza, od tak dawna kąty starego domu szarego zalegająca, uleciała spłoszona, a matka Gaeta, wznosząc ku Niebu blade jak słoniowa kość ręce, kryształowo czystym, słodko dzwoniącym głosem, w którego bretońskim akcencie namiętne i rzewne drgają dźwięki, przez łzy te tylko słowa wyrzec zdołała:
— Dzięki Ci, o Jezu! Ach! ja się tak do Ciebie modliłam!....

..........................

W kraju Murzynów, Bóg biednéj matki-niewolnicy na imię miał Nama; w Bretanii Jezus Mu na imię....
Ale jakkolwiek go nazwiemy, w najdalszym zakącie świata, strapione matki zawsze modlitwami błagać go będą za dzieci.


koniec.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alice Télot i tłumacza: Teresa Prażmowska.