Przejdź do zawartości

Wśród ruin (Zapolska, 1923)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wśród ruin
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WŚRÓD RUIN.

 Niema piękniejszej religji dla serca, jak religja wspomnień.
 Błądzić cicho wśród ruin i patrzeć, jak z pod stóp, co krok, wyrasta blady, smutny, prawie grobowy kwiat.
 Błądzić cicho wśród ruin i widzieć, jak z poza węgła tu i tam wysuwa się cień, nieuchwytny, blady cień...
 Błądzić cicho wśród ruin, otoczoną ciszą mieć duszę, a w duszy tej słyszeć tyle — całe dźwięki — całą harmonję — całą pieśń przeszłości, która przypływa z oddali. I tak błądzić długo w milczeniu, wśród pyłu, kamieni, walących się dachów, pootwieranych rozpaczliwie okien — błądzić z oddechem zapartym, czekając ciągle, że coś się odkryje, jakąś tajemnicę wydadzą te mury i patrzeć, jak przez te ramy okien zieleni się majową szatą wiekowo stare drzewo, które patrzyło gałęziami swemi w ten gmach, znało jego początek, świetność i grób.
 Błądzić cicho wśród ruin i mówić Requiem, a słyszeć, jak wiatr, jęcząc pośród walących się w gruzy ścian, odpowiada „Pamiętam!“
 Błądzić cicho wśród ruin i czuć, jak się w sercu zapala lampa gorejąca miłości dla tego, co żyje legendą zabalsamowanych trupów, spo witychspowitych w purpurę królewską.

———————————————

 Długi gmach.
 Wygląda on, jak olbrzymie mauzoleum, stojące pośrodku cmentarza. Do wysokości piętra czepiają się kolumny krużganków. Na dole... kasyno. Na bramie tarcze herbowe, na parterze rozwieszone karty: „Es wird höflichst ersucht nicht zu rauchen.“
 Po komnatach, w których zagłębione nisze mają wiele tajemniczego uroku, przechadza się kelner w czarnym fraku, a przy stole oficer z miną zwycięzcy czyta „Ulk“. Ciężkie drzwi, nad któremi herby Radziwiłłów i Wiśniowieckich otwierają się, aby ukazać w półcieniu niskich, o klasztornem oświetleniu izb, stoły, nakryte do oficerskiego table d’hôte’u. Na piętrze, na które drapać się trzeba po drabinie, przynajmniej ruina szczera i niczem nie pokryta. Uciekam na tę górę. To „kasyno“, rozlokowane w królewskim zamku, ma w sobie coś ironicznego.
 Ot — kapral włożył na głowę zrujnowaną i zniszczoną królewską koronę. Korona pozostanie koroną, a kapral — kapralem. Niemniej to boli.
 Na górze obdarto dach, złupiono wszystko. Zda się horda Wandali przeszła przez królewską siedzibę. Któż przeszedł tędy? Kto powyrywał z murów kominki, sztukaterje? Kto rozwalił kaplicę? Kto, zda się, pożarł miedziane dachy? Kto tę siedzibę bohaterów z pod Cecory i Wiednia rozwalił swą pięścią brutalną a potężną w bezgranicznem zuchwalstwie? Olbrzymią musiała być ta horda, która zwaliła się nie tylko na to dzieło sztuki, jakiem jest bezwarunkowo zamek Żółkiewski, ale i na tak drogą sercom pamiątkę krajową. Horda? Co znowu! Nie horda. To jeden człowiek. Nazwisko jego? Nie potrzeba wymieniać. Już kilkakrotnie wymieniano je, a on rad uśmiechał się w swoim magnackim domu. „Widać, że jestem kimś, o durniach nie piszą.“ Twarda logika Herostrata. Z kaplicy, w której Sobieski słuchał Mszy św. przed wyruszeniem na wyprawę wiedeńską, kazał ten „pan“ cegłę rozebrać i postawić... stajnię. Pozostała zarośnięta trawą pustka. Gdzie flizy, na których przypadły kornie kolana królewskie, a może on cały krzyżem leżąc, wzywał opieki nad skrzydlatem wojskiem, które prowadzić miał pod miecz pohańca! Flizy te tratują obecnie końskie kopyta... a cegły, o które obił się proszący głos „Bogarodzico Dziewico! Bogiem sławiona Marja!“ teraz obija się chrapanie i przekleństwa czyszczących konie parobków.
 O durniach nie piszą...

———————————————

 I oto sala, gdzie do stóp naszego króla pochylił się wysłaniec i wołał o ratunek dla chrześcijaństwa. Jakieś dziwne, niepojęte ogarnia wrażenie. Olbrzymie okna zasłonięte deskami. Kilka desek wyrwano, przez nie wpada struga światła. Na ścianach gdzie niegdzie ślady tynku. Na nich tu i ówdzie freski, cienie, wspomnienia fresków. A wszędzie, gdzie była jeszcze choć okruszyna ściany, zwiedzające matołki pozostawiały swe nazwiska. I oto Erazm Matołkowski, Hilda Matołkiewicz i daty, daty... Wszędzie i zawsze te bezmyślne całe rodziny, nieskończone, niewygasłe rody, skrzypiące ołówkami na ruinach królewskich zamków. „Królu ratuj chrześcijaństwo!“ — tu z tych drzwi wyszedł Jan III. wyniosły olbrzym, jeden z tych naszych serdecznych olbrzymów, którzy w teraźniejszości gorzkiej nagle jaśnieją w naszej wyobraźni, jak słupy płomienne. Tu mu padła do nóg cała Europa... A pan Matołkiewicz po całych wiekach przyszedł „błądzić wśród ruin“ i ująwszy w rękę ołówek, maże nim resztki ścian, które pazur drugiego magnata Matołka pozostawił wypadkiem...
 Oto sypialnia Marysieńki. Oto jej łazienka, oto alkowa, gdzie spała piękna i kapryśna kobieta. Okno zabite szczelnie nie dopuszcza światła. W kącie jama kominka. Pozostał tu sufit i cały ten kąt ma w sobie coś ze świeżo opuszczonego mieszkania. Zda się, iż wyniesiono stąd meble. Mieszkanka umknęła, ale jeszcze żyje, gdzieś niedaleko. Nie wiem, dlaczego, ale tam w tej sypialni niema tej cmentarnej pustki. Czy ta „Marysieńka“ miała rzeczywiście tyle kobiecego czaru, że pozostał on tam przez wieki całe, ale w tej pustce jest coś kobiecego, coś nieuchwytnego, a przecież jest to, co cechuje „dom“, co zaznacza, że tu płakała, śmiała się, rządziła, żyła — kobieta.
 I to wszystko, co pozostało z zamku — wszystko, co jeszcze Żółkiew za drogie pieniądze zdołała wydrzeć Wandalowi-Herostratowi z pazurów. Miasto robi, co może, chroni ruiny — pokryło je prowizorycznym dachem — ale czas dokona swego. Padnie w gruzy i ta pamiątka krajowa. A gdy pomyślimy, że są pankowie, którzy jednej nocy przegrywają setki tysięcy w klubie... Gdyby kiedykolwiek kraj od takiego magnata wygrał wyrestaurowanie żółkiewskiego zamku...
 Eh! point des rêveries!...

———————————————

 Czystemi ulicami, tak czystemi, jak dobrze i starannie wymieciony salonik, idę ku synagodze. Choć to dzielnica żydowska — czysto tu i schludnie. Cóż to znaczy? Czy żydzi żółkiewscy pozbyli się tradycji i są inni, jak żydzi lwowscy? Powietrze czyste, oddychać można — ulica Ruska, Serbska i te inne zakamarki lwowskie, rozkoszne klomby, pełne zabójczej woni — nie istnieją. Czy magistrat Lwowa nie mógłby pojechać do Żółkwi, aby się tam nauczyć, jak czysto można utrzymać miasto, nawet tak małe i tak żydami zamieszkałe, jak Żółkiew. I dlatego, gdy się dojdzie do tej synagogi, która dźwiga się wspaniale od ziemi na wzór jakiejś bajecznej baszty, nie czuje się żadnego kontrastu — piękno gmachu głównego nie jest zatarte brudem i nieczystością otoczenia.
 I to jest mauzoleum, ale to nie padło w gruzy. Wewnątrz, trudno opisać, jak piękne, podniosłe odnosi się wrażenie. Na ścianach kwiaty w płaskorzeźbie, kwiaty o linjach, ukochanych przez Wyspiańskiego — pną się ku potwornemu Lewiatanowi, który z góry czuwa nad purpurą krytym ołtarzem, obstawionym błyszczącemi, jak promienie słoneczne, orłami, zdobiącymi świeczniki.
 Stary, siwy żyd na wszystko odpowiada: „ałt! ałt!“ — i wszystko tam jest tak „ałt“, tak stare, a mimo to tak świeże, w czystości i w zachowaniu, że wierzyć nie można, iż wieki tędy przeszły.
 Wieki przeszły i przez farę, ufundowaną przez Żółkiewskich, a czysty ten, choć napozór bardzo prosty w układzie, kościół, biegnie wysoko w przestwór lazurem swej kopuły, tak świeżo i — rzec można — młodo, że tu nie błądzi się wśród „ruin“. Tu wiara i jej kapłani utrzymują pamiątki z pietyzmem, a złoto ornatów z pasów tureckich zrobionych, nie czernieje, lecz lśni, jak za świetnych dawnych czasów.
 U Ojców Dominikanów ornatów tych moc wielka. A są to cenne hafty, że raczej zdają się być misternemi dziełami pendzla, wytworzonemi na atłasie. Jest tam jedyny może w Polsce, a niezmiernie bogaty zbiór ornatów i kap z figurami o twarzyczkach malowanych na jedwabiu przedziwnie, misternie, przypominając w tej manierze prerafaelickich malarzy.
 W białe habity odziane postacie Dominikanów stoją na straży tych zabytków, którymi i Jasna Góra poszczycić się nie może.
 Stoją oni także i na straży podziemi, w których jest dziwne, przerażające i z początku grozą przejmujące zgromadzenie trupów, które zeschły i dziś jak wiec straszny i grozą przejmujący w ciemnej, podziemnej sali leżą nieruchome, pełne wyrazu, nie chcąc się rozpaść w proch, z którego powstały.
 Świece zapalone płoną blado w rękach zakonników. Unoszą je wysoko, oświetlając twarze trupów twarze, pełne wyrazu — owiane niektóre cienką pajęczyną szarawych włosów, z oczyma skamieniałemi pod nawpół otwartemi powiekami. Błądzę wśród trumien nagle zziębnięta i nie jestem w stanie wymówić ani słowa.
 Kto są te trupy? Skąd się wzięły w tem podziemiu? Nikt nie wie. Nie pomarły śmiercią gwałtowną.
 Tylko kilka jest lekko skręconych jakąś konwulsyjną linją. Przeważnie wszystkie leżą prosto, z rękami złożonemi, jakby w oczekiwaniu na jakąś katastrofę.
 Na nich — resztki odzieży i obuwia. Jeden z nich strojny w karmazynowy kontusz, olbrzym — legendowy rycerz — spoczywa w samym kącie prawicy, a tam w zmroku, w łożu twardych desek trumny, wygląda, jak zastygła w kamień nasza wielka, wspaniała przeszłość. Na twarzy tego trupa przymarł jakiś dziwny uśmiech nawpół smutny, nawpół ironiczny.
 Ponad ustami zwisają wąsy — gdy wznoszę w górę płonącą świecę, rycerz zdaje się żyć i jakieś drganie przebiega po jego bronzową skórą powleczonej twarzy.
 I tu i ówdzie z kątów, z trumien, te uśpione olbrzymy zdają się budzić i lada chwila podniosą się kamienne, groźne — do czynu gotowe.
 Czy to pieczara, gdzie śpi od wieków cały pułk husarzy? Skrzydła znikły — oni pozostali, jakby na straży królewskiej siedziby, która się tam wysoko ponad nimi w ruinę rozpada.
 Mury się walą — po olbrzymich salach wiatr hula, roznosząc w pył marmury i kamień. A w tej podziemnej jamie kościelnej silniejsze i trwalsze niż granit i marmur, zamienione w bronz ciało ludzkie z jakimś groźnym, tragicznym uporem urąga słowom: „Proch jesteś i w proch się obrócisz“.
 I więcej — w tych śpiących ludziach jest myśl, z jaką skonali — jest wyraz uczuć stanu ich duszy, gdy martwieli w wieczystym śnie i jeżeli gdziekolwiek czuje się potęgę ducha, to wśród tych trupów, które żyją tą myślą, która była ich ostatnią myślą.
 Gdyż nie są to zwyczajne martwe maski, ułożonych w trumnie według prawideł sztuki przyzwoitego umierania ludzi; to są jakieś dziwne, żyjące, niepokojące trupy, które wieki całe przetrwały, chroniąc swe włosy i zęby, ciało, paznokcie i chroniąc swe dusze w wyrazie swych bronzowych twarzy.
 Pomiędzy trumnami bieleją pochylone nad niemi postacie Dominikanów. Strażnicy to tego dziwnego wiecu, tego tragicznego zgromadzenia — strażnicy milczący, cisi i pełni melancholji. Sami dla świata wpółumarli żyją wśród tych ruin i ci znają religję pamiątek i ci umieją... błądzić cicho wśród ruin.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.